Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00479 007046 14664874 na godz. na dobę w sumie
Pamiętne chwile - ebook/pdf
Pamiętne chwile - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 170
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-934607-7-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Był piękny maj, gdy zacząłem pracę, jako czternastoletni chłopak u Państwa Goldman. Pan Goldman miał małą fabryczkę w Łodzi, manufakturę, gdzie wyrabiano przeróżnego rodzaju materiały. Ja zaś, zajmowałem się ogrodem państwa Goldman i cieszyłem się bardzo z tej pracy, bowiem w domu naszym była bieda, gdyż ojciec odszedł od nas, a matka podupadała na zdrowiu. Już na drugi dzień w ogrodzie spotkałem Ritę, córkę państwa Goldman i to ona podeszła do mnie, pytając. - Ojciec cię zatrudnił u nas? - Tak – odpowiedziałem. - To jestem bardzo rada, bo podobasz mi się – powiedziała z lekkim wstydem, który dostrzegłem na jej twarzy. - I ty mi się podobasz - odpowiedziałem natychmiast. - Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. - I ja mam taką nadzieję – powiedziała i pobiegła do pałacyku, który stał w końcu ogrodu. Ładna dziewczyna – pomyślałem sobie, lecz nawet w myślach nie wierzyłam w to, że ja biedny chłopak, mogę często rozmawiać z Ritą. W domu państwa Goldman pracowało więcej osób ze służby, którzy polubili mnie i często w kuchni dostawałem smakowite jedzenie, które ukradkiem pakowałem, by zanieść chorej matce. Martwiłem się o nią, a ona często mi mówiła. - Synku, jak ci tam jest. Czy nie za ciężka to praca dla ciebie? - Nie mamo – odpowiadałem. - Lubię ten dom i atmosferę w nim. Lecz ni słowem nie wspominałem o Ricie. I tak mijały lata, lata jakże urocze dla mnie, gdyż zaprzyjaźniłem się z Ritą. A później przyszedł ten nieszczęsny wrzesień i miasto Łódź zamieniło się w Litzmannstadt. Straciłem pracę, bo Państwo Goldmanowie pośpiesznie opuścili dom, zabierając ze sobą Ritę. - Może się jeszcze spotkamy Wiktorze – rzekła do mnie na pożegnanie. - Mam taką nadzieję. Choć wiedziałem, że będzie to trudne, ale tak powiedziałem, bo cóż innego mogłem powiedzieć. Później widywałem żołnierzy niemieckich na ulicach miasta i znów bieda zawitała do naszego domu. Pewnego razu, późnym wieczorem, ktoś zastukał do naszych drzwi. Otworzyłem je i stanąłem blady, ze zdziwienia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

jej o Jednak, po pół roku zmarła moja mama i zostaliśmy sami. Rita często wspominała mi o swoich rodzicach, choć ja wiedziałem już, że zostali zagazowani w obozie, ale jakże bałem się tym powiedzieć. Przecież wiedziałem, jak ich kochała. Z musu, kłamałem do momentu, aż kiedyś zajrzał do nas policjant, który mi wtedy powiedział, o ich przewiezieniu do Oświęcimia. - Wiesz Wiktor – zagadał. – Ci Goldmanowie już są na tamtym świecie niestety. Nie wiedząc, że Rita była ich córką. - Bałem się wtedy, by się nie rozpłakała, bo wolałem, aby on nic nie spostrzegł, że coś ją z nimi łączyło. Na szczęście ona wyszła do drugiej izby, a ja pogadawszy chwilę z Malińskim, bo tak się nazywał ten posterunkowy, dałem mu na flaszkę i pożegnałem się z nim. - Oj, to ty bogaty jesteś Wiktor – powiedział wtedy z uśmiechem. - Ale powiedz, dlaczego tak zależało ci na tych Goldmanach? - Pracowałem u nich i byli dla mnie bardzo dobrzy – odpowiedziałem. - A jeśli tak, to cię rozumiem. Zresztą, jak pamiętam, zawsze byłeś dla ludzi wyrozumiały i nawet służyłeś w kościele. Chciałem go się pozbyć z domu, bo i był wypity troszeczkę, więc powiedziałem. - Panie Maliński, dziękuję za wszystko, ale jutro rano muszę wstać, by zarobić coś na jedzenie, rozumie pan? - Tak Wiktorku, życie jest ciężkie, a będzie jeszcze ciężej. Ale ty się nie poddawaj. Pamiętaj nie masz teraz nikogo, oprócz tej ładnej kuzyneczki. - Ona też szuka pracy i z Bożą pomocą ją znajdzie – powiedziałem, gdy on już wychodził. Zaraz pobiegłem do Rity. Siedziała skulona na naszym starym fotelu i o dziwo nawet nie płakała, tylko spytała. - Wiktor, co teraz będzie? - Wiesz, że musimy żyć i musimy się trzymać razem. - Wiem, ale tu wszyscy wiedzą, że jestem twoją kuzynką i 15 jak teraz będzie dalej. - Pomyślę. Może wyjedziemy stąd. Doskonale wiedziałem, o co jej chodzi, przecież byliśmy już ze sobą blisko i nie daj Boże, by pojawiło się dziecko. Na drugi dzień pojechaliśmy z Ritą do mojego stryja mieszkającego w Janowie Lubelskim. Był to człowiek w podeszłym wieku i zobaczywszy go zrozumiałem, że dni jego są policzone. - Tak Wiktorku – powiedział. – Przyszła do mnie nieuleczalna choroba i dobrze, że jesteście, bo porozmawiamy o tym, jak przepisać dom na ciebie. Widzisz tu wszystkiego się dorobiłem, ale życia nie zatrzymam. Powiedziałem jemu wszystko o Ricie i o naszym życiu, bo mogłem mu zaufać. - A on, na to – rzekł. - Przepiszę na ciebie dom, a ty mnie tylko pochowaj należycie. tak nie mówi, będziemy mieszkać razem i ja z Ritą zaopiekujemy się stryjem. - Mnie już synku nic nie pomoże, a wam życzę szczęścia. Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo i nie wiedziałem, jakie to szczęście będzie, gdyż nie byliśmy w wolnym kraju. Rzeczywiście na drugi dzień, stryj poszedł ze mną do znanego sobie notariusza i sporządził testament, na mocy, którego, miałem się właścicielem okazałego domu w Janowie. My wróciliśmy do domu w Łodzi, a po miesiącu otrzymałem wiadomość od notariusza, abym wstawił się do jego kancelarii, bowiem stryj zmarł. Pojechałem tam sam i po załatwieniu formalności, już razem z Ritą pochowaliśmy stryja w grobowcu, który już wcześniej miał na pobliskim cmentarzu. Stryj pozostawił nam wszystko, razem ze smutkiem, bo był za życia wspaniałym człowiekiem. Mieliśmy, więc tu zamieszkać razem, w miejscu gdzie nikt nas nie znał, ale nadal bałem się o Ritę, choć śmierć rodziców znosiła to, że mogliśmy - Niech stryj stać 16 dzielnie. Mając dokumenty, mieszkanie w Łodzi oddałem i pojechaliśmy do Janowa. Ja zatrudniłem się w fabryce Niemca Brunszwica, a Rita pozostawała w domu. Zarabiałem tam niewiele, ale mieliśmy przecież, z czego żyć, bo pozostał majątek po rodzicach Rity, a i stryj pozostawił, dość sporo, jak na tamte czasy. W następnym od nas domu mieszkało małżeństwo niemieckie z dwojgiem dzieci, ale on częściej bywał na froncie, niż w domu, więc pani Bruner często nas odwiedzała razem dziećmi. Jeden z nich ośmioletni i miał na imię Rolf, a drugi Jurgen. Jurgen miał wtedy trzy latka i był urwisem, zakłócającym spokój w naszym domu. Ale jakoś to znosiliśmy, bo jakież mieliśmy wyjście. Pani Bruner pomagała nam dając kartki na żywność, a pewnego dnia spytała, dlaczego nie jesteśmy małżeństwem. - Tak się składa droga pani, ale już wkrótce się pobierzemy, prawda Agnieszko? Odpowiedziałem. - No to na pewno będę na waszym ślubie, a może i mój się wstawi wreszcie w domu – zażartowała. Nie wyobrażałem sobie tego, ale przyszła chwila, gdy Rita powiedziała mi, że jest pewnie w ciąży. Ucieszyła mnie ta wiadomość, jednak bałem się tego, co będzie przed nami. Przecież gestapo na pewno wiedziało, że Goldmanowie mieli córkę i pewnie cały czas jej usilnie poszukują. Czas jednak biegł i po Ricie już było widać, że narodzi się dzieciątko. Kochałem ją bardzo i ona mnie. Nie wyobrażałem sobie dnia, że kiedyś mogę ją stracić. Przyszły Święta Bożego Narodzenia roku 1940. Ubraliśmy skromną choinkę i siedzieliśmy zadumani. - O czym myślisz kochanie? – Spytałem. - Myślę o mamie i tacie, choć już się pogodziłam z tym. Myślę również o nas, o naszym przyszłym dziecku, przecież za dwa miesiące ono już 17 ostrzegając jednocześnie będzie, a my Wiktor bez ślubu. Nie mogę sobie z tym poradzić. - Pojdę zaraz po świętach do kościoła i załatwię wszystko. Nie martw się, będzie dobrze kochanie. Święta minęły spokojnie i zaraz po nich pojechałem do Łodzi, by w mojej parafii, u znanego mi księdza wziąć dokument Agnieszki Pstrońskiej. Powiedziałem księdzu, że będziemy mieli dziecko i chcemy pobrać się, możliwie szybko. Ksiądz proboszcz wydał mi ten dokument i pobłogosławił mnie, i przypominając, że jest okupacja. Ucałowałem księdza rękę i z radością powracałem do domu. Tu jednak dowiedziałem się od pani Bruner, że Rita zasłabła i ona zawiozła ją do szpitala. Dobrze, że mieliśmy już kenkarty, wystawione przez władze niemieckie. Zaraz po pracy pojechałem do szpitala i usiadłam na łóżku szpitalnym, obok leżącej Rity. - Co się stało kochanie? – Spytałem. - To nic, minie – odpowiedziała. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze. - Załatwiłem w Łodzi metrykę urodzenia i teraz możemy już się pobrać, tylko ten szpital teraz. - Już się czuję dobrze. Zobaczysz za kilka dni wyjdę. I rzeczywiście za trzy dni odebrałem ją do domu, jednak lekarz Polak zalecił, aby unikała przemęczenia. Jakże byłem szczęśliwy. Po dwóch tygodniach wzięliśmy ślub, a Rita znosiła wszystko dzielnie, pewnie, dlatego, bo bardzo chciała, aby dziecko miało zaślubionych sobie rodziców. Kochałem ją jeszcze bardziej i nie pozwalałem na żadne prace w domu. Wszystko robiłem sam, gdy wracałem z pracy od Brunszwica. Nieraz byłem zmęczony, ale nie pokazywałem tego po sobie. Wreszcie poród i na świat przyszła córeczka, z pięknymi czarnymi włoskami i niebieskimi oczkami. U kwiaciarki ulicznej kupiłem kwiaty i uradowany podałem je akuszerce, 18 dzięki której mogłem zobaczyć wreszcie moje własne dziecko. - Po co pan wydaje pieniądze – powiedziała. – Przecież to moja powinność. Była to nasza już znajoma z sąsiedniej ulicy, której zawsze się kłaniałem, gdy tylko ją zobaczyłem. Nieraz stałem z nią, rozmawiając o czasach, które były ciężkie, bo przyszło nam żyć w kraju zniewolonym przez wroga. Rita prędko doszła do zdrowia po porodzie, a mała była zdrowa i rosła nam w oczach. Daliśmy jej na imię Gabrysia i oczywiście zrobiliśmy chrzest, jak przystało na katolików. Minęły prawie dwa lata i był rok 1942. Nadal pracowałem u Brunszwica, aż któregoś dnia Rita powiedziała do mnie. - Wiesz, rozmawiałam z tą panią, która odbierała Gabrysię i ona zgodziła się ją pilnować, abym ja wreszcie mogła znaleźć sobie jakąś pracę. Przecież i ja chcę już iść między ludzi, a i nam będzie lżej. - Przecież mamy, z czego żyć, tłumaczyłem jej, ale Rita przytuliła się do mnie i szepnęła mi do ucha. - Nie zabraniaj mi kochany, zobaczysz będzie dobrze. Wiedziała, że dla niej zrobiłbym wszystko i teraz też ustąpiłem. Zatrudniła się w barze, a raczej w knajpie u Niemca. Nazywał się Szmyt. Często i obserwowałem pracę Rity. Nie była to praca dla niej, bo przychodziło tu wielu Niemców i folksdojczów, ale nie mogłem jej przekonać, że jest to dla niej niebezpieczne. Ten Szmyt nawet nie był skąpcem, bo zarabiała więcej ode mnie, ale pracowała więcej godzin. Widziałem, że przychodzi do domu zmęczona, a ja zawsze odbierałem Gabrysię od pani Góreckiej, bo tak się nazywała akuszerka, pilnująca nam dziecka. Byłem szczęśliwy i tygodnie upływały spokojnie, choć wiedziałem, że Niemcy wygrywają na wszystkich frontach. Któregoś tam wchodziłem, niby na piwo 19 dnia w pracy podszedł do mnie kolega Witek i zagadał. - Wiktor, od dawna cię obserwujemy i mam dla ciebie taką propozycję. Powiem ci. Jest tu grupa ludzi, którzy nie siedzą bezczynnie. Robimy sabotaż, rozumiesz? Przecież nie możemy czekać bezczynnie i patrzeć na to wszystko. - A cóż ja miałbym robić? – Spytałem. - Trzeba pisać na murach, rozprowadzać ulotki. Mamy też kontakty z partyzantką, która działa w okolicznych lasach. Wiktor, tak trzeba, bo inaczej, co nas czeka, jaki los? – Pomyśl sam. – Zastanów się i dasz mi odpowiedź. - Dobrze – odparłem, choć już wiedziałem, że nie może być inaczej, bo chociaż w ten sposób chciałem pomścić śmierć rodziców Rity. Gdy na drugi dzień Witek spytał mnie, odpowiedziałem twierdząco, na co on zagadał. - Wiedziałem żeś porządny chłop i zrozumiesz całą sytuację. Słuchaj, dziś spotkamy się u naszego majstra i on już będzie wiedział, jakie przydzielić nam zadania na początek. Nigdy nie podejrzewałbym naszego majstra o taką robotę, bo w pracy był wymagający taki niedostępny, ale rozumiałem to doskonale, bo taki był czas. Wieczorem spotkaliśmy się u Wiecheckiego, bo tak nazywał się ów majster i wreszcie zobaczyłem grono chłopaków z fabryki. Byłem zdziwiony, bo nie przypuszczałem, że tej niebezpiecznej roboty. W domu powiedziałem Ricie, bo nigdy nie miałem przed nią tajemnic, a ona o dziwo poparła mnie – mówiąc. - Wiktor, tak trzeba. Musimy się bronić ludziom. Zobaczysz, że będzie was przybywać, a walczyć trzeba, bo jedyna droga do pozbycia się Niemców. Przytuliłem ją, jak zwykle do siebie i – powiedziałem. - Wiedziałem, że jesteś mądrą kobietą Agnieszko. Teraz i dawać przykład zastraszonym to i tylu nas jest chętnych do 20 już, nawet, gdy byliśmy sami tak do niej mówiłem. - Tylko uważaj na siebie – rzekła. - Będę, obiecuję ci to solennie. Gabrysia śpi? – Spytałem. - Tak, umyłam ją i położyłam. Zaraz zasnęła. Długo w nocy leżeliśmy rozmawiając, a wczesnym rankiem zastukał Witek i poszliśmy na pierwszą naszą robotę, jak to on nazywał dywersyjną. Mieliśmy wycięte szablony i malowaliśmy na murach, gdzie się dało „ Polska Walczy „ Musieliśmy oczywiście uważać na żandarmów, którzy przemierzali nocami miasto, ale udawało nam się znakomicie. A rano idąc do pracy udawaliśmy zdziwionych, widząc te napisy. Dostrzegaliśmy poprawę humorów współpracowników, którzy nie wszyscy wiedzieli, czyja to robota. Wiechecki był z nas zadowolony, a Niemcy pieklili się i nakazywali ścierać to, co było malowane nocami. Wreszcie przyszedł najgorszy dzień w moim życiu. Gdy odbierałem, jak zwykle Gabrysię od pani Góreckiej, dowiedziałem się, że Agnieszka, wraz z wieloma kobietami z miasta, została wywieziona na roboty do Niemiec. Siedziałem w domu tuląc Gabrysię i płakałem, a wczesnym rankiem po malowaniu, zastukałem do Szmyta. - Nie mógł pan poręczyć za żonę - panie Szmyt. - Powiedzieć, że jest panu niezbędna! – Wrzasnąłem. - Panie Wiktor, a jakże, tak zrobiłem, za co dostałem w twarz od gestapowca, który nimi dowodził. Niech pan nie ma do mnie żalu, bo nic nie mogłem zrobić. Pobiegłem na zmianę do fabryki i po godzinie rozmawiałem z Wiecheckim. Panie majster – rzekłem do niego. - Malowanie na murach, to nie dla mnie robota. - A cóż ty byś chciał innego? – Spytał. - Żonę mi wywieźli do Niemiec, panie Wiechecki i chciałbym teraz iść do partyzantki. - A przecież masz dziecko? Musisz dbać o nią, jeśli ona ci teraz została. Ty 21 myślisz, że ją jedną wywieźli? Wywieźli dziesiątki kobiet chłopie, a my musimy sobie teraz sami radzić. - Gabrysię zostawię u pani Góreckiej, ona zadba o nią. A mnie trzeba walczyć, a nie pisać na murach. - Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany Wiktor, na to trzeba czasu, ale pomyślę o tym, a teraz idź już do pracy. Nie mogłem pracować tak jak zawsze, widziałem twarz Rity, tak jakby stała przede mną. Po pracy poszedłem, jak zwykle po Gabrysię i zacząłem rozmowę z panią Górecką. - Mam trochę kosztowności, które pani zostawię na ciężkie czasy i niechże pani mnie zrozumie, mówiłem z przejęciem. - A cóż tu jest do zrozumienia, panie Wiktorze. Gabrysię kocham jak swoją i przynajmniej nie będę całymi dniami sama w domu. Może być pan spokojny, zadbam o nią, jak o swoje dziecko. Nazajutrz, gdy miałem iść z Gabrysią do pani Góreckiej, zabrałem z domu część ukrytych przedmiotów ze złota po Goldmanach i powiedziałem do Gabrysi. - Będziesz mieszkała teraz u pani Góreckiej, a tatuś pojedzie szukać mamusi. Przecież wiesz, że musi wrócić do nas. Bądź grzeczna córciu i cierpliwa. Z Górecką rozmawiałem chwilę i przekazałem jej torbę z przedmiotami, po czym przytuliłem do siebie Gabrysię, sam nie wiedząc, czy ją jeszcze kiedyś zobaczę. W pracy znów zaczepiłem Wiecheckiego i powiedziałem mu, że wszystko załatwiłem, jeśli idzie o córkę. - Masz szczęście chłopie – powiedział. - Dzisiaj będą u mnie chłopcy z lasu i podpowiem im, by ciebie zabrali. Będzie sam Bartosz, ich dowódca i on nie odmówi, bo potrzebuje mocnych ludzi do oddziału. Wieczorem już siedziałem wśród uzbrojonych chłopaków, a Bartosz tak rzekł do mnie. - Przysięgę złożysz w lesie. Musisz pamiętać, że 22 walczymy o Polskę, z mocnym wrogiem, a to niełatwa sprawa. - Wiem o tym, panie komendancie, ale mam swoje powody, by bić ich, gdzie się tylko da. Krótko po północy już byłem w lesie. Stały tu wozy ponakrywane brezentem i zobaczyłem śpiących młodych ludzi w poświacie księżyca. Skoro świt, Bartosz zbudził wszystkich i po mojej przysiędze, że będę walczył za Polskę do ostatniej kropli krwi, ruszyliśmy. Jechaliśmy lasami do leśniczówki na skraju wsi Maliniec, gdzie leśniczy, swój człowiek, już czekał na nas w towarzystwie kilkunastu chłopów. Bartosz nakazał nam czekać, a z leśniczym udali się do domu. Pierwszy raz widziałem Steny na plecach chłopaków i Waltery zatknięte za pasami spodni. Zobaczyłem też trzy erkaemy ustawione na wozach. Było to dla mnie dziwne przeżycie, ale widziałem też przed oczyma twarz Rity, którą kochałem ponad życie. Po chwili wyszedł Bartosz i rzekł do nas. - Za godzinę będzie przejeżdżał transport na front niemiecki zatrzymać. Zaminujemy tory, a wy bądźcie czujni. Ruszyliśmy, a do torów nie było daleko, więc szybko ludzie uporali się z założeniem ładunków i odchodząc w las, czekaliśmy na efekty naszej wyprawy. Niebawem było słuchać gwizd parowozu, a po kilku minutach potężny wybuch targnął powietrzem. Ogień rozprzestrzeniał się w szybkim tempie, a wagony spadały z nasypu, jak małe zabaweczki. Gdzieniegdzie słychać było wystrzały, więc ostrzelaliśmy ich z erkaemów. Bartosz nakazał pośpieszny odwrót. Uchodziliśmy wśród jezior, których tu było pełno dokoła. Uchodziliśmy bez strat, zadając straty Niemcom. Wiedziałem, że jestem blisko domu, lecz o zobaczeniu Gabrysi mogłem tylko sobie pomarzyć. Później znów to i musimy go koniecznie 23 terenów, gdzie samo, wysadzanie pociągów, lecz Niemcy wiedząc już o naszych wyczynach, byli bardziej ostrożni. Wzmocnili ochronę i zawsze przed transportem głównym jechał parowóz z silną obstawą, oświetlającą tory. Teraz już nie było tak łatwo, toteż Bartosz zarządził przepuszczać parowóz i silnym ogniem, oraz granatami obrzucać pociąg główny. Było to bardzo trudne zadanie, ale musieliśmy to przecież wykonywać, przez co niejeden z nas nie powracał do bazy. Później dowiedzieliśmy się od leśniczego, że Niemcy szykują wojsko do przeczesania działaliśmy. Nocami naszych przedostaliśmy się do wsi Flisy, gdzie również przebiegały tory kolejowe, ale Bartosz nakazał nam pilnie baczyć i czekać. Wojska niemieckie przeczesały okolice Malińca, pobliskie jeziora i zaniechały dalszych poszukiwań. Od księdza z Flisów, dowiedzieliśmy się, że działa na tym terenie dość duża grupa folksdojczów, nękających ludzi. Nocą podeszliśmy do ich domów i wyrok mógł być tylko jeden. Potem znów pośpiesznie powróciliśmy do parafii, gdzie mimo wczesnego ranka odbyła się msza i ludzie okoliczni znosili nam, co się dało do jedzenia. Przeważnie były to ziemniaki, które później piekliśmy w ogniskach, by się pożywić. Nocą ruszyliśmy z rozkazu Bartosza w okolice Gwizdowa, by tam połączyć się z silnym oddziałem Bystrego. Był to chłop słusznego wzrostu i potężnej posturze. Mieliśmy teraz jakiś czas działać wspólnie, opierając się patrolom niemieckim, penetrującym okolice, a przede wszystkim ukrywać się przed samolotami zwiadowczymi, które też często latały nad nami, chcąc nas zlokalizować. Na szczęście były tu potężne lasy i drzewa w nich chroniły nas skutecznie. Którejś nocy z parafii 24 zaatakowaliśmy posterunek żandarmerii w Rzeczycy Długiej, uwalniając tam więzionych ludzi. Jednocześnie akcja była tak przeprowadzona, że żandarmi nawet nie mieli czasu, by powiadomić swoich o napadzie. Odchodząc, widzieliśmy tylko dopalający się budynek i ciała Niemców leżące wszędzie. Bartosz, wraz z Bystrym pochwalił nas na odprawie za to, że tak szybko uporaliśmy się z dość silnym wrogiem. A później przyszła zima i nastały ciężkie dni dla nas, ciężkie, lecz trzeba było je przetrzymać. Zachodziliśmy nocami do wsi i domów blisko lasów, spaliśmy w stodołach. Czekaliśmy zwycięstwa i wolności. Musieliśmy też wychodzić po zrzuty, o których Bystry i Bartosz wiedzieli, że nadejdą. Mieliśmy teraz dwie stacje nadawcze i wiadomości, że już niedługo potrwa marsz Niemców, bo alianci otworzyli front i niedługo ich samoloty przyjdą nam z pomocą. To dodawało nam otuchy i wiary w zwycięstwo, to dawało nam nadzieje na przetrwanie. Któregoś dnia dostałem rozkaz, by dotrzeć do Wiecheckiego i przekazać mu dokumenty, które przygotował Bartosz. Ubrany po chłopsku ruszyłem po południu, a miałem do przejścia dziesięć kilometrów. Nie spieszyłem się bardzo, gdyż musiałem być u niego, gdy zakończy on pracę u Brunszwica. Gdy zastukałem do jego drzwi, otworzyła mi jego żona i przeżegnała się znakiem krzyża. - Panie Wiktorze – rzekła. – Mąż się położył, bo coś choruje, ale zaraz go zbudzę. Przed godziną wrócił z pracy cały obolały. A wie pan, jaka z pana córki już pannica? Górecka dba o nią i wszędzie z nią chodzi, jak ze swoją córką. - Przekażę mężowi, co mam do przekazania i może pójdę zobaczyć się z nią, choć na chwilkę. - Niech pan zaczeka, zbudzę starego. Po 25 to niebezpieczne. Moja ci chwili wyszedł Wiechecki i uścisnąwszy się z nim podałem meldunek, który wyjąłem zza koszuli. Chwilę czytał, a potem go spalił. - Powiesz Bartoszowi, że wszystko będzie na czas. Pewnie, jak już jesteś tak blisko, chciałbyś zobaczyć Gabrysię? Ale samemu tam nie chodź, bo ją przyprowadzi, a tymczasem pojemy coś i wypijemy po kieliszeczku. Zięć mi wczoraj przywiózł kilka flaszek samogonu. Martyna idź i przyprowadź tu do nas Gabrysię, a my z Wiktorem zaczekamy, bo sama wiesz, że niebezpiecznie, aby on tam się pokazywał. - Już idę, tylko palto nałożę – rzekła. Czekałem niecierpliwie na dziecko, a tymczasem Wiechecki podpytywał o nasze akcje i do chleba ze smalcem nalał po pół szklanki samogonu. - Jedz i pij, one zaraz tu będą, a może i Górecka przyjdzie. Wiesz, ona jest tak za Gabrysią, że później trudno się będzie jej z nią rozstać, gdy to wszystko przeminie. Ale jakoś to będzie, ważne, aby Agnieszka wróciła i ta wojna się skończyła. Zjadłem kawałek chleba. Wziąłem łyka ze szklanki i czekałem zniecierpliwiony na moje dziecko. Wreszcie usłyszałem kroki w przedsionku. - Tatuś, tatuś! – Krzyczała Gabrysia. – A gdzie mama? - I mama będzie córciu – mówiłem, przyciskając ją do siebie. – Nic się nie martw i mama będzie z nami. W progu zobaczyłem panią Górecką, stojącą i przyglądającą się mojemu przywitaniu, z Gabrysią. - Przepraszam panią – powiedziałem. - To spotkanie z córką spowodowało, że nie powitałem pani. - Nic nie szkodzi – odpowiedziała. – Rozumiem doskonale pana. Podszedłem do niej i cicho spytałem. - Nie przyszedł list od Agnieszki? - Nie, ale o dom może być pan spokojny, często z Gabrysią w nim bywamy, gdyż ona mnie ciągnie z nadzieją, że spotka tam matkę. 26 Biedne to dziecko, choć ja dbam o nią należycie. - Dziękuję pani z całego serca. Wierzę, że wszystko powróci do normy, gdy przegnamy Niemców. - Oby tak było, panie Wiktorze, tylko ja prosta kobieta wiem, że to nie będzie takie łatwe. - Musi być, przecież po to walczymy. - Niechże pani siada z nami do stołu – zagadał Wiechecki. – Wiktor pójdzie dopiero o zmroku, bo tak bezpieczniej. - A gdzie tatuś musisz iść? Nie możesz już zostać ze mną? - A co, nie dobrze jest ci córciu u pani Góreckiej? - Dobrze, ale wolałabym być z tobą i mamą. - Będziesz, tylko musisz jeszcze jakiś czas być dzielna i mądra. Trzymałem ją teraz na kolanach, a serce waliło mi jak młotem, bo ona trzymała mnie mocno za szyję. - Zjedzmy coś jeszcze i napijmy się – zaproponował Wiechecki. – Martyna, nastaw wodę na herbatę! - Już nastawiłam, tylko nie pijcie dużo, bo wiesz, że on musi iść i być czujnym. - Ty już się o to nie martw. Wiktor to dzielny chłopak, z tego, co o nim już słyszę. Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, bo i gdzie miałby to słyszeć. Godziny mijały i przyszedł czas pożegnania. Długo tuliłem znów Gabrysię i pożegnałem się ze wszystkimi, wychodząc na ulicę. Rozejrzałem się, ale nikogo nie dostrzegłem, więc ruszyłem raźnym krokiem. Gdy wyszedłem z miasta, z ulgą popatrzyłem na pola zaległe tutaj i na brzozy bielące się w oddali. Podchodząc do oddziału – usłyszałem komendę. - Stój, kto idzie, hasło! - Wiatr wschodni – odpowiedziałem. - Czemu tak długo byłeś, Bartosz już się niepokoił. Idź do niego natychmiast! Gdy wszedłem do izby, Bartosz miał opuszczoną głowę i śledził mapy, ale zaraz ją podniósł i rzekł. - Pewnie musiałeś córkę zobaczyć. Wiedziałem, że tak będzie, ale nie mogłem ci tego zabronić, bo sam mam dwie, tylko 27 daleko stąd. Masz mi coś przekazać od Wiecheckiego? - Tak, panie komendancie. Mówił, że wszystko będzie na czas. - Wiedziałem, że na nim można polegać – powiedział, jakby sam do siebie. – A ty idź do chłopaków i wyśpij się, bo zadanie nowe czeka. - Tak jest! Odwróciłem się i wyszedłem. Chłopacy spali w stodole, to i ja położyłem się w wolnym miejscu. Na szczęście zima tego roku nie była tak ostra i szło wytrzymać. Gdzieś koło południa przybiegł chłopak i pyta. - Gdzie komendant? - A ty, co chciałeś od komendanta? – Spytał i zaśmiał się wartownik. - A mam interes do niego i tobie nie muszę o tym mówić – odpowiedział młokos. Na te słowa wyszedł Bartosz z Bystrym i widząc chłopaka podeszli do niego. - I co tam Jędrek? – Spytał Bartosz. - Panie komendancie, transport ludzi w wagonach stoi na torach obok mojej chałupy i ludzie spragnieni wołają wody. Kilkunastu Szkopów ich pilnuje, a może by tak. - Widzicie, jaki mądry – odparł Bartosz. - Zbierać ludzi i ruszamy! Erkaemy i taśmy zabrać ze sobą i jazda! 28 Rozdział II Ruszyliśmy dość szybko i gdy tylko z lasu zobaczyliśmy kilkanaście wagonów, Bartosz powiedział, odejmując lornetkę od oczu. - Potrzebuję jednego na ochotnika! Wyszedłem przed szereg. - Słuchaj mnie uważnie Mądry, bo taki właśnie wtedy miałem partyzancki pseudonim. Podejdziesz blisko ochrony, bo widzę ich tylko kilku i gdy nadarzy się okazja wal ze Stena, a my już resztę dokończymy. Sprawdziłem magazynek w Stenie, dwa założyłem za pasek pod kufajką i ruszyłem niedbałym krokiem. Gdy byłem już blisko, posłyszałem słowa. - Halt! - Zobaczyłem trzech Niemców przed sobą w odległości trzydziestu metrów, więc wyciągnąłem Stena i po serii wystrzałów, zaskoczeni zupełnie Niemcy nawet nie oddali strzału. Teraz dopiero ruszyli ludzie z Bartoszem i Bystrym. Ja przylgnąłem do jednego z wagonów i po chwili wybiegło jeszcze dwóch Niemców, strzelając do naszych pędzących przez pole. Pociągnąłem za spust, a strzelałem bardzo celnie, o czym, gdyby nie ta wojna, pewnie bym nie wiedział. Obaj osunęli się na ziemię. Podbiegł Bartosz i krzyknął. - Zabierz im broń, a my otwieramy wagony! Wykonałem rozkaz natychmiast, a po kliku minutach ludzie z wagonów rozbiegli się dokoła, uciekać. Kilkudziesięciu chłopów doszło do Bartosza. - Wiozą nas panie już kilka dni, jak bydło – zagadał jeden z nich. – Weź nas panie pod swoją komendę, chcemy walczyć, prawda chłopy? - Prawda – odpowiedzieli chórem. - Zatem do lasu, bo już czas nagli! – Krzyknął Bartosz. Do bardzo wiedząc, nie dokąd 29 i bierzcie z niego przykład. A mnie podbiegł Witold i wziął dwa Szmajsery. Ruszyliśmy biegiem przez krótkie pole w kierunku lasu, pozostawiając za sobą puste wagony. - Musimy się spieszyć! – Krzyczał Bartosz. – Pewnie zaraz odsiecz przyjdzie z pomocą Niemcom pilnującym wagonów. Biegliśmy, więc szybko i wreszcie dopadliśmy lasu, na którego skraju stały trzy rozłożone erkaemy, które na szczęście nie były potrzebne w akcji. Po godzinie byliśmy ma miejscu u siebie. Wtedy to Bartosz zarządził zbiórkę i gdy już wszyscy stali w szeregu, po rozmowie z Bystrym, tak zaczął rozmowę. - Widzieliście, co zrobił Mądry? Widzieliście, jak sam załatwił wszystkich Niemców z obstawy pociągu? Takich ludzi nam właśnie potrzeba tu z komendantem Bystrym uradziliśmy, by wyróżnić Mądrego i nadać mu stopień porucznika, bo i jest, za co. Brawa rozległy się dokoła, a ja stałem jak osłupiały, bowiem tak to jakoś wyszło samo. Zwyczajnie sami Niemcy podeszli mi pod Stena. - Ku chwale Ojczyzny – odpowiedziałem. A teraz wozy naprzód i odchodzimy stąd, by nie kusić losu! – Krzyknął Bartosz. Po chwili całą kolumna ruszyła, z woli komendanta, do małej osady zwącej się Szklarnia. Mieliśmy tam dwa dobre miejsca na przeczekanie, gdyby Niemcy szukali odwetu. Teren był doskonały do obrony i odejścia w razie potrzeby. Gdy przybyliśmy na miejsce, komendant kazał uzbroić chłopów z pociągu i czekaliśmy dalszych wydarzeń. To nowe zadanie, o którym mówił Bartosz przesunęło się w czasie, ale już nazajutrz po spokojnej nocy, wczesnym rankiem zaatakowaliśmy, przechodząc rzekę we Władysławowie. Miał Bartosz wiadomości, że nijaki Bukowa, ja posterunek żandarmerii 30 jęki w tym Droth, był wielkiej klasy draniem i gnębił Polaków, torturując ich na przesłuchaniach. Ostrzelaliśmy posterunek, ale oni bronili się zaciekle. Podbiegłem do Bartosza i powiedziałem. - Wezmę kilka granatów, bo inaczej zadzwonią po posiłki i z akcji nic nie wyjdzie. - Dobrze – rzekł Bartosz. – Tylko zważaj mocno. Po chwili już mnie nie było przy nim i starałem się dotrzeć pod same mury posterunku. Zaszedłem z tyłu i nożem dźgnąłem Niemca, który tutaj stał pilnując zaplecza. Zaskoczyłem go w chwili, gdy zapalał papierosa. Wszedłem do środka ostrożnie i widząc przy oknach strzelających Niemców, odbezpieczyłem granat. Powoli poturlał się pod ich nogi i wybuch głuchy usłyszałem. Rzuciłem również drugi granat do sąsiedniej izby i tylko usłyszałem do pomieszczenia i serią ze Stena przestrzeliłem po oknach. Teraz już wbiegli nasi i po chwili wychodzili z cel zmaltretowani jak się okazało miejscowości. Wśród zabitych zidentyfikowali, Drotha, bandytę i kata bez sumienia. To był nasz odwet, ale Niemcy mając już dość naszej samowoli, sformowali wojsko Wermahtu, samochodami pancernymi i penetrowali miejsca naszych postojów. Lecz Bartosz był doskonałym dowódcą i unikając bezpośredniej walki poprowadził nas do wsi Harasiuki, przechodząc rzekę Tanew, gdzie nawet nie było mostu. Bystry stanął ze swymi na skraju wsi Banachy, by mógł już wcześniej zobaczyć wojska niemieckie, gdyby nadchodziły. W obozach panowała absolutna cisza. Niemcy nie mogli nas odnaleźć, mimo ich wysiłków. Rano nadeszła wiadomość, że odjechali w kierunku Krzemiania. Była to dla nas dobra wiadomość, bo huku. Wbiegłem wspomagane ludzie, z różnych 31
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pamiętne chwile
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: