Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00092 006074 13649833 na godz. na dobę w sumie
Pewnego razu w Paryżu - ebook/pdf
Pewnego razu w Paryżu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 354
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5173-8 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Pewnego razu w Paryżu Brianne spotkała Pierce'a. Ona była uczennicą w szkole dla dziewcząt, on opłakiwał śmierć swojej żony. Przystojny, intrygujący, nieprzystępny, zafascynował ją od razu, choć poza tym, że jest wdowcem i prowadzi z powodzeniem rozległe interesy, wiedziała oni niewiele. Jedno wszakże wiedziała na pewno - że tylko dla niego jest miejsce w jej sercu i że tylko jemu może oddać swą niewinność, swą kobiecość i swe życie.Po śmierci Margo Pierce nie chciał się wiązać z żadną kobietą. A tym bardziej z piękną dziewiętnastolatką, młodszą niemal dwa razy niż on! Najchętniej zapomniałby o Brianne, miał jednak wobec niej dług wdzięczności. Kiedy więc wyszło na jaw, że ojczym dziewczyny pragnie wydać ją wbrew jej woli za partnera w interesach - antypatycznego Araba z podejrzaną reputacją - uznał, że musi jej pomóc.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

EST SELLERS BEST SELLERS b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 b2008 dp prwp.indd 1 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM 1/11/08 12:14:23 PM Tytuł oryginału: Once in Paris Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1998 Redaktor prowadzący: Małgorzata Pogoda Korekta: Anna Schwann ã 1998 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2000, 2002, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5173-8 ROZDZIAŁ PIERWSZY Ubrana na czerwono szykowna blondynka, której towarzyszył o wiele od niej wyz˙szy ciemnowłosy męz˙czyzna, stanęła przed port- retem Mony Lisy, wyraz˙ając dobitnie po fran- cusku swoją opinię. Męz˙czyzna roześmiał się. Oboje mieli najwyraźniej ochotę postać przed obrazem trochę dłuz˙ej, ale czekający w kolejce turyści, którzy przybyli do Luwru, aby zoba- czyć umieszczone za kuloodporną szybą arcy- dzieło Leonarda da Vinci, nie ukrywali zniecie- rpliwienia. Jeden z nich miał zamiar sfoto- grafować obraz przy uz˙yciu flesza, lecz straz˙- nik w porę to zauwaz˙ył. Brianne Martin, siedząc w pobliz˙u na ławce, przyglądała się zwiedzającym z nie mniejszym zainteresowaniem niz˙ dziełom sztuki. W krót- kich spodenkach i luźnej bluzce, ze swymi błyszczącymi zielonymi oczami, splecionymi w warkocz jasnymi włosami i przewieszonym 5 przez szczupłe ramię plecakiem, wyglądała na studentkę. Rzeczywiście, miała prawie dzie- więtnaście lat i chodziła w Paryz˙u do eks- kluzywnej szkoły dla dziewcząt. Nie znajdowa- ła jednak wspólnego języka z większością kole- z˙anek, gdyz˙ nie pochodziła jak one z bogatej i wpływowej rodziny. Jej rodzice nalez˙eli do klasy średniej i tylko dzięki temu, z˙e matka Brianne wyszła powtór- nie za mąz˙ za Kurta Brauera, magnata naf- towego, dziewczyna miała okazję zakosztować z˙ycia w luksusie. Nie był to zresztą jej wybór. Kurt Brauer nie lubił Brianne, a gdy Ewa, jego nowa z˙ona, zaszła w ciąz˙ę, postanowił pozbyć się pasierbicy. Paryska szkoła z internatem wydawała się idealnym rozwiązaniem. Bolało ją, z˙e matka nie protestowała. – Spodoba ci się tam, moja droga – tłuma- czyła córce z pełnym nadziei uśmiechem. – Bę- dziesz miała duz˙o pieniędzy na swoje wydatki. Czyz˙ to nie przyjemna odmiana? Twój ojciec zarabiał tylko marną pensję, nie starał się nicze- go w z˙yciu osiągnąć. Teraz powodzi się nam znacznie lepiej, nie wolno ci tego nie doceniać. Tego rodzaju komentarze pogarszały tylko jej i tak napięte stosunki z matką. Ewa, drobna blondynka, była słodką, lecz samolubną istotą, zawsze i wszędzie wypatrującą swej z˙yciowej szansy. Polowała na Brauera jak myśliwy, 6 uzbrojona w swoje powłóczyste spojrzenia, tiule i koronki. Ku zdumieniu Brianne w pięć miesięcy po śmierci jej ukochanego ojca wzięła ślub i niedługo później zaszła w ciąz˙ę. Zaraz potem przeniosły się z małego, ale przytulnego miesz- kanka w Atlancie do luksusowej willi w Nassau. Kurt Brauer był bogaty, ale źródła jego dochodów pozostawały dla Brianne tajemnicą. Podobno zajmował się wydobywaniem ropy, lecz w biurze w Nassau pojawiali się ciągle jacyś dziwni, podejrzani ludzie. Oprócz domu w Nassau jej ojczym posiadał letnie rezydencje w Barcelonie i na Riwierze Francuskiej, między którymi pływał czasem swym prywatnym jachtem. Limuzyny z kiero- wcami i posiłki, za które płacił trzycyfrowe rachunki, stanowiły dla niego chleb powszedni. Nie liczył się nigdy z pieniędzmi, a Ewa była przy nim w swoim z˙ywiole. Po raz pierwszy w z˙yciu niczego jej nie brakowało i nie znała umiaru w konsumowaniu kolejnych przyjem- ności. Za to Brianne czuła się podle. Ojczym ją draz˙nił i napawał obawą, nic więc dziwnego, z˙e kiedy wyczuł niechęć ze strony pasierbicy, natychmiast postanowił się jej pozbyć. W Paryz˙u Brianne czuła się obco tylko z początku. Szybko polubiła to niezwykłe mias- to, a Luwr stał się jednym z jej ulubionych miejsc. Uwielbiała ten stary pałac, zamieniony 7 na muzeum, który ostatnio przeszedł generalny remont. Nie wszystkie zmiany przypadły jej do gustu – zwłaszcza ta szklana piramida przed wejściem – ale i tak nie straciła ochoty do regularnych odwiedzin, takich jak dzisiejsze. Fascynowały ją muzealne zbiory, a z˙e była młoda, podchodziła ze szczególnym entuzjaz- mem do wszelkich nowych doznań i przez˙yć. Kiedy więc tak siedziała na ławeczce w sali z Moną Lisą i obserwowała turystów, jej uwagę zwrócił pewien męz˙czyzna. Wpatrywał się w jedno z włoskich malowideł, ale bez szcze- gólnego zainteresowania. W istocie zdawał się go nie widzieć – miał przygasłe, jakby obojętne spojrzenie, a jego twarz poorana była zmarsz- czkami, które mogły być znakiem cierpienia. Męz˙czyzna wydał jej się dziwnie znajomy. Był wysokim brunetem o przyprószonych siwiz- ną gęstych włosach, szerokich ramionach i wąs- kich biodrach. Zauwaz˙yła, z˙e w jednej ręce trzyma cygaro. Nie palił go oczywiście, bowiem wiedział, z˙e w miejscu, gdzie zgromadzono tyle skarbów, palenie jest zabronione. Zdaje się, z˙e po prostu musiał coś trzymać w dłoni, a traf chciał, z˙e było to właśnie owo cygaro. Moz˙e trzyma je, z˙eby nie obgryzać paznokci? Uśmiechnęła się, rozbawiona swoimi domy- słami. Nie, taki elegancki męz˙czyzna na pewno nie obgryza paznokci. Wyglądał na bogatego, 8 miał na sobie kremową sportową marynarkę, białe spodnie i bez˙ową koszulę bez krawata. Na prawym przegubie nosił złoty zegarek z wąską bransoletką, na lewej dłoni błyskała złota ob- rączka. W tej samej dłoni trzymał równiez˙ cygaro, więc Brianne pomyślała, z˙e zapewne jest mańkutem. Kiedy się odwrócił, dostrzegła jego szero- ką, ogorzałą twarz, zaciśnięte usta i lekko zakrzywiony nos. A takz˙e niewielki dołek w podbródku, duz˙e czarne oczy i ciemne krzaczaste brwi. Wyglądał doprawdy fascynu- jąco. Cały czas nie mogła jednak pozbyć się wra- z˙enia, z˙e skądś go zna. Natęz˙yła umysł, po- szukała dobrze w pamięci i naraz... Alez˙ tak! Spotkała go na przyjęciu, które jej ojczym zorganizował po ślubie dla swoich współpracowników. Facet był rzeczywiście bo- gaczem, prowadził interesy w branz˙y budow- lanej. Nazywał się Hutton. Właśnie, L. Pierce Hutton. Jego firma specjalizowała się w budo- wie platform wiertniczych, a takz˙e nowoczes- nych biurowców w centrach wielkich miast. On sam był wybitnym architektem, cenionym w środowisku ekologów, a znienawidzonym przez konserwatywnych polityków, poniewaz˙ demaskował wszelkie próby omijania prawa chroniącego środowisko naturalne, które to 9 próby tak często podejmowali jego nieuczciwi konkurenci. Tak, oczywiście, z˙e go pamiętała. Niedawno umarła mu z˙ona. Było to przed trzema miesią- cami, ale chyba jeszcze cierpiał z tego powodu. Stąd ten nie widzący wzrok i roztargniona, nieobecna mina. Postanowiła przedstawić się i porozmawiać. Podeszła do niego lekko onieśmielona, licząc na to, z˙e zauwaz˙y ją i sam się odwróci. Nie zauwaz˙ył. Nadal wpatrywał się w obraz takim wzrokiem, jakby miał ochotę za chwilę go podpalić. – To słynny obraz – odezwała się cicho, stając u jego boku. – Nie podoba się panu? Spojrzał na nią, mruz˙ąc oczy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, z˙e jest taki wysoki. Brianne nie była niska, lecz sięgała mu zaledwie do ramienia. – Je ne parle pas anglais – odpowiedział, nieco zaskoczony, ale tez˙ chyba niezbyt zado- wolony, z˙e go zaczepiła. – Owszem, mówi pan po angielsku – odpar- ła. – Wiem, z˙e mnie pan nie pamięta, ale ja pana tak. Był pan na przyjęciu w Nassau, kiedy moja matka wyszła za mąz˙ za Kurta Brauera. – Och, tak – westchnął – współczuję jej – dodał po angielsku. – Ja równiez˙. 10 – Czego chcesz? Spojrzała na niego swymi jasnozielonymi oczami, zbita nieco z tropu tym niezbyt kul- turalnym pytaniem. – Chciałam tylko powiedzieć, z˙e bardzo mi przykro z powodu śmierci pańskiej z˙ony. Na przyjęciu nikt nawet o niej nie wspomniał. Pewnie wszyscy obawiali się poruszać ten te- mat. Cóz˙ – uśmiechnęła się lekko – ludzie zawsze tak reagują, gdy ktoś z ich znajomych straci bliską osobę. Udają, z˙e o niczym nie wiedzą, albo czują się zaz˙enowani i mamroczą coś pod nosem. Tak było, kiedy umarł mój ojciec. A ja pragnęłam tylko, z˙eby ktoś mnie objął i pozwolił mi się wypłakać. – Teraz zdobyła się na szerszy uśmiech. – Mało kto to rozumie. Męz˙czyzna nadal patrzył na nią lodowatym wzrokiem, wciąz˙ zdziwiony, z˙e młoda dziew- czyna zaczepiła go pierwsza i najwyraźniej nie ma zamiaru odejść. Przyjrzał się jej twarzy, zwracając uwagę na piegowaty nos. – Co pani robi we Francji? Czyz˙by Brauer działał teraz w Paryz˙u? Brianne pokręciła głową. – Moja matka jest w ciąz˙y. Przeszkadzałam im, więc wysłali mnie tutaj do szkoły. Męz˙czyzna zmarszczył brwi. – To co pani robi o tej porze w muzeum? 11 – Uciekłam właśnie z lekcji. Robótki ręczne – dodała z krzywym grymasem na twarzy. – Mogę robić wszystko, tylko nie to. Nie interesuje mnie szycie i haftowanie poduszek. Wolę księgowość i rachunkowość. – W pani wieku? – mruknął, a jego twarz jakby się rozpogodziła. – Mam prawie dziewiętnaście lat – poinfor- mowała go powaz˙nie. – Jestem świetna z mate- matyki. Dostaję same szóstki. Pewnego dnia, gdy zrobię dyplom, będzie pan mnie musiał zatrudnić. Przysięgam, z˙e wyrwę się kiedyś z tego cholernego więzienia i zacznę praw- dziwe studia. – Z˙yczę powodzenia – rzekł z uśmiechem. Brianne spojrzała na coraz bardziej zniecier- pliwiony tłum, czekający w kolejce przed port- retem Mony Lisy. – Wszyscy chcą zobaczyć ten obraz, a po- tem są zdumieni, z˙e jest taki mały, a na dodatek umieszczony za szkłem – stwierdziła, zmienia- jąc temat. – Podsłuchiwałam, co mówią. Chce pan wiedzieć, czego prawie wszyscy się spo- dziewają? Ogromnego malowidła! Muszą być zawiedzeni, z˙e po tak długim czekaniu w kolej- ce nie widzą dzieła wielkości ściany. – Cóz˙, z˙ycie pełne jest rozczarowań. – Prawda? – Spojrzała na niego śmielej, zajrzała mu w oczy z otwartością, na jaką 12 pozwalają sobie tylko nastolatki. – Naprawdę przykro mi z powodu śmierci pańskiej z˙ony, panie Hutton. Słyszałam, z˙e byliście państwo małz˙eństwem od dziesięciu lat i bardzo się kochaliście. Musi być panu teraz bardzo cięz˙ko. Hutton drgnął niczym wraz˙liwa na dotyk roślina. – Nie rozmawiam o prywatnych sprawach, więc... – Rozumiem – przerwała mu. – To wymaga czasu. Ale nie powinien pan być teraz samotny. Ona na pewno by tego nie pochwalała. Zacisnął szczęki, jakby z trudem mu przy- chodziło zachować kamienną twarz. – Przepraszam, panno... – Martin – podsunęła. – Brianne Martin. – Z wiekiem przekona się pani, panno Mar- tin, z˙e z obcymi nie nalez˙y zbyt łatwo wchodzić w zaz˙yłość, a tym bardziej opowiadać im o wszystkim. – Wiem, zawsze mówię za duz˙o. Stąpam zbyt odwaz˙nie po kruchym lodzie. – Jej zielone oczy spojrzały na niego z łagodną z˙yczliwoś- cią. – I wcale się tego nie boję. – Zauwaz˙yłem. Przez chwilę milczeli, wreszcie Brianne ode- zwała się znowu: – Musi pan być silnym człowiekiem, skoro nie mając jeszcze czterdziestki, tyle pan juz˙ 13 osiągnął. Kaz˙dy przez˙ywa jednak w z˙yciu trud- ne chwile, nawet najtwardsi i najbardziej nie- złomni. Ale nawet w środku nocy błyska nam jakieś światełko, promyk nadziei. – Podniosła rękę, widząc, z˙e uśmiecha się pobłaz˙liwie i za- mierza jej przerwać. – Dobrze, nic juz˙ więcej nie powiem. Sądzi pan, z˙e ten człowiek ma właściwe proporcje? – zapytała ni stąd, ni zowąd, wskazując głową na obraz męz˙czyzny i kobiety, któremu Hutton przed chwilą się przyglądał. – Chyba jest trochę... karłowaty, prawda? Ona z kolei ma przesadnie obfite kształty, ten malarz był pewnie miłośnikiem pulchnych ciał. – Westchnęła głośno i dodała: – A jednak jej zazdroszczę. Ja przez całe z˙ycie będę chyba miała małe piersi. – Spojrzała nagle na zegarek. – Boz˙e, spóźnię się na matematykę, a to jedyna lekcja, której nie chcę opuścić! Do widzenia, panie Hutton! Po tych słowach pobiegła w kierunku wy- jścia, nie oglądając się za siebie. Wyglądała niezgrabnie ze swym długim warkoczem i chu- dymi nogami, ale Hutton uśmiechnął się, od- prowadzając ją wzrokiem. Zabawna dziewczy- na, pomyślał. Zrazu chciał ją zlekcewaz˙yć, jednak później przypadła mu do gustu. Zaśmiał się w duchu, spoglądając na nie zapalone cygaro, które wciąz˙ trzymał w dłoni. Myślała, z˙e nie spodobał mu się obraz... W ogó- 14 le nie patrzył na obrazy! Nie przyszedł przeciez˙ do Luwru, aby podziwiać dzieła sztuki. Miał zamiar skoczyć po zmroku do Sekwany. Margo odeszła, a on, mimo usilnych starań, nie potrafił bez niej z˙yć. Nie zobaczy juz˙ nigdy jej roze- śmianych niebieskich oczu, nie usłyszy, jak delikatnym głosem, w którym pobrzmiewał francuski akcent, mówi z˙artobliwie o jego pra- cy. Nie poczuje pod sobą jej miękkiego ciała, pręz˙ącego się w ekstazie w półmroku ich sypia- lni, nie poczuje, jak z rozkoszą wbija mu w skórę paznokcie w miłosnym uniesieniu. Zamrugał oczami, czując, z˙e pieką go od łez. Miał pustkę w sercu. Od pogrzebu z˙ony nikt nie odwaz˙ył się okazać mu współczucia. Zabronił wymawiać jej imię w swoim cichym, opustoszałym domu w Nassau. W biurze był niestrudzony i wymagający. Wszyscy to ro- zumieli. Nie spodziewał się, z˙e samotność jest taka straszna. Nie miał rodziny, dzieci, które stano- wiłyby dla niego pociechę. Po tragicznym po- ronieniu Margo nie mogła ponownie zajść w ciąz˙ę, to był jej największy dramat. Nigdy jednak nie przywiązywali do tego zbyt wielkiej wagi, sami byli bowiem dla siebie wszystkim. Och, byłoby cudownie mieć dzieci, oczywiście, lecz przeciez˙ nie pragnęli ich ob- sesyjnie. Cieszyli się pełnią z˙ycia, zawsze 15 i wszędzie byli razem, zakochani w sobie i wpa- trzeni w siebie – az˙ do końca. Margo troszczyła się o niego nawet wtedy, gdy siedząc przy jej łóz˙ku, patrzył z rozpaczą, jak ukochana niknie w oczach. Pytała, czy je ile trzeba, i czy nie śpi za mało. Bała się, jak sobie poradzi, kiedy jej zabraknie. – Nigdy nie chodzisz zimą w płaszczu – mó- wiła słabnącym głosem – nie nosisz parasola, kiedy pada, ani nie zmieniasz mokrych skarpet. Tak bardzo się martwię, mon cher. Musisz o siebie dbać, tu comprends? Obiecywał jej to z płaczem, a ona tuliła jego głowę do swych wychudłych piersi. Westchnął głośno, pogrąz˙ony w ponurych wspomnieniach. Kilku turystów spojrzało na niego ze zdziwieniem, a on pokręcił głową, jakby dopiero teraz uzmysłowił sobie, gdzie jest. Odwrócił się w tej samej chwili i wyszedł po schodach na zalany słońcem paryski bulwar. Uliczny gwar pozwolił mu wrócić do rze- czywistości. Nie przeszkadzał mu hałas, który sprawiał, z˙e mieszkańcy przeludnionego i za- trutego spalinami centrum Paryz˙a stawali się coraz bardziej nerwowi. Rozluźniwszy zaciś- niętą dłoń, sięgnął do kieszeni po zapalniczkę i zaczął się jej przyglądać, stojąc na kamien- nych schodach. Dostał ją od Margo z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. Na złotej obudowie 16 były wyryte jego inicjały. Zawsze nosił tę zapalniczkę przy sobie. Przesunąwszy teraz palcem po jej gładkiej powierzchni, znowu poczuł ból w sercu. Zaciągnął się cygarem. Dym podraz˙nił mu płuca, lecz po chwili podziałał na niego kojąco. Odetchnął głęboko, spoglądając na tłum turys- tów, spieszących do Luwru. Cieszyli się wakac- jami. Byli szczęśliwi i roześmiani, podczas gdy on cierpiał. Nieoczekiwanie przypomniał sobie Brianne i to, co mu powiedziała. Cóz˙ za dziwna histo- ria... Zupełnie obca dziewczyna pojawia się nie wiadomo skąd i udziela mu rad, jak uleczyć złamane serce. Uśmiechnął się mimo rozdraz˙nienia. Była miłym dzieciakiem. Niepotrzebnie tak szorstko się z nią obszedł. Pamiętał, z˙e jej matka po- ślubiła Brauera i zaszła w ciąz˙ę. Brianne wspo- minała, z˙e stało się to wkrótce po śmierci ojca. Musiała to bardzo przez˙yć. A potem przeszka- dzała ojczymowi, więc ten wysłał ją do Paryz˙a. No tak, kaz˙dy ma jakieś problemy. Takie jest z˙ycie. Hutton spojrzał z posępnym uśmiechem na swego roleksa. Za pół godziny miał spotkanie w ministerstwie. Zwaz˙ywszy na natęz˙enie ru- chu o tej porze, będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli spóźni się tylko o następne pół godziny. 17 Podszedł zrezygnowany do krawęz˙nika, aby złapać taksówkę. Nie czekał długo. Po chwili wsiadł do starego peugeota i odjechał. Brianne wślizgnęła się do klasy, starając się robić jak najmniej zamieszania. Skrzywiła się, gdy pyszałkowata Emily Jarvis zaczęła na jej widok szeptać coś do kolez˙anek. Emily była jedną z tych osób, których Brianne szczerze nie cierpiała. Na szczęście miała spędzić w tej ekskluzywnej szkole jeszcze tylko miesiąc. Liczyła, z˙e potem wyślą ją na studia. Na razie jednak musiała znosić towa- rzystwo i Emily, i jej zarozumiałych przyja- ciółek. Otworzyła ksiąz˙kę do matematyki i zaczęła słuchać wykładu z algebry. Przynajmniej te zajęcia były interesujące i coś jej dawały. Ra- dziła sobie z rozwiązywaniem równań duz˙o lepiej niz˙ z szyciem. Po lekcji zatrzymała się w holu, otoczona przez dwie grupy przyjaciółek. W jednej z nich stała Emily. Była efektowną blondynką, nosiła bardzo drogie rzeczy, a pochodziła ponoć z uty- tułowanej brytyjskiej rodziny, której przodko- wie mieli powiązania z dworem Tudorów. Mi- mo to Brianne nie była w stanie spojrzeć na nią z˙yczliwszym okiem. – Powiedziałam Madame Dubonne, z˙e ucie- 18 kłaś z lekcji – oznajmiła Emily z jadowitym uśmiechem. – Nie ma sprawy – odparła Brianne, równiez˙ się uśmiechając. – Ode mnie dowiedziała się za to, co robiłaś we wtorek po zajęciach z dok- torem Mordeau w sali plastyki. Zanim zaszokowana Emily zdąz˙yła coś od- powiedzieć, Brianne posłała jej drwiący uśmiech i zniknęła w holu. Wszystkich dziwiło zawsze, z˙e choć wygląda na osobę delikatną, niemal bezbronną, ma w istocie niezłomny i twardy charakter. Kolez˙anki, które próbowały jej dogryźć, zwykle tego z˙ałowały. Rzeczywiś- cie, Brianne powiedziała Madame Dubonne, co Emily wyprawiała z nauczycielem plastyki. Dlaczego miałaby nie mówić? Wszystkie dzie- wczyny były zbulwersowane ich niedyskret- nym zachowaniem. Kaz˙da, która weszła do sali, słyszała wyraźnie, co robili, i widziała ich sylwetki za przezroczystym parawanem. Brianne nie lubiła skarz˙yć, ale Emily tak zdąz˙yła jej dopiec, z˙e nie było jej wcale z˙al tej złośliwej dziewczyny. Trudno, raz będzie skar- z˙ypytą, moz˙e Emily da jej wreszcie spokój Emily dała spokój Brianne. Jeszcze tego samego dnia doktor Mordeau został wysłany na długi urlop zdrowotny, a jego nieletnia kochan- ka nie zjawiła się więcej w szkole. Jedna z dziewcząt widziała podobno, jak następnego 19 dnia rankiem Emily wsiadała z walizkami do limuzyny. Gdzie wyjechała – nikt nie wiedział. Dość, z˙e nie pojawiła się juz˙ w szkole ani razu. Po tym wydarzeniu Brianne miała mniej problemów. Dawne przyjaciółki Emily zdały sobie sprawę, z˙e ich pozycja w klasie spadła, i nie dokuczały jej dawnej rywalce. Za to Brianne zaprzyjaźniła się z młodszą od siebie o rok rudowłosą Carą Harvey. Chodziły razem do galerii i muzeów, których w Paryz˙u nie brakowało. Choć Brianne nie chciała się do tego przyznać, miała nadzieję ponownie spot- kać w którymś z tych miejsc Pierce’a Huttona. Ten człowiek ją fascynował. Wydawał się taki samotny. Nigdy dotąd nie czuła równie silnego duchowego związku z drugą osobą. Było to trochę zaskakujące, ale nie budziło jej niepoko- ju. Przynajmniej na początku. W dniu swoich dziewiętnastych urodzin Brianne poszła późnym popołudniem do Luwru, aby obejrzeć obraz, w który wpatrywał się Pierce Hutton pamiętnego dnia, kiedy to rozpoznała go i odbyła z nim rozmowę. Mimo urodzin nie była w dobrym humorze. Nikt nie złoz˙ył jej z˙yczeń, dostała tylko kartkę od Cary. Matka, jak zwykle, zapomniała o jej święcie, a ojca nie było. Gdyby z˙ył, otrzymałaby zapewne od niego róz˙e albo jakiś prezent. Tak było zawsze. A teraz? Cóz˙, nie 20 pamiętała równie smutnych urodzin. Nawet Luwr nie był w stanie jej pocieszyć. Okręciła się na pięcie, powiewając spódnicą. Oprócz niej miała na sobie białą jedwabną koszulkę na ramiączkach oraz pantofelki na płaskich obcasach. Zamiast torebki nosiła ple- cak, który był o wiele wygodniejszy. Co rusz odrzucała niecierpliwie do tyłu swoje długie jasne włosy. Wolałaby, z˙eby były bardziej puszyste, moz˙e tez˙ trochę bardziej podatne na układanie, a nie cięz˙kie i opadające na ramiona. Moz˙e powinna je ściąć? Niestety, nie spotkała w muzeum Pierce’a Huttona i humor jeszcze bardziej jej się pogor- szył. Wyjrzała przez okno, zauwaz˙yła, z˙e zrobi- ło się ciemno i pomyślała, z˙e trzeba wracać do internatu. Postanowiła złapać taksówkę, cho- ciaz˙ nie bała się wcale chodzić po Paryz˙u wieczorami. Wyszła na zewnątrz, rozejrzała się za taksówką, naraz jednak zauwaz˙yła niewiel- kie bistro. Poczuła ochotę, by wstąpić i napić się czegoś. Moz˙e zamówi lampkę wina? W końcu to jej urodziny. Wszedłszy do mrocznego, zatłoczonego lo- kalu, natychmiast zdała sobie sprawę, z˙e jest to raczej bar niz˙ bistro – i to dość ekskluzywny. Nie miała zbyt wiele pieniędzy, więc nie było jej stać na wizytę w takim miejscu. Zawróciła do wyjścia ze skwaszoną miną i miała nacisnąć 21 właśnie mosięz˙ną klamkę, gdy ktoś złapał ją nagle za rękę. Spojrzała zaskoczona na ciemnookiego męz˙- czyznę. – Stchórzyłaś? – zapytał. – Czyz˙byś była za młoda na takie miejsca? Brianne wstrzymała oddech. Męz˙czyzną, który ją zaczepił, był Pierce Hutton. Mówił głębokim, szorstkim, trochę niewyraźnym gło- sem. Kosmyk gęstych czarnych włosów opadał mu na czoło. Oddychał cięz˙ko, jakby był zmę- czony. Albo pijany. – Kończę dzisiaj dziewiętnaście lat – powie- działa niepewnie. – Świetnie. Wszystkiego najlepszego. – Ale juz˙ od dawna czuję się dorosła. – Jeszcze lepiej. Pewnie masz juz˙ nawet prawo jazdy. – Ale nie mam samochodu. – Prawdę mówiąc, ja tez˙ nie. Poprowadził ją do stolika w rogu, na którym stała opróz˙niona do połowy butelka whisky oraz dwie szklanki: jedna pękata, druga wyso- ka, zapewne z wodą sodową. W popielniczce lez˙ało zapalone grube cygaro. – Pewnie nie znosisz dymu – mruknął, gdy udało mu się usiąść, nie wpadając na stolik. Najwyraźniej siedział juz˙ w tym barze od dłuz˙szego czasu. 22 – Na powietrzu mi nie przeszkadza – odpar- ła Brianne. – Duszę się jednak w zadymionych pomieszczeniach. Zimą miałam zapalenie płuc, jeszcze nie doszłam do siebie. – Zupełnie jak ja – powiedział Hutton zdła- wionym głosem, gasząc cygaro. – Chorował pan na zapalenie płuc? – Nie – uśmiechnął się. – Nie doszedłem wciąz˙ do siebie, nie mogę odzyskać równo- wagi. Powiedziałaś, z˙e z czasem wszystko mi- nie, prawda? Skłamałaś, dziewczyno. Wcale nie jest lepiej. Mam wraz˙enie, z˙e rak zz˙era moją duszę. Brakuje mi Margo... – zacisnął dłonie w pięści z grymasem bólu na twarzy – cholernie mi jej brakuje! Brianne przysunęła się bliz˙ej, objęła go ra- mieniem. Ten gest wystarczył, by Pierce na- tychmiast przygarnął ją do piersi. Poczuła na szyi jego gorący oddech, usłyszała nieskładnie szeptane słowa, których sensu nie była w stanie zrozumieć. Pierce płakał. Cały drz˙ał, łkając z rozpaczy. Pocieszała go, jak mogła, mrucząc mu do ucha pokrzepiające słowa, jednak on nie był w stanie wydobyć się z rozpaczy. Kiedy wreszcie się uspokoił, poczuła się trochę zaz˙enowana. Mógł być niezadowolony, z˙e widzi go w takim stanie. Najwyraźniej jed- nak wcale mu to nie przeszkadzało. Podniósł głowę z głośnym westchnieniem i połoz˙ył jej na 23 ramiona swe potęz˙ne dłonie. Potem zaś spojrzał na nią załzawionymi oczami bez cienia skrępo- wania. – Zaskoczyłem cię, prawda? Jesteś Amery- kanką, a w Ameryce męz˙czyźni nie płaczą. Maskują uczucia i nigdy się do nich nie przy- znają. – Roześmiał się, ocierając łzy. – Cóz˙, jestem Grekiem. Ze strony ojca. Moja matka była Francuzką, a babka Argentynką. Mam latynoski temperament i nie wstydzę się okazy- wania uczuć. Śmieję się, gdy jestem szczęś- liwy, i płaczę, kiedy mi smutno. – Ja tez˙. – Brianne sięgnęła do kieszeni po chusteczkę i z uśmiechem otarła mu wilgotne policzki. – Podobają mi się pana oczy. – Tak? – Poruszył się niespokojnie, zakło- potany lekko tym nieoczekiwanym wyzna- niem. – A dlaczego? – Są takie ciemne. – Latynoski temperament – powtórzył – i la- tynoska krew. Odziedziczyłem je po ojcu i dziadku. Byli właścicielami tankowców. – Po- chylił się ku niej. – Sprzedałem je wszystkie. Kupiłem spychacze i dźwigi. – Nie lubi pan tankowców? – zapytała z przejęciem. – Nie lubię, kiedy wycieka z nich do morza ropa. Dlatego dbam, z˙eby platformy wiertni- cze, które buduję, były szczelne. – Wziął do 24 ręki szklankę i napiwszy się, podsunął ją Brian- ne. – Spróbuj. To dobra szkocka whisky, impor- towana z Edynburga. Jest łagodna i w dodatku rozcieńczona wodą. Brianne zawahała się. – Nigdy nie piłam alkoholu – wyznała. – Wszystko robimy kiedyś po raz pierwszy. – Dobrze. A więc na zdrowie! – Łyknęła sporą porcję i oczy o mało nie wyszły jej z orbit. Chuchnęła głośno, wpatrując się w szklankę. – Alez˙ to mocne! – Hamuj się, dziecko – uśmiechnął się. – To kosztowny trunek. Nie moz˙na pić go duszkiem. – Po pierwsze nie jestem dzieckiem, mam dziewiętnaście lat – poinformowała go, popijając kolejny łyk. – A po drugie to jest całkiem niezłe. Zabrał jej szklankę. – Wystarczy. Nie chcę być oskarz˙ony o uwiedzenie nieletniej. – Naprawdę? – powiedziała, unosząc brwi. – Więc przez chwilę myślał pan o tym, z˙eby mnie uwieść. – Tego nie powiedziałem. – Niech pan nie oszukuje. – Czyz˙byś umiała czytać w myślach? – Nie – roześmiała się. – Szczerze mówiąc, mam niewielkie doświadczenie w tych spra- wach. Zawsze jednak byłam ciekawa, po co kobiety rozbierają się przy męz˙czyznach. 25 – Hm... – Jest pan zakłopotany. – A ty bezwstydna. – Staram się. Pochlebia mi taka opinia. W kaz˙dym razie w szkole nie dowiem się zbyt wiele o seksie, w muzeum tez˙ nie. Oglądanie posągów w Luwrze nie jest najlepszą metodą edukacji seksualnej. Zresztą, nie mam kom- pleksów, wszystko przede mną. Czy wie pan – zachichotała – z˙e Madame Dubonne, nau- czycielka w naszej szkole, chyba nadal uwaz˙a, z˙e dzieci przynoszą bociany? Pierce nie odpowiadał, więc przyglądała się twarzy, wreszcie przez chwilę jego śniadej zapytała: – Czy czuje się pan juz˙ lepiej? – Trochę. – Wzruszył ramionami. – Wy- piłem jeszcze za mało, ale juz˙ jestem znie- czulony. Dotknęła ostroz˙nie jego wielkiej dłoni. By- ła ciepła i muskularna, spod mankietu białej koszuli wystawały czarne włosy. Paznokcie miał gładkie, czyste i równo przycięte. Dzia- łał na nią, działał jak nie działał nikt przed nim. tak, Spojrzał na jej długie, delikatne palce i za- uwaz˙ył: – Nie malujesz paznokci. A u nóg? – Tez˙ nie. – Pokręciła głową. – Mam zbyt 26 niezgrabne stopy. Moje ręce i nogi na pewno mnie nie zdobią. – Nieprawda. – Ujął jej dłonie. – Mnie się podobają. – Zamilkł na chwilę. – Dziękuję, Brianne – dodał krótko, zmienionym nagle tonem, jakby był zły, z˙e musi to powiedzieć. – Proszę. Ludzie potrzebują czasami pocie- szenia – stwierdziła z uśmiechem. – Ale pan jest twardy. Da pan sobie radę i bez tego. – Moz˙e. – Na pewno – rzekła z przekonaniem. – ,,Znieczulanie się’’ tez˙ jest zbędne w pana przypadku. Nie powinien pan juz˙ wrócić do domu? – zapytała, rozglądając się wokół. – Ob- serwuje pana jakaś blondynka. Załoz˙ę się, z˙e ma ochotę zaciągnąć pana do łóz˙ka, a potem ukraść panu portfel. Hutton pochylił się w kierunku Brianne i sze- pnął konfidencjonalnie: – Nie miałaby ze mnie poz˙ytku. Jestem zbyt pijany. – Chyba by jej to nie przeszkadzało. – Przeszkadzałoby. Kobiety tego nie lubią. – Moz˙e nie wszystkie? – uśmiechnęła się tajemniczo. – Chcesz powiedzieć, z˙e tobie nie przeszka- dza? Z˙e mogłabyś pójść teraz do mnie i... – Panie Hutton, musiałby pan najpierw wy- trzeźwieć – przerwała mu szybko. – Mój 27 pierwszy raz będzie wystrzałowy, porywający, jak symfonia Beethovena. Jak moz˙e mi to zapewnić pijany męz˙czyzna? Hutton odchylił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim, szczerym śmiechem. – Tak czy inaczej, mogłabyś mi pomóc trafić do domu – powiedział w końcu. – Z tobą jestem bezpieczny, sam przepadnę. – Połoz˙ył na stole pieniądze, po czym dodał z wahaniem: – Tylko obiecaj, z˙e nie będziesz próbowała mnie uwieść. – Obiecuję. – Połoz˙yła rękę na sercu. – W porządku. – Wstał, zatoczył się, oparł dłonią o blat. – Cholera, chyba trochę prze- sadziłem. Widać, z˙e piłem? – zapytał. – Mów szczerze. – Nie – Brianne zrobiła niewinną minkę – nic a nic. – Nie pamiętam nawet, jak tu trafiłem. Bo- z˙e, chyba wyszedłem w trakcie rozmów na temat budowy nowego hotelu! – Och, na pewno będą jeszcze trwały, kiedy pan wróci – stwierdziła, tłumiąc śmiech. – Ru- szajmy, panie Hutton. Musimy złapać tak- sówkę. ROZDZIAŁ DRUGI Pierce Hutton mieszkał w jednym z najnow- szych, najbardziej luksusowych paryskich ho- teli. Wydobył z kieszeni klucz, by podać go Brianne, ona zaś obejrzała klucz, jakby widzia- ła go po raz pierwszy. Jej obecność i zachowanie zwróciło uwagę obsługi. Odźwierny przyglądał im się pode- jrzliwie, podobnie jak recepcjonista, który pod- szedł do nich, gdy czekali na windę, i zapytał znacząco: – Jakieś problemy, Monsieur? – Owszem, Henri. Jestem pijany. – Pierce objął potęz˙nym ramieniem Brianne i uśmiech- nął się szeroko. – Poznaj córkę mojego wspól- nika. Chodzi do szkoły w Paryz˙u. Znalazła mnie w ,,Chez Georges’’ i przyprowadziła do hotelu. – Uśmiechnął się szeroko. – Na dodatek ocaliła mnie przed pewną femme de nuit, która miała ponoć na oku mój portfel. 29 – Aha – mruknął Henri, uśmiechając się do Brianne. – Potrzebuje pani pomocy, mademo- iselle? – Nie, dziękuję. Pan Hutton jest dość cięz˙ki, ale chyba sobie poradzę. Zajrzy pan do niego później, z˙eby sprawdzić, czy wszystko w po- rządku? – zapytała z troską w głosie. – Oczywiście – odparł Henri, pozbywając się wszelkich podejrzeń. Brianne uśmiechnęła się skromnie. – Merci beaucoup. Proszę odpowiedzieć tyl- ko: il n’y a pas de quoi – dodała szybko – bo na tym kończy się moja znajomość fran- cuskiego, pomimo starań Madame Dubonne – zaz˙artowała. – Madame Dubonne? Uczęszcza pani do ,,La Belle École’’? – oz˙ywił się portier. – Cho- dzi tam moja kuzynka. – Wymienił imię dziew- czyny, którą Brianne znała tylko z widzenia. – Tak, ma czarne włosy – przypomniała sobie. – I zawsze nosi długi sweter, nawet gdy jest upał, prawda? – dodała ze śmiechem. – Oui, oui – potwierdził Henri. – Ciągle jej zimno. Pomogę pani, mademoiselle – powie- dział, wprowadzając ich do windy, która na szczęście była pusta. Polecił windziarzowi po francusku, aby za- wiózł Monsieur Huttona do jego apartamentu, po czym jeszcze raz zwrócił się do Brianne: 30 – On pani pomoz˙e. A o pana Huttona proszę się nie martwić. Będzie tu miał znakomitą opiekę. Gdy dojechali na górę, windziarz pomógł jej zaprowadzić Pierce’a do apartamentu. Po ot- warciu drzwi weszli do ogromnej sypialni o złocistobrązowym wystroju. Potęz˙ne łoz˙e miało miękki materac, złocone okucia oraz śniez˙nobiałą pościel. Gdy połoz˙yli Pierce’a na czarnej kapie, otworzył oczy i mruknął: – Dziwnie się czuję. – Domyślam się – stwierdziła Brianne, po czym podziękowała windziarzowi, który uśmiechnął się do niej i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Spojrzała na Pierce’a. Wpatrywał się w nią swymi czarnymi oczami. – Pomoz˙esz mi się rozebrać? – poprosił. Brianne poczerwieniała. Straciła nagle swój tupet. – Ale... – Wszystko robimy kiedyś po raz pierwszy – powtórzył jej słowa. Zawahała się. Rzeczywiście był zbyt pijany, by sam mógł zdjąć z siebie ubranie. Zapewne rano nie będzie nawet pamiętał, z kim wrócił do hotelu. Ściągnęła mu szybko buty i skarpetki. Miał ładne stopy, duz˙e i zadbane. Uśmiech- 31 nęła się, obchodząc łóz˙ko, aby go posadzić, potem zaś zdjęła z jego ramion marynarkę i rozpięła koszulę. Zauwaz˙yła, z˙e Pierce pach- nie drogim mydłem i wodą kolońską. Na śniadym torsie miał gęsty czarny zarost. Do- tknąwszy go przypadkiem, poczuła przyjemny dreszczyk podniecenia. – Margo była dziewicą – powiedział cicho. – Musiałem namawiać ją, by się rozebrała. I choć kochała mnie do szaleństwa, broniła się począt- kowo, bo sprawiałem jej ból. – Dotknął delikat- nie spłonionej twarzy Brianne, westchnął. – Chy- ba nie ma juz˙ dzisiaj dziewic. Szkoda. Margo i ja zawsze byliśmy bardzo konserwatywni. Kocha- liśmy się po raz pierwszy dopiero po ślubie. – Moz˙e pan przesunąć rękę? – poprosiła, starając się, by jej głos brzmiał konkretnie i trzeźwo. – O, właśnie tak... Słuchała zwierzeń Huttona wbrew swojej woli. Zdjąwszy mu koszulę, z trudem oderwała wzrok od jego opalonych, muskularnych ra- mion i torsu. Nie wyglądał na człowieka, który spędza duz˙o czasu za biurkiem. – Masz dopiero dziewiętnaście lat – powie- dział i znowu westchnął. – Gdybyś była starsza, wierz mi, zaciągnąłbym cię do łóz˙ka. Jesteś bardzo ładna. – Dziękuję – odparła, czując, jak serce pod- chodzi jej do gardła. 32 – I masz piękne włosy – dodał. – Długie, gęste, złociste. Podniecają mnie, wiesz? – Wplótł w nie palce, zmruz˙ył oczy. – Są takie miękkie... – Pańskie tez˙ są ładne – powiedziała, z˙eby podtrzymać rozmowę. – Chyba jednak nie po- winnam... – Och, speszyłem cię? Wystraszyłem? – Po- patrzył na nią przepraszająco. – Nie o to chodzi – pokręciła głową. – Mó- wiłam, z˙e nie powinnam... – wskazała z wa- haniem pasek u jego spodni – wszystkiego z pana ściągać. – Oczywiście – rzekł cicho Pierce. – Ale... przeciez˙ mogę ci pomóc. Przytknął jej dłonie do paska, a potem wpat- rywał się w nią z uwagą, gdy po chwili wahania zaczęła rozpinać niezdarnie klamrę. Uporała się z tym szybko i teraz przyszedł czas na spodnie. Kiedy mu je ściągała, prze- mknęło jej przez głowę co najmniej sto szoku- jących, bezwstydnych, ekscytujących myśli. Pierce naprawdę był cudowny. Miał jędrne, wysportowane ciało. Mógłby uchodzić za dzie- ło sztuki. Nigdzie nie sposób było dostrzec śladu tłuszczu czy zwiotczenia mięśni. O dziwo, nie przeszkadzało jej, z˙e jest pijany. Po alkoholu zachowywał się zresztą całkiem przyzwoicie – nie awanturował się, nie był 33
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pewnego razu w Paryżu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: