Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00276 006436 13600827 na godz. na dobę w sumie
Papierowa róża - ebook/pdf
Papierowa róża - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 450
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5172-1 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Spotkanie po latach. Dawniej ona była zbyt młoda, przynajmniej w jego oczach. Nie przeszkadzała jej indiańska krew ani różnica wieku, jednak on wykluczył wspólną przyszłość. Teraz Tate twierdzi, że jego dawnej znajomej grozi niebezpieczeństwo i że tylko on może jej pomóc. Czy miłość Cecile każe jej i tym razem posłuchać swojego ukochanego?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: Paper Rose Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1999 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Anna Schwann ã 1999 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2001, 2002, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5172-1 PROLOG Cecily Peterson delikatnie zakręciła w palcach cudowną czerwoną róz˙ę z papieru. Piękno kwiatu tylko pogłębiało jej smutek. Wszystkie marzenia się rozwiały. Była zakochana w męz˙czyźnie, który nie miał nigdy odwzajemnić tego uczucia. Jej z˙ycie było jak ta papierowa róz˙a: imitacja z˙ywego piękna, za- mkniętego na zawsze w martwym przedmiocie, który nigdy się nie zestarzeje, ale tez˙ nigdy nie będzie pachniał; zimnym przedmiocie, który nigdy nie za- znał tchnienia z˙ycia. Tate Winthrop przywiózł jej tę róz˙yczkę z Japonii. Wtedy jeszcze patrzenie na nią dawało nadzieję, z˙e Tate któregoś dnia nauczy się, jak ją kochać, jak zbliz˙yć się do niej. Ale w miarę upływu lat nadzieja bladła coraz bardziej i Cecily w końcu zrozumiała, z˙e ta papierowa róz˙a pokazuje, kim stała się dla niego. Mówiła jej, bez okrutnych i dosadnych słów, z˙e jego uczucia są jedynie imitacją prawdziwej namiętności. Przypominała jej milcząco, z˙e przyjaźń i sympatia nigdy nie zastąpią miłości. A przeciez˙ dobrze pamiętała, w jaki sposób wiele lat temu zaczął się ich burzliwy związek... 5 Osiem lat wcześniej... Tate Winthrop siedział na drewnianym ogrodze- niu korralu. Nagle na drodze prowadzącej zakrętami w kierunku Corryville zobaczył tumany kurzu. Mru- z˙ąc w słońcu oczy, patrzył na nadjez˙dz˙ający pikap. Samochód wiózł prawdopodobnie paszę zamówioną w Blake Feed Company. Czas zakończyć na dziś objez˙dz˙anie młodej kla- czy, pomyślał, zsuwając się zręcznie na ziemię. Miał na sobie stare, obcisłe dz˙insy, które zgrabnie opinały jego szczupłe biodra i silne nogi. Był wysmukły i sprawny, a kaz˙dy jego ruch świadczył o radości, jaką sprawia mu praca na ranczu. Długie czarne włosy, splecione w warkocz omotany skórzaną opas- ką, podskakiwały mu lekko na ramionach. Dziadek jego matki nalez˙ał jeszcze do pokolenia, dla którego Little Bighorn nie było pustym słowem, a w tradycji rodzinnej ciągle z˙ywe były jego opowiadania o wy- prawie do Waszyngtonu na inaugurację prezydentury Teddy’ego Roosevelta. Jeden z przyjaciół dziadka zwykł powtarzać, z˙e Tate pod wieloma względami przypomina tego starego zawadiakę. Wyciągnął kubańskie cygaro z metalowego pudeł- ka, które nosił w kieszonce na piersi, wsadził je między zęby i zapalił zapałkę, osłaniając ją ręką przed wiatrem. Jego kumple w agencji zawsze byli ciekawi, jak udaje mu się zdobyć cygara z kontraban- dy. Ale Tate nie zamierzał zaspokajać ich ciekawo- ści. Tak było i tak juz˙ miało pozostać. Małe i większe sekrety stanowiły stały element jego z˙ycia i pracy. Pikap zatrzymał się na podjeździe do małego 6 domku, za którym stała pokaźna stajnia. Przed kiero- wcą rozciągał się widok korralu, po którym, po- trząsając grzywą, biegała śniez˙nobiała klacz. Silnik ucichł i z samochodu wyskoczyła młoda, szczupła dziewczyna o jasnych włosach i zielonych oczach. Była co prawda zbyt daleko, by Tate mógł określić ich kolor, ale znał je równie dobrze jak kaz˙dą piędź ziemi korralu, w którym objez˙dz˙ał swoje konie. Nazywała się Cecily Peterson i była przybraną córką Arnolda Blake’a, człowieka, który całkiem niedawno odziedziczył Blake Feed Company. Była tez˙ jedy- nym pracownikiem firmy, który nie bał się przyje- chać do Tate’a z dostawą, zamawianą regularnie raz na dwa tygodnie w firmie jej ojczyma. Ranczo Tate’a usadowiło się na kilkumilowym pasie ziemi oddzie- lającym dwa rezerwaty Siuksów: Pine Ridge i Wapiti Ridge, a miasteczko Corryville, skąd przyjez˙dz˙ała Cecily, lez˙ało na brzegu rzeki Big Wapiti, na samym skraju rezerwatu. Matka Tate’a, Leta, urodziła się i mieszkała w Wapiti, które znajdowało się o rzut kamieniem od Corryville. Tate z doświadczenia wie- dział, co to dyskryminacja i moz˙e dlatego, gdy tylko zdobył odpowiednie środki, kupił ranczo poza grani- cami rezerwatu, choć blisko matki. Tate Winthrop nie czuł specjalnej sympatii dla pozostałych przedstawicieli gatunku ludzkiego, a w szczególności starał się trzymać z dala od białych kobiet. Ale Cecily budziła w nim czułość. Była delikatną, łagodną siedemnastolatką, a jej z˙ycie, podobnie jak jego, nie było dotąd usłane róz˙ami. Miała kaleką matkę, która umarła rok temu, i od tamtej pory mieszkała z ojczymem i jednym z jego 7 braci. Brat, przyzwoity facet, był juz˙ w takim wieku, z˙e mogłaby go traktować jak dziadka, ale ojczym był pretensjonalnym leniem i alkoholikiem. Wszyscy wiedzieli, z˙e to Cecily wykonuje w skle- pie większość pracy. Sklep z paszą nalez˙ał kiedyś do jej ojca, a ojczym odziedziczył go po śmierci jej matki, po czym zdawał się robić wszystko, z˙eby doprowadzić go do ruiny. Cecily była trochę więcej niz˙ średniego wzrostu, szczupła i wiotka jak trzcina. Nie miała zadatków na wielką piękność, ale miała w sobie jakieś wewnętrz- ne światło, które nadawało jej zielonym oczom blask chryzolitu skrzącego się w słońcu. Tate usiłował zdławić swój pociąg do niej. Ce- cily była jeszcze dzieckiem, a zresztą widywali się tylko przy okazji realizowania zamówień w sklepie jej ojczyma. Sprawiało mu przyjemność, z˙e Cecily interesuje się jego indiańskimi przodkami, nie wy- kazując przy tym zadęcia, jakie towarzyszyło roz- wijającej się ostatnio modzie na Indian. Tate miał juz˙ po dziurki w nosie przyjaciół rdzennych Ame- rykanów, którzy schlebiając kolejnemu, przemijają- cemu zazwyczaj po roku lub dwu szaleństwu, ubierali się w spodnie z koźlej skóry, kupowali opaski i koraliki i w śmieszny sposób starali się pokazać swoją solidarność z pierwszymi mieszkań- cami tej ziemi. Nie miał cierpliwości dla tych nie- dzielnych Indian, którzy przyjez˙dz˙ali tu na letnie weekendy, by odjechać po dwóch dniach z po- czuciem dobrze spełnionego patriotycznego obo- wiązku. Cecily była inna. Wiedziała sporo o kul- turze Lakotów Oglala i w naturalny, bezpretens- 8 jonalny sposób interesowała się ich historią. Ani się obejrzał, a juz˙ zaczął opowiadać jej o wielu mało znanych poza plemieniem obyczajach Lako- tów i szybko stwierdził, z˙e jego zaangaz˙owanie w stosunku do tej dziewczyny zaczyna przekraczać rozsądne granice. Ale delikatna więź, która ich łączyła przed śmier- cią jej matki, po tym wydarzeniu przerodziła się w coś powaz˙niejszego. To nie do ojczyma ani do jego brata, czy tez˙ do przyjaciół w miasteczku przybiegła tego dnia, kiedy w wieku czterdziestu dziewięciu lat umarła Julia Blake. Z podkrąz˙onymi, czerwonymi oczami, ocierając co jakiś czas struz˙kę łez spływają- cych po policzku, siedziała naprzeciwko niego na ławie pod ścianą jego drewnianego domu. A on, który nie pozwolił sobie dotąd na otwartość i czułość wobec nikogo oprócz matki, objął ją i pocieszał, łagodnie ocierając chustką łzy. I wydawało mu się to wtedy czymś najnaturalniejszym na świecie. Jednak juz˙ wkrótce zaczęło go niepokoić jej rosnące z tygo- dnia na tydzień przywiązanie. Zakochanie się w Ce- cily było ostatnią rzeczą, jakiej pragnął. Nie chodziło tylko o tryb z˙ycia, jaki prowadził, przypominający z˙ycie nomady, w grę wchodziło tez˙ jego pochodze- nie. W Ameryce nie było juz˙ wielu prawdziwych przedstawicieli jego wymierającej rasy. Jez˙eli miał związać się z kobietą, wolałby znaleźć taką, w której z˙yłach takz˙e płynęła indiańska krew. Jednak nie chciał wz˙enić się w tutejszych Siuksów, raczej szu- kałby z˙ony daleko stąd, moz˙e w Nebrasce albo w Wyoming. Wyrwał się z zamyślenia i powrócił spojrzeniem 9 do samochodu i idącej zamaszystym krokiem dziew- czyny. Z rozmysłem nie wyszedł jej na spotkanie i odwrócił głowę. Cecily zdawała sobie sprawę z tej gierki. Uśmie- chnęła się cierpko i pomachała rachunkiem. Jak zwykle, kiedy zbliz˙ała się do niego, zaczynały jej drz˙eć ręce i świadoma tego, starała się je uspokoić, zaciskając palce na piórze. Mimo butów na grubych podeszwach była od niego niz˙sza niemal o głowę. Miała na sobie męską koszulę w kratkę i dz˙insy. Tate nigdy zresztą nie widział jej w z˙adnej odsłaniającej ramiona sukience ani w innym typowo damskim stroju. Podała rachunek, nie patrząc Tate’owi w oczy. – Arnold powiedział, z˙e to właśnie zamówiłeś, ale kazał mi sprawdzić z tobą, czy wszystko się zgadza – powiedziała. – Dlaczego zawsze wysyła ciebie? – spytał, prze- biegając wzrokiem kolejne pozycje na fakturze. – Bo wie, z˙e ja jedna się ciebie nie boję. Podniósł wzrok znad papieru i spojrzał na nią badawczo. Czasami jego czarne oczy budziły strach swoim intensywnym, utkwionym nieruchomo w roz- mówcy spojrzeniem; potrafiły tez˙ trwać bardzo długo bez mrugnięcia powiek – jak oczy kobry. To one spowodowały, z˙e odskoczyła od niego jak piłka, gdy spojrzał na nią po raz pierwszy. Ale wkrótce przestała się ich bać. Obchodził się przeciez˙ z nią łagodnie i był dla niej miły, milszy niz˙ ktokolwiek w z˙yciu. Wie- działa – w przeciwieństwie do większości mieszkań- ców miasteczka, którzy nie poświęcili mu nigdy więcej niz˙ chwilę uwagi – z˙e pod maską twardziela, 10 którą Tate Winthrop pokazuje światu, kryje się coś więcej. – Jesteś taka pewna, z˙e naprawdę się mnie nie boisz? – spytał groźnym głosem, powoli cedząc słowa. Na jej twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech. – Przeciez˙ chyba nie sprałbyś mnie za to, z˙e pochrzaniłam coś w zamówieniu – odparła, robiąc aluzję do tego, co się stało pewnego razu, gdy kierowca spóźnił się kilka dni z dowozem zamówio- nej paszy i Tate stracił jedno z małych cieląt. Miała rację. Nigdy, niezalez˙nie od sytuacji, nie podniósłby na nią ręki. Wziął od niej pióro i podpisał rachunek, po czym, rzuciwszy jeszcze raz okiem na ostatnią pozycję na liście, wręczył jej z powrotem. – Wszystko się zgadza. – Okay, w takim razie zabieram się do rozładunku – powiedziała wesoło i odwróciła się na pięcie. Tate zgasił napoczęte cygaro, schował je z po- wrotem do metalowego pudełka i ruszył za nią bez słowa. – O co chodzi? – rzuciła bojowo przez ramię, słysząc za plecami jego kroki. – Nie jestem miastową panienką, która boi się popsuć sobie makijaz˙. Potrafię wyładować kilka małych worków. – O, na pewno! – W jego czarnych oczach za- iskrzył się uśmiech. – Ale nie u mnie. A przynajmniej nie dzisiaj. – Tate... – jęknęła. – Nie powinieneś tego robić! Przeciez˙ on... on powinien być tu teraz zamiast mnie. Jez˙eli ma zamiar prowadzić ten sklep, dlaczego nie robi tego jak trzeba? 11 – Bo ma ciebie i wie, z˙e potrafisz go wyręczyć. Przebiegł wzrokiem po kilku workach lez˙ących w samochodzie, wybrał największy z nich i energicz- nym ruchem zarzucił sobie na ramię. Gdy spojrzał na nią ponownie, jego wzrok zatrzymał się na jej szyi. – Co ci się stało? Przyłoz˙yła rękę do szyi, jakby chciała pospiesznie zakryć siniaka, i skrzywiła się lekko. Jeszcze w samo- chodzie pamiętała, z˙eby zapiąć się starannie, ale było za gorąco i w czasie jazdy bezwiednie odpięła dwa górne guziki. Tate zdjął robocze rękawice i cisnął je na podłogę pikapa. Patrząc badawczo, sięgnął do jej bluzki i odpiął kolejne dwa guziki. – Przestań! – krzyknęła, próbując odsunąć się od niego. – Nie wolno ci tego robić. Ale guziki były juz˙ odpięte. W jego oczach za- płonęły dwa gniewne ogniki. Nie zwracając uwagi na protesty Cecily, odchylił energicznie koszulę. Poni- z˙ej obojczyka zobaczył kolejny siniak, a dalej, tuz˙ nad lekko postrzępionym brzegiem stanika, owalne, sine plamy, pasujące jak ulał do odcisków męskich palców. Zacisnął zęby, a na jego szyi zaczęła pul- sować tętnica. Siniaki wyglądały paskudnie. Jej skóra była w równie kiepskim stanie jak wystająca spod koszuli bielizna. Tate wiedział, z˙e od dawna nie kupiła sobie nic nowego. Prawdopodobnie ojczym nie dawał jej ani grosza i chyba robił tak celowo, by utrzymać ją w zalez˙ności. Tate uniósł wzrok, by spojrzeć jej w oczy. Stała przed nim zarumieniona i gryzła górną wargę. – Zapnij się. Nie chciałem cię zawstydzić. Prze- 12 praszam. Powiedz mi tylko, czy masz takie same siniaki na piersiach. Upokorzona, zamknęła oczy i po policzkach po- płynęły jej dwie wielkie łzy. – Tak – szepnęła. – To twój ojczym? Przełknęła ślinę. Poniewaz˙ nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, skinęła tylko głową. – Cecily, jak to się stało? – On... chciał mnie tam... dotykać – wyjąkała. – Próbował to robić juz˙ dawno, zaczął niedługo potem, jak oz˙enił się z mamą. Usiłowałam jej o tym powiedzieć, ale nie chciała mnie słuchać. Ona... ona nie widziała poza nim świata. I na dodatek oboje bez przerwy pili... – Kolejne zdania popłynęły szybciej. Nerwowym ruchem załoz˙yła ramiona na piersiach. – Wczoraj w nocy kompletnie się upił i przyszedł do mojego pokoju. Wyglądała tak, jakby na samo wspomnienie zrobi- ło się jej niedobrze. – Spałam juz˙. – Odwaz˙yła się wreszcie unieść oczy i Tate zobaczył w nich strach pomieszany ze wstrętem. – Tate, dlaczego męz˙czyźni muszą zachowywać się jak zwierzęta? – spytała nagle z niemal cynicznym spoko- jem, zaskakującym u siedemnastoletniej dziewczyny. – Moz˙e nie wszyscy – mruknął zmieszany. Zrobił krok w jej kierunku i nie patrząc jej w oczy, zapiął rozchełstaną koszulę. – Powinnaś sobie kupić nowy stanik. Zarumieniła się. – Nie zamierzałam ci go pokazywać – odpowie- działa hardo. 13 Zapiął bluzkę na ostatni guzik i delikatnie połoz˙ył jej ręce na ramionach. Wiedziała, z˙e nie musi się go bać. Jego ręce były ciepłe, silne i przyjacielskie. Lubiła ich dotyk. – Nie będziesz juz˙ więcej naraz˙ona na takie upokorzenia. Ze zdumienia otworzyła szerzej oczy. – Co takiego?! – Słyszałaś przeciez˙, co powiedziałem. Rozładu- ję teraz te worki, a potem usiądziemy i spokojnie zastanowimy się, co robić. Kiedy po kilku minutach skończyli rozładunek, wziął ją za rękę i nie spotykając się z oporem, zaprowadził do domu. Podsunął jej krzesło i zabrał się do parzenia kawy. Zdumiona wszystkim, co się dzieje, patrzyła na niego jak oniemiała. Gdy przestał się krzątać koło ekspresu, nalał kawę do filiz˙anek i zasiadł naprzeciw- ko niej po drugiej stronie stołu. Nigdy jeszcze nie była u niego w domu i kompletnie zaskoczyło ją odkrycie, jak bardzo róz˙ni się od tego, co sobie wyobraz˙ała. W pokoju pełno było elektronicznych urządzeń i gadz˙etów, stały w nim dwa duz˙e kom- putery, laptop, drukarka, krótkofalówki i kilka sprzę- tów, których przeznaczenia nie potrafiła określić. Na ścianie wisiała kolekcja strzelb i pistoletów, nie przypominających jednak z˙adnej broni, jaką wcześ- niej widziała. Równiez˙ meble robiły duz˙e wraz˙enie. Przypo- mniała sobie pogłoski, powtarzane przez ludzi z mias- ta, o odludku z plemienia Lakota, który zdecydował się zamieszkać poza rezerwatem i który, oprócz 14 tajemniczego pochodzenia, miał równie tajemniczy zawód. W przeciwieństwie jednak do protekcyjnego, czasami wręcz ostentacyjnie lekcewaz˙ącego stosun- ku do Lakotów, jaki przewaz˙ał u ludzi z miasteczka, nikt nie odwaz˙ał się na podobne zachowanie wobec Tate’a Winthropa. W istocie wielu mieszkańców Corryville nawet się go trochę bało. Patrzyła teraz na jego pochmurną twarz, zastana- wiając się, dlaczego to właśnie ją zdecydował się zaprosić do środka. Kiedy przyjez˙dz˙ała tutaj, za- zwyczaj podpisywał rachunek, rozładowywał dosta- wę, a jez˙eli juz˙ rozmawiali ze sobą, odbywało się to na dworze. Oczywiście wiedziała, z˙e wbrew pozo- rom interesuje się nią. Gdy przywoziła mu zamówie- nie, przyglądał się jej swoim jastrzębim wzrokiem, a kiedy zajez˙dz˙ał do miasteczka, wpadał do niej, czasami tylko po to, z˙eby zamienić kilka słów. Wydawało jej się nawet, z˙e bacznie ją obserwuje. A dzisiaj dowiedział się o niej wszystkiego, nawet tego, o czym nie odwaz˙yła się dotąd jeszcze nikomu powiedzieć. Siedział naprzeciw niej i huśtając się lekko na krześle, przypatrywał się jej spod oka. Dopiero teraz zdjął kapelusz o szerokim rondzie i rzucił go niedbale na podłogę. Nie mogąc otrząsnąć się po tym, co usłyszał, mruknął coś gniewnie, sięgnął do kieszeni i skupił się na chwilę na ceremonii zapalania cygara. – Jak daleko się wczoraj posunął? – spytał, zacią- gając się głęboko. Cecily znów zalała się rumieńcem. Zamknęła oczy. Rozmowa zaszła tak daleko, z˙e nie było juz˙ odwrotu. 15 – Próbował... to zrobić – wykrztusiła. – Uderzy- łam go. Ścisnął mnie bardzo mocno i zaczął się do mnie dobierać. Gdyby nie był pijany, nie wiem, czy udałoby mi się uciec. Robił juz˙ wcześniej róz˙ne rzeczy, ale dopiero wczoraj... Kiedy mu się wy- rwałam, wybiegłam do ogrodu i chodziłam po ciem- ku przez godzinę. Wróciłam, kiedy usnął, ale nie zmruz˙yłam oka az˙ do rana. Jej twarz napięła się w bolesnym grymasie. – Prędzej zginę z głodu niz˙ mu na to pozwolę – krzyknęła. – Nie z˙artuję! Tate patrzył na nią badawczo, wypuszczając z ust okrągłe dymki, które wzbijały się powoli pod sufit. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, z˙e jest powaz˙ną dziewczyną. Cecily nigdy się nie skarz˙yła, nigdy o nic nie prosiła. Chyba ją podziwiał. Nie widział jeszcze takiej siedemnastolatki. Po raz pier- wszy doznawał takiego uczucia, bo wobec więk- szości kobiet odczuwał przeciez˙ coś w rodzaju lek- kiej pogardy. Szczególnie wobec białych kobiet. Na samą myśl o tym, co zrobił jej ojczym, zaczynało się w nim gotować. Nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo wyrządzić komuś krzywdy jak teraz temu męz˙czyźnie. Strząsnął popiół do ogromnej kryształowej popiel- nicy i przez dłuz˙szą chwilę patrzył na nią w mil- czeniu. Cecily popijała kawę i była najwyraźniej zmiesza- na. Tate był przeciez˙ w końcu obcym męz˙czyzną. Nie tylko opowiedziała mu wszystko, lecz na dodatek widział ją w bieliźnie, z siniakami na piersi. Od- czuwała jakieś nieznane jej dotąd zawstydzenie. 16 – Cecily, co tak naprawdę chcesz zrobić ze swoim z˙yciem? – zadał nagle zaskakujące pytanie. – Chcę zostać archeologiem – odparła bez chwili namysłu. Zaskoczony uniósł brwi. – Archeologiem? Skąd ten pomysł? – W ostatniej klasie miałam nauczyciela, który był archeologiem. Całkiem powaz˙nym archeologiem – dodała. – Brał udział w wykopaliskach w ruinach Majów na Jukatanie. – Jej zielone oczy zapłonęły na chwilę prawdziwym entuzjazmem. – Myślałam o tym, jak cudownie byłoby pracować z takimi ludźmi i odkrywać coś, o czym jeszcze nikt nie wie. Dotrzeć do miast, które spoczywają pod grubą warst- wą ziemi, a które były kiedyś równie z˙ywe jak... – zawahała się przez chwilę – ... jak Nowy Jork – do- kończyła. – Zawsze lubiłam historię – dodała. Ostatnie zdanie powiedziała juz˙ nieśmiało, z lek- kim z˙alem, jakby zdawała sobie sprawę z niereal- ności szalonych marzeń. Wzruszyła ramionami. – Na to trzeba mieć pieniądze – powiedziała trzeźwo. – Mama miała trochę oszczędności, ale on wydał je w niecały rok. Mówiła mi kiedyś, z˙e on nie ma z˙adnego zmysłu do interesów, i to chyba prawda. Jak inaczej moz˙na to wszystko wytłumaczyć? W cią- gu roku doprowadził sklep do ruiny... – Kiedy umarł twój ojciec? – Sześć lat temu – odpowiedziała i zamyśliła się. – Mama wyszła ponownie za mąz˙ w zeszłym roku. Cecily zamknęła oczy i jej ciałem wstrząsnął lekki dreszcz. 17 – Mówiła mi, z˙e czuje się samotna, a on przy- chodził do niej i był dla niej taki miły. Ale ja od razu wiedziałam, co to za typ. Dlaczego mama tego nie wiedziała? – Bo ludzie nie potrafią zajrzeć pod powierzch- nię. Przez sekundę wpatrywał się gdzieś w dal. – Jakie stopnie miałaś w szkole? – Bardzo dobre i dobre – odpowiedziała. – Byłam dobra z przedmiotów ścisłych. Nagle spojrzała na niego, zaniepokojona myślą, która przyszła jej do głowy. – Czy chcesz zameldować policji o tym, co ci powiedziałam? – spytała nerwowo. – Wszyscy się wtedy dowiedzą – dodała i jej twarz pokryła się znowu rumieńcem. Rozumiał jej strach. Zwłaszcza tutaj, w małym miasteczku, gdzie wszystko mogło skończyć się publicznym napiętnowaniem i jeszcze bardziej obró- cić się przeciw niej. – Czy jest jakaś podstawa, z˙eby oskarz˙yć go o próbę gwałtu? – On tego nie zrobił! – wykrzyknęła, patrząc na niego z przestrachem. Przez chwilę panowała cisza. – To prawda... Nie udało mu się wczoraj, ale mo- z˙e się udać następnym razem – powiedziała zrezyg- nowanym tonem. – Drugi raz mogę nie mieć takiej szansy jak wczoraj. Nawet jeśli ucieknę do ogrodu. Pochylił się ku niej, opierając łokcie na surowym drewnie wiśniowego stołu, i zajrzał jej w oczy. Znowu poczuła, z˙e robi się jej niedobrze. Skuliła 18 się, obejmując rękami ramiona, i zatrzęsła się jak w febrze. To, co się stało, było największym kosz- marem jej z˙ycia. – No cóz˙... Cecily, staraj się przestać o tym myśleć – powiedział łagodnie. Z jego twarzy znik- nęło juz˙ wzburzenie i patrzył teraz na nią trzeźwo i rozsądnie. – On juz˙ nigdy cię nie dotknie. Obiecuję ci to. Istnieje na to pewien sposób. – Sposób? – Jej szeroko otwarte oczy wypełniły się nadzieją. – Wydaje mi się, z˙e mogłabyś dostać stypendium. Chodzi mi o konkretne miejsce, Uniwersytet Jerzego Waszyngtona na wschodnim wybrzez˙u – powiedział powoli, myśląc o tym, jak przydatna bywa czasami umiejętność kłamania bez mrugnięcia powieką. – W takie stypendium wliczone są zazwyczaj koszty utrzymania, ksiąz˙ki i... kilka innych rzeczy. Uwaz˙am, z˙e masz wszelkie dane, by komisja potraktowała cię z˙yczliwie. Jesteś tym zainteresowana? Cecily była kompletnie zbita z tropu. – Tak... oczywiście... ale... No dobrze, ale jak się tam dostanę i czy... potrafię napisać odpowiednie podanie? Nie wiem, jak się to robi. – Zapomnij o szczegółach. Nie są teraz waz˙ne. Na tym uniwersytecie jest niezły wydział archeologii i, co najwaz˙niejsze, byłabyś tam daleko od swojego ojczyma. Jez˙eli tylko zechcesz. – Tak, chcę! – zawołała uszczęśliwiona. – Ale muszę wrócić do domu, z˙eby... – Nie moz˙esz wrócić do domu – uciął krótko. Wyprostował się na krześle i spojrzawszy na nią jeszcze raz, wstał zdecydowanym ruchem. Podszedł 19 do stolika, na którym stał telefon, podniósł słuchawkę i energicznie wystukał numer. Po chwili Cecily usłyszała, jak płynnie coś mówi w obcym języku. Mieszkała obok Lakotów i przysłuchiwała się ich mowie niemal przez całe z˙ycie, ale pierwszy raz słyszała ten język wypowiadany z taką intonacją. W ustach Tate’a nabrał on dziwnej, jakby jeszcze bardziej egzotycznej melodii, która niejasno kojarzy- ła się jej z czymś pradawnym, ze śpiewem wiatru i rozgrzanym polem. Słuchała zauroczona, nie od- rywając wzroku od jego twarzy. Ale telefoniczna rozmowa skończyła się bardzo szybko. – Chodźmy – powiedział. – Samochód... został samochód, w którym jest jeszcze inna dostawa – zaprotestowała słabo. – Odstawię samochód z powrotem do twojego ojczyma i zostawię mu wiadomość. – Ale... dokąd mnie zabierasz? – Do mojej matki do rezerwatu – wyjaśnił krótko. – Mój ojciec pracuje w Chicago i ona przewaz˙nie mieszka teraz sama. Ucieszy się, z˙e przyprowadziłem jej gościa. – Nie mam ze sobą z˙adnych ubrań. – Gorączkowo próbowała znaleźć jakiś powód, by nie jechać. – Przywiozę ci ubrania od ojczyma. – Mówisz tak, jakby to była wyprawa po bułki. Przeciez˙ nie pójdzie ci z nim tak łatwo. On... rzuci się na ciebie! Tate uśmiechnął się pod nosem. – Większość rzeczy jest łatwiejsza, niz˙ ci się wy- daje. Trzeba tylko usunąć z drogi to, co niepotrzeb- 20 ne. Juz˙ dawno nauczyłem się, z˙e najlepiej zabierać się do rzeczy, zaczynając od sedna sprawy. – Otwo- rzył szeroko drzwi. – Idziemy? Cecily wstała z krzesła, czując nagle, jak wzbiera w niej siła i poczucie lekkości, zupełnie, jakby strząsnęła z ramion niewidzialny cięz˙ar. Czy była świadkiem cudu, jednego z tych zdarzeń, które przy- trafiają się niektórym ludziom i które w ciągu jednej chwili zmieniają całe ich z˙ycie? Po raz pierwszy w z˙yciu naprawdę wierzyła, z˙e to moz˙liwe. ROZDZIAŁ PIERWSZY Współcześnie, Waszyngton D.C. Błysk fleszów i kilkadziesiąt wyciągniętych z mi- krofonami rąk znacznie utrudniały Cecily Peterson przebrnięcie przez zatłoczony dziennikarzami hol kongresowej restauracji. Na sali wciąz˙ trwała kolacja wydana przez senatora Matta Holdena, podczas któ- rej zamierzał zebrać fundusze na rozbudowę waszyn- gtońskiego muzeum poświęconego historii i kulturze Rdzennych Amerykanów. Za jednym z długich stołów ustawionych w cent- ralnej części sali wysoki męz˙czyzna o czarnych, splecionych w długi warkocz włosach, przeniósł wściekłe spojrzenie z drzwi, w których zniknęła panna Peterson, na zaplamiony zupą smoking. To- warzysząca mu obwieszona brylantami blondynka nie mogła powstrzymać jadowitego uśmiechu. Cecily powoli przedzierała się przez hol. Ale się wszyscy musieli ubawić, uzmysłowiła sobie nagle i nieświadomie wypowiedziała to na głos. Na jej twarzy błąkał się niewyraźny uśmiech. 22 Nie wyglądała na kobietę, której z˙ycie rozpadło się nagle jak domek z kart. Ale prawda była taka, z˙e było ono teraz w równie opłakanym stanie, jak zaplamiony zupą z krabów smoking Tate’a Winthropa. Ruszyła w kierunku czarnej limuzyny, którą tu przyjechała i w której zamierzała poczekać na swoje- go towarzysza. Skróciła sobie drogę przez trawnik i gdy dotarła do samochodu, spostrzegła, z˙e pantofle ma całe wilgotne od rosy. Czuła, jak pasemka wło- sów zaczynają się wymykać ze starannie ułoz˙onej fryzury. Nie miała okularów i przesuwające się przed nią bezkształtne sylwetki ludzi, samochodów i zapa- lających się wieczornych świateł miasta zaczęły migotać i zlewać się jej w oczach. Miała na sobie czarną sukienkę na cienkich ramiączkach i choć rozwinęła lekki szal, zarzucony wcześniej na szyję, czuła juz˙ na ramionach chłód wieczoru. Nie mogła wejść do samochodu bez kluczyków, ale jakie to miało znaczenie? Była zbyt zdruzgotana, by napraw- dę czuć zimno i zwracać uwagę na to, co się wokół niej dzieje. Czuła się upokorzona tym, z˙e musiała dowiedzieć się prawdy o sobie i swoim domniema- nym stypendium właśnie od tej farbowanej blon- dynki, z którą Tate Winthrop pokazywał się ostatnio na mieście. Jej myśli powędrowały wstecz o dwa lata, kiedy wydawało się, z˙e wszystko w jej z˙yciu idzie jak z płatka i kiedy sądziła, z˙e jest o krok od spełnienia swoich największych marzeń. Lotnisko w Tulsie było tego dnia wyjątkowo zatłoczone. Cecily przedzierała się w kierunku od- praw lotów, wlokąc za sobą torbę na kółkach 23 i przerzucony przez ramię duz˙y płócienny worek ze sprzętem. Rozglądała się za Tate’em Winthropem, który zawieruszył się gdzieś w tłumie. Ubrana była w strój, z którym nie rozstawała się w czasie wypraw archeologicznych podczas studiów: buty na grubej podeszwie, spodnie ze wzmocnionego płótna, rozpi- nana bluza w stylu safari i lekki hełm, zawieszony na rzemyku na plecach. Jej jasne włosy upięte były w praktyczny kok, a zielone oczy spoglądały spoza grubych szkieł okularów z niecierpliwością i podeks- cytowaniem. Nie zdarzało się często, by Tate Winth- rop zaprosił ją do uczestnictwa w jakiejś swojej misji. Gdy wreszcie się pojawił, górując na tłumem, Cecily dała mu znak ręką. Był Indianinem z plemie- nia Lakota i nietrudno się było tego domyślić. Miał wysokie, silne kości policzkowe i głęboko osadzone oczy, spoglądające na świat spod mocnych, lekko zaokrąglonych brwi. Jego szerokie usta, o wąskiej górnej wardze i pełnej dolnej, wyglądały jak wyrzeź- biony doskonałym dłutem fragment marmurowej rzeźby. Wyglądał bardzo seksownie. Czarne, proste włosy, gdy nie splatał ich w gruby warkocz, spadały mu lawiną na plecy. Był szczupły, ale wyczuwało się w nim naturalną, spokojną siłę, płynącą jednak raczej z duchowego źródła, a nie z nabitej muskulatury i szerokiego karku, jak to się zdarza u osiłków czy atletów. Tate pracował dla tajnej agencji rządowej, o czym Cecily oczywiście nie wiedziała, podobnie jak na razie nie poinformował jej, z˙e ich wspólna wyprawa wiąz˙e się z wyciszoną i ukrytą skutecznie przed mediami sprawą pewnego politycznego mor- derstwa w Oklahomie. 24 – Gdzie masz swój bagaz˙? – spytał głębokim, szorstkim głosem, gdy wreszcie przecisnął się do niej. Odpowiedziała mu zuchwałym spojrzeniem, mie- rząc go od stóp do głów i zatrzymując wzrok na eleganckiej wełnianej kamizelce. – W takim stroju na wyprawę? – rzuciła prowoka- cyjnie. – Czy na pewno wiesz, dokąd się wybieramy? Kiedy miała siedemnaście lat, Tate uratował ją od ojczyma. Zabrał ją wtedy do matki, do rezerwatu Siuksów Wapiti Ridge w pobliz˙u Black Hills i tam pozostała przez kilka miesięcy, dopóki nie załatwił jej stypendium, dzięki któremu mogła się zapisać na wydział archeologii Uniwersytetu Jerzego Waszyng- tona. Jak się później okazało, wydział mieścił się o kilka przecznic od jego waszyngtońskiego miesz- kania. Tate był jej aniołem stróz˙em przez cztery lata studiów, a opiekował się nią i teraz, kiedy zdecydo- wała się zapisać na seminarium i pisać pracę dyplo- mową z archeologii sądowej. Juz˙ w czasie studiów Cecily zaczęła zwracać na siebie uwagę. Kończyła kaz˙dy rok z wyróz˙nieniem, co nie było zresztą az˙ tak dziwne, jez˙eli weźmie się pod uwagę fakt, z˙e właś- ciwie nie miała z˙ycia towarzyskiego i poświęcała prawie cały czas na naukę. Nie czuła z˙adnej potrzeby, by umawiać się na randki – szła przez z˙ycie ze wzrokiem utkwionym w jednego męz˙czyznę. Był nim Tate. – Jestem szefem słuz˙b bezpieczeństwa korporacji Hutton – przypomniał jej w odpowiedzi na prowoka- cyjne pytanie. – To, co teraz robię, to przyjacielska przysługa dla starych przyjaciół. Tak właśnie, wyob- raź sobie, wygląda mój strój roboczy. 25 Skrzywiła się lekko uraz˙ona. – Wytarzasz te piękne spodnie w piasku i bę- dziesz wyglądał jak nieboskie stworzenie. – Mam nadzieję, z˙e pomoz˙esz mi je odkurzyć? Zaśmiała się zawadiacko. – Naprawdę pozwolisz mi to zrobić? Tate dał jej lekkiego kuksańca. – Przestań się przekomarzać. Mamy do czynienia z delikatną i powaz˙ną sytuacją. – Aaa... to dlatego próbowałeś mnie tak nastra- szyć przez telefon. Rozejrzała się po hali lotniska. – Przydałby się nam jakiś wózek. A w ogóle, gdzie jest odprawa bagaz˙u? – Wspięła się na palce. – Zapa- kowałam wszystko – rzuciła do niego od niechcenia, jakby chciała uprzedzić następne pytanie. – Łącznie z czujnikami elektronicznymi. Jest tego sporo. – A co z ubraniami? Spojrzała zdziwiona, jakby zaczął do niej mówić w obcym języku. – Z jakimi ubraniami? Nie potrzebuję dodatko- wych tobołów. Wystarczą mi dwie pary spodni i ba- wełniane podkoszulki. Tate wydał głęboki jęk. – Jak chcesz w czymś takim wybrać się do ele- ganckiej restauracji? – A dlaczego nie? Kto zresztą niby miałby mnie zaprosić do restauracji? Przeciez˙ chyba nie ty? Poruszył się niespokojnie i przestąpił z nogi na nogę. – Mam zamiar odbyć małą pokutę i zrobić ci niespodziankę. 26 W jej oczach zaiskrzyły się przekorne chochliki. – Świetnie! W moim łóz˙ku, czy w twoim? Mimo z˙e postanowił nie reagować na jej zaczepki, tym razem zaśmiał się rozbawiony. Była jedyną osobą w jego z˙yciu, która potrafiła sprawić, z˙e od czasu do czasu zrzucał pancerz samokontroli. Wy- zwalała w nim jednak równiez˙ reakcje, do których wolał się nie przyznawać. – Nigdy sobie nie odpuścisz? – odpowiedział zaczepką na zaczepkę. – Moz˙e pozwolisz nam jednak czasami na chwilę odpoczynku? – Któregoś dnia zmiękniesz – stwierdziła z nie- wzruszonym przekonaniem. – A ja jestem gotowa. A propos... wiesz, z˙e mam w kosmetyczce zapas gumek na cały tydzień? – Cecily! – Spojrzał na nią zaszokowany. Wzruszyła ramionami. – Kobiety muszą myśleć o takich rzeczach. A ja mam juz˙ dwadzieścia trzy lata. – Po chwili dodała cicho: – Tate, nic na to nie poradzę, z˙e przy tobie większość facetów wygląda jak karykatura męz˙czyz- ny. Nawet kiedy próbują się do mnie dobierać... – Nie zabrałem cię tu ze sobą, z˙eby dyskutować o twoich nieistniejących kochankach – przerwał jej ostro. – A juz˙ miałam nadzieję, z˙e wybrałam się na lekcję, w czasie której będę mogła odrobić zaległości – westchnęła. Popatrzył na nią karcąco. – Okay – powiedziała w końcu ugodowo. – Zga- dzam się na rozejm. Zmieńmy temat. Powiedz mi wobec tego, co chciałbyś, z˙ebym robiła. Wiesz, z˙e 27 jestem profesjonalistką. – Uśmiechnęła się dumnie. – Wspominałeś coś o jakichś szczątkach szkieletu? Rozejrzał się uwaz˙nie wokoło. – Dostaliśmy wskazówkę. Jakiś anonimowy in- formator dał nam cynk, z˙e dowiemy się czegoś więcej o morderstwie, jez˙eli zaczniemy szukać we wskazanym miejscu. Jakieś dwadzieścia lat temu w okolicach Tulsy zniknął bez wieści tajny agent. Przewoził wtedy mikrofilm, na którym była infor- macja o wtyczce w CIA. Gdyby okazało się, z˙e to jego ciało odkryto niedawno i gdyby wśród mate- riałów, jakie miał ze sobą, była ta trefna rolka, wielu osobom nawet dziś napsułoby to bardzo wie- le krwi. – Domyślam się, z˙e twoja wtyczka z˙yje nadal i jest teraz odwróconym agentem? – Lepiej nie pytaj – powiedział i szybko dodał: – Nie chcę cię w to wciągać, bo wtedy trzeba by cię objąć specjalnym programem ochrony świadków z ramienia FBI. Nawet nie wiesz, jak bardzo zmieni- łoby to twoje z˙ycie – dodał ze sprytnym uśmiechem. – Ty musisz tylko stwierdzić, czy CD to osoba, o której myślimy. – Ciało denata... – odszyfrowała skrót. Zmarsz- czyła lekko brwi. – Myślałam, z˙e macie juz˙ jakiegoś eksperta. – Nie mam pojęcia, kogo chłopaki z FBI tu sprowadzą. Wolę polegać na tobie. Cecily poczuła się mile połechtana w swojej zawodowej dumie, ale postanowiła nie dać tego po sobie poznać. – Poza tym – rzucił na nią szybkie spojrzenie 28 – jesteś wyjątkowo dyskretną osobą. Wiem z do- świadczenia, z˙e nikomu nie powiesz o tym, co tu zobaczysz. – A co twój ekspert mówi na temat ciała? – Z˙e jest bardzo stare, a zgon nastąpił całe tysiące lat temu. – A ty się z tym nie zgadzasz? – Nie. Jest mało prawdopodobne, by w czaszce, która lez˙y zakopana w ziemi od tysięcy lat, znalazł się stalowy pocisk kalibru .32. – No cóz˙, to chyba rzeczywiście nie moz˙e być paleolityczny indiański myśliwy... – Ja tez˙ tak sądzę. Ale chciałbym usłyszeć zdanie eksperta archeologa, bo jez˙eli zostanie oficjalnie przyjęta tamta opinia, władze kaz˙ą odłoz˙yć sprawę do akt. Czy sądzisz, z˙e będziesz w stanie datować te szczątki? – Nie wiem. Jedyny pewny sposób to metoda węgla promieniotwórczego, ale to wymaga czasu i podręcznego laboratorium. Zrobię, co będę mogła. – To mi wystarczy. Eksperci od paleolitycznej archeologii indiańskiej jakoś nie biegają tabunami po Ameryce. Mam trochę kontaktów, ale okazałaś się jedyną osobą, która naprawdę się na tym zna. – Schlebiasz mi. – To nie pochlebstwo. Wiem, z˙e jesteś dobra. Szli chwilę w milczeniu i Tate przyglądał się uwaz˙nie jej bagaz˙owi. – Co masz w tej torbie, skoro nie zabrałaś ubrań? – Komputer z modemem i faksem, telefon ko- mórkowy, profesjonalne narzędzia do wykopalisk – w tym składaną łopatkę – i dwie specjalistyczne 29 ksiąz˙ki o klasyfikacji szczątków kostnych pochodzą- cych z wykopalisk. Spojrzał na nią z uznaniem i cmoknął w podziwie. W tej samej chwili uświadomił sobie, z˙e niepozorna torba, którą ciągnie za sobą, musi być bardzo cięz˙ka. Wyrwał jej uchwyt z ręki i ocenił na oko wagę torby. – Mój Boz˙e, moz˙esz przeciez˙ dostać od tego przepukliny. Nie słyszałaś nigdy o wózkach bagaz˙o- wych? – Oczywiście, mam trzy. Stoją w szafie w Wa- szyngtonie. Pokręcił głową i poszukał wzrokiem wózka. Wy- patrzył wreszcie jakiś pod ścianą, pobiegł po niego i po chwili ruszyli z bagaz˙em w kierunku drzwi. Cecily nie była pięknością, ale miała w sobie coś pociągającego. Była inteligentna, z˙ywa i czasami nieznośna, ale wszystko to razem sprawiało, z˙e czuł się z nią bardzo dobrze. Mogłaby stać się osią, wokół której kręci się jego z˙ycie, gdyby tylko sobie na to pozwolił. Ale ona była biała, a on nalez˙ał do plemie- nia Lakotów i trudno mu było o tym zapomnieć. Gdyby kiedykolwiek miał się oz˙enić, co przy jego zawodzie było niezbyt prawdopodobne, chciałby wziąć za z˙onę dziewczynę, w której z˙yłach równiez˙ płynie indiańska krew. Kiedy usiedli wreszcie w samolocie, niecierpliwie sięgnął po jej pas bezpieczeństwa i zapiął go. – Zawsze o tym zapominasz – mruknął, patrząc jej w oczy. Jej oddech przyspieszył, jak zwykle, kiedy spog- lądał jej w oczy dłuz˙ej niz˙ przez krótką chwilkę. Był przystojny, ekscytujący i kochała go bardziej niz˙ 30 siebie samą. Miała za sobą cztery takie lata. Lata wypełnione przez beznadziejne, nieodwzajemnione zadurzenie, które powodowało, z˙e mimo całej pasji, z jaką rzuciła się na naukę, odczuwała ciągle gorycz niespełnienia. Przez cały ten czas ani razu jej nie dotknął. Pozostawały jej tylko jego spojrzenia. – Powinnam zatrzasnąć przed tobą drzwi – wybu- chnęła nagle. – Przestać z tobą rozmawiać, przestać cię widywać. Starać się iść przed siebie i zająć własnym z˙yciem. To, z˙e jesteś obok, stało się dla mnie nieustającą udręką. Całkiem niespodziewanie wyciągnął rękę i czub- kami palców dotknął jej gładkiego policzka. Musnął delikatnie jej jedwabistą skórę, a dotarłszy do ust, przesunął palec po jej górnej wardze. – Jestem Lakotą – powiedział spokojnie. – A ty jesteś biała. – Z˙yjemy w czasach, kiedy moz˙na zapobiegać ciąz˙y – wyjąkała załamującym się głosem. Jego twarz stała się jeszcze powaz˙niejsza niz˙ zwykle. Nie zdejmując z niej spojrzenia spytał: – Czy seks jest wszystkim, czego ode mnie prag- niesz? Nie chcesz, z˙eby twój męz˙czyzna stał się kiedyś ojcem twoich dzieci? Ta krótka wymiana zdań była ich najpowaz˙niejszą rozmową od lat. Nie mogła oderwać wzroku od jego czarnych, intensywnie wpatrzonych w nią oczu. Pragnęła go. Ale przeciez˙ pragnęła tez˙ kiedyś mieć dzieci – moz˙e nie jutro lub za rok, ale wiedziała, z˙e taki dzień nadejdzie. Jej wzrok mówił mu to zanadto wyraźnie. – Nie, Cecily – powiedział łagodnie. – Seks 31 nie jest tym, czego pragniesz. A tego, co potrzebu- jesz, ode mnie nie moz˙esz dostać. Nie ma przed nami wspólnej przyszłości. Jez˙eli oz˙enię się pewnego dnia, wiem, z˙e będzie to kobieta takiego samego pocho- dzenia. Nie chcę się związać z białą dziewczyną, i to w dodatku tak młodziutką i niewinną jak ty. – Nie byłabym taka niewinna, gdybyś tylko mi w tym dopomógł – odburknęła krnąbrnie. W jego czarnych oczach zamigotała dobrze jej znana iskierka. – W innych okolicznościach pewnie bym tak zrobił. – W jego spojrzeniu pojawił się krótki błysk namiętności, który spowodował, z˙e zalała ją fala gorąca. – Z wielką przyjemnością zdarłbym z ciebie wszystkie te szmatki, cisnął cię na łóz˙ko i kochał się z tobą do białego rana. – Przestań – wydusiła z trudem. – Przestań, bo zaraz się rozpłynę. Pogłaskał ją łagodnie po karku i przyciągnął lekko do siebie. Czuła jego oddech, pachnący wypitą nie- dawno kawą. Ich piersi niemal się dotykały. – Za często mnie kusisz – wyszeptał. – Nawet sobie nie wyobraz˙asz, jakie to niebezpieczne. Nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Nie panowała juz˙ nad swoim oddechem i drz˙ała pod- niecona jego bliskością. Od czasu kiedy zaczęła czuć się kobietą, tylko on, tylko ten jeden jedyny męz˙czyzna sprawiał, z˙e z˙ycie nabierało kolorów, on jeden powodował, z˙e serce zaczynało jej mocniej bić. Mimo traumatycznych doświadczeń sprzed kilku lat czuła, jak w jego obecności budzi się w niej gwałtowne fizyczne poz˙ądanie, coś, czego nie dało 32 się porównać z reakcją na z˙adnego innego męz˙- czyznę. Dotknęła jego szczupłego policzka chłodnymi palcami i zsunęła je powoli na szyję, zagłębiając w gęstwinie czarnych włosów, splecionych w gruby warkocz. Były spięte tak samo ciasno, jak spięte pozostawały trzymane pod kontrolą emocje. – Moz˙esz mnie pocałować – powiedziała, mimo szeptu nie panując nad głosem. – Chciałabym choć zobaczyć, jak to smakuje. Jego ciało napięło się i wypręz˙yło nad nią w lek- kim łuku. W następnej chwili jego usta zawisły tuz˙ nad jej rozchylonymi wargami. Otaczająca ich cisza wydawała się brzemienna oczekiwaniem na speł- nienie się tego, co niemoz˙liwe. Spojrzał w jej szeroko otwarte, wypełnione pragnieniem, zielone oczy i do- strzegł w nich z˙ar, którego nie potrafiła i nie chciała ukryć. Jej ciało miękko wcisnęło się w niego, poczuł promieniujące od niej ciepło. – Tate – jęknęła, unosząc wargi do jego ust, pięknych jak wyrzeźbione dłutem antycznego mist- rza usta marmurowej rzeźby, ust, które obiecywały spełnienie i rozkosz. Zanurzył ręce w jej włosy. Zakwiliła, gdy wsunął palce w związany ciasno kok i rozpiął klamerkę, ale było jej wszystko jedno. Jej ciało jęczało z prag- nienia. – Cecily, ty mały głuptasie – wyszeptał. Jej wargi rozwarły się jeszcze bardziej. A jednak potrafi być słaby, pomyślała. Tym razem, dzisiaj, okazał wreszcie słabość! Więc moz˙e go skusić. To, o czym marzyła, było w zasięgu ręki. Nadeszła 33 chwila, gdy mogła wreszcie poczuć na swoich war- gach jego usta, poznać ich smak, usłyszeć jego podniecenie. Czuła, z˙e i jego ciało drz˙y. Czuła na wargach jego szybki oddech, widziała, jak spada nagle z niego pancerz obojętności. Pochylił się jesz- cze niz˙ej i ich usta spotkały się nareszcie. Boz˙e, tak bardzo tego pragnęła, pragnęła tego całe z˙ycie... Przenikliwy dźwięk klaksonu wyrwał ją nagle z zamyślenia i Cecily znalazła się z powrotem w twardych objęciach rzeczywistości. Czuła na ra- mionach narastający chłód wieczoru. Kilkadziesiąt metrów przed nią wznosiła się majestatycznie kopuła Kapitolu. Chcąc nie chcąc zaczęła się zastanawiać, w ilu gazetach znajdzie się jutro relacja o dzisiej- szych wydarzeniach. Niecodziennie w kongresowej restauracji bohaterka wieczoru demonstracyjnie wy- lewa wazę zupy na spodnie towarzyszącego jej męz˙- czyzny. Wyprostowała się i napięła lekko mięśnie karku, czując ostatnie bolesne ukłucie odpływających wspo- mnień. Równie natarczywy dźwięk klaksonu oddzie- lił ją od Tate’a Winthropa dwa lata temu. W ciągu kilku sekund dowiedziała się wtedy, z˙e nie ma juz˙ przy niej człowieka, wokół którego kręciło się jej z˙ycie. To był koniec jej marzeń. Pomogła mu roz- wiązać sprawę morderstwa w Oklahomie, potwier- dzając to, co powiedział przed nią ekspert z FBI. Czaszka, którą wykopano z ziemi, była rzeczywiście paleolitycznym szczątkiem, a tkwiąca w niej kula stanowiła element współczesnej intrygi, która miała pogrąz˙yć jednego z waszyngtońskich kongresme- 34 nów. Kaz˙dy, kto wiedział o antropologii tyle co ona, widząc uzębienie wykopanej czaszki, bez trudu po- trafiłby określić rasę męz˙czyzny, a takz˙e właściwie datowałby znalezisko na podstawie otaczających je naczyń i kamiennych narzędzi, natychmiast demas- kując niezręczne knowania pozbawionego antropolo- gicznej wiedzy intryganta. Tate dał jej szansę wzięcia udziału w tym powaz˙- nym przedsięwzięciu, choć jeszcze studiowała, i była z tego dumna. Ale cała reszta jej nadziei pękła jak przekłuty balon. Stało się to w jednej chwili, jakby wraz z przenikliwym dźwiękiem klaksonu zniecierp- liwionego kierowcy rozpadła się iluzoryczna bańka szczęścia. Czy ten twardy, natarczywy dźwięk wy- rwał wtedy Tate’a z dziwnego stanu zamroczenia, w którym wydawało mu się, z˙e moz˙e ją pokochać? Widziała, jak staje się chłodny i daleki, odsuwa się od niej na dystans, którego nie przekroczył juz˙ ani razu przez ostatnie dwa lata. Nawet ich bliska przyjaźń ostygła, przechodząc w pozbawioną głębszego zaan- gaz˙owania sympatię. A dzisiaj wszystko runęło w gruzy. Okazało się, z˙e jej doktorat przeniósł się z pozio- mu konkretnych planów w sferę bliz˙ej nieokreślonej przyszłości. Kiedy miała siedemnaście lat, Tate ura- tował ją z objęć ojczyma i od tamtej pory przybrał wobec niej postawę opiekuna, starając się nie naru- szać właściwych tej roli granic. Gdy sześć lat temu przyjez˙dz˙ała do Waszyngtonu na studia, wiedziała, z˙e przyznano jej stypendium, i to na tyle hojne, by przez cały ten okres udawało się jej pokrywać wszyst- kie wydatki z wpływającej co miesiąc na konto sumy 35 od fundacji, która pomagała zdolnym, pozbawionym środków kobietom w zdobywaniu szlifów akademic- kich. Dlaczego nie zastanowiło jej, z˙e fundacja tak bardzo pragnęła pozostać anonimowa? Anonimowa do tego stopnia, z˙e uniemoz˙liwiała nawet złoz˙enie wizyty we własnej siedzibie? I z˙e komisji, która przyznała jej tak szczodre stypendium, nie zalez˙ało na osobistym poznaniu adeptki, którą popierała? Wszystko okazało się kłamstwem. Dzisiejszego wie- czoru dowiedziała się, z˙e przez sześć lat Tate sam płacił za jej studia i z jego kieszeni dostawała pieniądze na utrzymanie. Owinęła się szczelniej szalem. Tą samą drogą, którą przyszła, na przełaj przez trawnik zbliz˙ała się do niej wysoka męska postać. Po kilkunastu sekun- dach do samochodu podszedł Colby Lane i kurtuazyj- nie otworzył przed nią drzwi. – Jesteś juz˙ prawie sławna. Prawdopodobnie obej- rzymy cię nawet dzisiaj w dzienniku – powiedział z błyskiem rozbawienia w ciemnych oczach. Kiedy wsiedli do samochodu, utkwił w niej pyta- jące spojrzenie. – Tate chyba właśnie wychodzi teraz z restauracji... – Zabierz mnie stąd natychmiast! – wykrzyknęła histerycznie. – Tchórz – zaśmiał się, przekręcając kluczyk w stacyjce. Samochód wykonał kilka manewrów, by wydo- stać się z ciasno zastawionego parkingu, i Cecily zobaczyła w tylnym oknie zbliz˙ającego się do nich wielkimi krokami męz˙czyznę z warkoczem. Widząc w jego spojrzeniu furię, posłała mu 36 z uśmiechem całusa i odwróciła głowę. Wykręcili powoli na wyjeździe i włączyli się do ruchu. – Prowadzisz niebezpieczne z˙ycie – zaz˙artował Colby. – Przeciez˙ Tate wie, gdzie mieszkasz. – Oczywiście, z˙e wie. W końcu to on płaci za moje mieszkanie – wykrzyknęła nerwowo. Owinęła się jeszcze ciaśniej szalem i spojrzała na Colby’ego zdezorientowanym wzrokiem. – Colby, nie chcę wracać teraz do domu. Czy mogę spędzić u ciebie noc? Wiedziała, podobnie jak kilku jego najbliz˙szych przyjaciół, z˙e Colby jest wciąz˙ beznadziejnie zako- chany w swojej byłej z˙onie, Maureen. Nie związał się bliz˙ej z z˙adną inną kobietą, mimo z˙e od rozwodu minęły juz˙ dwa lata. Od czasu do czasu upijał się, ale wiedziała, z˙e nie jest niebezpieczny. Nie było zresztą osoby, której ufałaby bardziej od niego. Był jej dobrym przyjacielem od ładnych paru lat, przyjaźnił się równiez˙ z Tate’em. – Nie sądzę, z˙eby był tym zachwycony – mru- knął. Cecily westchnęła cięz˙ko. – Jakie to ma teraz znaczenie? – spytała zmęczo- nym głosem. – Właśnie spaliłam za sobą wszystkie mosty. – Nie wiem, dlaczego ta głupia Audrey musiała ci wszystko wypaplać – rzucił Colby z irytacją. – Prze- ciez˙ to nie jej parszywy interes. – Być moz˙e chciała dostać na zaręczyny duz˙y pierścionek z brylantem, a Tate nie moz˙e sobie na to pozwolić, jez˙eli utrzymuje w tym samym czasie jakąś inną panienkę. 37 Spojrzał na jej napiętą twarz. – On nigdy się z nią nie oz˙eni. – A dlaczego by nie? Ona ma przeciez˙ wszystko – pieniądze, pozycję i... w dodatku jest bardzo ładna. Ma tez˙ dyplom z Vassar. – Popatrzyła na niego rozgoryczona. – Są przeciez˙ ze sobą juz˙ od paru ładnych miesięcy. – Tate pokazuje się z wieloma kobietami. Ale nie oz˙eni się z z˙adną z nich. – No cóz˙... ze mną tez˙ się nie oz˙eni. Jestem przeciez˙ biała. – Jesteś raczej oliwkowa. Zwłaszcza teraz, pod koniec lata – zaz˙artował. – Ale moz˙esz wyjść za mnie. Będę bardzo o ciebie dbał. Zrobiła do niego minę i pokazała mu język. – Będziesz przez sen mówił do mnie: Maureen. Skończy się na tym, z˙e rozbiję ci głowę lampą. Colby wciągnął głęboko powietrze i zacisnął moc- niej ręce na kierownicy. Niezalez˙nie od pory roku nosił rękawiczki, by zakryć protezę dłoni. Stracił rękę kilka lat temu w Afryce. Był zawodowym z˙ołnie- rzem, ale wiele lat temu wystąpił z armii i pracował jako wolny strzelec dla róz˙nych agencji rządowych. Cecily przyzwyczaiła się nie zadawać mu zbędnych pytań o pracę i częste, kilkudniowe wyjazdy, okryte zazwyczaj mgłą tajemnicy. Spotykali się regularnie, choć niezbyt często. Byli przyjaciółmi, połączonymi wspólnym cierpieniem w nieodwzajemnionej mi- łości. – Tate jest skończonym głupcem – skwitował. – Nie, to ja po prostu nie potrafię dotrzeć do niego – poprawiła go. – Szkoda, z˙e nie jestem Lakotą. 38 – Gdyby Leta Winthrop to usłyszała, pewnie popukałaby się w głowę – mruknął Colby z roz- bawieniem. – A propos, słyszałem, z˙e miałaś w ubie- głym miesiącu wystąpienie przed Senatem na temat autonomii dla Lakotów? To duz˙y sukces. Daleko zajdziesz, Cecily. – Tak, razem z paroma innymi działaczami. Ale niektórzy Indianie niechętnie patrzą na białą squaw, która popiera ich sprawę. Mimo wszystko starałam się zrobić, co mogłam. – Wiem, wiem... – Tak czy owak, dziękuję ci za dobre słowo. – Wcisnęła się głębiej w fotel i odchyliła do tyłu głowę. – To był okropny wieczór. Przypuszczam, z˙e senator Holden nie będzie chciał juz˙ mnie widzieć. – Nie bądź naiwna. Jest na pewno zachwycony reklamą, jaką mu zrobiłaś – zarechotał. – Sądzę, z˙e sam zwróci się do ciebie z propozycją, z˙ebyś to powtórzyła. Chciał przeciez˙, z˙ebyś... jaką to posadę zaproponował ci w tym nowym muzeum, które powstaje pod jego kuratelą w Waszyngtonie? – Zastępcy kustosza. Jez˙eli jest tak, jak mówisz, moz˙e nie wycofa propozycji. I chyba ją przyjmę. W tej sytuacji nie widzę wielkich szans na kon- tynuowanie studiów doktoranckich. – Jeśli chodzi o to... mam trochę pieniędzy na koncie. Mógłbym ci pomóc. – O nie, nie. Dziękuję. Czas juz˙, z˙ebym stała się niezalez˙ną kobietą. – Jak uwaz˙asz. – Spojrzał na nią uwaz˙nie. – Jez˙eli przyjmiesz tę pracę, na pewno nie poprawi to twoich stosunków z Tate’em. On i Matt Holden idą na noz˙e. 39 – Holdenowi nie podoba się projekt zbudowania kasyna w rezerwacie Wapiti – wyjaśniła. – A Tate uwaz˙a, z˙e to świetny pomysł. Prawie pobili się o to podczas ostatniego spotkania. – Tak, słyszałem o tym... I nie tylko o to. Fakt, z˙e Holden wtyka nos w niektóre sprawy, które dzieją się w senackim Komitecie do spraw Indian, przypomina wtykanie kija w gniazdo szerszeni. Parę zdań, które powiedział publicznie o tym kasynie, było bardzo obraźliwych. – Są juz˙ przeciez˙ kasyna w innych rezerwatach Siuksów w Południowej Dakocie – zauwaz˙yła. – A Holden walczy właśnie przeciwko temu jed- nemu, zupełnie jakby postradał zmysły. Nikt nie wie, dlaczego. Stoczył juz˙ o nie z Tate’em kilka praw- dziwych bitew. – To tylko pretekst, przeciez˙ wiesz o tym. Oni po prostu nie cierpią się nawzajem. Odgarnął kosmyk czarnych włosów spadający mu na oczy. – Pamiętam, z˙e powiedziałem to juz˙ przed chwi- lą, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Wiesz, z˙e Tate’owi nie spodoba się, jeśli zostaniesz u mnie na noc. – Mam to w nosie – rzuciła buntowniczo. – Ja nie mówię mu, gdzie ma spać. To nie jego interes. Od dzisiaj juz˙ nie. Colby westchnął cięz˙ko. – Jak sądzisz, co sobie pomyśli, kiedy się o tym dowie? Potarła nerwowym ruchem brew i przygryzła wargę. Przez chwilę siedziała w milczeniu. – W porządku – powiedziała w końcu. – Jez˙eli do 40 tego wszystkiego miałabym jeszcze pokłócić was ze sobą... Poddaję się. Zawieź mnie do jakiegoś hotelu. Colby podskoczył na siedzeniu i spojrzał na nią tak, jakby nagle uznał, z˙e spotkała go jakaś potwarz. – Nie przejmuj się tym wszystkim. Biorę to na siebie. Potrafię przemówić mu do rozsądku. – Ale ja nie potrafię. Juz˙ dosyć awantur na dzisiaj. Poza tym, jak go znam, dotrze do ciebie najpóźniej za dwie godziny, z˙eby spytać, dokąd mnie zawiozłeś. Właściwie chciałabym na jakiś czas zniknąć z powie- rzchni ziemi. Muszę oswoić się z nową sytuacją i zadać sobie kilka pytań. Potem muszę spotkać się z Holdenem i znaleźć nowe mieszkanie. A na razie jakiś mały hotelik będzie dla mnie w sam raz. – Jak uwaz˙asz. – Znasz coś niedrogiego w tej okolicy? Wiesz, z˙e nie jestem teraz majętną kobietą – zaz˙artowała. – Wylałaś zupę nie na te nogi – mruknął. – To znaczy? – Nalez˙ało się to raczej Audrey Gannon. Nie miała prawa mówić ci, skąd pochodzą pieniądze na twoje studia. Zrobiła to z czystej złośliwości, z˙eby pokłócić was ze sobą. Ale czuję w kościach, z˙e na tym kłopoty się nie skończą. Któregoś dnia Tate będzie z˙ałował, z˙e spojrzał w jej piękne oczy. – Och, ona przeciez˙ jest z nim dłuz˙ej niz˙ inne. – Nie poznałaś jej na tyle, z˙eby mieć choć blade pojęcie o jej charakterku. A ja tak – dodał ponuro. – Nie brakuje jej wrogów. Po rozstrzygnięciu sprawy rozwodowej dostała dom i mercedesa, a były mąz˙ wylądował w ciasnym mieszkanku. Nie umknęło jej uwagi nawet konto w odległym europejskim banku. 41 – Aha, to stąd wzięły się te wszystkie śliczne brylanty. – Jej rodzice mieli sporo pieniędzy, ale większość zdąz˙yli wydać, a kres zamoz˙ności Audry połoz˙yła katastrofa boeinga, w której zginęli kilka lat temu. Lubi nieprzeciętnych męz˙czyzn, a Tate na pewno do takich nalez˙y. – No cóz˙, ktoś taki jak ona nie pojechałby do rezerwatu, z˙eby spotkać się z Letą – skomentowała krótko Cecily. – Oczywiście, z˙e nie! – Colby pochylił się do niej, gdy stanęli na światłach. – Rezerwat to paskudne miejsce! Cecily pokazała mu złośliwie język. – Leta jest warta więcej niz˙ dwie takie jak ona. – Moz˙e nawet trzy – zgodził się. – Okay. Za- stanówmy się wobec tego nad jakimś hotelem. I to lepiej teraz, zanim Tate zacznie mnie szukać. – Powinieneś powiesić nad drzwiami złamany tomahawk – mruknęła półgębkiem. – Moz˙e wtedy dałby ci spokój. Odwróciła się do okna i przez chwilę przyglądała się światłom miasta przesuwającym się za oknem. Czuła się zmarznięta, samotna i odrobinę wystraszo- na. Ale przebrnę przez to, pomyślała. Muszę przez to przebrnąć. Nie mam innego wyjścia. ROZDZIAŁ DRUGI Cecily zadzwoniła do senatora Holdena, z˙eby spytać, czy propozycja pracy, którą złoz˙ył wcześniej, jest aktualna. Senator potwierdził i powiedział, z˙e moz˙e zacząć juz˙ od przyszłego miesiąca. W poniedziałek wczesnym rankiem Cecily udało się znaleźć małe mieszkanie. Czynsz był niewysoki i będzie mogła sobie pozwolić na opłacanie go z przy- szłej pensji. Po południu zaczęła pakować rzeczy. Zrezygnowała ze studiów doktoranckich. Od tej pory będzie z˙yć na własny rachunek. A któregoś dnia odda Tate’owi dług co do centa. Poczucie, z˙e przez cały ten czas stanowiła dla niego po prostu obiekt działalności charytatywnej, było tak dotkliwe, z˙e mimo nawału zajęć, którymi wypełniła sobie dzień, chodziła obolała i rozbita. Nieodwołalnie przyszedł czas, by zerwać stosunki z męz˙czyzną, którego kochała tak długo nieodwzajemnioną mi- łością. Nic dziwnego, z˙e traktował ją jak nieletnią podopieczną. Przeciez˙ zawdzięczała mu kaz˙dy kęs, który przez te lata zjadła. Ale juz˙ z tym skończyła. Od teraz sama odpowiada za swoje z˙ycie. Być 43
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Papierowa róża
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: