Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00301 005670 15383675 na godz. na dobę w sumie
Pamiętnik znaleziony na gabeciu, czyli...  sory, aj no spyk inglisz . - ebook/pdf
Pamiętnik znaleziony na gabeciu, czyli... sory, aj no spyk inglisz . - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 100
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3760-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Andrzej Delgado to pseudonim, który przybrałem na potrzeby książki. Nie jestem pisarzem, choć pisanie zawsze przychodziło mi z łatwością (tak twierdziła moja Pani polonistka oraz koledzy, którym w szkole średniej pisałem za pieniądze wypracowania). W roku 2002 dane mi było, jako studentowi wyjechać razem z moją dziewczyną, również studentką a obecnie żoną, do USA. Spędziliśmy tam 3 lata.

I właśnie o tym jest ta książka.

Tak się złożyło, że na obczyźnie udało nam się przeżyć wiele nietypowych a czasem wręcz niewiarygodnych przygód nierzadko z pogranicza groteski, tragedii ale i melodramatu, ale i komedii. Dla niewtajemniczonych i nieznających tematu opowiadania o tych przygodach często okazują się opowieściami fantasy. Zauważyłem, że wzbudzają one zaciekawienie i zainteresowanie wielu ludzi, którym o nich opowiadam. To właśnie zainteresowanie a także nutka niedowierzania w ich oczach skłoniły mnie do opublikowania „Pamiętnika znalezionego na gabeciu”. Opowieści jakich wśród znajomych słyszymy wiele. Być może.

Ale ta opowieść różni się od innych. Jest opowiedziana językiem łatwym i przyjemnym, niekiedy żartobliwym, trochę prześmiewczym, bo obnaża pewne charakterystyczne zachowania. Sprawdziłem na kilku osobach, że dosyć dobrze się ją czyta. Jest w niej jeszcze coś nowatorskiego, pionierskiego, co ją wyróżnia wśród innych książek. W jej treść wplecione są oryginalne emaile wysyłane przeze mnie z USA do kolegów. Są cytowane dosłownie, bez polskich znaków (jedyną ingerencją było pozamienianie niecenzuralnych wyrazów:)). Zamieściłem tu też swoisty słownik spolszczonoangielsko - polski, czyli zbiór wyrazów będących fonetycznym odwzorowaniem angielskich słów. Dokładnie tak słyszą a potem powtarzają angielski Polacy, którzy nigdy wcześniej nie mieli z tym językiem do czynienia (jak tytułowy 'gabeć' - z ang. garbage - śmietnik, śmieci).

W założeniu chciałem, aby książka miała charakter uniwersalny - miała być dedykowana do wszystkich tych, którzy kiedykolwiek wyemigrowali z kraju i wrócili bądź nie. Bardzo zależało mi na tym, aby każdy emigrant mógł się z nią utożsamiać niezależnie od kraju, do którego przyszło mu wyjechać. Dlatego główny bohater nazywa się po prostu Emigrant, dla przyjaciół Emi.


A trzeba wiedzieć, że pisać wcale nie było mi łatwo. Ale się przymuszałem i jakoś to poszło. Co prawda zacząłem jeszcze w Stanach, ale to był praktycznie zalążek. Zaraz po powrocie ślub, potem problemy ze znalezieniem pracy i jednocześnie pisanie pracy inżynierskiej. Potem obrona, zmiana zatrudnienia, przekwalifikowanie się, nauka na nowym kierunku w szkole zaocznej, dziecko. Następnie odbiór mieszkania, własnoręczne wykończenie go, nieudana próba rozruchu własnego biznesu, znowu kilkumiesięczne szukanie pracy w Białymstoku lub w Warszawie, w końcu jej znalezienie a parę miesięcy potem drugie dziecko. Praca nad książką ograniczała się praktycznie do zarywania nocy.

Wyobraźcie sobie przeciętnego dwudziestoparolatka, który robi po nocach, takie mało cywilizowane rzeczy. Ciężko wyobrazić sobie kogoś takiego czytającego książkę a co dopiero piszącego ją. Przecież przymuszenie się do pisania np. pracy dyplomowej nawet na zasadzie 'Ctrl+C, Ctrl+V' jest dla wielu ogromnym wyczynem a tu tak z własnej nieprzymuszonej woli....

Ciężkie do wyobrażenia, prawda? Ale udało się i w tej chwili mam 300 stron gotowego rękopisu, w tym 1/3 dopracowaną na komputerze, łącznie z szatą graficzną okładki według własnego pomysłu. Przeniesienie reszty na komputer zajmie trochę czasu, bo nie ogranicza się tylko do mechanicznego przepisywania ale wiąże się też z nanoszeniem świeżych pomysłów, korektami i poprawkami.

Obecnie mam w domu dwa małe szkraby i nie wiem, czy jest sens poświęcać dalej czas dla książki ich kosztem? Przecież może okazać się ona kompletną klapą i nie wzbudzić żadnego zainteresowania...

Dlatego, aby to sprawdzić, postanowiłem podzielić moją powieść na 3 części: rok I, rok II i rok III. Rok pierwszy, który jest ukończony i dopieszczony, wobec braku zainteresowania wydawnictw 'mainstreamowych' postanowiłem wydać jako Self Publisher i wysyłam do oceny Wam - czytelnikom.

A z resztą na razie się wstrzymam, zobaczę co los pokaże...

 

więcej info o książce znajdziecie tutaj:

http://usa.interia.pl/wasze-artykuly/artykul/z-quot-pamietnika-znalezionego-na-gabeciu-quot,5969

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Przepracowawszy tydzień, razem z innymi pracownikami udaliśmy się ochoczo po wypłatę pod pokój szefa. Wszyscy znikali kolejno za drzwiami gabinetu by po chwili pojawiać się z powrotem z uśmiechem na twarzy i czekiem w ręku (taki czek można było wpłacić do banku, jeśli ktoś miał konto lub „skeszować” (ang. cash – gotówka) w pobliskim „likierstorze” (ang. liquor store – sklep monopolowy) w zamian za 2 prowizję lub zakup alkoholu na sumę powyżej 5 wartości czeku). Jakież było nasze zdziwienie kiedy po wejściu do gabinetu pana Goldbauma usłyszeliśmy, iż za pierwszy tydzień pracy wypłata się nie należy. Według niego pierwszy tydzień pracy polegał na „treningu” i zdobywaniu cennego doświadczenia w tej „ekstremalnie” trudnej pracy. Poza tym przecież nie mógł płacić dwóm osobom, które pracowały na jednym stanowisku (przez pierwsze 3 dni Bartek i Emigrantka pracowali jednocześnie). Ten ostatni argument wydawał się w miarę logiczny, tylko że Bartek był już wtedy w Polsce. Zasugerowałem więc podział wynagrodzenia na pół. Goldbaum nie zgodził się na taki układ. Stwierdził, że czek dla Bartka jest już wypisany i on mu go wyśle. Taaaaa, na pewno...Pewien jestem na 100 , że tego nie zrobił. A co ze mną? Mnie przecież nikt nie „trenował” i z nikim się nie dzieliłem obowiązkami, powiedziano mi po prostu co mam robić i to robiłem. Jednakże na dalsze dyskusje ze mną pan G. nie miał już ochoty. Takiego obrotu spraw nie spodziewaliśmy się z Emigrantką i porządnie nas to rozzłościło. Pierwsze czeki na upragnioną kwotę 250 dolarów otrzymaliśmy dopiero w piątek następny. O ile pracę, płacę, jedzenie, warunki życia oraz dokuczania staruszków dawało się jakoś znieść, o tyle zakazu spotykania się respektować było po prostu nie sposób. Co prawda po pracy chodziliśmy na wspólne długie spacery nad ocean, ale to było za mało. Jaki normalny dwudziesto-parolatek wysiedziałby w nocy w maleńkim pokoju z trzema innymi facetami, podczas gdy jego dziewczyna spałaby sama dwa piętra wyżej? Nie ma takiej siły na świecie, która mogłaby go powstrzymać przed pójściem do niej. Oczywiście, że i ja chodziłem, w tajemnicy co prawda, unikając jak ognia kogoś z administracji. Poza szefem, który głównie siedział w swoim gabinecie zagrożeniem była też jego zastępczyni Miranda oraz manager Sam. Ten ostatni był najbardziej „ludzki” i najmniej wnikliwy w stosunku do pracowników, odpowiadał głównie za dozowanie odpowiednich ilości lekarstw dla poszczególnych staruszków. Podczas moich wojaży do dziewczyny, w ciągu miesiąca „nadziałem” się niestety dwukrotnie, i to na samego szefa. Pierwszy raz zaskoczył mnie na schodach. Dał mi 38 „first warning” - pierwsze ostrzeżenie (taka żółta kartka). Drugi raz natknąłem się na niego wysiadając z windy i zostałem poinformowany, że jeśli przyłapie mnie raz jeszcze to wylecę z pracy (będzie kartka czerwona). Widząc swój nieunikniony koniec kariery w Hotelu „Goldbaum Manor” postanowiłem szukać szczęścia gdzie indziej, tym bardziej, że z opowieści moich współtowarzyszy niedoli jasno wynikało, iż lepszy świat istnieje i to całkiem niedaleko. Na przykład pan Czesiek, dishwasher, co tydzień, w utęsknionym dniu, kiedy nie musiał szorować garów a jego palce mogły odpocząć od ciągle wbijających się pod paznokcie widelców, jeździł do siostry do polskiej dzielnicy. Kucharz Józek również w „day off” jeździł do rodziny na osławiony Greenpoint. Sprzątacz Paweł co prawda nie jeździł, bo nie miał do kogo, ale również miło wspominał Greenpoint - miejsce, gdzie trafia większość Polaków zaraz po przylocie do Nowego Jorku. Tu miał swoją pierwszą pracę na budowie, tu wynajmował swój pierwszy pokój. W ich opowieściach to miejsce jawiło się niczym urzeczywistnienie wszelkich marzeń i tęsknot przeciętnego Polaka na emigracji. Pracy tam było w bród, mieszkań do wynajęcia - do wyboru do koloru, a do tego po pracy można było zjeść w restauracji „Pyza” na Nassau Avenue porządny polski obiad… *** Z maili do moich kolegów *** email wysłany 24. października „Re. Wiadomość z Polski” Aaaa Dzien dobry........ Wlasnie przeczytalem nowiny od Ciebie. Niewesolo sie patrze dzieje w tej szkole:( Teraz to juz calkiem sie nie chce wracac. Pan to tak napisal troche pesymistycznie, a szkola jest tematem raczej optymistycznym (przypomnij sobie co mowiles w wakacje, ze sie nie mozesz doczekac bla,bla,bla.......). To ja bym moze teraz powiedzial kilka slow o sobie.... Pracujemy w Long Beach, NY. Tu jak wyjdziesz na ulice to jakbys sie przeniosl nie wiem gdzie ale ze sto lat do tylu. Pelno tu Zydow w czarnych garniturach i kapeluszach z pejsami i jakimis sznurkami na paskach, same chlopy, bo kobiety zydowskie musza sie chyba kitrac w domach, wogole nie wychodza na ulice (...) Wyobrazasz sobie 21 wiek!!! Moze troche przynudzam ale sam zyje w szoku. 39
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pamiętnik znaleziony na gabeciu, czyli... sory, aj no spyk inglisz .
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: