Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00319 007865 15715279 na godz. na dobę w sumie
Paradygmat - ebook/pdf
Paradygmat - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 262
Wydawca: Austeria Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61978-15-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Atak terrorystów na samolot zostaje udaremniony przez członków załogi. Wśród pasażerów są Therese i Ralph. Ona – profesorka filozofii, wielbicielka Kanta. On – naukowiec zajmujący się teoriami opisującym fizyczny świat. Jerzy Surdykowski znakomicie łączy elementy powieści sensacyjno-przygodowej z miniwykładami o odwiecznych pytaniach ludzkości. Zestawia odległe światy bohaterów, by opisywać ich wątpliwości i meandry pamięci. I stale zaskakuje czytelnika pomysłami na poprowadzenie losów swoich postaci.

Newsweek

Fascynująca konfrontacja z fundamentalnymi problemami, z którymi boryka się ludzkość; przygoda opowiedziana z werwą i osadzona w atrakcyjnej, nieustannie zmieniającej się scenerii. Polecam ją każdemu, kto w zgiełku współczesnej cywilizacji znajduje jeszcze czas i ochotę, aby na własny, prywatny użytek zmierzyć się z absolutem.

prof. dr Aleksander Wolszczan, astronom

Osobiste przeżycie i doświadczenie pisarza jest zawsze obietnicą autentyzmu w jego dziele. Biografia Jerzego Surdykowskiego jest rękojmią prawdy jego pisarstwa. Marynarz, dziennikarz, dysydent i dyplomata patrzy na życie z wielu stron na raz szukając sensu w chaosie wydarzeń i przeżyć. Tak jest w jego najnowszej powieści Paradygmat chwilami tak zagadkowej jak sam tytuł.

Krzysztof Zanussi, reżyser

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jerzy Surdykowski paradygmat 1 Paradygmat Jerzy Surdykowski paradygmat Wydawnictwo Austeria Kraków . Budapeszt 2012 Przyjaciołom poznanym w biedzie Autor Przypadek jest pseudonimem Boga. (Anatol France) Bóg nie gra w kości. (Albert Einstein) Paradygmat – zbiór podstawowych pojęć i teorii obo- wiązujących w nauce w pewnym okresie historycznym. W oparciu o paradygmat konstruowane są teorie szcze- gółowe, którymi zajmują się poszczególne dziedziny wiedzy. Paradygmat nie podlega w pełni dowodowi, jest przyjęty na zasadzie konsensusu większości badaczy. Nie jest jednak dogmatem i po pewnym czasie – gdy przestaje być twórczy poznawczo – bywa stopniowo za- stępowany innym paradygmatem, tak jak na przykład mechanika Newtona została zastąpiona teorią względ- ności Einsteina. (z encyklopedii) wstęp Samolot Swiss z Zurychu do Warszawy wzbił się w pochmurne nie- bo z niewielkim opóźnieniem spowodowanym długą kolejką maszyn różnych linii – tanich, droższych albo nawet bardzo drogich – ocze- kujących na pozwolenie wejścia na pas startowy. Potem już poszło ru- tynowo: airbus szybko oderwał się od betonu i ostro, prawie świecą pociągnął w górę. Taki start wygląda efektownie zarówno dla obserwa- tora z ziemi, jak i dla pasażerów samolotu: daje wszystkim zrozumiały i nieodwołalny komunikat o umiejętnościach pilota i o potędze maszy- ny, nad którą on perfekcyjnie panuje. Kapitan tego rejsu był na tyle do- świadczony, by o tym wiedzieć; ale dość jeszcze młody, by zachłystywać się przewrotną radością, gdy tylko nadarza się okazja do ewolucji. Na pewno nie regulaminowej i leżącej na samej granicy profesjonalizmu, ale rozgrzewającej serce. Tak więc pasażerowie – przepisowo przypięci i jeszcze do tego wtłoczeni przeciążeniem w głąb swoich foteli – wła- śnie wpatrywali się w szybko uciekający ku dołowi podalpejski krajo- braz, kiedy w przedziale rozległ się łomot, ktoś zerwał się z miejsca, ale przeciążenie poplątało mu nogi i człowiek osunął się na kolana. – Proszę natychmiast wrócić na miejsce i  zapiąć pasy! – zdołała jeszcze regulaminowo krzyknąć stewardesa. Ale nim obie dziewczy- ny w uniformach zerwały się, by zastąpić drogę intruzowi gramolące- mu się ku kabinie pilotów, huknął strzał. Teraz wszyscy pasażerowie darli się histerycznie. Nad powszechną paniką górował tylko tubalny 11 głos innego jeszcze mężczyzny, który powstał ze swego miejsca gdzieś z tyłu, w środku klasy ekonomicznej: – Na pokładzie jest bomba. Nic wam się nie stanie, jeśli będziecie siedzieć cicho i wykonacie nasze polecenia. W przeciwnym razie od- palamy i śmierć! Kapitan – który pewnie już wiedział, o co chodzi – nadal ciągnął maszynę ostro w górę, co utrudniało ruchy porywaczom, ale przecież nie mogło trwać wiecznie. Ralph, siedząc w klasie business niedaleko kabiny pilotów, widział wszystko od początku: porywacze byli młody- mi Europejczykami, takimi samymi jak każdy z nas na ulicy. Rozpoznał nawet broń, którą posłużył się pierwszy z nich: malutki, lecz wielkoka- librowy niby-pistolet, a może nawet miniaturowy granatnik z plastiku o wytrzymałości stali, bez miligrama metalu, a więc niewidoczny dla lotniskowych wykrywaczy. Takie cacko można wytworzyć tylko w jed- nym, jedynym laboratorium na świecie; tak przynajmniej przypuszczał. Specjalnie wzmocniony pocisk miał rozbić zamek pancernych drzwi kabiny pilotów, ale ostre przyśpieszenie sprawiło, że ręka porywacza chybiła; osmalona przestrzelina ziała w ściance działowej, lecz rygle były całe. Teraz już dwóch złoczyńców dobijało się do wciąż niedostęp- nej kabiny: – Otwierać, bo znowu zaczniemy strzelać! – Widzę cię przez tę dziurę, skurwysynu! – darł się drugi. – Zaraz w ciebie walnę! – Nie bój się – Ralph chwycił za rękę gramolącą się przejściem ste- wardesę. – Znam tę broń. Jest jednostrzałowa. Oni już nic nie mają. Jest szansa ratunku. Zawiadom kapitana. – Nie gadać! – wrzasnął porywacz, ale teraz zamiast pistoletu trzymał w ręku sztylet o długim i matowym ostrzu. – Chodź tutaj, szybciej! – kiwnął na stewardesę, której Ralph właśnie wszeptał swój komunikat. Ludzie nadal krzyczeli, pilot przerwał wznoszenie, maszyna zaczęła zataczać krąg. Przyśpieszenie już nie wgniatało w fotele, dlatego po- rywacz sprawnie chwycił stewardesę za długie, dziewczęce włosy, łapą zdusił wrzask, a potem podsunął jej mikrofon: – Przedstaw się i powiedz kapitanowi, żeby otworzył drzwi! Dziewczyna coś mamrotała w spazmie przerażenia i bólu. – Poznajesz tę ślicznotkę? – warknął do mikrofonu porywacz. – Jeśli w tej chwili nie otworzysz, zrobimy jej z buzi krwawy pasztet! 12 – Nie otwierasz? No to masz! – walnął głową dziewczyny o pancer- ne drzwi. Potem jeszcze i jeszcze raz. Buchnęła krew, wrzask przeszedł w rzężenie. Jakiś mężczyzna zerwał się na pomoc maltretowanej, ale któryś z porywaczy był szybszy, wbił mu swój sztylet w żołądek. Pan- cerne drzwi nadal pozostawały zamknięte. Samolot najwyraźniej za- mierzał lądować, bo zrzucał paliwo. Za oknami pojawiły się wojskowe myśliwce. – Bomba! – darł się porywacz o  tubalnym głosie. – Odpalamy! Wszyscy zginiecie w imię naszego wielkiego boga Baala! – Allaha? – poniosło się po samolocie. – Baala – powiedział Ralph do najbliżej siedzących. – Był taki bożek w starożytności. Nie przypuszczałem, że dzisiaj jeszcze ktoś w niego wierzy. – Otwierać! – krzyczał do mikrofonu ten pierwszy. – Jeśli nie otwo- rzycie, będziemy mordować jedną po drugiej! – chwycił następną ste- wardesę, przyłożył jej sztylet do gardła. – Proś go, jeśli nie otworzy to twoja kolej! – Panie kapitanie! Otwórz, otwórz! – skamlała dziewczyna, ale sa- molot schodził już nad lotnisko, gdzie błyskały alarmowymi światłami samochody straży pożarnej i policji. – Panie kapitanie! Uuu!!! Porywacz przeciągnął jej ostrzem po gardle, bluznęła krew, wołanie przeszło w charkot. – Wielki Baal zabiera nas stąd, ale wy zginiecie! Baal Hadesh, Baal Hadad! – krzyczał ten o tubalnym głosie, zabierając się do otwierania najbliższego wyjścia. Znał się na tym, widocznie porywacze trenowali warianty operacji, tylko pierwszy i najważniejszy element ich zawiódł. Do samolotu wdarł się pęd powietrza. Czciciel Baala z przenikliwym okrzykiem wyskoczył z wysokości kilkudziesięciu metrów, potem na- stępny i jeszcze jeden. Airbus dotknął kołami betonu. Wyły alarmowe syreny, jazgotały głośniki, migały czerwone i niebieskie światła. Gdy do zatrzymującego się samolotu wpadł pluton zamaskowanych anty- terrorystów, pierwsi wojacy poślizgnęli się na krwi i świeżych zwło- kach. Potem już spokojnie i w miarę możliwości delikatnie wyprowa- dzali wciąż spazmujących pasażerów, otulali ich kocami, poili herbatą. Gdy ludzie zaczęli rozmawiać i wymieniać wrażenia, dominowało po- wszechne przekonanie, że porywacze chcieli użyć samolotu jako ży- 13 wej torpedy mającej zniszczyć… Tylko co? Centrum bankowe w Zu- rychu? Ktoś puścił pogłoskę, że mieli uderzyć w szczyt Matterhornu, by zdewastować najpiękniejszą górę Alp. Ktoś inny, że w gmach onz w Genewie. Dość, że miało być jak kiedyś w Nowym Jorku, ale prze- cież żyjemy! Przeklęci niech będą policjanci i inne nieroby z lotniska, bo uzbrojeni zbrodniarze znowu przeniknęli przez wzmocnione po- dobno kontrole! Pasażerowie, którzy widzieli ich z bliska, rozwodzili się oczywiście nad arabskimi rysami twarzy. – Porwanie zostało udaremnione dzięki najwyższemu profesjo- nalizmowi naszej załogi – powiedział im potem dyrektor linii Swiss, sprowadzony z tak strasznej okazji na lotnisko. – Kapitana na pewno przedstawimy do odznaczenia. – Przecież to potwór! – nie wytrzymał ktoś z pasażerów. – Z zimną krwią pozwolił okrutnie zamordować trzy osoby! – W przeciwnym wypadku wszyscy państwo byliby już tam… – dy- rektor wzniósł oczy ku niebu. – A co z porywaczami? Czy są w rękach policji? – Popełnili samobójstwo. Skok z lądującego samolotu jest śmiertel- ny. To fanatycy islamscy. Nikt nie prostował. Pomimo wszystko warto było żyć i oddychać. Teraz policja rozpoczęła przesłuchania kolejnych pasażerów. – Jestem Therese Simli, obywatelka gminy Zurych – powiedziała ładna kobieta w średnim wieku o orientalnych rysach twarzy. Powie- działa to z naciskiem, nie czekając na pytanie policjanta. – Nie urodziła się pani w naszym kraju? – w głosie funkcjonariusza już zabrzmiała profesjonalna podejrzliwość. – Urodziłam się w Nowym Jorku. Proszę, tu są moje dokumenty – kobieta doskonale znała reakcję mężczyzn na jej egzotyczną urodę; jeszcze dwadzieścia lat temu trochę ją to bawiło i podniecało. Teraz już zupełnie nie. – Przepraszam, pani profesor – teraz policjant był stropiony, bo Therese podała mu plik dokumentów, a  nie tylko swój szwajcarski paszport. – Przepraszam, mój syn jest pani studentem na wydziale filo- zoficznym. Powinienem był od razu wiedzieć… Muszę go spytać, czy wy filozofowie macie jakieś sensowne wyjaśnienie tego, co się tu stało. – Jako filozof mogę pana zapewnić – powiedziała – że jestem tak samo przestraszona i zdenerwowana jak inni pasażerowie. Szukam nie 14 wyjaśnienia, ale apteki, żeby kupić coś na uspokojenie, tym więcej że czekała mnie dość daleka i ważna podróż w sprawach zawodowych. Nim włożyła dokumenty do torebki i odeszła, usłyszała początek rozmowy policjanta z następnym pasażerem: – Nazwisko? – Empi. – Obywatel Szwajcarii? – Nie, Stanów Zjednoczonych. – Przepraszam, nazwisko mnie zmyliło, takie szwajcarskie – powie- dział policjant. – To ja przepraszam. W  paszporcie mam Ralph Emperson, jako Empi jestem znany w międzynarodowym środowisku naukowym. Tak jest łatwiej. – A czym się pan zajmuje, profesorze? – Obecnie astrofizyką… Leciałem na sympozjum do Warszawy, trzeba podciągać tych naszych nowych przyjaciół ze wschodniej Eu- ropy. – Fünfundzwanzig Professoren… – mruknął pod nosem gliniarz. Szwajcarska profesorka filozofii usłyszała to i zrozumiała, więc obej- rzała się zgorszona. W ten sposób dopiero wtedy Ralph i Therese po raz pierwszy spojrzeli na siebie. Amerykanin czekał na pytanie o szep- ty skierowane do zmasakrowanej w chwilę później stewardesy, ale wi- docznie uszło to uwadze ludzi. Tak było lepiej, więc nie pytał nawet, czy dziewczyna przeżyła. wstęp ii – Czego nas uczy Immanuel Kant? – Therese pytaniem rozpoczę- ła wykład. Swoim zwyczajem na początku omiatała spojrzeniem salę, gdzie jak zawsze pozostało sporo wolnych miejsc. Filozofia – zwłaszcza niemiecka jako pełna pojęć mętnych i wywodów zawikłanych – nie cie- szy się teraz szczególną popularnością wśród studentów uniwersytec- kich zapatrzonych w kierunki modne i popłatniejsze, ale Therese nie mogła narzekać: te parędziesiąt zgromadzonych osób to i tak wynik, którego zawsze zazdrościli jej wydziałowi koledzy, z konieczności za- dowalający się znacznie skromniejszym audytorium i przez to skazani na bezustanną walkę z rektorem i jego urzędnikami, wyrażającymi przy każdej nadarzającej się okazji ochotę skasowania przynoszących tak mierne korzyści wykładów, a przez to i posad. Nie, Therese była wolna od tych małostkowych ataków uniwersyteckiej biurokracji, renoma jej zajęć przechodziła szeptaną pocztą z rocznika na rocznik, zapewniając to poczucie bezpieczeństwa, które – wedle tradycji – jest najlepszym gwarantem akademickiej wolności. Przecież to nie jej orientalna uro- da przywiodła tu całkiem spore grono młodych ludzi, ale wiedza i ten szczególny dar, który pozwala objaśniać to, co zawikłane. Co z tego, że w jej żyłach płynie krew azjatycka, albo jeszcze jakaś inna? Jej umysł był jasny, a serce czyste. W Szwajcarii jest obecny cały świat; oczywiście pod warunkiem, że ma pieniądze. 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Paradygmat
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: