Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00064 006022 14678416 na godz. na dobę w sumie
Pamiętnik z Chateau de Fleurs - ebook/pdf
Pamiętnik z Chateau de Fleurs - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 55
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3947-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook (-10%), audiobook).

Rok 1732. po upadku Imperium Auriańskiego.

Syn Naczelnego Zbrojmistsza Gael, Sigismund de Castre, zostaje wysłany z misją dostarczenia nowych muszkietów do Chateau de Fleurs. Nie dość, że w czasie podróży zostaje wyzwany na pojedynek, a śnieżyca odcina ponury zamek od świata zewnętrznego, do twierdzy przybywa pani Lilith de Real, kobieta tyleż tajemnicza co groźna.

Jaki sekret skrywa ta piękność i dlaczego staremu bibliotekarzowi kojarzy się ona z pewną sektą? Co oznaczają tajemnicze sny dręczące Sigismunda? Jaki los spotka przekorną pannę Sophie? Kim jest pan L?

 

I przede wszystkim: Kim jest Jules Martin?

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 © Copyright by Rafał Growiec Projekt okładki: Rafał Growiec ISBN 978-83-272-9447-1 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. 2 Rafał Growiec Pamiętnik z Chateau de Fleurs 3 Pamiętnik Sigismunda de Castre, syna Emiliana de Castre, Naczelnego Zbrojmistrza JE Namiestnika Gael 15. Novembre 1732 roku puI. Nie wiem jak zacząć. Nie przywykłem do pisania traktatów filozoficznych, czy przelewania myśli na papier w ogóle. Jednak, jeżeli tego nie zrobię, grozi mi rychłe popadnięcie w obłęd. Nie wiem co bardziej na to wpływa: zbliżający się pojedynek czy może ten przeklęty zamek. Może gdyby nie ten wicher wyjący w blankach wież, zimno bijące od grubych, kilkusetletnich murów, o ponurej historii tego miejsca nie wspominając, łatwiej byłoby mi znieść konieczność ryzykowania życia z powodu urażonej dumy wiejskiego arystokraty. Gdyby mój ojciec zechciał posłać z tymi przeklętymi muszkietami kogo innego! Fakt, mam przejąc rodzinny interes i stanowisko Zbrojmistrza, ale zdecydowanie wolę siedzieć w kuźni czy projektować nowe modele muszkietów, niż włóczyć się po kraju, dostarczając najlepszej choćby klasy broń. Wyruszając z domu byłem nawet zadowolony z tego, że zobaczę prawie całe Gael. Teraz jednak mam ochotę zaszyć się w swoich pokojach i nigdy nie wychodzić. Chmurne Thormande, bezkresny Ocean Katydzki czy urocze Papillon obejrzałbym kiedy indziej. Może jeszcze by mnie spotkała ta przyjemność rozmawiać z kapitanem Leopoldem LaRichem, dowodzącym eskortującym mnie przez większość drogi oddziałem Gwardii Namiestnikowskiej. A tak, jak to ja, musiałem się napatoczyć w tawernie na schlanego jak świnia !!! BARONA!!! Trebiens. Tak, będę to podkreślał, zakreślał, wytłuszczał, żeby sobie to zapamiętać. Kto by pomyślał, że ten tłusty wieprz wyzwie mnie na pojedynek z powodu takiej drobnej nieuwagi jak nazwanie go „hrabią”? A jednak - nim zdążyłem przeprosić już stał przy nim adiutant, gotowy spisywać warunki, termin, broń i zasady walki. Gdy stwierdziłem, że nie mam czasu na jego dziecinne zabawy, gdyż 4 zmierzam do Chateau de Fleurs na spotkanie z markizem Jullenne, !!!BARON!!! z radością oznajmił mi, że też się tam udaje i szlachetnie (szlachetność swej decyzji trzy razy podkreślał) z patriotycznego obowiązku (to podkreślił dwa razy) odwlecze wymierzenie mi należnej kary. Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z faktem, iż dostał ataku reumatyzmu (co podkreślał pięciokrotnie). Resztę drogi do Chateau de Fleurs przebyliśmy razem. Na szczęście, aż do miasteczka Papillon towarzyszył mi kapitan LaRiche, dzięki czemu nie musiałem wysłuchiwać tylko i wyłącznie smędzenia !!!BARONA!!!. Nie wiem z jakiej przyczyny ten człowiek uznał za stosowne opowiadanie komuś, kto go znieważył o swoich problemach z wiatrami, reumatyzmem i pieczeniem oczu. Może chciał mnie wziąć na litość. W Papillon rozstał się z nami kapitan LaRiche, twierdzący, że dalej trakty są bezpieczne a on do tego (tu zacytuję go słowo w słowo) „pierdolonego wariatkowa się nie wybiera i żaden zasrany Namiestnik czy choćby sam jebany Cesarz go tam nie pośle”. Na dowód, że nie jest to samowola, pokazał mi podpisany przez Namiestnika Louisa XII rozkaz, gdzie wyraźnie napisano, że eskorta należna mi jest do rynku w mieście Papillon, leżącego u podnóża góry na stoku której wzniesiono zamek. Już stamtąd było go widać – nic ciekawego, poza tym, że udało się ten klocek i dwie kanciaste wieże zbudować na stromym zboczu, do tego tuż nad skarpą. Moja eskorta nie zwlekając ruszyła w drogę powrotną, a ja z dwoma wozami, trzema ludźmi i siedmioosobową świtą !!!BARONA!!! ruszyliśmy oblodzoną niemiłosiernie drogą do Chateau de Fleurs. Ludzie !!!BARONA!!! nie mieli najmniejszego zamiaru nam pomagać w uporaniu się z ładunkiem, dopiero gdy poprosiliśmy o pomoc ludzi z Papillon, ci pomogli nam się przebić przez najbardziej strome odcinki, ale i oni nie zamierzali się za bardzo zbliżać za bardzo do Chateau de Fleurs. Gdy okazało się, że nie damy rady dotrzeć do zamku przed zachodem słońca, który w tej górskiej okolicy następuje wyjątkowo wcześnie, postanowiłem nie ryzykować utraty towaru w jakiejś rozpadlinie. Postanowiłem przeczekać do jutra w Papillon, !!!BARON!!! zaś spokojnie udał się w dalszą drogę. 5 Tym razem zanocowaliśmy w tawernie będącej własnością szwagra mera miasteczka, Izaakity o imieniu Joshev. Przyjął on nas gościnnie, a widząc, że jesteśmy w służbie Jego Eminencji, chętnie udzielił nam pokoi, dał zniżkę na kolację, śniadanie i obiad, gdybyśmy jednak zostali na drugi dzień tak długo. W tawernie spotkałem też samego mera, Huberta, człowieka dość otyłego, jak na tak nisko opłacaną funkcję. Z drugiej strony spotkałem tam też kapłana kultu Słońca Niezwyciężonego, Bernarda, tak chudego, że niemal przeświecało przez niego światło. A przecież akurat ten kult dobrze odżywiał swoich pasterzy. Obaj ci mężczyźni zdawali się ze sobą zaprzyjaźnieni, choć ta przyjaźń była szczególna. Dawno nie widziałem, żeby ktoś tak gorączkową kłótnię, w czasie której omal nie doszło do rękoczynów, kończył tak przyjacielskim przepiciem. (Piwo mają tu bardzo dobre, choć wolę wino.) Rankiem znów podjęliśmy trud wspinaczki, jednak tym razem Joshev za drobną opłatą posłał z nami swojego syna, Joshuę, który wskazał nam łagodniejsze podejście. Fakt, była to droga dłuższa, zeszedł nam na tym dzień do południa, jednak bynajmniej się nie nudziliśmy. Nasz przewodnik wykazał się profesjonalizmem i, w przerwach między wyszukiwaniem dla nas przejazdu między zaspami i kamieniami, opowiedział nam całą historię zamczyska. Izaakici bardzo lubią historię, ale osobiście wolałbym, żeby przedstawiali mniej „barwne” jej fragmenty. Chateau de Fleurs, jak opowiedział nam Joshua, a co potem potwierdził Markiz, zbudowano jako Castra Albana Norda jeszcze przed upadkiem Imperium, jako więzienie dla członków rodziny cesarskiej. Po tym, jak uciekł stąd garnizon auriański, zamek popadł w ruinę, odbudował go zaś jeden z barbarzyńskich królów, który więził tu ludzi, z których jeszcze dało się wydobyć jakieś informacje. W końcu i ten król umarł, a po latach panowania tu chaszczy i wiatru, jego miejsce zajął Baron de Fleurs, możnowładca zasłużony dla Ottona. Był to człowiek mądrzejszy od mędrców z uniwersytetu, żyjący wystawniej od króla, potrzeby łóżkowe zaś miał jednak niczym cała armia wypuszczonych maruderów. Po nim władzę objął jego syn – chciwy jak sęp, leniwszy od polnego kamienia i bardziej napalony niż cała armia 6 jego ojców. Jako iż władza królewska akurat osłabła na tym terenie, baron de Fleurs zaczął wykorzystywać sytuację i, korzystając z bezkarności, kazał sprowadzać do siebie wszystkie co ładniejsze panny z okolicy. Wypuszczał je dopiero po kilku tygodniach – gwałconym, bitym i upokarzanym kobietom na sam koniec obcinał piersi, nazywając „przyciętymi kwiatami”. Większość z nich nie przeżyłaby takiego traktowania, a jakby tego było mało, „wypuszczano” je przez drzwi nad stromą skarpą, zwaną później Kwiecistą. Na jej dnie znajduje się obecnie cmentarz w Papillon. Rzeczywiście, jeśli zamek i miasteczko są na swoich starych miejscach (a na to wygląda, sądząc po braku bardziej dogodnych miejsc dla osady) okaleczone zwłoki musiały spadać tuż pod murami miasteczka, obok drogi. Baron miał wielu wrogów, jednak był bezkarny tak długo, jak siedział na zamku i miał swoich żołdaków, którzy strzegli go w zamian za sowity żołd i prawo do udziału w orgiach. W końcu jednak przesadził. Porwał z uroczystości ślubnej córkę jednego z sąsiednich możnowładców. Głupiec nawet nie zdawał sobie sprawy, że panem młodym był jeden z kuzynów króla. Pan młody rychło przypomniał krewniakowi o buńczucznym bandycie. Król (sądząc z opisu Joshui, był to Alaryk VII), akurat walczył z tutejszą bandycką szlachtą, więc gdy tylko okazało się, że plotki to nie tylko ludowe bajania i ploty, natychmiast ruszył na Chateau de Fleurs. Opici winem i znużeni rozpustą żołdacy nie czuli się na siłach walczyć z armią zawodowych rycerzy. Zostali wymordowani w czasie próby ucieczki, sam zaś baron został strącony przez te same drzwi, przez które wcześniej wyrzucał nieszczęsne kobiety. Jego genitalia, uszy, nos i palce król podarował ojcu ostatniej porwanej dziewczyny jeszcze przed wyrzuceniem zbrodniarza za drzwi. Po tym incydencie zamek popadł w zapomnienie, odbudowano go dopiero sto lat temu, gdy cesarz postanowił wrócić do starych tradycji, tworząc tu „dom dla obłąkanych”. Za obłąkanego uznawano zaś każdego, kto miał czelność snuć plany polityczne inne niż cesarz. Naprawdę, zdaje mi się czasem, że ta historia, pełna krwi, przemocy, zawiedzionych nadziei, okrucieństwa – że to wszystko jest w tych murach, jakby zatruł je jakiś jad. Nie da się tu myśleć. Każda myśl zaraz ciąży ku piwnicom, w 7 których torturowano, mordowano, gwałcono. Nie, gwałty podobno odbywały się na miejscu obecnej sali balowej. Jakiż człowiek chciałby tu rezydować? Cóż, na to pytanie znam doskonale odpowiedź. Nikt. Mieszka tu na stałe jedynie kilku żołnierzy, trochę służby, a chyba i oni stale się zmieniają. Sam markiz Jullenne przejął zamek jakieś dziesięć lat temu, po wojnie z cesarstwem, zaś przyjeżdża tu tylko raz do roku, uczcić swoje urodziny. Kim jest markiz? Nie powinien, moim zdaniem, być nikim ważnym. To drań. Jeszcze dobrze wóz nie wjechał na dziedziniec zamkowy, a ten drań już chciał mnie namówić na to, bym za dość grubą sakiewkę przymknął oko gdy część muszkietów będzie znikać w jego piwnicy. Odmówiłem. Nie miałem jednak zamiaru grozić denuncjacją, gdyż chciałem wrócić do domu inaczej niż w trumnie. Jednak ten wzrok markiza nie wróżył nic dobrego. Ten wyfiokowany modniś coś kombinuje, dlatego stwierdził, że nie ma miejsca, by przenocować moich ludzi i polecił odesłać ich do Papillon. Mnie samemu oznajmił, że teraz jest zbyt zajęty, by sprawdzić jakość broni, a nie chce powierzać tego nikomu ze służby. Dlatego poprosił mnie, bym został do czasu, gdy będzie mógł wydać mi potwierdzenie odebrania towaru. Dla mnie pokój (a raczej: cela o podwyższonym standardzie) się znalazł. Niezbyt chętnie na to przystałem. Odesłałem ludzi, jednak najpierw upoważniłem towarzyszącego mi Carla do tego, by w razie mojej śmierci (w jakichkolwiek okolicznościach) udał się do mojego ojca i, za jego pośrednictwem, ostrzegł cesarza przed markizem. Jak na razie siedzę tu dwa dni. I nic. Tylko zjeżdżają się goście ze służbą. Głównie okoliczna szlachta, prowincjonalni bogacze udający szlachtę i chyba najwyżej jedna czy dwie osoby, które coś znaczą na namiestnikowskim dworze, a tu przyjechały poknuć razem z markizem. Każdemu towarzyszy przynajmniej pięć osób ze służby. Wychodzi mi na razie, że na zamku będzie siedzieć około trzystu osób. Nie wnikałem w szczegóły, ale zdaje się, że przyjęcie będzie trwało co najmniej kilka dni, a zacznie się w urodziny gospodarza, czyli jutro. Mam nadzieję do tego czasu 8
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pamiętnik z Chateau de Fleurs
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: