Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00575 009390 11758957 na godz. na dobę w sumie
Pętle pamięci - ebook/pdf
Pętle pamięci - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-138-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Vermil Olson pragnie zostać pisarzem. Niestety, nie ma ani odrobiny talentu. Korzysta więc ze zlepiacza narracyjnego: urządzenia, które potrafi wydestylować fabułę wprost z mózgu „autora”. Szybko okazuje się jednak, że jego pisanie to coś więcej niż tylko zaspokojenie potrzeby tworzenia. W powstającej powieści podświadomość Vermila ukrywa bowiem informacje, które mogą uratować mu życie.

„Pętle pamięci” łączą klasyczne fantasy z science fiction, tworząc zaskakujący koktajl sensów i reinterpretacji, prowadzący do niespodziewanego finału.

Pasja i twórczość często idą w parze. Jak w tańcu. Ważne jednak, by nie zmylić kroku, podążać za muzyką słów. Marcin Kowalczyk z pewnością ma i talent, i pasję, które doskonale ze sobą współgrają. „Pętle pamięci” to książka pełna niespodzianek. Lekki styl, humor i wciągająca historia sprawiają, że po tę powieść naprawdę warto sięgnąć.
Ahsan Ridha Hassan, autor „Trupojada i dziewczyny” i współautor (z Januszem L. Wiśniewskim) „Eksplozji”

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla Magdy SPIS TREŚCI 1. SESJA PIERWSZA 2. SESJA DRUGA 3. SESJA TRZECIA 4. SESJA CZWARTA 5. SESJA PIĄTA 6. SESJA SZÓSTA 7. SESJA SIÓDMA 8. SESJA ÓSMA 9. SESJA DZIEWIĄTA 10. SESJA DZIESIĄTA 11. SESJA JEDENASTA 12. SESJA DWUNASTA 13. SESJA TRZYNASTA 14. DZIEŃ ZERO 4 10 41 44 56 64 81 86 111 116 131 159 169 181 186 188 217 227 254 268 299 334 368 401 405 411 415 418 1. Poczekalnia jest kanciasta i oszklona. Przypomina terrarium. Vermil Olson czuje, że pocą mu się ręce. Wci- ska je między nogi. Naprzeciwko siedzi jowialny gru- basek i uśmiecha się przyjaźnie. Najwyraźniej świetnie zna to miejsce.  – Niech się pan nie denerwuje. To nie boli  – zagaja.  – Aha.  – Za pierwszym razem też się bałem. Teraz nawet to lubię. A pierwsza lektura?!  – Cmoknął, imitując za- chwyt.  – I niech pan nie wierzy tumanom z „Nowych Książek” czy „Literatury na Świecie”. W tym, co robimy, nie ma niczego złego. Wciąż jesteśmy artystami. Vermil milczy. W poufałym tonie mężczyzny jest coś niestosownego. Gra na najczulszych strunach.  – No bo skąd są te fabuły, no skąd? Z nas! Z nas! Wyrwane z mózgu jak jaja z moszny! Każdy rodzaj two- rzenia jest intymnie bolesny  – kończy sentencjonalnie grubasek. Policzki nadymają mu się jak u żaby. Chce jeszcze coś dodać, ale brakuje mu słów. Zapada chwila ciszy. Słychać miarowy oddech pasywnego biurowca. 4 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Pan już coś wydał  – odzywa się Vermil.  – No jasne!  – odpowiada tamten z emfazą. Olson kamienieje. Może to sławny pisarz, którego powinien znać? Grubasek tymczasem wyjmuje logoszyt. Po ekranie przesuwa się karuzela kolorowych okładek.  – Cykl?  – O tak, i to nie byle jaki. Siedem tomów o wikingach.  – Sprzedają się?  – Vermil patrzy krytycznie na hi- perrealistyczne grafiki. Nagle zaczyna czuć niewytłuma- czalną przewagę nad rozmówcą.  – Wie pan, jak jest z dobrą literaturą. Cały czas walczę, ale już mnie dostrzegli. Miałem parę spotkań autorskich.  – Siedem tomów budzi szacunek. Jeden chyba nawet czytałem. Ten z wężem morskim.  – Naprawdę?  – zapala się autor, a Vermil ma wra- żenie, że całkowicie panuje nad rozmową. Strach i zde- nerwowanie mijają, zostaje tylko litość dla pociesznego grafomana.  – Ma pan talent do scen batalistycznych. Prawie czuje się krew  – rzuca. Tamten jest bliski rozrzewnienia.  – Proszę mnie wpuścić. Wrzucę panu na węzeł całą sagę. Oczywiście gratis! Podlajkuje mnie pan tylko tu i ówdzie…  – Nie mam węzła przy sobie  – kłamie Olson.  – Tu będzie dość sprzętu.  – Rozumiem.  – Autor nie kryje zawodu.  – Tak sobie myślę  – ciągnie Vermil  – że to był jed- nak zły pomysł. Wstaje i sięga po kurtkę wiszącą na pająkowatym wieszaku.  – Ale dlaczego? Przecież kariera!  – mityguje grubasek. 5 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Spróbuję inaczej. W tym momencie w drzwiach pojawia się pielęgniar- ka. Jej sterylna uroda pasuje do bieli fartucha. Patrzy na mężczyzn, potem na trzymany przez grubaska logoszyt.  – Pan Vermil Olson, zapraszam.  – Ja właśnie… Ale ona już się odwraca, oczekując najwyraźniej, że wywołany podąży za nią świetlistym korytarzem. Ver- mil chce powiedzieć, że się rozmyślił, jednak wciąż pa- trzy w jej rozkołysane biodra. Wstaje. Idąc w stronę roz- suwanych drzwi, słyszy jeszcze pozdrowienia grubaska. Nie odwraca się. Gabinet przypomina pomieszczenie w przychodni szpitalnej. Stoją tu: łóżko, parawan, coś na kształt lekar- skiego biurka i wygodny, profilowany fotel. Jednak jest też istotna różnica. Ze ściany po lewej stronie wystaje korpus HOMERA. Zupełnie jak na folderach reklamo- wych Twórczości. Za biurkiem siedzi przystojny czter- dziestolatek. Jego spojrzenie mówi, że został przekrę- cony o jakieś dwadzieścia lat. Gestem prosi Vermila, by usiadł na fotelu. Pielęgniarka pomaga mu ułożyć głowę.  – Panie Olson, jestem doktor Zarayev, będą miał przy- jemność pana wprowadzić. To moja asystentka, pani Kla- ra.  – Zarayew z wyraźną przyjemnością patrzy na kobietę. Z pewnością ze sobą sypiają. Ta zachowuje pełną profesjonalizmu obojętność. Dok- tor znów spogląda na Vermila.  – Proszę się nie denerwować. Olson kiwa głową. Całą jego uwagę zaprząta HO- MER. Zarayev tymczasem z namysłem gładzi stalowo- szarą powierzchnię maszyny. 6 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Pan jest autorem. HOMER to tylko kartka i długo- pis. Im prędzej pan to zrozumie, tym większą satysfakcję będzie pan czerpał z pisania.  – Wiem, po prostu nigdy nie widziałem zlepiacza narracyjnego na żywo. regularnych spotkań.  – Mam nadzieję, że po tej sesji przekona się pan do  – Zobaczymy.  – Olson jest pełen rezerwy.  – Oczywiście.  – Uśmiecha się Zarayev i dodaje:  – Podpisał pan wszystkie dokumenty, ale może jest coś, co mógłbym wyjaśnić, doprecyzować?  – Czy to wciąż jest sztuka?  – Vermil patrzy gdzieś w bok. Czuje się jak dupek, który przez całą noc po- wstrzymywał się przed pytaniem: „było ci dobrze, ko- chanie?”, by w końcu i tak je zadać. Zarayev udaje, że się zastanawia.  – Odpowiem tak  – zaczyna.  – Co definiuje sztukę? Sposób jej powstawania? Zważywszy na różnorodność technik ekspresji twórczej, chyba nie. Więc może świa- domość? W takim razie musielibyśmy skreślić wszystkie dzieła powstałe pod wpływem środków psychoaktyw- nych, w twórczym transie. Zresztą, czym innym jest świadomość jako taka, a czym innym świadomość ar- tystyczna. Gdyby dzieło było tworem w stu procentach racjonalnym, najlepszym pisarzem stałby się ten, kto posługuje się językiem w sposób najbardziej sprawny. Absurd, prawda?  – Może...  – Moim zdaniem najważniejsza jest intencja. A pan przecież chce tworzyć. 7 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Tak!  – Ja wiem.  – Zarayev układa dłonie w ekspercki trój- kąt.  – Pan ma poczucie, że używając HOMERA, nie będzie prawdziwym artystą.  – Coś w tym rodzaju.  – A czy próbował pan pisać?  – Tak  – odpowiada z ociąganiem Vermil.  – Wielo- krotnie. Przez chwilę szuka odpowiednich słów. Przeżuwa wspomnienia twórczych upokorzeń.  – Mam to w głowie, gdzieś na krawędzi świadomości, ale słowa... w słowach ginie wszystko, co fascynowało mnie w pomyśle. Pisałbym, ale przeszkadza mi język. Czuję fabuły, ale nie umiem ich opowiadać.  – Właśnie dla takich ludzi powstały zlepiacze narra- cyjne. Jeśli w czyjejś głowie niczego nie ma, HOMER mu nie pomoże. A tak w ogóle, co pan pisze?  – Fantasy.  – „Nic darowane, wszystko pożyczone”  – recytuje Zarayev.  – Przynajmniej niektórzy tak twierdzą.  – Co pan chce przez to powiedzieć?  – Jeży się Vermil.  – Proszę się nie denerwować, nie chcę pana obrazić. Myślę raczej o pozytywnych aspektach skostnienia kon- wencji. Łatwiej tu o prawdziwą rewolucję, rozbicie skoru- py, trzeba tylko znaleźć sposób. Mam nadzieję, że stanie się to właśnie dzisiaj!  – Mruga porozumiewawczo, a wi- dząc brak reakcji interlokutora, ciągnie:  – Przed fanta- styką jest przyszłość. Realiści, naturaliści, psychologiści  – zapala się nagle, zamykając rękę Vermila w poufałym uścisku  – nie potrafią już niczego wnieść, niczego zrobić. 8 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Nie rozumieją, że rzeczywistości nie da się przygwoździć, zamknąć na wieki w składniowym akwarium. Po prostu nie nadążają.  – Co z awangardą?  – wtrąca Vermil.  – Wypaliła się, owładnięta manią niszczenia. Tylko że nie ma już czego niszczyć. Podłączałem wielu takich. Nawet HOMER nie może niczego sklecić z tego beł- kotu. Szanuję fantastów. Nie nadymają się, nie udają powagi, nie boją się śmieszności.  – Dobrze, jestem gotowy  – mówi Olson. Ma dość tych pseudokrytycznych wynurzeń. Palce Zarayeva tańczą po holopanelu.  – Zaczynajmy  – uśmiecha się.  – Klaro, mogłabyś skręcić filtr spójności na „cztery”? Pan mi wygląda na wyjątkowo świadomego. Pozwólmy mu puścić wodze fantazji. Vermil jest tak podniecony, że ledwie zauważa zastrzyk, który robi mu Klara.  – Nanoboty ruszyły  – instruuje Zarayev.  – Ale pro- szę się nie martwić. Jutro, po porannym sikaniu, już ich w panu nie będzie. 9 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk SESJA PIERWSZA Komuś jeszcze marzy się kalectwo?  – Jak tu wszedłeś?!  – Szpakowaty arystokrata nie krył zniecierpliwienia.  – Pierścień książęcego śledczego to najlepszy klucz do wszystkich drzwi, panie de Stern  – odparł intruz.  – Słyszałem o tobie. Mervil, tak? Nazywają cię „pijawką”.  – Możliwe, ale wolę porównania do psowatych, jeśli pan hrabia pozwoli. Hart, ogar czy coś w tym rodzaju. Jakby na przekór hardym słowom gościa, zniecier- pliwienie Wilfreda de Sterna zdawało się powoli mijać. Wstał z kunsztownie rzeźbionego fotela, odłożył książ- kę i jął przechadzać się po robiącej imponujące wrażenie bibliotece. Jego wypielęgnowana dłoń raz po raz gła- dziła krótką brodę. Kiedy znów otworzył usta, sprawiał wrażenie kogoś, kto replikuje w uczonej dyspucie:  – Będziesz za to wisiał, wiesz o tym, Mervilu?  – Jeszcze nikt nie ośmielił się grozić mi w ten sposób, panie. Arystokrata uśmiechnął się z przekąsem.  – Jestem potomkiem jednego z najstarszych rodów w tym księstwie, więcej, w tym kraju, a ty wtargnąłeś 10 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk do mojego domu przemocą i zachowujesz się w sposób wysoce niestosowny. Wielu nazwałoby cię samobójcą.  – Wybacz, panie, nie jestem zbyt biegły w zasadach etykiety. Ustępuję twej wiedzy i doświadczeniu. Może zechciałbyś mi łaskawie pokazać, jak powinienem się zachowywać, by nie urazić twojej dumy? De Stern nie był wytrawnym dyplomatą i tym razem skrzywił się gniewnie. Mervil jednak nie pozwolił hra- biemu wybuchnąć, wyciągnął pergamin i zaczął urzę- dowym tonem:  – Wilfredzie Konradzie de Stern, jesteś aresztowany za zlecenie zabójstwa Tiliana Muniusa, siostrzeńca mi- łościwie nam panującego księcia Avidiona. Arystokrata ruszył w stronę śledczego, jakby chciał mu wyrwać pismo, lecz w tym momencie do biblioteki wpadli zbrojni, prowadzeni przez mocno zbudowanego, na oko dwudziestokilkuletniego mężczyznę. Na wszyst- kich napierśnikach lśniła oskarżycielsko biała róża rodu Avidionów. Mervil dał znak i żołnierze otoczyli hrabie- go, odcinając mu dostęp do okna. Kilku z nich odwró- ciło się, bacząc na tyły. De Stern patrzył nienawistnie na nowo przybyłych. W dali, za ich plecami, widział osiłków ze swojej gwardii domowej. Żaden nie dobywał broni. Czekali. On również czekał, zbierał się w sobie. W końcu usiadł w fotelu i przez kilka sekund kartkował książkę, którą wcześniej odłożył. Nagle odgarnął włosy opadające na czoło i zaczął:  – Słyszałem, że jesteś dobry, że nigdy się nie mylisz. I ucieszyłem się, kiedy zacząłeś badać ten straszliwy wypadek. Tym razem jednak nos cię zwiódł. Dwa lata 11 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk śledztwa, a ty przychodzisz do mnie? Bez motywu, bez dowodów? Będziesz wisiał, Mervilu. I ty również!  – Wyciągnął upierścienioną dłoń w stronę młodego męż- czyzny, który przyprowadził wojsko. Ten skrzywił się i chciał coś odpowiedzieć, ale śledczy powstrzymał go:  – Nie teraz, Ginko. Młodzieniec zmilczał, a Mervil ponownie zwrócił się do gospodarza:  – Nie doceniasz mnie, panie, jeśli myślisz, że niepo- trzebnie niepokoję cię po nocy. Hrabia ujął kielich, stojący na małym stoliku. Śledczy odczekał, aż skończy pić.  – Zacznijmy od motywu  – powiedział.  – Otóż był najprostszy z możliwych: zemsta za urażoną miłość wła- sną i splamiony honor „potomka jednego z najstarszych rodów w tym księstwie, więcej, w tym kraju”. I te wła- śnie dobra, panie, zostały poważnie narażone na szwank przez działanie Tiliana Muniusa i, pośrednio, twej sza- nownej małżonki. Wszak wiadomo, że połowica pana hrabiego jest osobą niezwykle hojną: dzieli się swymi wdziękami z tyloma mężczyznami, z iloma zdoła.  – Dość!  – De Stern uderzył pięścią w oparcie fotela.  – Przysięgam, że ja z nią nie spałem!  – dodał natych- miast śledczy. Twarz hrabiego skamieniała. Mervil kontynuował:  – Jesteś, panie, tolerancyjnym mężem. Problem po- jawił się jednak wtedy, gdy między jej nogi zawitał Ti- lian Munius i wszedł znacznie głębiej, niż pozwalałaby na to anatomia. Pani hrabina zakochała się bez pamięci, 12 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk o czym świadczą długie listy, wysyłane do kochanka. Pan hrabia zna zapewne ich treść. Oczywiście to wszystko nie wystarczyłoby jako motyw zabójstwa. Zdrady, miłostki, uwiedzenia są dziś powszechne. Niestety Tilian, chędo- żąc panią hrabinę, poczuł nad tobą przewagę, co zwykł ostentacyjnie manifestować w towarzystwie. Cóż, nie- szczęściem Tiliana Muniusa było to, że jego roztropność nie dorównywała rozmiarom przyrodzenia (co ponoć jest regułą). Kiedyś, zapytany na forum przez dworskiego błazna, kim chciałby być, jeśli nie byłby mężczyzną, od- parł: „hrabią de Sternem”. Wiem, dowcip stary, ale sala pokładała się ze śmiechu. Nie było cię przy tym, panie, ale z pewnością wiedzia- łeś o wszystkim. By więc oddalić od siebie podejrzenia, poczekałeś, aż romans się wypali, dałeś sobie jeszcze pół roku i kiedy wszyscy plotkowali już o czymś innym, zemściłeś się.  – Bzdura!  – przerwał de Stern  – Przecież Tilian spadł z konia, a ja byłem wtedy zupełnie gdzie indziej! Wszyscy o tym wiedzą! Skończ z tymi bredniami, z tą bluźnierczą retoryką. Powtarzam: nie było mnie wtedy w Nerolfie, na co mam świadków!  – Racz zauważyć, panie  – przerwał śledczy  – że to, gdzie byłeś, nie ma znaczenia. Jesteś przecież oskarżony o zlecenie zabójstwa. Zatem, kontynuując, Tilian uwiel- biał wieczorne przejażdżki. Na jednej z nich, w lesie, jak powiedziałeś, nieszczęśliwie spadł z konia, złamał nogę i został rozszarpany przez wilki. Co ciekawe, wybrał drogę, którą nigdy nie jeździł. Dziwnym trafem posta- nowił o zmierzchu przedzierać się przez południowe 13 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk chaszcze pełne drapieżników, uzbrojony jedynie w lekki miecz.  – Może ufał, że odpędzi bestie swoim wielkim ku- tasem. Czego to wszystko dowodzi, pijawko?  – rzucił hrabia i znów sięgnął po kielich. Kiedy zorientował się, że jest pusty, drżącą ręką odstawił go na stolik.  – Były jeszcze inne intrygujące drobiazgi, których odkrycie zawdzięczamy obecnemu tu, a biegłemu w me- dycynie, Ginkorowi. Otóż zauważył on, że pośród wielu ran szarpanych na ciele ofiary znajdowało się również zagadkowe poparzenie. Musisz bowiem wiedzieć, panie, że Tilian nie umarł z powodu ran zadanych przez wil- ki, lecz na skutek wprowadzenia do odbytu cienkiego, rozżarzonego prętu. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w środku lasu coś takiego samo wbije się komuś w tyłek? Mervil zamilkł, jakby oczekiwał, że hrabia odpowie na pytanie. De Stern milczał.  – No i jeszcze sprawa zwierząt. Otóż dokładny po- miar ran pokazał, że Tiliana wcale nie rozszarpały wilki, ale nieco mniejsze, aczkolwiek bardzo agresywne psy. Sądząc po zmiażdżonych kościach, była to rasa vira. Ra- czysz zgadnąć, panie, ile jest hodowli takich psów na terenie naszego księstwa?  – Nie mam pojęcia  – wykrztusił de Stern. Jego palce nerwowo tańczyły na rzeźbieniach podłokietników.  – Tylko dwie!  – wykrzyknął efektownie Mervil.  – Tylko dwie! I tak po nitce dotarliśmy do kłębka. Mamy już zabójców, którym ty, panie, zapłaciłeś. Wszyscy się przyznali i czekają na łaskę stryczka. Niedługo egze- kucja, której będziesz, hrabio, ozdobą. Chociaż, prawdę 14 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk mówiąc, z niektórych winowajców niewiele już zostało do powieszenia.  – To ty będziesz wisiał!  – krzyknął hrabia, ale już bez przekonania.  – Łatwo złapać kilku rzezimieszków, ska- tować ich i zmusić, by wskazali niewygodną dla księcia osobę  – ciągnął drżącym z emocji głosem.  – Masz rację, panie. Proszę o wybaczenie, zapomnia- łem bowiem wspomnieć, co tak naprawdę zasugerowało nam, że ty jesteś sprawcą. Ze smutkiem stwierdzam, że byłeś bardzo nieostrożny, każąc sobie przynieść dowód popełnionej zbrodni  – medalion rodu Avidionów, który Tilian nosił zawsze na szyi. Oczywiście, najpierw my- ślałem, że przepadł gdzieś w leśnej szamotaninie. Dziw- nym trafem odnalazł się jednak w Nerolfie. Oczy hrabiego zwęziły się. Był jak wąż, który za chwilę ma ukąsić.  – Przez te dwa lata musiałeś, panie, nieraz oglądać ów medalion, bo zwrócił uwagę jednego z twoich sług, który wykradł go i sprzedał złotnikowi. I tak krąg się zamyka. Wilfred Konrad de Stern ukrył twarz w dłoniach, po czym zaczął pocierać kciukami skronie. Wyglądał na bar- dzo skupionego. Można go było wziąć za aktora, który szykuje się do finałowego monologu przed rozemocjo- nowaną publicznością. Zbytkowna szata, szeleszcząca przy każdym ruchu, tylko przydawała jego ruchom dra- matyzmu.  – Zaraz zrobi fikołka, puści dym uszami i zniknie  – zaśmiał się Ginkor.  – No, kapitanie! Nim zbrojni zdążyli podejść, w dłoni hrabiego po- jawił się nóż, błyskawicznie wyjęty z rękawa. De Stern 15 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk skierował ostrze ku własnemu gardłu. Już, już miał prze- ciąć tętnicę, co uchroniłoby go przed publiczną hańbą, gdy zza pleców śledczego wystrzeliło coś ciemnego i jak zmora przywarło do mężczyzny. Po sekundzie na ziemi trwała już kotłowanina, a wielki orzeł unieruchamiał pazurami rękę niedoszłego samobójcy, wbijając w nią haczykowaty dziób.  – Dość!  – krzyknął Mervil, gdy nóż zadźwięczał na marmurowej posadzce.  – Podnieście go i opatrzcie. Żołnierze natychmiast wykonali polecenie. Ptak, któ- ry nie był już tylko ledwie uchwytną dla oka strzałą, lecz materialnym kształtem, podfrunął miękko do śledczego i usiadł mu na przedramieniu. Zastygł w tej pozycji, tracąc zainteresowanie światem. Mervil położył dłoń na łbie ptaka, zadowolony, że jego towarzysz jak zwykle błyskawicznie zareagował na widok dobywanego ostrza.  – Zabierzcie go do aresztu i dajcie najlepszą celę  – rzucił w stronę mężczyzn zajmujących się de Sternem.  – Pilnujcie też, żeby się nie powiesił i żeby ktoś go nie wy- chędożył. Pachnie jak dziwka z burdelu mamy Letycji. Ja idę do księcia zameldować, co się tutaj stało. Gestem przywołał Ginkora.  – Jutro obiad w Złotej Patelni. Bądź koło południa. Młody mężczyzna skinął głową. Pożegnali się. Śled- czy jeszcze przez kilka chwil rozglądał się po bibliotece, po czym wyszedł na świeże powietrze. Orzeł miękko oderwał się od jego przedramienia.  – Szukajcie sobie nowego zajęcia!  – krzyknął Mervil do zgromadzonych w ogrodzie ludzi de Sterna, a widząc poruszenie, jakie wywołały jego słowa dodał:  – Ale naj- 16 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk pierw odwiedźcie spiżarnię swego pana. Nie będzie jej już potrzebował. Słyszałem, że ma niezłą kolekcję win. Ludzie rozbiegli się po ogrodzie. Aquil zataczał nad ich głowami szerokie koła. O tej porze miasto było już wyludnione, chociaż la- tarnie świeciły jasno. Kroki Mervila dudniły na bruko- wanym, białym chodniku. Minął bogate, inkrustowane zielenią pałace arystokratów, a potem utonął w cieniu murów kopulastej katedry Terilusa Tronującego. Od cza- su do czasu nocny patrol obrzucał go służbowym spojrze- niem, salutując na widok książęcego pierścienia. W największym pałacu Nerolfu już czekano. Jak na ironię książę również przyjął go w bibliotece. Śledczy przyklęknął zgodnie ze zwyczajem.  – Daruj sobie wygiątwę. Co masz mi do powiedzenia? Bellus wstał.  – Śledztwo w sprawie śmierci twego siostrzeńca, mo- ści książę, właśnie się zakończyło, a ostatni winny, hrabia de Stern, został dziś zatrzymany.  – Ostatni winny. Zatrzymany.  – Książę zamyślił się.  – Miałem nadzieję, Mervilu, że będziesz mądrzejszy.  – Nie rozumiem, panie.  – Ależ rozumiesz doskonale. Mój ojciec cię szano- wał i ja cię szanuję. On jednak tolerował twoje kaprysy, które czasem mijały się z interesem Avidionów. Mnie przychodzi to coraz trudniej. Książę podszedł bliżej i objął Mervila ramieniem. Byli równi wzrostem, lecz obszerna szata niemal podwajała Avidiona. Wydawało się, że książę zmiażdży Mervila w uścisku. On jednak tylko pchnął go nieco do przodu. 17 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Przejdźmy się kawałek, do mojego muzeum, bym mógł powiedzieć to, czego na pewno domyślasz się sam.  – Służę ci, mości książę  – odpowiedział śledczy.  – Otóż, Mervilu, jestem ci wdzięczny za wyjaśnie- nie śmierci Tiliana, jednak aresztowanie hrabiego to już zupełnie inna sprawa. Wolałbym, by do niego w ogóle nie doszło, bo teraz muszę zorganizować proces. Trzeba będzie upokorzyć de Sterna przy ludziach. Ulica wyda na niego wyrok. Zrobi się niespokojnie. A to nie jest w tej chwili Nerolfowi potrzebne. Lepiej by się stało, gdyby sprawa de Sterna rozwiązała się dziś wieczorem, na oczach świadków, co byłoby dostatecznym przyzna- niem się do winy. Spisałbyś tylko protokół i po sprawie.  – Zawiodłem cię, panie. Żałuję.  – Śledczy skłonił się lekko.  – Gówno prawda, Mervilu!  – Avidion porzucił nagle pojednawczy ton i nie krył dłużej zdenerwowania.  – Znałeś moje zdanie, a i tak aresztowałeś hrabiego za- miast pozwolić mu na samobójstwo! Bo ty, Mervilu, wie- rzysz w prawo, publiczny proces i tego typu theatrum dla mas, a na taki luksus mogą sobie pozwolić tylko ci, którzy nie wiedzą, czym jest polityka!  – Wierzę w sprawiedliwość, panie, w nic innego.  – Oczy Mervila wydawały się pozbawione wyrazu.  – Nie faworyzuję publicznych procesów w jakiś szczególny sposób. Książę chciał powiedzieć coś jeszcze, ale widząc za- ciętą twarz śledczego, zrezygnował. Odwrócił głowę i począł wpatrywać się w obrazy wiszące na ścianach długiej sali. Na jej środku znajdowało się też kilkanaście 18 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk posągów naturalnej wielkości. Po dłuższej chwili Avi- dion podszedł do jednego z nich.  – Popatrz. Co sądzisz o tej rzeźbie?  – zwrócił się do Bellusa, pieszczotliwie dotykając marmuru.  – To młody artysta, Buo Tinarro, moim zdaniem wielki talent. W swoich pracach wykorzystuje motywy nawiązujące do dawno przebrzmiałych kultur i mitów. Tu na przy- kład mamy bardzo znane niegdyś przedstawienie matki trzymającej na kolanach umierającego syna. Obaj przez chwilę wpatrywali się w dzieło, które zdawało się tak perfekcyjne, jakby prawdziwi ludzie w zwiewnych szatach na chwilę zastygli w marmuro- wym bezruchu.  – Ciekawe  – zaczął Mervil.  – Ta kobieta, która ma być matką, wygląda na młodszą od syna.  – Zauważyłeś. No właśnie, podąż za wizją artysty. Zwróć uwagę na granicę między tym, co realne, a tym, co fantastyczne. Cóż bowiem Tinarro chciał powiedzieć o matce, odmładzając ją w ten sposób?  – Nie wiem, panie. Wolę odczuwać sztukę, niż nad nią rozmyślać.  – Stwierdzenie niegodne byłego naukowca. Co cię zatem interesuje?  – spytał Avidion.  – Prawda.  – A cóż to jest prawda?  – Kiedy byłem wykładowcą w Akademii, uczyłem, że zgodnie z poglądem Telestorysa prawdziwy sąd to taki, któremu odpowiada określony stan rzeczywistości.  – Piękna definicja, ale polityka nie może pozwolić sobie na luksus jej używania. Bo stan rzeczywistości 19 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk jest subiektywny, nie istnieje w jednym uchwytnym wy- miarze. Dla mnie na przykład rzeczywistość to dobro Nerolfu. A nie sądzę, by aresztowanie de Sterna przy- służyło się naszej ojczyźnie. Będę miał kolejną trudną przeprawę z Radą, która zawsze narzeka, że jej prawa są gwałcone. Ty natomiast działasz zgodnie z abstrakcyjną idą sprawiedliwości. Każdy z nas ma swoją prawdę, a ja wymagam, byś zrozumiał moją, w przeciwnym razie nasze drogi się rozejdą. Mervil już otwierał usta, by odpowiedzieć.  – Milcz, oszczędzę ci możliwości rozgniewania mnie jeszcze bardziej. Żegnam i pamiętaj, że definicja prawdy Telestorysa nie jest jedyną. Znasz z pewnością pracę Vel- limachia, który pisał, że w zależności od potrzeb księstwa trzeba być lwem lub lisem.  – Znam, panie, ale jest to dzieło dla władców, nie dla śledczych. Ja wolę pewną starą rozprawę, w której napisano: „każdemu według zasług”.  – Filozof  – prychnął Avidion jakby do siebie.  – Mam jednak nadzieję  – zmienił temat  – że wpadkę z de Ster- nem zrekompensujesz miastu szybkim ujęciem mordercy naszych kobiet. Hrabia Uvili pytał mnie dziś o postępy w śledztwie, a wiesz, że prócz wina i dziwek nic go nie interesuje. Przekonywał mnie, że sprawcą jest wampir. Pewnie usłyszał to od swojej kucharki, którą chędoży. A jakie jest twoje zdanie?  – Nie mam zdania. Pracuję nad tym, panie. Nawet teraz, podczas tej rozmowy. Avidion patrzył przez chwilę w jego ciemne oczy, by w końcu poprawić na ramionach podbity futrem płaszcz 20 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk i zniknąć za ogromnymi drzwiami. Bellus nie ruszał się z miejsca. Sycił wzrok cudowną rzeźbą Buo Tinarro. Młodziutka i piękna matka trzymająca ciało dorosłego syna wyglądała, jakby nie tylko chciała umrzeć razem z nim, lecz całkowicie zjednoczyć się w cierpieniu. Ge- nialny artysta przekuł jej spokojną mękę w estetyczną doskonałość. Śledczy był poruszony. Dobrze rozumiał tę matkę. *** Mimo cierpkich słów Avidiona w domu Mervila cze- kał książęcy sługa z pokaźnym trzosem. Śledczy dał mu jedną z monet, po czym zaryglował drzwi i w ubraniu rzucił się na łóżko. Przespał całą noc bez snów. Wstał dość późno i leniwie przygotowywał się na spotkanie z Ginkorem. Mimo że mieszkał w dużym domu, nie miał służby. Oczywiście jeśli nie liczyć starej kobiety, która prała i sprzątała. Przemykała jednak po domu niczym duch. Czasem gospodarz nie widział jej tygo- dniami, co zresztą bardzo mu odpowiadało. Zwłaszcza gdy w dłużące się noce i dni odwiedzały go kobiety. Zapinał właśnie ostatnie sprzączki wyjściowego kafta- na, gdy usłyszał ciche pukanie w jedno z parterowych okien. Podniósł głowę, nasłuchując czujnie. Trzy stuknięcia. Przerwa. Dwa stuknięcia, przerwa. Aquil wleciał przez otwarte okno i wzbił się pod skle- pienie. Nie wyglądał na zaniepokojonego. Bellus nasłu- chiwał jeszcze przez chwilę, łowiąc schematyczny stuk. Zszedł na dół i uchylił piwniczny lufcik. W chaszczach 21 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk gęstego, niepielonego od dawna ogrodu krył się drob- ny człowieczek w kapturze. Śledczy nie musiał widzieć twarzy przybysza, znał go od lat. Pino był kieszonkow- cem, którego łatwo można było pomylić ze zbłąkanym szopem. Mervil przymykał oko na jego kradzieże. Ści- ganie go zostawiał miejskim strażnikom. Książęcego śledczego interesowały wyłącznie zabójstwa.  – Panie, tej nocy znowu widziano wampira  – zaczął złodziejaszek.  – Gdzie?  – W dzielnicy garncarzy.  – To już drugi raz.  – Tak, panie, tam jest dość ciemno, wąskie, długie uliczki. Dobre miejsce do polowania  – szeptał przejęty Pino.  – Ale nie ma ofiar?  – Mervil zawahał się.  – Nie, panie.  – Czy straże o tym wiedzą?  – Panie, ludzie się boją. Mówią, że jak wampir się dowie, kto doniósł, to…  – Pino przejechał dłonią po gardle.  – A ty się nie boisz?  – E tam, lichwiarz Sitkun to jest dopiero wampir. Zresztą czy ja wyglądam jak młoda dziewczyna? We mnie więcej gorzałki niż krwi. Mervil rzucił Pinowi monetę i bez słowa zamknął okno. Słońce prześwietlało piwniczny kurz strunami promieni. Bellus poczuł wzbierającą nienawiść: ocze- kiwany i dobrze znany stan, sprawiający, że odnajdywał w życiu sens. Pino dał mu nowy punkt zaczepienia. Od 22 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk dwóch miesięcy bowiem w różnych dzielnicach miasta znajdowano młode kobiety, które miały na szyi wyraźny ślad zębów, a ich ciała częściowo pozbawione były krwi. Ginkor zbadał ugryzienia. Nie pasowały do żadnego ze znanych zwierząt. Nie pomagały wzmożone patrole straży. Plotki mieszały się z faktami, a sprawca pozosta- wał nieuchwytny. Miasto bało się coraz bardziej. Mervil wyszedł z domu i skierował się ku bogatej dzielnicy handlowej, gdzie mieścił się zajazd Pod Złotą Patelnią. Ziemisty płaszcz, okrywający jego szczupłą sylwetkę, krótko obcięte włosy i dwudniowy zarost spra- wiały, że nie wyróżniał się z barwnego tłumu. W pulsu- jącym życiem mieście, gdzie roiło się od cudzoziemców, obdarzano go najwyżej przelotnym spojrzeniem. Zbli- żając się do rynku, śledczy już z daleka dostrzegł niezwy- kłe jak na tę porę zgromadzenie. Po chwili dobiegł go głos, który cały Nerolf, a pewnie i cała Latilia znały aż nazbyt dobrze: głos Proroka. Nie wiadomo, skąd przybył, kim był, ale regularnie od trzech miesięcy co tydzień nawiedzał miasto z tym samym przesłaniem:  – Strzeżcie się, grzesznicy, prostujcie swoje ścieżki, bo Żniwiarze są już wśród was! Nie widzicie ich, nie sły- szycie, dlatego przywiodą was do zguby. Czyńcie pokutę, mówię! Brat niech przebaczy bratu, mąż żonie. Posyp- cie głowy popiołem, bo Żniwiarze przybyli i nie ma dla świata ratunku. Prorok miał w sobie jakąś tajemniczą siłę. Sprawiał wrażenie, jakby mówił całym ciałem. Sylwetka skryta w postrzępionej szacie zdawała się falować. Jego krzyk porywał, jak tragedia w teatrze. W słowach wybrzmie- 23 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk wały cierpienie, rozpacz, klęska: wszystko, co raz w tygo- dniu mogło podniecić ludzi zadowolonych z życia. Targa- na wiatrem siwa broda dodawała jego występom polotu i dramaturgicznej głębi. Mervilowi wszakże wydawał się przesadzony, a jego autentyczność udawana. Straże traktowały go na razie jak ulicznego komedianta. Do- póki nie podburzał Nerolfczyków, mógł krzyczeć swoje. Bellus skrzywił się, słysząc słowa o Żniwiarzach. Lu- bił teatr, lecz drażniła go taka wiecowa tandeta. Przy- spieszył kroku:  – …i pochłonie was, grzeszników, wieczny ogień piekielny, od którego nie ma odpoczynku. Dowiecie się prawdy o sobie, bo ta prawda tkwi w Żniwiarzach, a oni są już pośród was. Widzieliście ich rano, zobaczycie ich wieczorem, zaśniecie w ohydzie własnych występków. Dlatego powiadam wam, proście o miłosierdzie, a będzie wam dane! Prorok zakaszlał, zadławiony własnym krzykiem, a tłum zaczął powoli rzednąć. Ludzie przeżyli darmowe katharsis i wracali do pracy. Niektórzy uśmiechali się, kręcąc głowami i pogryzając cukrowane owoce. Pokaźna grupa słuchających wciąż stała przy wozie, z którego przemawiał starzec, i chyba wdała się z nim w rozmowę. Jak na ironię po ich lewej stronie wznosiła się dumnie figura Ozidona  – boga dobrej zabawy, który cieszył się w Nerolfie największą popularnością. Na myśl o Ozidonie Mervil poczuł, jak bardzo jest głodny. Nauki boga mówiły jasno, że szczęście to przede wszystkim wyborne jedzenie i suty napitek. Śledczy w jednej chwili zapomniał o Proroku. 24 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Wkrótce siedział już przy szerokim stole i zastanawiał się, na które z dań ma największą ochotę. W końcu po- stanowił, że zamówi tylko wino i lekką zupę, a z dalszymi decyzjami wstrzyma się do przybycia Ginkora. Zawsze prowadził surowy tryb życia, a rozkosze podniebienia nie należały do jego namiętności. Ginkor zwykł żartować, że były dni, kiedy Mervil nie poznałby, że zamiast sztuki mięsa podano mu podpieczone końskie siodło. Teraz zdążył wypić prawie pół butelki, kiedy w końcu do za- jazdu wkroczył młodszy mężczyzna. Jego twarz promie- niała. Dosiadł się i od razu chwycił flaszkę. Grdyka ska- kała mu to w górę, to w dół. Mervil, nie kryjąc znudzenia, błądził oczami po ścianach zajazdu pełnego wspaniałych myśliwskich trofeów. Tymczasem Ginkor, ugasiwszy pragnienie, otarł usta wierzchem dłoni i beknął wesoło.  – Zanim usiadłeś do wina, mogłeś napić się desz- czówki z beczki przed wejściem. Jest tańsza i lepiej gasi pragnienie  – zaczął śledczy.  – Gadanie! Słuchaj, Navida zaprosił mnie dziś do swojej pracowni. Spędziłem tam cały ranek! Nazwisko artysty i wynalazcy Lorenzo Navidy wy- powiadano w Nerolfie z mieszaniną podziwu i rezerwy. Krążyły plotki, że buduje maszyny latające, a jego rzeźby mają w środku mechanizmy i zachowują się jak ludzie.  – Mervilu!  – kontynuował Ginkor.  – Jakież rzeczy mi pokazał! Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile ten człowiek wie na przykład o świetle. Jego głowa jest wię- cej warta niż cała Akademia. Bellus uśmiechnął się. Dwadzieścia lat temu też był pełen takiego zapału. 25 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Wyobraź sobie, że zaproponował mi badanie ludz- kiego oka.  – Ginkor przezornie ściszył głos.  – Nie wiem, skąd miał ich kilkanaście. Najpierw pokazał mi rysunek, a potem zasugerował, byśmy jedno pokroili. A ja mówię, że przecież się rozpadnie. Navida spojrzał tylko i najzwyczajniej w świecie odparł: „dlatego naj- pierw je ugotujemy”. Trudno było przerwać potok słów medyka. Mervil słuchał więc spokojnie szczegółowej relacji, spogląda- jąc na przystojną, ruchliwą twarz mężczyzny. W takich chwilach jego myśli mimowolnie uciekały ku przeszłości, ku synowi, którego zawsze pragnął.  – …taki system potrójnych luster mógłby się nam przydać… ale czy ty mnie w ogóle słuchasz?  – obruszył się medyk, widząc zamyślenie na twarzy współbiesiadnika.  – Tak, słucham cię. System luster. Ginkor westchnął. Wiedział, że nie zdoła zarazić Mervila swoim entuzjazmem.  – Dobra, już skończyłem  – powiedział, opadając na oparcie ławy, z udawanym smutkiem.  – Mów, proszę, słucham uważnie. Ginkor opowiedział mu o więc lustrach, potem o ła- twopalnym proszku i o martwej żabie, która rusza no- gami, gdy ją dotknąć tu i ówdzie. Kiedy skończył, osu- szył drugą butelkę zamówioną w międzyczasie przez Mervila i spytał:  – Jak tam wizyta u księcia? Śledczy nie chciał zagłębiać się w meandry humorów Avi- diona, toteż położył tylko na stole połowę książęcej zapłaty.  – No, to rozumiem.  – Ginkor zważył trzos w ręku.  – Możemy się teraz kłócić, kto stawia. 26 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Niech będzie, że ja.  – Cóż, nie wypada sprzeciwiać się starszemu. A swoją drogą wczoraj u de Sterna dałeś niezły popis oratorski. Wciąż masz w sobie coś z belfra.  – Medyk mrugnął porozumiewawczo. Mervil skrzywił się:  – Nie tylko, mój drogi, nie tylko. To było klasycz- ne „zatrzymanie z dowiedzenia”. Mnóstwo świadków, czysta sprawa. Poza tym zjednaliśmy sobie ulicę. No i ostatnia rzecz: ludzie wysoko postawieni nie wyobra- żają sobie, by dramatyczne momenty w ich życiu działy się ot tak, w sposób pospolity. Hrabia zasłużył sobie na wydłużenie momentu poznania prawdy o własnym upadku. Życie to teatr, Ginkorze, a ja miałem ochotę przez chwilę zagrać bardziej dramatycznie. Takie prze- trzymanie punktu kulminacyjnego nazywamy retardacją.  – Dziękuję, doktorze Bellus  – odparł Ginkor, umie- jętnie naśladując uniżony, studencki ton.  – Ty mówisz, że życie to teatr, jeden kolega, że wychodek, a mój ojciec mawiał, że życie jest jak sklep.  – Dlaczego jak sklep?  – zdziwił się Mervil.  – Nie wiem, bo kiedy upalony fajką staruszek zaczy- nał te swoje umoralniające wywody, ja dyskretnie wycho- dziłem. Sygnałem do tego były zawsze słowa: „posłuchaj, mój synu”, wypowiadane głębokim, nosowym tonem  – tu Ginkor zatkał nos i zaczął:  – „Posłuchaj, mój synu, życie jest jak sklep…”. Medyk przerwał swój popis, bo na stole pojawił się świetnie przyprawiony gulasz z dzika. Służebna dziewka nie zaszczyciła ich nawet spojrzeniem. 27 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Dziękujemy pięknej pani  – zaczął Ginkor, ale jej już nie było. Za to nad stołem unosił się zniewalający zapach.  – W sumie dobrze, że zatrudniają gburowate dziew- czyny. Można się skupić na jedzeniu  – podsumował.  – Myślę, że to przemyślana strategia  – odpowiedział Mervil z pełnymi ustami. Zabrali się za gulasz, a łby zwierząt na ścianach przy- glądały się im z filozoficznym spokojem. Kiedy skoń- czyli, Mervil postanowił podzielić się z przyjacielem ostatnimi wiadomościami.  – Wczoraj w dzielnicy garncarzy widziano wampira.  – A w dzielnicy szewców trzy smoki  – odparł podo-  – Bardzo śmieszne. Ginko, skup się. To nasza sprawa.  – Przepraszam.  – Zginęły już cztery kobiety, nie muszę ci chyba o tym przypominać? Ginkor spoważniał:  – Naprawdę wierzysz, że to wampir?  – spytał z nutą kpiny w głosie. Na dźwięk ostatniego słowa podróżna przy sąsiednim stole spojrzała na nich trwożnie.  – Nie wiem  – ściszył głos śledczy  – ale dopóki nie sprawdzimy, nie będziemy mieli pewności. Mam plan, choć nie sądzę, by ci się spodobał. chocony winem medyk.  – Pewnie będę przynętą?  – zasępił się medyk.  – Ja jestem za wysoki. A ty świetnie się nadasz na dziewczynę o obfitych kształtach. Zarostu też za bardzo nie masz.  – Ejże! Zapuściłbym brodę, gdybym chciał. 28 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Nie wątpię  – odparł śledczy z przekąsem, po czym znów spoważniał.  – Nie musisz się martwić, będziemy z Aquilem śledzić każdy twój krok.  – Co do ciebie, jestem pewien, ale kto wie, co chodzi po głowie twojemu ptaszysku.  – To nie jest moje ptaszysko. Po prostu razem miesz- kamy.  – Ale banał. Tylko się nie rozklejaj. Ptak to ptak: sra w locie i tyle. Jaki jest ten plan?  – Dajemy sobie czas na przygotowania do jutrzejsze- go wieczora. Oczywiście najpierw biblioteka i wszystko na temat wampirów. Potem przebierzesz się za kobietę i przejdziesz nocą przez dzielnicę garncarzy. Będziemy to powtarzali, aż go przywabimy. Chyba że pokaże się gdzie indziej. Choć to mało prawdopodobne. Sądzę, że wczoraj badał teren kolejnego ataku. Aquil i ja będziemy tuż za tobą. Nie wyobrażam sobie, żeby wampir dał radę nam trzem, zwłaszcza że uzbroimy się po zęby.  – Chyba po dzioby. Oczywiście nie angażujemy straży, żeby nie przepłoszyć zabójcy?  – Oczywiście.  – Dobrze, niech ci będzie. Pożyczę jakieś ciuchy od siostry. Tylko jeśli komuś powiesz…  – Ginkor pogroził palcem.  – Jeszcze jedna butelka?  – przerwał Bellus.  – Jasne!  – Żartowałem. Czas do pracy. Bellus zapłacił rachunek i skierowali swe kroki ku bibliotece Akademii Książęcej. Idąc przez gwarne uli- ce, wyglądali dość osobliwie. Mervil, wyższy o głowę 29 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk od swego krępego towarzysza, zdawał się płynąć. Gin- kor natomiast szedł, kołysząc się z boku na bok i co chwila zezował za co ładniejszymi pannami. Niemal wszystkie odpłacały uśmiechem krępemu, przystojnemu medykowi. W końcu wyrósł przed nimi majestatyczny, trzechsetletni gmach Akademii. Wchodząc, ukłonili się odźwiernemu, który znał ich na tyle dobrze, by o nic nie pytać. Na dziedzińcu wyłożonym kamiennymi płytami zobaczyli kilkunastu studentów, którzy obsiedli drew- niane ławy i grzali się w słońcu. Przybycie nieznajomych rozbudziło ich nadzieje na kubek wina. Podeszli, hała- śliwie oferując swoje usługi medyczne bądź pisarskie. Jeden obiecywał nawet, że za szeląga powie nowo przy- byłym, jak być szczęśliwym. Na pytanie Ginkora, czy sam wypróbował już swój przepis, odpowiedział dumnie, że pociąga go teoria, nie praktyka.  – Dupczy też w ten deseń  – podsumował jeden z ko- legów filozofa i kompania żaków wróciła na ławy usta- wione wokół dziedzińca.  – Witam, doktorze Bellus.  – Usłyszeli nagle za plecami. Mervil odwrócił się i ujrzał maleńkiego człowieczka dźwigającego dwa wielkie, oprawione w skórę tomy.  – Witam, doktorze Strazi.  – Ukłonił się Mervil i było widać, że cieszy się z tego spotkania.  – Myślałem, że jest pan na Uniwersytecie Inolbskim.  – Byłem, ale zbadałem już tamtejsze zbiory dotyczące wojen granicznych Nerolfu w XIV wieku. To bardzo ważne zagadnienie, stanowiące punkt wyjścia do analizy dzisiejszej sytuacji politycznej.  – Dawno pan wrócił, doktorze? 30 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Jakiś tydzień temu. A teraz porządkuję papiery. Już czas, bym zrobił sobie przerwę. Wybieram się na kube- czek wina. Może pan, doktorze, i pański młody przyja- ciel dołączycie do mnie?  – Będzie to dla nas prawdziwa przyjemność  – od- powiedział natychmiast Bellus, udając, że nie zauważa pytającego spojrzenia Ginkora, którego znudzona mina uszła uwagi Straziego.  – Ale mieliśmy przecież…  – zaczął medyk.  – Spokojnie, trzy czwarte biblioteki Nerolfu znajduje się w głowie doktora Straziego.  – No, może dwie trzecie  – mitygował staruszek, ale widać było, że komplement przypadł mu do gustu. Kwatera nobliwego wykładowcy mieściła się w jed- nym z budynków położonych w pięknym ogrodzie za ogromnymi murami Akademii. Obejmowała pięć pokoi, a każdy z nich wyglądał jak pracownia, był pełen książek i map. Ginkora zdziwiło, że nigdzie nie może dostrzec łóżka.  – Gdzie on sypia?  – szepnął.  – Gdzie się da  – odparł również szeptem Mervil. Mężczyźni usiedli przy mocnym drewnianym stole, a doktor Strazi nalał wina.  – Wciąż mamy nadzieję, że pan do nas wróci, doktorze Bellus  – powiedział, delek- tując się pierwszymi łykami.  – Zwłaszcza że znaleziono nowe dokumenty, zmieniające nieco naszą wizję pano- wania Orena I. Pan się tym zajmował, prawda?  – Tak, ale czas przeszły jest tu na miejscu. Mój po- wrót nie jest możliwy. Za bardzo przywykłem do stoso- wania wiedzy w praktyce, a tutaj to bardzo trudne. 31 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk  – Cóż, rzeczywiście. My, historycy Akademii, jeste- śmy tylko strażnikami. Pilnujemy mądrości i w miarę możliwości staramy się ją pomnażać. Jednak boleję nad tym, że tak rzadko przychodzą do nas politycy, tak rzad- ko się nas radzą. Szczególnie w dobie kryzysów. Oni wciąż myślą, że ich czas, ich wybory czy problemy są unikalne, a przecież wszystko już było.  – Przepraszam, doktorze  – Ginkor nie wytrzymał  – ale czy nasi przodkowie nie działali jednak w nieco in- nych warunkach?  – Oczywiście, że nie, młodzieńcze.  – Strazi ucie- szył się z zadanego pytania i najwyraźniej poczuł jak na wykładzie.  – Ze studentami gram w taką grę: proszę ich o podanie jakiegokolwiek współczesnego wydarze- nia: posunięcia władcy, konfliktu zbrojnego, po czym natychmiast znajduję jego odpowiednik w przeszłości. Zaręczam, że jeszcze nigdy nie przegrałem.  – Dlaczego więc politycy tu nie przychodzą?  – do- pytywał Ginkor.  – Może dlatego  – odezwał się Mervil  – że drzwi do pracowni naukowca są tak niskie, iż wchodząc, trzeba się ukłonić. Niestety, u większości rządzących głowa opada tylko na szafocie. Mężczyźni zaśmiali się.  – Zgrabnie powiedziane. Ale, jak widzę, ten problem was nie dotyczy. Przyjęliście moje zaproszenie, a wcze- śniej udawaliście się, jak mniemam, do biblioteki. Może ja mógłbym w czymś pomóc? Śledczy najwyraźniej tylko na to czekał.  – Doktorze Strazi  – zaczął ostrożnie  – zapewne słyszał pan o dziewczętach zamordowanych w ciągu 32 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk ostatnich miesięcy. Zbrodniarz pozostawia na ciele ofiar dość charakterystyczne ślady. Nie chcę, by zabrzmiało to niedorzecznie, ale ślady te sugerują, że mamy do czynie- nia z kimś, kto pije krew swoich ofiar. Ma dwa długie kły. Świadkowie mówią, że z daleka przypomina człowieka. Bellus czekał przez chwilę na reakcję rozmówcy, lecz doktor Strazi wpatrywał się w niego z niesłabnącym zainteresowaniem. Kontynuował więc:  – Nie chcę powiedzieć, że wierzę w wampiry, jednak moją zawodową powinnością jest przygotowanie się na każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną ewentual- ność, jeśli tylko sygnalizują ją dowody.  – Doktorze Bellus  – staruszek aż się zarumienił  – oto postawa godna wychowanka i wykładowcy tych murów! Myślę, że dobrze trafiliście. Bo chociaż ja również zacho- wuję w sprawie wampirów daleko idący sceptycyzm, to kilka lat temu wygłaszałem odczyt dotyczący ciemnej mitologii latiliańskiej, w którym sporo miejsca poświę- ciłem tym właśnie istotom. Chętnie podzielę się wie- dzą, gdyż oszczędzi to wam wertowania dziesiątek ksiąg. Mervil i Ginkor przytaknęli w milczeniu, nie chcąc przerywać doktorowi Straziemu, który najwyraźniej do- piero się rozgrzewał:  – Dysponuję materiałem, o którym mógłbym mówić przez kilka godzin, ale ograniczę się do niezbędnych informacji. Otóż, jak powszechnie wiadomo, wampiry, czy jak mawia gmin: wąpierze, to istoty pijące ludzką krew. Tu przekazy są zgodne. Opowieści o ich pocho- dzeniu mają tak wiele różnych wersji, że nie warto o tym wspominać. Podobnie jest z wyglądem: wampiry bywają 33 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk brzydkie i nieludzkie, chamskie i grubiańskie lub nie- ziemsko piękne, mądre i czarujące. Jedne kopulują jak szalone (choć nie wiadomo, po co), inne są impotentami. Warto też wspomnieć o problemie zmiennokształtności: mogą zmieniać się w nietoperze lub szczury. Spotkałem się też z opowieściami o tym, że wąpierze posiadają moc wpływania na ludzi. Ponadto są silniejsze, sprawniejsze i dużo wytrzymalsze od człowieka. Można je zniszczyć, obcinając głowę, przebijając serce drewnia- nym kołkiem, spalić, wystawić na działanie światła sło- necznego. Szczególnie nieprzyjemne są dla nich czosnek i srebro oraz symbole niektórych religii (jak utrzymują wyznawcy). Z waszych min wnoszę, że nie powiedziałem niczego nowego. W istocie jednak mitologia wampiryczna obfi- tuje w bardzo wiele wzajemnie wykluczających się ele- mentów, co w dużej mierze każe być sceptycznym co do istnienia tych stworzeń. Weźmy na przykład problem rozmnażania. W większości podań jedno ugryzienie de- cyduje o przemianie. Kompletny nonsens! Jeśli tak było- by w istocie, krwiopijcy szybko straciliby główne źródło pokarmu. Osobiście uważam, że termin „wampir” ozna- cza rodzinę, w obrębie której możemy wyróżnić sze- reg gatunków. Jednak, jak powiedziałem, według mnie stworzenia te są tylko elementem zbiorowej wyobraźni.  – Szkoda, że trupy pogryzionych kobiet są prawdziwe  – wtrącił zgryźliwie Ginkor.  – Doktorze  – Mervil natychmiast przejął inicjatywę  – czy powinniśmy wiedzieć o czymś jeszcze?  – Chodzi o ciekawostki? Otóż jest cała osobna gałąź piśmiennictwa, dość młoda, ale wpływowa, mówiąca 34 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk o wampirach gustujących w niewiastach. Według tej teorii miłość bierze górę nad chutliwością i apetytem na krew. Wąpierz taki jest niezwykle piękny, mami biało- głowę, a ta opuszcza swoją rodzinę i z nim ucieka.  – I co taki stwór robi z tą babą?  – zaciekawił się medyk.  – Głównie patrzy.  – Jak to?  – No, może trochę upraszczam. W zasadzie to karmi, ubiera, trefi włosy, przygrywa na fujarce, tańcuje, recy- tuje poezje, opowiada, jaka jest piękna. Słowem, chce, żeby była szczęśliwa. Czytałem, że teraz po wsiach, jak kobieta znika, to mówią, że się na nią wąpierz zapatrzył i zrobił z niej królową. Ponoć każda o takim marzy. Bo on ani pić, ani jeść nie musi. Miłością tylko żyje. Istny, powiadam wam, cudak. Niegroźny, dopóki ktoś inny mu niewiasty nie wychędoży.  – Dziękujemy, że tak zacny umysł znalazł dla nas chwilkę.  – Bellus ukłonił się, dodając:  – Dość już o na- szej pracy. Jako że rzadko tu goszczę, chętnie usłyszę, nad czym obecnie pracujesz, panie. Brak mi tego źródła, z którego piłem tak obficie. Ginkor rzucił przyjacielowi mordercze spojrzenie. Po chwili Mervil również pożałował swojego pytania, zada- nego na złość medykowi. Doktor Strazi bowiem mówił przez następne półtorej godziny. I tylko wykształcenie historyka pozwoliło śledczemu nie zasnąć i nadążyć za szeregiem dat i nazwisk, którymi zarzucał go stary uczo- ny. Ginkor nie był tak odporny, toteż po kilkunastu mi- nutach jego głowa uderzyła o stół.  – Proszę nie przerywać, doktorze Strazi. Za dużo wina, a on ma bardzo słabą głowę. 35 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Niepotrzebnie to powiedział. Sędziwy historyk tak zatracił się w wywodzie, że nawet go nie usłyszał.  – Jednak było warto  – uśmiechnął się Ginkor, kiedy opuszczali Akademię.  – Nie będziemy musieli przy- chodzić tu ponownie. A poza tym dobrze przespać się po obiedzie. Przeciągnął się.  – Co zrobimy z zaoszczędzonym popołudniem?  – Poćwiczymy. Medyk splunął:  – Koszary? Znowu?  – Ile razy mam ci tłumaczyć, że w naszym zawo- dzie sprawność umysłu to nie wszystko. Nie zawsze jest z nami miejska straż  – napominał Bellus.  – Siły ci nie brakuje, ale wciąż musisz pracować nad techniką. Ktoś wprawny w walce zabiłby cię z łatwością.  – Jeszcze takiego nie spotkałem  – odparł kwaśno Ginkor.  – Jak spotkasz, nie będziesz mógł mi o tym opowiedzieć. Do koszar było niedaleko. Poobiednia ociężałość już ich opuściła. Szli więc lekkim krokiem i omawiali szcze- góły wieczornej zasadzki. Przekraczając bramę, pozdro- wili strażników i skierowali się na sam koniec placu, gdzie zwykle ćwiczyli. Najpierw weszli do jednego z budynków, by założyć ochronne napierśniki i hełmy. Wybrali drew- nianą broń. Bellus jak zwykle wziął krótki miecz i sztylet, Ginkor natomiast jedno cięższe i dłuższe ostrze. Kiedy stanęli naprzeciwko siebie, medyk mrugnął:  – O wino?  – Gdybyś wywiązywał się z tych zakładów, byłbym już pijakiem  – odpowiedział śledczy. 36 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk W tym momencie młodszy mężczyzna zaatakował. Drewniane ostrza Bellusa wirowały z taką szybkością, że ledwo było je widać. Przy tym doskonale pracował na nogach i balansował tułowiem. W jego akcjach trud- no było dopatrzeć się wzorca, zupełnie jakby cały czas improwizował. Takiej ruchliwości brakowało Ginkoro- wi, toteż gdy po chwili przerwali, medyk usłyszał kilka cierpkich słów:  – Przebiłem ci serce, odciąłem rękę i nogę, a poza tym prawie poderżnąłem gardło. Ginkorze, nie możesz atakować w linii prostej. Walka nie polega na tym, by przeć nieustannie do przodu. Jeszcze raz! Przez kilkadziesiąt minut mężczyźni zmagali się w po- południowym słońcu, obserwowani przez ćwiczących żołnierzy. Niemal wszyscy ich tu znali. Jako zawodowcy szanowali to, że Bellus mimo swych ponad czterdziestu lat wciąż zachowuje świetną formę, ćwicząc regularnie kilka razy w tygodniu. Nierzadko, kiedy Ginkor nie mógł przyjść, prosił jakiegoś młodego żołnierza o pomoc, a ten ze zdziwieniem odkrywał, że sam może się wiele nauczyć.  – Dobra, mam dosyć!  – przerwał nagle zasapany Ginkor.  – Jeszcze chwila. Prawdziwa nauka zaczyna się dopie- ro, kiedy jesteś zmęczony. Nie sztuka walczyć w pełni sił. Mervil odrzucił broń i szybkim chwytem założył Gin- korowi duszenie. Ten próbował się oswobodzić.  – Spójrzcie!  – dobiegł ich głos.  – Ćwiczą, jak uwol- nić się od kobiety, kiedy ta zechce pocałować któregoś z nich. Oni są… no wiecie. Po tych słowach ćwiczący usłyszeli salwę śmiechu. Przerwali i spojrzeli w stronę, skąd dobiegały głosy. Na 37 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk plac z koszarowych budynków wysypała się grupa męż- czyzn w skórzanych kaftanach. Szli w stronę Mervila i Ginkora.  – Bellus!  – kontynuował ten sam głos, który, jak się okazało, należał do barczystego brodacza.  – Jedna dziw- ka mi mówiła, że trzeba się z tobą sporo napracować. Pewnie wszystko wychodzi ci lepiej z tym chłopcem! Ginkor ruszył w stronę mówiącego. Mervil chwycił go za ramię.  – Daj spokój.  – Dlaczego?  – Daj spokój! Jego brat siedzi za morderstwo. Ja go posadziłem. Niech się wykrzyczy. Dość już tych ćwiczeń, chodźmy się przebrać. Zebrawszy ochraniacze i drewnianą broń, skierowali się do budynku nieopodal. Tam przebrali się i zostawi- li ćwiczebny sprzęt. Kiedy wyszli, tamci zagrodzili im drogę. Najwyraźniej nie byli usatysfakcjonowani prze- biegiem zaczepki. Było ich ośmiu, na czele z drabem, któremu wciąż nie znikał z twarzy szyderczy uśmiech.  – No to jak? Dacie sobie buzi, przyjemniaczki? Zrób- cie to, a was puścimy. Ginkor aż trząsł się ze złości i bezsilności. Wiedział, że nie mają szans z ośmioma wprawionymi żołnierzami. Jednak wzorem Mervila stał i milczał.  – Bellus, a może ty w ogóle nie możesz? Słyszałem, że żona cię zostawiła, bo nie chciał ci stanąć. Mogłeś przyprowadzić ją do mnie, ja bym jej pokazał, co to zna- czy mieć chłopa. Nim wybrzmiały ostatnie słowa i nim ktokolwiek zdążył zareagować, Mervil znalazł się przy mówiącym 38 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk i chwyciwszy go za kaftan, z całej siły uderzył głową w twarz. Dał się słyszeć chrzęst łamanego nosa i wybi- janych zębów. Nim ciało osunęło się na ziemię, śledczy już trzymał w rękach dwa lśniące ostrza  – nóż i krótki miecz. Położył stopę na krtani leżącego, a miecz skiero- wał w stronę osłupiałych mężczyzn. Cofnęli się. Żaden z nich nie miał broni.  – Komuś jeszcze marzy się kalectwo? Odpowiedzią było głuche milczenie. Kiedy pozbawiony dopływu powietrza żołnierz ze- mdlał, śledczy zdjął nogę z jego gardła. To jednak nie był koniec. Mervil z wprawą przydepnął rękę leżącego i obciął mężczyźnie mały palec. Oczy żołnierzy niemal wyskoczyły z orbit.  – Ty skurwysynu!  – Jeden z nich ruszył do przodu. W tym momencie nóż wzbił tuman kurzu, wbijając się w ziemię tuż przed jego stopą. Mężczyzna stanął. Mervil już trzymał w ręku kolejne małe ostrze. Nie opuszczał też miecza. W jego oczach czaiła się groźba.  – Czy to ja go zaczepiłem? Odpowiedziała mu cisza.  – Czy to ja go zaczepiłem?!  – krzyknął.  – Ale on był nieuzbrojony!  – rzucił gniewnie jeden z towarzyszy leżącego.  – Skoro przyszedł rozmawiać o mojej żonie, to po- winien był się uzbroić. Mężczyzna chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ton śled- czego najwyraźniej pozbawił go odwagi.  – Będziecie robić nam kłopoty?  – spytał Mervil, a nóż błyszczał między jego palcami. 39 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Żołnierze bez słowa odwrócili się i, wziąwszy rannego, ruszyli w stronę szpitala. Mervil, nie patrząc za siebie, skierował się do bramy. Oszołomiony Ginkor podążał za nim. 40 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Pętle pamięci Copyright © Marcin Kowalczyk Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Robert Rajszczak Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017 r. druk ISBN 978-83-7995-137-6 epub ISBN 978-83-7995-138-3 mobi ISBN 978-83-7995-139-0 Redakcja: dr Marta Kładź-Kocot Korekta: Aleksandra Ślósarek Ilustracja i projekt okładki: Robert Rajszczak Skład i typografia: Marcin A. Dobkowski | www.proAutor.pl Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicz- nie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl 449 Pętle pamięci | Marcin Kowalczyk Fobia Dawid Kain Bliska przyszłość, w której ludzie za- słonili sobie świat nakładkami nowej sieci – Immersjonetu. Żyją w gigan- tycznych kompleksach mieszkalnych, z całodobową obsługą dronów i botów. Magdalena Kordowa musiała porzucić studia i znajomych, by zaopiekować się ojcem – pisarzem, który postradał zmysły w pogoni za arcydziełem. Ten pewnego dnia zniknął, zostawiając po sobie jedynie ostatnią powieść, „Kres Komunikacji” skrywającą wskazówki dotyczące swojej niewytłumaczalnej ucieczki. „Czy Magda rozwiążę zagadkę i odnajdzie ojca mimo obezwładnia- jącego ją lęku? Fobia to zaskakująca powieść, w której z każdą kolejną stroną treść kształtuje formę i na odwrót. Kain nie potrzebuje reklamy, wystarczy, że po raz kolejny udowadnia, że jego wyobraźnia nie zna granic.” Aleksandra Zielińska, autorka powieści „Przypadek Alicji” „Literatura ciężka jak neuroleptyk, Polska pod rządami bestii i pudełko pełne niczego. Trzymacie w swoich rękach ważną książkę. Jest do- wodem na to, że przekraczanie gatunkowych ram to jedyna droga, by nazwać czerń przelewającą się w środku, a przynajmniej – spróbować to zrobić. Bo mierzyć się z lękiem przed nicością i nie zwariować, nie upaść w nicość, to przecież prawie niemożliwe.” Cezary Zbierzchowski, autor „Requiem dla lalek” i „Holocaustu F” https://geniuscreations.pl/ksiazki/fobia-dawid-kain/ Vivo Istvan Vizvary John Lennon ma sto dwadzieścia lat i komponuje piosenki wyłącznie dla bogatej, pięknej i szaleńczo w nim zakochanej kobiety. Alfred Ulver, psychiatra hochsztapler, utrzymuje się głównie z pracy swojego cyfrowe- go klona i sesji cochingowych. Lizę Trommer, skromną krawcową, odwie- dza w domu dawno zmarły ojciec, któ- ry uciekł z Forever, wirtualnego świata spokojnej starości. Alskopp, dumny i potężny król smo- ków Drumloftu, wydał ostatnie tchnienie na londyńskiej Tottenham Court Road. Uderzenie skrzydeł motyla może zmienić losy świata. Upadek smoka zmienia, i to diametralnie! Rzeczywistość i światy wirtualne okazują się być połączone znacznie ściślej, niż się to dotąd wydawało i nie są tym, za co je uważano. Co jest prawdziwe, a co urojone? Kim jesteśmy, a kogo jedynie odgry- wamy? Czy śmierć jest ostateczną granicą, a jeśli tak, to kto mieszka za nią? „Na pierwszym poziomie zanurzenia „Vivo” jest trzymającą w napięciu i dowcipną powieścią przygodową. Na drugim poziomie zanurzenia otrzymacie inteligentne science-fiction, stawiające pytania o odpowie- dzialność człowieka względem światów, które sam stworzył. Na kolejnym poziomie zanurzenia… musicie się zastanowić, czy macie odwagę zejść tak głęboko.” - Katarzyna Rupiewicz, autorka „Redlum” https://geniuscreations.pl/ksiazki/vivo-istvan-vizvary/ Idź i czekaj mrozów Marta Krajewska W świecie, gdzie puszczą włada le- szy, w jeziorze żyją topielce, a nocami wśród chat przemykają zmory i strzy- gonie, młodziutka Venda musi stanąć na straży bezpieczeństwa mieszkań- ców Wilczej Doliny. Przyjdzie jej mierzyć się nie tylko z bogami czy stworzeniami nocy, ale znacznie groź- niejszymi przeciwnikami: samotno- ścią, strachem i zwątpieniem. Na oczach Vendy wypełnia się staro- żytne proroctwo. Do Wilczej Doliny powraca DaWern – ostatni z Wilkarów. Zemsta Pana Lasów za rzeź jego dzieci wydaje się nieunikniona. Czy zakazana miłość stanie na drodze przeznaczeniu, czy też pozwoli wypełnić przerażającą przepo- wiednię? Jak potoczą się losy zakochanego w zielarce syna karczma- rza, pięknej minstrelki Stalki, towarzyszącego jej wojownika i innych mieszkańców wioski, z których każdy skrywa swoje tajemnice? „Stare opowieści krążą między nami, a my żyjemy między nimi. Podą- żałem znajomymi tropami, gubiłem się w nich i dawałem oplatać pełnej grozy magii, w którą schwytała mnie autorka.” - Paweł Majka, autor „Pokoju światów” i „Wojen Przestrzenii”, dwukrotny zdobywca Li- terackiej Nagrody im. Żuławskiego I TOM OPOWIEŚCI Z WILCZEJ DOLINY https://geniuscreations.pl/ksiazki/idz-i-czekaj-mrozow-marta-krajewska/ Zaszyj oczy wilkom Marta Krajewska Podczas każdej pełni księżyca miesz- kańcy Wilczej Doliny ryglują drzwi w chatach i siedzą w ciszy, nasłuchując z niepokojem wycia wilkołaka. Pochło- nięta własnymi kłopotami Venda nie potrafi w pełni poświęcić się obowiąz- kom Opiekunki. Nikt nie wie, jak wy- górowaną cenę zapłaciła dziewczyna za pomoc otrzymaną od Pana Lasu i jak długo jeszcze będzie jego dłużniczką. Atra, niepomna ostrzeżeń, pragnie nie tylko odzyskać to, co utraciła, ale rów- nież zemścić się. W trakcie swoich poszukiwań odkrywa, że być może ostatni z wilkarów będzie w stanie jej pomóc. Czy jednak jej starania nie doprowadzą do jeszcze większych nieszczęść? Więź łącząca Vendę i DaWerna nie może zostać zerwana bez straszliwych konsekwencji. W świętym gaju bogowie milczą, a Venda czuje się opuszczona i bez- silna. Nad Wilczą Doliną zapada zmrok… „Nikt, tak jak Marta Krajewska, nie potrafi przedstawiać słowiańskiej fantasy poprzez lokalność z jej barwnymi obrzędami i rytuałami. „Zaszyj oczy wilkom” nie jest kolejną epicką opowieścią o zbiorowisku herosów albo jeszcze jedną wariacją na temat „Gry o Tron”. To oryginalna, swoj- ska a przy tym tajemnicza fantasy.” - Paweł Majka, autor „Pokoju światów” i „Wojen Przestrzenii”, dwukrotny zdobywca Literackiej Nagrody im. Żuławskiego II TOM OPOWIEŚCI Z WILCZEJ DOLINY https://geniuscreations.pl/ksiazki/zaszyj-oczy-wilkom-marta-krajewska/ Noc między Tam i Tu Marta Krajewska Oto wzruszająca historia siedmiolet- niego Bratmiła. Pewnej letniej nocy samotnie wyrusza na poszukiwanie swojej siostrzyczki, małej Paprotki. W lesie spotka istoty ze słowiańskich baśni i legend, które pomogą mu od- naleźć nie tylko ją, ale przede wszyst- kim siebie. Marta Krajewska z wdziękiem poru- sza trudny temat rywalizacji między rodzeństwem. Zaprasza dzieci i ich rodziców na wyprawę do spowitego słowiańską magią świata.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pętle pamięci
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: