Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00096 013579 12794468 na godz. na dobę w sumie
Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków - ebook/pdf
Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-268-2064-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> publicystyka >> esej
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Po wydaniu tej legendarnej już książki Barańczak pisał dalej w sobie tylko właściwym, błyskawicznym tempie. Joanna Szczęsna, przyjaciółka poety i doskonała znawczyni tematu, uzupełniła to wydanie, dołączając nie tylko nowe rozdziały, ale także wzbogaciła już istniejące o rozproszone, czasem nigdy niedrukowane perełki inwencji i humoru oraz anegdoty.

„Pegaz” dostał jeszcze szerszych i bardziej olśniewających skrzydeł, na których fruniemy bez końca po oceanie nonsensu, pomiędzy alfabetonami, obleśnikami, onanagramami czy turystychami, dzięki którym możemy wysłać znajomym odpowiednią pocztówkę z wakacji.

 

„Na dźwięk nazwiska Barańczaka

drży każdy spolszczacz, przekładaka,

grafotranslator i łżetłumacz

i gryzpiórków cały tłum. Acz

gdyby nie drżenie to – ponury

byłby dziś los literatury,

którą w niezdarne swe obroty

wzięłyby były przeciętnoty.

Dalsze gdybanie – innym razem.

Tymczasem – raczmy się «Pegazem»!” – Michał Rusinek

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Pegaz zdębiał Stanisław Barańczak Pegaz zdębiał Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków Poeta oburęczny, czyli przypadek Stanisława Barańczaka Już dzieckiem będąc, lubił się bawić słowami, smakować wyrazy, układać szarady, tworzyć kalambury, rozwiązywać krzyżówki, no i rymować. Nauczył się czytać jako pięciola- tek i później robił to nałogowo. Jak nie miał pod ręką książki, czytał, co popadnie: szyldy, hasła, reklamy, obwieszczenia, ogłoszenia, plakaty, foldery itd., itp. W tych szkolnych latach miałem jedno w głowie: nie chemię ani, Boże broń, trygonometrię, nauki, jak twierdziłem, zbędne mi kompletnie, lecz słowa, ich kontury, konszachty, koneksje – Oto mały Staś przychodzi do szpitalnej przychodni, bo umó- wił się tam z matką lekarką, a że ta jakoś się nie pojawia, siada pod plakatem TĘP DUR i czeka, czeka. Z nudów wpatruje się w hasła i napisy, zaczyna je przetwarzać: ODDZIAŁ PEDIA- TRYCZNY na ODDZIAŁ PEDANTYCZNY, a następnie DZIAŁ ANTYCZNY. Skąd wiem, że tak to wyglądało? Z cytowanego wyżej wiersza, który dalej idzie tak: Moją pasją było wtedy wydrapy- lub wymazywactwo, w którym mózg, w funkcji gąbki albo gumki -myszki, ścierając jedną z liter, zmienia sensy wszystkim 5 słowom z reklam sklepików, fasad komitetów – tak w każdym razie dzieje się w przypadku F.LETÓW ŚLEDZIOWYCH albo w WALC. O LEPSZE JUTRO wiodącej Naród Partii. (Hemofilia) W tych szkolnych latach nie przepuścił żadnej okazji, by przyłapać słowo czy frazę w jakimś nieoczywistym kon- tekście. Bawiło go nawet odczytywanie napisów z lukru na wyrobach cukierniczych wystawionych w witrynie mija- nej w drodze do i ze szkoły słynnej w Poznaniu cukierni Knasta. …ja dziewięcioletni. Cukiernia od frontu i wewnątrz nie zdradzała, że trwa tutaj sroga walka klas, ucisk mas przez macki wielkich fortun: lada, stolik, krzesełko. Ale za to rogal na świętego Marcina! albo smak mazurków wielkanocnych, z ich lepkim migdałowym fryzem, Szarą Granią chroniącą Różowy Staw lukru, za dopłatą – z napisem, lub wręcz aforyzmem (lukrem czekoladowym), od prostych („Helence”) do dłuższych, takich, w których frezer albo fryzjer miał słyszeć chór najbliższych: „Kaziu, nie pij więcej”… (Od Knasta) Tak, późniejsze arcydokonania Barańczaka na niwie poezji purnonsensowej swoje korzenie musiały mieć tam właś- nie, w czasach dzieciństwa. Z dziecięcą uciechą będzie się potem przez całe życie oddawał różnymi grom i zabawom słowami. Pierwszy w życiu limeryk napisał jako dziewiętnastola- tek, w 1965 roku, trochę tylko później niż pierwszy poważny wiersz. Zadedykował go Julianowi Tuwimowi. Pewien filolog z Chocimia Zamiast Tuwima – „Tuwimia” 6 Mawiał, zgorszonej młodzieży Tłumacząc, że tak należy, Bo Tuwim nie „m”, ale „m’ ” miał! Przez resztę życia kontynuował układanie limeryków. I czę- sto używał  – tak mistrzowsko praktykowanych przez Tuwima – rymów łamanych*. Spytałam kiedyś Barańczaka o wybór tej akurat tradycji limerykowania: dlaczego Tuwim, a nie Gałczyński? „Zabawna rzecz – odpisał – ale choć Gałczyńskiego od lat szczenięcych znam na pamięć, jakoś nigdy nie zapamiętałem żadnego jego limeryku. Widocznie nie utkwiły” (19 XI 1997). Za to limeryki Tuwima – owszem, utkwiły. Ta książka, którą Czytelniku trzymasz w ręku, to hołd złożony Tuwi- mowi właśnie („to klasyk i wzór, choć limeryków napisał niewiele”). Jego Pegaz dęba i Jarmark rymów towarzyszyły Barańczakowi od dzieciństwa. Blisko cztery dekady od limerykowego debiutu Barańczak raz jeszcze poświęcił Tuwimowi wiersz. Tym razem odwo- łał się do niego jako autora Jambów politycznych i zadedy- kował mu Haiku polityczne (tu tylko zajawka, temat Haiku jeszcze wróci). Takie były zabawy w one lata W odautorskim wstępie do pierwszego wydania tej książki Barańczak deklaruje, że ceni sobie, kiedy „poeta, nie rezygnując * Rym przypada w środku wyrazu, jak w kultowym limeryku Tuwima: Pragnąc kurczęcia pewien burmistrz/Przypuszczał do kucharki szturm i strz-/-elił jej w brzuch. Ta/odrzekła kuchta:/– Gdy kurcząt chcesz, to się do kur mizdrz. 7 z pisania – żeby tak rzec, jedną ręką – utworów poważ- nych, nawet katastroficznych, jednocześnie ręką drugą pisze utwory reprezentujące dziedzinę poezji niepoważnej”. I wprowadza termin „poeta oburęczny”, który odnosi zresztą również i do samego siebie. Ale ja powiem więcej, dla mnie Barańczak jest nie tylko poetą oburęcznym, on jest wręcz PRAWORĘCZNYM MAŃKUTEM. Początkowo uprawianie niepoważnej poezji było dla niego terenem działań całkowicie prywatnych. Ot, chciał zabić nudę jakiegoś dłużącego się zebrania, rozbawić adresata pocztówką z wakacji, zaimprowizować coś w towarzystwie i stać się towarzystwa duszą. Swoją przyszłą żonę Annę, koleżankę ze studiów na poznańskiej polonistyce, podrywał właśnie za pomocą absurdalnych wierszyków swego autor- stwa. „Jeśli w sali na II piętrze dawnego Collegium Philo- sophicum przy Matejki stoi ciągle pewien stół, to na jego zielonym blacie powinien jeszcze dać się odczytać zapisany długopisem tekst parodii poezji młodopolskiej zaczynają- cej się od słów »Rododendrony porywiste«” – wspominał w rozmowie z Przemysławem Czaplińskim, Piotrem Śliwiń- skim i Krzysztofem Trybusiem*. Ale zdaniem Anny Barań- czak Rododendrony powstały na zielonym blacie w czytelni biblioteki uniwersyteckiej przy Ratajczaka. „Piękna, pruska budowla z piękną czytelnią – wspominała mi. – Siedzieliśmy pod oknem. Miałam sukienkę bez rękawów białą w grana- towe groszki. Nie mogę uwierzyć, że Staś zapomniał, gdzie ten wierszyk się narodził”. Po studiach Barańczak trafił do Katedry Teorii Litera- tury na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza prowadzonej „Z trzech stron barykady”, „Dziennik Poznański”, 13 i 27 grudnia * 1991 roku. 8 przez prof. Jerzego Ziomka. Tam na comiesięcznych zebra- niach, zwanych „posiadami”, odbywała się istna orgia gier i zabaw literackich. – Oj, dobrze się bawiliśmy w tych ponurych czasach – z rozrzewnieniem wspominają wczorajsi młodsi pracownicy naukowi, dzisiejsi profesorowie: – Po latach z Pegaza zdębiał dowiedzieliśmy się, czym tak naprawdę zajmował się Barańczak na naszych zebraniach: układaniem anagramów z liter swojego nazwiska*. – Staszek to typ z cicha pęk. Nigdy nie był prowodyrem zabaw, zawsze jednak się dołączał. – Dla rozgrzewki zaczynaliśmy zebranie półsłówkami, później przechodziliśmy do układania dwuwierszy, by dojść do form bardziej wymagających, jak: parodie, pastisze, tra- westacje. – Specjalizował się w grze półsłówek. Pamiętam, trwał akurat Wyścig Pokoju i Staszek wymyślił PIKUJĄCĄ SZOZDĘ. – Pisaliśmy np. na nowo Kordiana w wersji dla dzieci. Początek szedł tak: „Panicz Kordian siadł pod gruszką/i prze- strzelił sobie uszko”. * Zabawa w anagramowanie polega na takim przestawianiu liter w sło- wie, by tworzyć słowa nowe. Uprawiana była już przez starożytnych Gre- ków, rozpowszechniona w odrodzeniu, umiłowana przez angielskich mi- strzów poezji nonsensownej (Lewis Carroll, autor Alicji w krainie czarów, ułożył ich setki) i matematyków (bawił się w ich układanie sam wielki Fermat), dotrwała do dziś. O jej żywotności niech świadczy fakt, że po- mogła ona porucznikowi Colombo z kultowego serialu kryminalnego wydedukować, kto zabił. W anagramowaniu często bierze się na warsztat imiona i nazwiska. Barańczak bardzo wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Otóż opatrywał on często swoje anagramy rymowanym komentarzem, a przekształca- jąc twórczo nazwiska, dopuszczał tytuły naukowe, przydomki, pseudo- nimy. Koronkowa robota. Proszę mi wierzyć – tego nie ma nigdzie na świecie, w żadnym języku. 9 – Uważam, że to na tych zebraniach Staszek Barańczak wyćwiczył sobie perfekcję rymowania. – Kiedy nasze wytwory docierały do prezydium, do Jerzego Ziomka – opowiadał mi profesor Edward Balcerzan z UAM – ten najpierw się wzdrygał zdenerwowany, że nikt nie słucha referatu, a potem widać było, jak duch zabawy zwycięża. Zastanawiał się przez chwilę, sam coś dopisywał i przekazywał dalej. Prawdziwym forum gier i zabaw były konferencje teore- tycznoliterackie organizowane przez Instytut Badań Lite- rackich PAN. Miały charakter wyjazdowy, klasztorno -zam- knięty, co od razu wytwarzało właściwą atmosferę twórczą. Karteczki z wierszykami zaczynały krążyć już podczas pierw- szego referatu. Im ciekawsza intelektualnie sesja, tym więcej produkowano folkloru. Kiedyś, musiało to być po Marcu ’68, profesor Ziomek puścił w obieg dwie zwrotki z piosenki Natana Tenenbauma i zaapelował o dopisanie ciągu dalszego. Kisiel z Kuroniem Za pieniądze Mao Sprzedali Żydom Naszą Polskę całą Bo Stefan Kisielewski Jak z prasy wynika Jest synem naturalnym Studenta Michnika. Z zadaniem od ręki zmierzył się Stanisław Barańczak (jak zwykle nie trzeba go było długo namawiać): Zaś Kuroń własną ciotkę Przerżnął w pasie piłą A potem od Michnika Zaraził się kiłą. 10 Cała ta opozycja To ludzie bez serca Co drugi pederasta Albo ludożerca. Taki Lipski na przykład Był białogwardzistą Po czym za Dzierżyńskiego Został się czekistą. Robią na oczach Polski Swoją wredną pracę: Chrześcijan -milicjantów Rżną na krwawą macę. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Jacek Baluch wspo- minał w rozmowie ze mną, jak to wydawał z Barańczakiem na konferencji w Juracie pismo „Dze Litererczer” ze spisem treści fikcyjnych prac naukowych*. Zapamiętał Sztrukturę sztruksu Levi Straussa i Paradygmat paraliteratury w Parag‑ waju Głowińskiego. Jedyny egzemplarz wysłał Barańczakowi do Ameryki, ten go jednak, niestety, nie mógł znaleźć (choć na moją prośbę próbował). * Ten rodzaj zabawy ma w Polsce długą tradycję. W wieczór sylwestro- wy 1925 roku czterech profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego spisa- ło „Trzynasty numer przewodnika bibliograficznego”, w którym znala- zło się 400 tytułów nieistniejących książek, a każdy tytuł był aluzją do zainteresowań autora (rzecz rozeszła się w nakładzie 2 tys. egz., dziś to biały kruk). Blisko 70 lat później, też w Krakowie, na swym jubileuszo- wym wieczorze w Piwnicy pod Baranami prof. Henryk Markiewicz za- prezentował „Fantazję bibliograficzną z biurek i szuflad pracowników Instytutu Filologii Polskiej”, w której sparodiował tytuły prac naukow- ców z UJ („Nierozcięte egzemplarze książek w bibliotece krakowskiego teoretyka literatury jako źródło jego erudycji”, „Frekwencja rzeczowni- ka na literę »k« i czasownika na literę »p« w języku mówionym miesz- kańca Nowej Huty”, „Leopold Buczkowski i Lech Wałęsa. Studium o nie- spójności tekstu”). 11 Na innej konferencji Jerzy Ziomek obchodził 50. urodziny, więc ogłoszono konkurs na tekst gratulacyjny, toast, laudację. Członkini jury odczytała dwuwiersz Barańczaka: Koszyk jerzyn, poziomek Niech ma J. prof. Ziomek! Niestety, w drugim wersie się pomyliła i zamiast „J. prof. Zio- mek” przeczytała: „Jerzy profesor Ziomek”. – Żal było patrzeć, jak Staszek cierpi, że załamał się rytm wiersza – opowiadał mi uczestnik tej konferencji. – Bo dla niego z rytmem i rymem nie było żartów. Prymus. Perfekcjonista. Konferencja w Puławach w roku 1976 była ostatnią, w któ- rej uczestniczył. Wkrótce jako członek Komitetu Obrony Robotników został wyrzucony z pracy na uniwersytecie. Koledzy ułożyli mu na pożegnanie żartobliwe epitafium: Tutaj Staszek spoczywa. Wybacz dobry Boże. Nie mógł on zasnąć w Panu, bo się zbudził w KORze. To solidnym i skrupulatnym poznaniakom zawdzięczamy, że te dawne zabawy ocalały. W Zakładzie Teorii Literatury na UAM przechowują grubą księgę z wklejonymi pożółkłymi karteluszkami. Plus maszynopisy i rękopisy luzem. Jest tam napisany ręką własną Barańczaka anons: „UWAGA!! Rozpisuję konkurs otwarty na!! ANTY -GRĘ PÓŁ- SŁÓWEK!! Warunek i zarazem definicja: anty -gra musi być NIEPRZYZWOITA w obu wersjach, to znaczy obustronna. Przykład: PIPKA SZOZDY (wariant: SZOZDA JAK PIPA)”. I jeszcze kilka stron półsłówek, w tym kilkanaście jego autorstwa. Choć nie umieścił ich w rozdziale V „Obleśniki” (może nie miał dostępu do archiwaliów, a może je zdyskwa- lifikował?), moja dusza archiwisty nakazuje mi ich zacyto- wanie: 12 TWIERDZENIE W PARZE SMUTAS KUKŁY PRÓBKI TENISÓW ZRÓB BEZ TADKA ZADRA JAKO JĄKAŁA PIKOWA BRUZDA KICZ Z PUDEŁKAMI RÓBCIE PRZY PEKINIE KUTNO BEZ SMUTASA CYNOWE PLACUSZKI KUPA W KOPEREK SZYKANA NA TRYBIE PERTURBACJA NA MASONIE WYMOWA DO NATRYSKU BIADANIE O GUŚCIE JAK FLĄDRA CYTUJĄC WACUSIA NABRANIE ZARZĄDU Są – a jakże – również dopiski profesora Ziomka: KUJĄCA WYRWA oraz SPANIE Z DERMY. Kiedy Barańczak wyjeżdżał w 1981 roku do USA, gdzie na Uniwersytecie Harvarda objął Katedrę Języka i Literatury Polskiej, poprosił kolegów ze swojego wydziału, żeby mu zbierali gry półsłówek (i nie tylko). On jeden spośród uczest- ników dawnych zabaw swoją niepoważną twórczość potrak- tował całkiem poważnie i od lat 90. systematycznie ją publi- kował. Biografioły i inne banialuki Od razu po przyjeździe do USA Barańczak zaczął zbierać tzw. personalized licence plates, czyli napisy na tablicach reje- stracyjnych, które projektuje sobie sam właściciel (w Polsce też to możliwe, chociaż raz tylko widziałam taką skrojoną na miarę tablicę). 13 „Tak samo jak w poezji – zauważa Barańczak w eseju Tab‑ lica z Macondo – właściciel samochodu wie, że jego dziełu wolno zaistnieć publicznie tylko wtedy, jeśli nie jest pla- giatem” (plagiatu zresztą nie dopuściłby lokalny wydział komunikacji). I podobnie jak poetę obowiązują go różne ograniczenia: twórca np. sonetu musi swoje przesłanie zmieścić w czter- nastu linijkach, a autor tablicy – w sześciu literach (w nie- których stanach – ośmiu). Czy można zatem zaryzykować tezę, że łatwiej napisać sonet? Może lepiej powtórzmy za Barańczakiem, że arty- stycznym rezultatem w obu przypadkach może być zarówno grafomania, jak i arcydzieło. Jakie więc treści można pomieścić w sześciu literach? „Obiecujące możliwości – twierdzi Barańczak – kryją się w pozornie jałowej dziedzinie, jaką są tablice oznajmiające światu zawód lub hobby właściciela. WRITER lub JOGGER to nic szczególnego, ale np. AMON RA wskazuje na rzadką pro- fesję egiptologa. (…) Tablica UNWED MD – »nieżonaty dok- tor medycyny« – nie byłaby tak ciekawa, gdyby nie fakt, że w Ameryce nieżonaty lekarz to świetna partia”. Dalej analizuje okrzyki: OH, BABY czy OOPS. Ten ostatni Amerykanin wydaje, gdy popełni niezręczność lub gafę. Takie przyśrubowane na tablicy przeprosiny wiele – zda- niem Barańczaka – mówią o autorze, i to w różnych wymia- rach: „poczynając od stylu prowadzenia pojazdu, poprzez poczucie humoru, aż do ogólnej koncepcji życia. Dokładnie tak jak w przypadku wiersza tablica może być więc ekspre- sją osobowości czy chwilowego stanu ducha”. Jego osobista faworytka to tablica REAR („tył”): „Jakież w tych czterech literach bogactwo znaczeń i funkcji – od organizacji dźwiękowej po całą otchłanną metafizykę stu - 14 procentowej tautologii, nie mówiąc o pełnym rozmachu autoportrecie autora, człowieka tak niepraktycznego, że musi sobie przypominać, gdzie jego samochód ma przód, a gdzie tył”. Z kolei moim faworytem (gdy tylko wizytowałam USA, też oddawałam się nałogowi czytania tablic) był napis HE PAID („on zapłacił”) oznajmiający, że samochód to prezent od kochanka lub przeciwnie – trofeum porozwodowe. Barańczak nie poprzestał na kolekcjonerstwie i ambit- nie spróbował wymyślić sensowny napis po polsku (ale bez liter ze znakami diakrytycznymi: ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż) nie- przekraczający liter sześciu. Pierwszy tekst, który go zado- wolił, brzmiał: AS SZOS. Dalej: NO TO CO? Potem: PRECZ Z. W końcu uznał proste zdanie ON JEST za najbliższe temu, czego oczekuje od poezji. Wiosną 1990 roku u państwa Barańczaków w Newton- ville pod Bostonem pojawił się z wizytą profesor Edward Balcerzan wraz z małżonką Bogusławą Latawiec. Stanisław Barańczak był akurat w trakcie przyswajania polszczyź- nie pewnej zabawy wymyślonej przez angielskiego literata z przełomu XIX i XX wieku, Edmunda Clerihew Bentleya, a polegającej na pisaniu nonsensownych wierszowanych „biografii” najróżniejszych postaci historycznych lub współ- czesnych sław. Czterowiersze te, nazwane od drugiego imienia twórcy clerihew, charakteryzują się „rozmyślnie nieudolnym metrum, zabawnymi rymami i ekscentryczną puentą”*. Któregoś dnia na wspólnym spacerze Balcerzan podrzucił Barańczakowi rym: Szekspira -wampira. * Definicja clerihew za: Władysław Kopaliński, Słownik eponimów, czy‑ li wyrazów odimiennych, PWN, Warszawa 1996. 15 Balcerzan: – Powinieneś, Staszku, napisać clerihew o Szeks- pirze i użyć tego rymu. Długo nie czekał, by wierszyk był gotów: Złą sławę Williama Szekspira Jako grasującego po Wyspach Brytyjskich wampira Szerzyli zawistni rywale; w istocie swoją żądzę krwawego mordu Popularny dramaturg zaspokajał wyłącznie na terenie rodzinnego Stratfordu. Sam Balcerzan też włączył się do zabawy i wziął na warsztat przyjaciela: Problemem Staszka Barańczaka było, że mimo starań, czaka nie umiał uprać tak, by czako prezentowało się jako tako. Z innych ułożonych wtedy przez siebie clerihew zapamiętał jeszcze tylko jedno: Słowackiego Juliusza po ziemi błąka się dusza. Okazał się kłopotliwy jako obywatel Nieba: wyrywał skrzydła aniołom, siłą fatalną przerabiając je w zjadaczy chleba. Któregoś dnia Barańczak poprosił swych gości o pomoc w wymyśleniu polskiej nazwy dla tego typu zabawy. – Biografiszki, biografreski – zaproponował Balcerzan. – Biografioły – rzuciła Bogusława Latawiec. I tak zostało, a zbiorek pod tym tytułem został zadedyko- wany Bogusi i Edkowi Balcerzanom. Barańczak pisał do Wiktora Woroszylskiego, że zawdzię- cza gościom nie tylko nazwę „biografioły”, ale natchnienie do ich układania. „Spędziliśmy z nimi cały miesiąc i, zwłaszcza dla Edka i dla mnie, był to czas bezustannego przerzucania 16 się grami półsłówek, kalamburami i improwizowanymi wier- szykami” (3 VI 1991). Każdego ranka przy śniadaniu recytowali sobie swój urobek, a fedrowali głównie przy goleniu. Niestety, nikt tej rymotwórczej erupcji ani nie zapamiętał, ani nie zanotował. Z jej ducha jednak zrodziła się myśl, by napisać Oratorium „Moratorium” na powitanie Europy Środkowo ‑Wschodniej (patrz: rozdział VII „Poliględźby”). „Ostatnio samymi banialukami się zajmowałem – donosił Barańczak, tłumacząc Woroszylskiemu okoliczności powsta- nia Oratorium. – Napisałem je początkowo po angielsku, z wymyślnymi rymami i jedno- lub dwusylabowymi wer- sami, siedząc i nudząc się na jakimś uniwersyteckim zebra- niu. Wersja polska, zupełnie inna pod wieloma względami, powstała dopiero podczas pobytu Balcerzanów”. Najpewniej Barańczak jeszcze nie wiedział, że pisząc Oratorium, kładzie pierwsze cegiełki pod wspaniały gmach zabaw literackich, które złożą się na wydaną pięć lat później książkę Pegaz zdębiał. Oczyścić mózg czystym absurdem Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w Polsce szła pełną parą ustrojowa i gospodarcza transformacja, Barań- czak popadł w obsesyjne pisanie i tłumaczenie wierszyków o zwierzętach. W objęcia tego nałogu popchnęła go sytuacja polityczna po wyborach prezydenckich 1990 roku, które o mały włos nie wyniosły do władzy osobnika nazwiskiem… No nie, niech nazwisko jego będzie zapomniane. „Moje dni od depresji po wyborach w Kraju układały się według wzoru, w którym osobiście widzę coś patologicz- 17 nego – relacjonował Woroszylskiemu. – Wstawałem skoro świt, zasiadałem do czytania najnowszego wydania gazety, a po skończonej lekturze coś takiego się ze mną robiło, że byłem niezdolny do jakiejkolwiek pracy umysłowej, zanim czystym absurdem nie oczyściłem sobie mózgu, układając kolejny idiotyczny wierszyk o jakimś zwierzęciu”. Dalej pisał, że te „humorystyczne wybryki” miały swoją dobrą stronę: „Każdego dnia po napisaniu idiotycznego wiersza o Flądrze czy Bekasie ogarniały mnie wyrzuty sumienia, że tracę czas na głupstwa, i dla ulżenia temuż brałem się za jakiś arcypo- ważny wiersz religijny” (16 II 1991). Przez całe lata dziewięćdziesiąte Barańczak będzie więc z równym zapałem i w ekspresowym tempie jedną ręką pisywał (i tłumaczył) utwory niepoważne, drugą zaś – upra- wiał jak najbardziej poważną poezję i eseistykę, tłumaczył kolejne dzieła Szekspira (im bardziej w oryginale naszpiko- wane kalamburami, tym lepiej), a też „nieśmiertelne wiersze angielskie oraz amerykańskie” na polski, polskich poetów zaś – na angielski. Kiedy w kwietniu 1991 roku wylądował na dziesięć dni w szpitalu z zapaleniem wyrostka robaczkowego, żalił się w listach, że zrobił zaledwie kilkanaście drobnych tłuma- czeń i recenzji oraz naszkicował parę artykułów. Z twórczo- ści oryginalnej – jedynie „satyryczny atak przeciwko memu prześladowcy” (wrócę tu jeszcze do tego wierszyka): Zbójca Appendix, bandzior Ślepa Kiszka, Małolat – zbir Wyrostek Robaczkowy: Już sama lista aliasów opryszka Wprawia nas w Stan Lękowy i Ból Głowy Jedyna jego istnienia przyczyna To to, że go się czasami wycina. Dość Liberalnych Zawodzeń i Pień: Czemu od razu nie Wyciąć go w Pień?! 18 „Okres rekonwalescencji po wycięciu wyrostka – opowiadał później Bogusławie Latawiec – posłużył mi jako pretekst do odłożenia na bok innych zobowiązań i skupienia się, dla odpoczynku i rozrywki, na zajęciu, o którym marzyłem od dawna, mianowicie na tłumaczeniu amerykańskich i angiel- skich poetów zupełnie już i programowo »niepoważnych«, jak Lear, Carroll, Nash i inni wielcy »nonsensiści«. I ma chyba jakąś symboliczną wymowę fakt, że początki pracy nad tą antologią poezji niepoważnej zbiegły się z końcową fazą pracy nad antologią anglojęzycznej poezji religijnej, a także wczesnym etapem pracy nad antologią liryki miłos- nej. Poczucie, że jest w tym świecie czy nad światem jakiś wyższy sens, że się kogoś w tym świecie kocha; i poczu- cie śmieszności tego świata (z sobą samym włącznie): to są, myślę, trzy równie ważne – i równie tajemnicze – pod- stawowe doznania duchowe, do których kluczem może być poezja”*. Korespondencja z Wiktorem Woroszylskim z lat 1982– –1996**, którą tu cytuję, to z jednej strony imponujący rejestr dokonań, zarówno jeśli chodzi o tłumaczenia, jak i twórczość własną Barańczaka, a z drugiej – rozkoszne przerzucanie się żarcikami, rymami, wierszykami. Część tych wierszyków – wysyłanych już to z Hongkongu, już to z Zurychu – znalazła się w rozdziale IX „Turystychy”. Tu przytaczam tylko pozdrowienia wysłane przez Barań- czaków z wakacji na Florydzie. Bo nie weszły do tej książki: Osławiona Floryda Wredny fałsz i ohyda „O niepowadze z całą powagą”, „Teatr” nr 9, 1991. * ** Za jej udostępnienie serdecznie dziękuję Natalii Woroszylskiej. 19 Pobyt tutaj nas czworga Absolutna katorga*. Póki Barańczak odbywał podróże – wyżywał się w turysty- chach, kiedy postępująca choroba Parkinsona ograniczyła mu możliwości podróżowania, zwłaszcza za granicę, prze- rzucił się na geografioły, które nie wymagają fatygowania się do opisywanego miasta czy kraju. Globtroter domator bowiem dywaguje sobie o jakimś kraju, nie ruszając się z fotela. Bo i po cóż miałby tłuc się do Jemenu? Żeby naoczne obserwacje zmąciły mu klarowną wizje niewidzianego kraju? * Takich prywatnych turystychów wysyłanych przez Barańczaka do przyjaciół znalazłoby się więcej. Jeden opublikowała Elżbieta Sawicka w „Plus -Minus Rzeczpospolita” z 11 listopada 1996 roku: Bałkantata Pozdrowienia z miasta Krk. Życie tutaj istny crk. Niech się schowa swojski Szczrk Ja do Krku fyrknę. Frk. Wierszyk opatrzył Barańczak przypisem: Fyrknąć  –  gw.  pofru - nąć, wzlecieć, odlecieć prędko z szumem, łopotaniem (wg Słownika Doroszewskiego). Z kolei pozdrowienia z podróży do Hong-Kongu przesłane przez Barańczaka redaktorowi Jerzemu Illgowi i opublikowane przez niego w książce Mój Znak, Znak, Kraków 2009 to inna wersja turystychów hongkońskich zamieszczonych w tej książce (choć wykorzystujących ten sam potencjał rymotwórczy): Pozdrowienia z Hong-Kongu Nikt tu nie wie o Maciągu. Jakby ujął rzecz Konfucjusz, Trzeba ludu czujność wzmóc już, stworzyć karne bataliony i gdy kto nie obznajmiony czy z Balbusem, czy z Walasem, to w batalion go, ciupasem. 20 Yemen Też, mimo że pustynny, ma jakiś swój Niemen, A na brzegu miejscową Elizę Orzeszkową, Która, duszy wzburzeniem miotana tajemnem, Siedzi i pisze yemeńskie „Nad Niemnem”. Jak to raz pięknie ujął pewien dygnitarz z Pabianic: „Ludzka mentalność nie zna granic”. Poza tym, cóż za wolność w dobieraniu wdzięcznych rymów: Iran – firan, Łotwę – tło twe, Honduras – skąd uraz, Francja – szarmancja. Geografioł z Zambii polecam studiującym, nie, nie geo- grafię, ale teorię literatury, ściślej: poetykę. Po tej lekturze jamb już nigdy nie pomyli się z żadną inną stopą metryczną: Gdy mam opisać, czym jest Zambia, Pomimo woli wpadam w jamb ja. (Ra ramp, ra ramp ra ramp ra ramp: Tak właśnie brzmi klasyczny jamb). W referacie „Stereotypy etniczne w angielskiej i amery- kańskiej poezji niepoważnej”* Barańczak przytoczył garść angielskojęzycznych przykładów/przekładów geografiołów niepoprawnych politycznie. Poczesne miejsce zajmuje wśród nich cykl wierszy Baedeker dla Bobasa angielskiego humo- rysty Harry’ego Grahama. Włochy Pod rozpalonym i wysokim Niebem Italii (czysty lazur) W mistrzowskim byciu obibokiem Włoch pokazuje swój lwi pazur. * Opublikowany w materiałach z krakowskiej konferencji „Narody i stereotypy”, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 1995. 21 Z carstwami, włada oczywiście Tarcza strzelnicza anarchiście; „Stawaj w hotelu, nie u cara”. Rosja W carstwie rosyjskim, jak to bywa Car, służąc głównie jako żywa Stąd mądrość ludu głosi stara: Ludność nie goli tu podbródka, Pali przy stole i przełyka Żrący płyn znany jako „wódka” – Zabiłby on Europejczyka, Lecz ludność jest rumianolicą I nadal mówi cyrylicą. Z powodu śniegu oraz mrozu Marznie się tu nieopisanie, A przez kraj pędząc, zamiast wozu Z reguły siada się na sanie; Dzwoneczki dzwonią, sypie śnieg, I wilczym okiem łypie szpieg. On sam jednak w swojej praktyce „nonsensisty” częściej bawił się poetyką absurdu. W jednym z listów Barańczak dziękuje Woroszylskiemu za biografioły o sobie i donosi, że Leszek Kołakowski przy- słał mu wierszyk, gdzie jest aż sześć rymów do cietrzewia*. W kolejnym liście informuje przyjaciela, że jego obrona Langusty przed „niesmacznymi atakami” sprawiła, iż musi przemyśleć swój stosunek do tego dania: Nie jestem pewien, co to jest Langusta, Ale wiem, że mi nie przejdzie przez usta. Niech sobie smakosz na myśl o Languście Cały się ślini w okolicy ust; Mnie wzmianką o tej rozpuście nie kuście, Langusta nie jest w moim Guście, A Gust tak samo niezły mam jak Spust. Ja doliczyłam się pięciu: cietrzew/zetrze w/wieszcze w/czcze w/bled- * sze w/się Tczew. 22 Czasem Barańczak nie może się wprost powstrzymać przed pisaniem do rymu. I tak, kiedy się żali, że z nowym rokiem akademickim znowu dał się zaprząc w „dydaktyczny kierat”, rymuje go z „rad nierad”. Innym razem, pisząc o trudnoś- ciach z odcyfrowywaniem faksów, rzuca: „Jak mówi przy- słowie kurpiowskie: »Im większa czcionka max, tym mniej przekłamie fax«”. Obsesyjna rozrzutność Barańczaka „Jako humorysta nie byłem dotąd znany, choć ten rodzaj twór- czości uprawiałem od wczesnej młodości, tyle że głównie w kręgach oraz celach prywatnych” – oświadczył Barańczak w 1991 roku w cytowanym tu już wywiadzie dla „Dziennika Poznańskiego”. I zapowiedział: „Wkrótce cała lawina mojej twórczości humorystycznej runie na głowy czytelników dzięki wydawnictwu a5”. Ale nawet, jak już Barańczak zaczął swoje zabawy dru- kować, dalej bawił się prywatnie, bezinteresownie, nie do druku. I tak przysłał mi kiedyś plik wizytówek dla przyjaciół własnej produkcji: KRYSTYNA KRYNICKA * Tytaniczna Osobowość * Jedna z Legendarnych „Cór Kórnika” * Żywy Dowód Wyższości Płci Żeńskiej Nad Innymi Płciami * Kobieta z Klasą i Gustem, o Czym Świadczy Wydawanie przez Nią Dzieł STANISŁAWA BARAŃCZAKA WIKTOR WOROSZYLSKI * Poeta * Smakosz * Mąż * Ojciec * Dziadek * Wzór osobowy * Posiadacz Poczucia Humoru * Gościnny Gospodarz * Cierpliwy Czytelnik Wszystkich jak Leci Utworów STANISŁAWA BARAŃCZAKA 23 WOJCIECH KARPIŃSKI * Wybitny Umysł * Ogromna Erudycja * Niepospolita Wrażliwość * Rzadko Spotykana Umiejętność Docenienia Tego Niezwykłego Zjawiska, Jakim Jest Twórczość STANISŁAWA BARAŃCZAKA JOANNA SZCZĘSNA * Redaktorka * Miłośniczka i Kolekcjonerka Zabaw Literackich * Autorka Niezapomnianych Wspomnień o Pewnym Solidnym Poznaniaku * Mile Widziany w Newtonville Gość, Zwłaszcza Gdy Zachwyca się Dokonaniami STANISŁAWA BARAŃCZAKA Gdzieś od połowy lat dziewięćdziesiątych miał już Barańczak bolesną świadomość, jak bardzo – ze względu na chorobę – kurczy się czas, jaki może poświęcić w ciągu dnia na pracę. Mimo to nie porzucił literackich zabaw. Tak tę swoją przy- padłość podsumował w liście do Woroszylskiego: „Zacho- wuję się jak matematyk Whitehead opisany w pamiętnikach Bertranda Russella jako facet, który próbował tłumić swój lęk przed zbiednieniem obsesyjną rozrzutnością” (9 VI 1996). A oto efekty owej Barańczakowej „rozrzutności”: 1. Biografioły. Poczet 56 jednostek sławnych i osławionych oraz Appendix umożliwiający człowiekowi kulturalnemu zrozumienie i zapamiętanie, o co chodzi w podstawowych utworach W. Szekspira, wydawnictwo a5, Poznań 1991. 2. Zwierzęca zajadłość. Z zapisków zniechęconego zoologa. wydawnictwo a5, Poznań 1991. 3. Zwierzę słucha zwierzeń. Małe bestiarium z angielskiego albo: trzydzieści sześć wierszy trzydziestu sześciu poetów zwracających się do lub mówiących o mniej więcej tyluż zwierzętach w wyborze i przekładzie Stanisława Barańczaka, Itaka, Warszawa 1992. 4. Zupełne zezwierzęcenie. Zeszyt znacznie zgryźliwszych zaskakujących złośliwością znany zbiorek Zwierzęcą zajadłość zapisków zniechęconego zoologa, wydawnictwo a5, Poznań 1993. 24 5. Fioletowa krowa. Antologia angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej od Williama Shakespeare’a do Johna Lennona. Antologia, wydawnictwo a5, Poznań 1993. 6. Żegnam Cię, nosorożcze. Kompletne bestiarium zniechęconego zoologa od Ameby do Źrebięcia, z uwzględnieniem zwierząt rzadko spotykanych, a nawet w ogóle nie spotykanych, Świat Książki, Warszawa 1995. 7. Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne. Wprowadzenie w prywatną teorię gatunków, PULS, Londyn 1995. 8. Bóg, Trąba i Ojczyzna. Słoń a Sprawa Polska oczami poetów od Reja do Rymkiewicza, Znak, Kraków 1995. 9. Geografioły. Z notatek globtrottera -domatora, Prószyński i s-ka, Warszawa 1998. 10. 44 opowiastki. Edward Lear, Lewis Carroll, W.S. Gilbert, A.E. Housman, Hilaire Bellock, wybór, przekład i opracowanie Stanisław Barańczak, Znak, Kraków 1998. 11. W świecie mułłów nie ma regułów. Ogden Nash. Wybór i wersja polska: Stanisław Barańczak, Media Rodzina, Poznań 2007*. Linneusz zabaw literackich Alfabetony, palindromadery, onanagramy, mankamęty, obleśniki, idiomatoły, poligędźby, liberyki, turystychy, beze- cenzje (cytuję za spisem treści Pegaza) – Barańczak nie tylko uprawiał wszelkie istniejące językowe i poetyckie zabawy, ale też tworzył własne. Pegaz zdębiał opatrzony został przez niego podtytułem: Wprowadzenie w prywatną teorię gatunków. Bo też w odróż- nieniu od wielkiego klasyka w dziedzinie purnonsensu Juliana Tuwima, który w dziele Pegaz dęba opisał istniejące * Przekłady Nasha też powstały w latach dziewięćdziesiątych, ale dłu- go czekały na wydawcę. 25 od stuleci kurioza i zabawy, Barańczak wciąż tworzył gatunki nowe, a jeśli już korzystał ze starych wzorów, przekształcał je twórczo i po mistrzowsku. Porządkując, systematyzując, nadając nazwy grom i zaba- wom, dokonał Barańczak dzieła na miarę Linneusza. Inna rzecz, że gdzie tam Linneuszowi do Barańczaka – czy stwo- rzył on choćby jedno zwierzę, roślinkę, minerał? Nie, on tylko obserwował i opisywał. A Barańczak większość gatunków i rodzajów po prostu wymyślił. Purnonsensowa twórczość Barańczaka nie mieści się w żadnych ramach i rozsadza wszelkie konwencje. A natu- ralne i zdawałoby się nie do pokonania ograniczenia i prze- szkody, jakie stawia twórcy ojczysta mowa, działają na niego niczym ostroga na konia. Mamy w polszczyźnie przewagę spółgłosek nad samogłos- kami? No to on spróbuje zakasować dźwięcznością choćby i włoski. O, Aido! Woalami I aloesami wonna, Nie dbająca, co salami, Neon, Cohen i Madonna. Skądinąd zresztą Barańczakowi w najmniejszym stopniu nie przeszkadza nadmiar spółgłosek. On potrafi napisać wiersz z jeszcze większą ich liczbą, niż przyjęta dla polszczyzny średnia (ale recytator nie może mieć żadnych, ale to żad- nych wad wymowy): Chrzęst szczęk pstrych krów wprządł w słuch Szept: „Trwasz wśród łgarstw? Tchórz! Stwórz wpierw z przerw werw, z chwil skruch Strzęp chwalb – nerw ścierw czymś strwóż!” 26 Słuch Barańczak ma absolutny (stopy metryczne w małym palcu), rymuje brawurowo i nie istnieją dla niego słowa „nierymowalne”: Straszna rzecz się zdarzyła przy chrzcie, Rodzic -gamoń wydał krzyk: „Niechż« cię!…” Mówić tu o rozsądku choć krzcie. Upuściła w chrzcielnicę. Nie można I niemowlę dłoń nieostrożna Absolutny mistrz układania wierszy jest jednocześnie Barań- czak wybitnym narratorem, który oprowadza nas po krai- nach absurdu i nonsensu z pasją i wdziękiem. Fioletowa krowa z kolei to antologia kongenialnych prze- kładów ułożonych przez Barańczaka w misterną, przemy- ślaną kompozycję. Nie wiem zresztą, czy słowo „przekład” jest tu właściwe (autor też ma wątpliwości). To raczej parafrazy, by nie powiedzieć szalone wariacje na kanwie oryginałów. Oto na przykład krótka Refleksja na temat przełamywania lodów przy nawiązywaniu stosunków towarzyskich Ogdena Nasha (Candy/is dandy;/But liquor/is quicker) pod piórem Barańczaka rozwija się w całą lawinę (kilkanaście wariantów): Kawa/Się nadawa,/Lecz gorzała/Szybciej działa. Herbata/Też zbrata;/Ale martini/Szybciej to czyni Coctaile mleczne/Są bezskuteczne;/Ale wóda/Czyni cuda Banany w mazagranie -/Niebanalne zagranie;/Lecz sukces towarzyski/Zapewnia prosta whisky I tak dalej, i tak dalej* * Takie rozbuchanie i wymyślanie najróżniejszych wariantów zdarza się zresztą Barańczakowi nie tylko przy tłumaczeniach, ale i w twórczo- ści oryginalnej. Wystarczy zajrzeć do rozdziału VIII „Libe ryki”, by zna- leźć tam po kilka wersji ostatniej linijki limeryków. 27 „Humor purnonsensowy jest bezinteresowny, niczemu nie służy poza samym śmiechem – przypomina Barań- czak. – Satyryk wierzy, iż bronią humoru coś tam w świecie wywalczy, ulepszy lub racjonalnie przekształci, np. naprawi obyczaje, ośmieszy tyrana albo skłoni radę miejską do przeznaczenia części budżetu na większą liczbę koszy na śmieci. Natomiast nonsensista w kwestii owocności włas- nych zabiegów humorystycznych i w ogóle racjonalności bytu jest czarnym pesymistą. Można by rzec, że nic poza śmiechem mu nie pozostaje. Zwłaszcza że nie obchodzą go tzw. doraźne bolączki: tyrana można usunąć, kosze na śmieci ustawić, ale co z tego? Nonsensistę, podobnie jak poetę metafizycznego (…), interesują, przeciwnie, właśnie te problemy egzystencji, które tak czy siak są nierozwią- zywalne”. Barańczak, którego osobiste i oryginalne dokonania w dziedzinie poezji niepoważnej sięgają Himalajów non- sensu, swoją antologią wypełnił dotkliwą lukę w naszej zna- jomości, co na tej niwie zdziałali poeci anglojęzyczni. Mamy tam i Szekspira, który – jak Barańczak udowadnia – był słupem milowym („w porywie geniuszu wynalazł metodę mala propizmu, czyli dowcipu opartego na błędnym użyciu słowa – co następuje wskutek przejęzyczenia się, niedosły- szenia słów partnera, przekręcenia wyrazu z powodu jego niedostatecznej znajomości i innych podobnych nieporo- zumień”), mamy nonsensistów znanych w Polsce z wcześ- niejszych przekładów (Lear, Carroll, Nash), mamy wreszcie autorów, których dopiero on przyswoił polszczyźnie (np. Morris Bishop czy Harry Graham). Poezja nonsensu – uważa Barańczak – zaspokaja elemen- tarną ludzką potrzebę „wzięcia odwetu na samym istnieniu” i stawia nas twarzą w twarz z metafizyczną tajemnicą. 28 I tak na przykład dzięki jego przekładowi wiersza Ogdena Nasha Cała sztuka umieć ziewać bez otwierania ust zastana- wiamy się, dlaczego ktoś jest nudziarzem, a kto inny – nie jest. No właśnie, jeden z byle czego utka pasjonującą historię, podczas gdy inny: jest ekspertem we wszystkim od czarnej magii i demonologii poprzez teatr elżbietański aż do metodyki wywabiania z krawata tłustej plamy. Był raz zaproszony na weekend jako osobisty gość Dalajlamy, Innym razem zastąpił niedysponowanego ichneumona w walce z kobrą, a jeszcze kiedy indziej przeprowadził pierwszą w historii udaną podwodną operację przeszczepienia trzustki, I co? – każda jego opowieść pozostawia mnie w stanie nie opisanej nudy i pustki. Fioletową krowę można czytać wedle ulubionych autorów. Fioletową krowę można czytać, posługując się alfabetycz- nym spisem incipitów (wybierając wedle nastroju i potrzeby serca już to utwór: „Ktoś może być sobie dentystą, ktoś inny, przeciwnie, irredentystą”, już to „Mam żal do Opatrzności za to, że wstępować na drogę poprawy można tylko, jeśli się wpierw było grzesznikiem”). Fioletową krowę można czytać wedle ulubionych gatun- ków (żeglując przez spis treści i indeksy, lokalizując limeryki czy epitafia). Wreszcie można ją czytać „po porządku”, to jest tak, jak ułożył antologię autor. Już sama zresztą lektura spisu treści i tytułów rozdzia- łów to całkiem oddzielna przyjemność. Kto nie wierzy, niech sprawdzi: VII „…Omal nie dałem klapsa bachorowi” albo kłopot z dzieciństwem: na prawdziwe życie jeszcze za wcześnie ze starością: na prawdziwe życie już za późno IX „Skąd sił tyle w sędziwej twej żuchwie?” albo kłopot 29 XII „Matki są czymś niewybaczalnym” albo kłopot X „Uroki, roztaczane przez niektóre zwłoki” albo kłopot ze śmiercią: na niej jednej zawsze można polegać z rodziną: nie cieszy, gdy jest z naturą ludzką (1) ciało obniża nam poziom XVII „Dmij w klawesyn, całkiem zatrać się w tym dęciu albo kłopot z naturą ludzką (2) …A dusza rwie się nad poziomy XVI „Na twarz padła wiążąc sznurowadła” albo kłopot Jeśli mimo tych wszystkich spisów i indeksów czasem nie mogę odnaleźć niezbędnego mi w danym momencie do życia wiersza, to wcale się nie złoszczę ani nie uskarżam na swój los; przeciwnie: czytam od nowa metodycznie (zaznacza- nie kolorowymi przylepcami utworów, którymi delektuję się najczęściej, nie zdaje egzaminu; już po paru miesiącach użytkowania tom jest upstrzony zakładkami). Poezja purnonsensowa, ale też różne gry i zabawy lite- rackie nie mają w Polsce aż tak długiej i intensywnej tra- dycji jak w literaturze angielskiej czy amerykańskiej. Tam tym rodzajem twórczości parają się poważni poeci, jak W.H. Auden czy Philip Larkin, a i prozaicy, jak choćby Vladimir Nabokov czy John Updike. Nie mówiąc o zawodowych „non- sensistach”, którzy są traktowani zresztą bardzo serio (to jest mniej więcej tak jak u nas Mickiewicz). Dość powiedzieć, że o Nashu powstały dziesiątki naukowych rozpraw analizują- cych wszelkie aspekty jego twórczości (wersyfikacja, słowo- twórstwo, rymy, bon moty, puenty), a na stulecie jego uro- dzin amerykańska poczta wypuściła serię znaczków z jego podobizną (umieszczono na nich jego najbardziej znane dwu- i czterowiersze). To się nazywa dopiero kariera. Jednak my, mając Barań- czaka, możemy nie mieć kompleksów. I Krowa, i Pegaz otwo- rzyły w dziejach purnonsensu w Polsce nową epokę. 30 Inspirować Barańczaka Stanisława Barańczaka zawsze dość łatwo było namówić, żeby stanął do limerycznego turnieju, zabłysnął serią złośli- wych epitafiów czy przetłumaczył jakieś wierszyki z angiel- skiego. Pamiętam, jak poinformowałam go, że według definicji w Encyklopedia Britannica limeryki są absolutnie nieprze- kładalne, a jeśli już nawet zostaną przełożone, to tracą sens. „I co Ty na to?” – pytałam, niby niewinnie podsyłając mu dwa angielskie arcydzieła. There was a young plumber of Leigh, Who was plumbing a girl by the sea. Said the plumber, still plumbing, “It’s me”. She said, “Stop your plumbing, There’s somebody coming!” „Ten limeryk przetłumaczono już na francuski, niemiecki, łacinę… tylko na polski nie – ciągnęłam dalej. – To zaś mój kolejny faworyt. Zwykle anegdota limerykowa jest ponad- czasowa, wyprana z realiów czasu i miejsca. A tu, proszę, od razu widać, że akcja toczy się w okupowanej Europie w cza- sie wojny” (22 III 1998). A girl of uncertain nativity Had an ass of extreme sensitivity She could sense Fifth Column of activity. When she sat on the lap Of a German or Jap, „Joasiu droga, ale ty mnie prowokujesz, Ty perfidna, Ty! – odpowiedział Barańczak, załączając oczywiście tłuma- 31 czenia. – Nie oszczędziłaś mi nawet cytatu z Britanniki” (25 III 1998). Od razu zaznaczył, że pierwszy limeryk musiał mocno sparafrazować, jako że w polszczyźnie nie ma odpo- wiednika angielskiej dwuznaczności wyrażenia to come. Ale hydraulika i hydrauliczenie zostawił. Pewien młody hydraulik z Legnicy Zhydrauliczył raz sobie w piwnicy Tacy są dziś młodzi hydraulicy. Pewną panią, która zresztą za tę Rzecz musiała uiścić opłatę – Drugi przekład, choć też nie trzymał się kurczowo oryginału, absolutnie zachował sens. Major KGB, Masza, ma rzadki Talent: superwrażliwe pośladki. „Szto zdies?, Piąta Kolumna?!… Gagatki!…” Przez Giermanca brana na kolana, Już po chwili sięga po nagana: Ze szczególną łatwością prowokowała go Szymborska, już to apelując, by zrymował nazwę miejscowości Ocypel, już to zachęcając do pisania limeryków „mickiewiczowskich”. Jedna z tych prowokacji obrodziła wręcz powstaniem nowego gatunku – moskalików. W grudniu 1998 roku poetka kilka- naście razy strawestowała wierszyk Rajnolda Suchodolskiego (Kto powiedział, że Moskale,/Są to bracia nas, Lechitów,/Temu pierwszy w łeb wypalę/Przed kościołem Karmelitów), wyko- rzystując rymy: Anglicy – przyłbicy, Bułgarzy – wydarzy, Finowie – po głowie, Francuzi – po buzi, Hindusi – zmusi, Hiszpanie – przestanie, Huculi – koszuli, Jankesi – wskrzesi, Japońce – końce, Kazbecy – plecy, Malgasze – w kaszę, Murzyni – uczyni, Łotysze – wypiszę, Włosi – prosi, Żydzi – obrzydzi. Zabawę zatytułowała „Rymowana rozprawa o wyższości Sarmatów nad inszymi nacjami tudzież o słusznej karze na 32 zatwardziałych, którzy tego poglądu nie podzielają” i opa- trzyła post scriptum: „Koniec, ale tylko z braku dobrze rymu- jących się określeń, bo nie jestem Barańczakiem…”. Osobiście przefaksowałam Barańczakowi „Rozprawę…”, ten zaś odpowiedział odwrotną pocztą: „Wyzwanie podej- muję i rozwijam temat o dziesięć strof następnych, które przekaż, proszę, Mistrzyni”. A rymy to rzeczywiście ten Barańczak potrafił dobierać: „Afrykańczuk – kańczug” „w Gujanie – w guanie”, „Panamy – łeb damy”, „Turek – dwu rurek”, „na Węgrzech – rżnę grzech”… U Szymborskiej „Chińczyki” prostolinijnie rymują się z „kliniki”, on dla rymu wprowadza seplenienie: Kto powiedział, że Chińczyki też są dziećmi ewolucji, tego zniosą do kliniki spod przybytku świętej Łucji. Kto sepleni: „Hej, Chincyku, Jak skutecnie muchy tępis!” – Tego dźgaj, mój Scyzoryku, Przed kościołem T. a Kempis! Publikacja w „Gazecie Wyborczej” tego pojedynku na tra- westacje sprawiła, że rozpętało się w narodzie prawdziwe szaleństwo i powstały tysiące czterowierszy, czego efektem stała się oddzielna książka*. Edward Balcerzan, który brał udział w zabawie i któ- remu moskaliki się przejadły, zaproponował, by trawestować słynny dwuwiersz z „Traktatu moralnego” Miłosza. Joanna Szczęsna Moskaliki, czyli o wyższości Sarmatów nad inszymi * nacjami, Agora, Warszawa 2014. 33 Lawina kształt od tego zmienia, Po jakich toczy się kamieniach. Zachęcał Barańczaka własnym przykładem: Ma pewien wpływ kształt górskich zboczy, Na to, jak się lawina toczy. * Lawina spada w dół z tej racji, Że działa prawo grawitacji. * Gdyby poziomo gnał kłąb lawin Miał miałbyś z miast: z Mław, Gdyń czy Skawin. I przykładem profesora UJ Stanisława Balbusa: Kształtu lawiny główna troska: Po jakich toczy się spółgłoskach; Już jedna miękka się przyczynia LAWINA staje się LAWINIĄ. Barańczakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu siadł do produkcji LAWINIETEK*. Zrazu trzymał się wiernie wyznaczonych reguł gatunku: Lawina leci w dół, nie w górę, Bo lawiniastą ma naturę. * Lawina toczy się zależnie Od tego, co po drodze przerżnie. * Lawina, bieląc się bezbrzeżnie, Grzebie pod sobą domy. Wież – nie. * Historię powstania lawinietek (zwanych początkowo lawiniaturami) Edward Balcerzan opisał w nieistniejącym już piśmie poznańskim „Ar- kusz” w artykule „Lawinarium” z kwietnia 2000 roku. 34 Lawina bieg swój zmienia zwłaszcza, Gdy zgniata, miażdży lub rozpłaszcza. * Lawina przypomina walec: Nie wierzysz? Podłóż pod nią palec. Szybko jednak – jak to on – zabrał się do reformowania gatun ku. Fizyka? Prawo grawitacji? No nie: Dialog z lawiną jest ciekawy. Ty: „Spadaj”. Ona: „Nie ma sprawy”. * Lawina, zwłaszcza z tych śnieżystych, Niejeden już przygniotła dystych. Następnie porzucił dystych i przerzucił się na cztero wiersze: Lawinie sztuczne dać koryto? Rzeczą szkodliwą byłoby to. Zdrowiej jest, gdy lawina grzebie Nas w naturalnym skalnym źlebie * W lawinie to się rzuca w oczy: Choć spadnie, wciąż się dalej toczy. Najbardziej jest spektakularnie, Gdy z Tatr dociera pod Jastarnię. Po czym ruszył dziarsko w stronę poematu opisowego: Lawiny śnieżnej nie myl z Lawą: Tylko ta druga jest plugawą. Inna różnica między nimi: Lawa bulgocze oraz dymi. Lecz obie są jak Motocykle: Wstecznego biegu brak im zwykle. 35 W kolejce na Kasprowy – narciarz Posuwa się do burd i starć aż: Nie dba, że wrzaskiem klątw jedynie Pomaga urwać się lawinie. Tak przez nachalnej draki hałas Pasterz swój halny traci szałas. Nie może się doliczyć kierdla… „Turysta” – wandal – precz do pierdla! * Leopold Lewin z pism Lenina Pamiętał tylko, że lawina, Gdy stwierdza: „Jest mnie sporo, psiakość!”, Ilość przetwarza w nową jakość I na poziomie kosodrzewin (Tak za Leninem głosił Lewin) Przemienia się, ustając w biegu, Z Lawiny – w Dużą Kupę śniegu. * Lawina śnieżna gdy już spadnie – Dokoła cicho jest i ładnie. Ze śniegu jak źdźbła oziminy Wystają narty i kończyny. Na jednej z rąk zegarek „Ruhla” Tym, że nie stanął, nas rozczula. I niesie w dal turysta -piechur W uchu hurgot gór, ich ech chór. Ten ostatni dwuwiersz Barańczak długo swoim zwyczajem poprawiał i doskonalił, aż w końcu brzmiał tak: I w chichot wichur brnie gbur -piechur W gór hurgot, w bór, w grot i w ich ech chór. 36 Propozycji Balcerzana, by rozszerzyć tematykę „lawinarium” o fizyczną egzystencję H2O Barańczak nie podjął. Woda z natury nieforemna, Miewa kształt flaszki, albo Niemna. Skądinąd żal, bo był w tym pomyśle pewien potencjał zaba- wowy. No więc czasem Barańczak na zaczepki prowokatorów nie reagował, a innym razem inspirował się czymś nie wprost. Kiedyś doniosłam mu, że planuję z Anną Bikont dla „Gazety Wyborczej” serial o pisarzach, którzy zaangażo- wali się w komunizm, by potem z nim zerwać i przystąpić do opozycji*. Innymi słowy, że bierzemy się do historii powojen- nej literatury polskiej i prosimy, by opowiedział nam o swojej współpracy z wydawanym poza cenzurą „Zapisem”. „To, co piszesz o Waszej serii, bardzo mi zaimponowało – odmej- lował. – Co za ambitny projekt, i jaki trudny w obliczu tego zatrznadlenia, do którego doszło w polskim myśleniu na te tematy” (4 X 1999). I załączył wierszyk, który zapowiadał plan równie ambitny: historię literatury polskiej od Galla Anonima po Bronisława Maja uwzględniającą wyłącznie twórców o nazwi- skach jednosylabowych: Monosylabizm: moda czy mania? Gall (A), Rej, Sęp, Jeż, Prus, Staff, Strug, Schulz, Braun, Brycht, Bryll – jak zgrzyt szprych lub skrzyp płóz Brzmi ten na pół wojsk. dryl. * Serial ten rozrósł się do opasłej książki zatytułowanej Lawina i ka‑ mienie. Pisarze do i od komunizmu, Prószyński i s -ka, Warszawa 2006. 37 O lit. pol! Czyż spis twych Najwsp. piór ma przybr. kształt ten: Pol (Winc.), Boy, Maj, Mach, Zych, Stern, Kern, Kierc, Hertz, Chwin, Hen? Ceń zwięzł. dzieł – nie nazw. aut.! Lam (J), Lem, Lec, Fac, Kruk, Król, Krall, Kłys, Kus, Błaut, Haupt, Herbst, Kierst, Bunsch, Dróżdż, Czycz, Chciuk. Katz, Kott, Walc, Wat, Pilch, Wiech… – Hist. lit. – choć ty trad. strzeż! – Lecz Lam (A), Nycz, Fiut, Święch – jednozgłoskowi też! Grzmi głos publ., twar. jak stal: „Współcz. pis. pol.! Rzuć precz te gry i po pros. miej tal. jak Proust, Joyce lub Mann (T.)!”. Z planowanego cyklu „Owcze pędy i ślepe zaułki literatury polskiej”* Rym dokładny, a stopa konsekwentna Podobnie jak Wisława Szymborska również Barańczak uwa- żał, że asonans, znaczy rym przybliżony, jest w poezji humo- rystycznej „kontrproduktywny”. Zwłaszcza we fraszce czy limeryku, w których jako że małe rozmiarami, rym jest bar- dziej na widoku. Ich komizm z rymów się bierze, mają więc być nieoczekiwane i dokładne. „Joasiu, w kwestii dokładności jedyny wyjątek uczyniłbym dla rymów tzw. głębokich albo ogólniej bogatych, tzn. obejmu- jących więcej sylab albo materiału fonetycznego, niż potrzeba dla uzyskania prostego rymu -minimum  – oświadczył * Cytuję za: „Zeszyty literackie”, nr 73 z zimy 2001. 38 Barańczak.  – Rymy takie powinny też być w zasadzie dokładne, ale trafiają się z rzadka takie perełki (wymyślam na poczekaniu: »adekwatnie – (wsadźcie) w zadek kwiat mnie«), że za ich spektakularne rozmiary albo bogactwo brzmienia wybaczamy im drobną niedokładność fonetyczną. Rymy składane albo »łamane« – jak najbardziej, jeśli tylko robią wrażenie komiczne, tzn. domyślamy się w nich nie nie- udolności autora, ale jego umiejętności w igraniu słowami. Limeryk w ogóle nie znosi żadnej taryfy ulgowej” (19 XI 1997). Spytałam, czy preferuje jakieś metrum dla limeryku (w tradycji anglosaskiej najczęściej jest to jamb lub anapest, ale w polszczyźnie częstszy i bardziej naturalny jest trochej i amfibrach). Odpowiedział, że nie obowiązuje żadna okre- ślona stopa, jedynie konsekwencja w stosowaniu wybranej stopy (narzucanej przez pierwszą linijkę). Książeczkę o limerykach, której byłam współ autorką*, uznał za ucieszną. Miał jednak zastrzeżenia co do wersyfika- cji niektórych utworów, a zaburzenia w budowie metrycznej wiersza odbierał bardzo osobiście („to cios w mój żołądek”). Przez „pedantycznie -zrzędliwą stronę swej osobowości” poczuł się więc zmuszony do schlastania jednego z limeryków. Pewien biskup w Neapolu Jesienią zasiał chuja w polu. Gdy przyszedł na wiosnę, Rzekł kutas: „Ja rosnę. A co z tobą, mój drogi Karolu?” „Posłuchaj, Joasiu, przecież to wersyfikacyjna katastrofa: trocheje w pierwszej linijce, jamby w drugiej, amfibrachy * Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Limeryki, czyli o promienistych szczy‑ tach nonsensu, Prószyński i ska, Warszawa 1998. 39 w trzeciej i czwartej, i jeszcze na dokładkę anapesty w piątej! A tak łatwo było uzyskać stuprocentowe poprawne wersje oparte na którejkolwiek z tych stóp, byle stosowanych kon- sekwentnie!” (26 X 1998). Ułożył zatem te poprawne wersje, dla większej przejrzy- stości ograniczając się do początkowego dystychu. Oto wersja jambiczna (sylaba nieakcentowana, sylaba akcento wana): Raz pewien biskup w Neapolu/Zasadził organ męski w polu. Trocheiczna (sylaba akcentowana, sylaba nieakcentowana): Pewien biskup w Neapolu/Członek raz zasadził w polu. Daktyliczna z kataleksą w klauzuli i przed średniówką (sylaba akcentowana, sylaba nieakcentowana, sylaba nieakcento- wana): Raz pewien biskup spod Neapolu/Drobny swój fallus zasadził w polu. Anapestyczna (sylaba nieakcentowana, sylaba nieakcento- wana, sylaba akcentowana): Pewien biskup, co żył w Neapolu,/Zwiędły penis zasadzać zwykł w polu. I na zakończenie wersja amfibrachiczna (sylaba nieakcento- wana, sylaba akcentowana, sylaba nieakcentowana). Luigi, kardynał z Palermo – Tu mój korespondent ogłosił przerwę obiadową i zapowie- dział, że po powrocie do komputera ulepszy limeryk przez 40 użycie rymu ciekawszego niż banalne „Neapolu -polu”. Jak powiedział, tak zrobił: Gdy glebę ogródka w Palermo Znów sycił czymś proboszcz Guillermo, Lud szemrał z rosnącym wzburzeniem: Nasieniem? Tak, ale nasieniem W sensie nasion, nie spermy, ofermo! Dodatkowo zauważył, że autor limeryku oprócz błędów formalnych popełnił jeszcze i błąd rzeczowy, najwyraź- niej nie widząc różnicy między znaczeniami słów „zasiać” i „zasadzić”. „Żeby zasiać coś takiego jak penis (nie lubię słowa chuj, nie ze względów pruderyjnych, ale fonetycznie -ksenofobicznych: po co polszczyźnie z jej wspaniałym, sutym, kutym i wyzie- rającym spod kontusza kutasem to rosyjskie słowo, które już pierwszym dźwiękiem zapowiada chamstwo, a w którego uj słychać wycie wiatru i wilków na jakimś mroźnym stepie pod Kujbyszewem?), aby więc, powiadam, zasiać coś takiego, trzeba by to wpierw sproszkować. Do siania organ męski się nie nadaje, nadaje się natomiast świetnie do sadzenia”. Uroki roztaczane przez niektóre zwłoki Kiedy napisałam do Stanisława Barańczaka, że przygotowu- jemy wraz z Anną Bikont książeczkę o żartobliwych epitafiach, włączył się do jej współtworzenia z entuzjazmem. Rzeczywiście zawdzięczamy mu wiele, że nie wspomnę o podtytule uroki roztaczane przez niektóre zwłoki*, będącym * Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Epitafia, czyli uroki roztaczane przez niektóre zwłoki, Prószyński i s -ka, Warszawa 1998. 41 cytatem z clerihew Edmunda Bentleya przełożonego przez Barańczaka: Urokiem lorda Clive (zwanego Jimmy) Jest to, że nie ma go między żywymi. Trzeba w ogóle docenić uroki Roztaczane przez niektóre zwłoki. Przy okazji zwrócił mi uwagę na pokrewieństwo łączące cleri hew, to jest w spolszczeniu biografioła, z żartobliwym epitafium. I dodał: „Ufam, że wyłowiłaś z Fioletowej krowy wszystkie ukryte w niej wariacje gatunkowe epitafium, nie tylko te proste, jak o lordzie C. autorstwa samego Byrona*, ale i na przykład Marka Twaina parodię rymowanej eulogii wygłaszanej nad grobem” (17 III 1998). Wyłowiłam. Za arcydzieło uznałam czterowiersz Bellocka. Już nie mam wyrzutów sumienia, że do byle głupstwa wzy- wam fachowca. Lord Finchley sam naprawiał prąd: po dwóch minutach Został z niego zwęglony trup. I dobrze mu tak! Rolą ludzi zamożnych na społecznej scenie Jest dawać rzemieślnikom płatne zatrudnienie. Za pocieszający uznałam też fakt, że pewnym ludzkim sła- bościom żadne granice, różnice kulturowe czy ustrojowe nie stawiają tam Nagrobek kelnera Zniecierpliwiony tym, że wzrokiem Go unika, Bóg przywołał go wreszcie do swego stolika. * Tu spoczywa lord C. Nam, w żałobie, Nie wypada wręcz uczcić go podlej Niż wezwaniem wyrytym na grobie: „przechodniu, stań i ******”. 42
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: