Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
02200 033633 15588841 na godz. na dobę w sumie
Piąta RP - ebook/pdf
Piąta RP - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 151
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3893-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Piąta RP jest książką dla i o Prawdziwych Polakach...
Wyłuskuje z Polskości wszystkie jej przywary i słabości. Jest to opowieść o dwóch menelach-filozofach, którzy nigdy nie zhańbili się pracą za to bardzo chętnie wymagają pracy od innych tak by właśnie im żyło się dobrze.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Piąta RP ISBN: 978-83-272-3893-1 Autor: Radek Bieliński www.radekbielinski.pl www.facebook.com/PiątaRP Projekt okładki i rysunki: Kamil Kam Ćwieląg Korekta i edycja: Katarzyna Wróbel Skład: Radek Bieliński Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright: Radek Bieliński Bohaterowie książki są fikcyjni. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób lub nawet polityków jest całkowicie przypadkowe. 2 Spis treści Rozdział I ................................................. 4 Rozdział II ...............................................13 Rozdział III ..............................................19 Rozdział IV ..............................................26 Rozdział V ...............................................38 Rozdział VI ..............................................45 Rozdział VII ............................................52 Rozdział VIII ...........................................64 Rozdział IX ..............................................80 Rozdział X ...............................................92 Rozdział XI ............................................104 Rozdział XII ..........................................107 Rozdział XIII .........................................121 Rozdział XIV .........................................137 Rozdział XV ..........................................147 3 Rozdział I Energicznym ruchem rozpiął rozporek. Podtrzymując lewą dłonią gumkę zgniłozielonych majtek, prawą zręcznie chwycił za kutasa. Nieco podkurczając nogi, wysadził jego boski byt tuż za linię schłodzonego rześkim wiatrem rozporka. W listopadowym powietrzu uniósł się ostry zapach męskości. Gdyby woń ta dotarła do jakiejkolwiek niewiasty, całkiem możliwe, że w bezwiednym, instynktownym odruchu chwyciłaby ona za ów okaz, i książka ta zaczęłaby reprezentować zupełnie inny gatunek twórczy. Kobiet jednak tam nie było. Albin splunął przed siebie i dokładnie w tym kierunku skierował strużkę moczu. Żółtawa, parująca ciepłem ciecz rozbryzgiwała się o konar drzewa, formując strumyczek niknący gdzieś w gęstwinie trawy. – Albin, idziesz? Bo tu bryna czeka! – dał się słyszeć zza krzaka zaprawiony w bojach, chropowaty głos. – Zaraz, leję przecież. Rozlewaj do kubeczków. Zaraz wracam! – odkrzyknął Albin, odwracając głowę w kierunku, z którego dobiegło wołanie. – Dużo tego jeszcze zostało? – No, jeszcze trochę jest. Będzie na trzy, cztery kolejki – odpowiedział ten sam męski głos. – A bułeczki jeszcze są? – zapytał Albin z niepokojem w głosie. 4 – Są, wystarczy. – Odpowiedź nie pozostawiała złudzeń. – To dobrze. Zaraz wracam… – Chwilowa utrata koncentracji zmaterializowała pewne istotne ryzyko. – Kurna, polałem się – syknął Albin. Sprawnym ruchem odwrócił kierunek inwazji moczu ze spodni z powrotem na konar drzewa. Kątem oka spojrzał na lewą nogawkę: była cała mokra, zresztą podobnie jak lewa dłoń trzymająca mokrą gumkę jeszcze bardziej mokrych majtek. Albin skrzywił się nieco. W końcu kto podczas wypadu na picie denaturatu przez bułkę życzyłby sobie oblać ulubione spodnie z eleganckiego brązowego sztruksu? – Niech to szlag – stwierdził dosadnym tonem Albin, delikatnie potrząsając prąciem w celu pozbycia się zeń ostatnich kropel moczu. Schował, co miał schować, i w subtelnych podskokach powrócił do swego towarzysza. – Panie, co tak długo? – Krzywul spojrzał na Albina z wyrzutem. – Czekam tu i czekam, do diaska. – Nie wkurzaj mnie pan. Widzisz przecież, oblałem sobie nowiutkie sztruksowe portki. – Te, coś je znalazł ostatnio? – Dokładnie te, dokładnie te. – Albin nerwowym ruchem wytarł ręką mokry materiał nogawki. 5 – Nie przejmuj się, Albik. Ludzie mają w życiu znacznie większe zmartwienia. – Krzywul westchnął, lekko kiwając głową. – Do jutra ci wyschną. Nie widzę problemu. Albin machnął ręką i ze zrezygnowaną miną sięgnął po plastikowy kubek z fioletową cieczą o drażniącej woni. Ostry zapach doskonale tuszował specyficznie swojski aromat moczu obsikanych spodni. Sięgnął po jedną z leżących w foliowym worku bułek kajzerek, zakupionych w promocyjnej cenie piętnastu groszy za sztukę. Bez zbędnych ruchów, w pełnym skupieniu Krzywul uczynił to samo. Niemal równocześnie z rysującym się na twarzach zadowoleniem przy wprawnym wykorzystaniu bułek przystąpili do dzieła sączenia cieczy, używanej także, choć zdecydowanie rzadziej, jako paliwo do kuchenek turystycznych. Stanowili dość ekscentrycznie wyglądającą parę kloszardów. Albin stał odziany w sztruksowe spodnie, w całkiem modny deseń i dość elegancki kolor, które niegdyś zapewne świetnie komponowały się z brązowymi, skórzanymi trzewikami poprzedniego właściciela. Albin świadomie takowych nie nosił. Zdecydowanie wygodniejsze i praktyczniejsze w wyprawach po okolicy były przybłocone, zakończone szarym ociepleniem gumofilce. Całość stroju dopełniał wielokolorowy sweter w turecki wzór, świetnie chroniący przed panującym chłodem. 6 Albin wyglądał na pięćdziesięcio-, no może w porywach sześćdziesięciolatka. Niski wzrost nie pomagał zatuszować zauważalnej nadwagi, choć byłby w błędzie ten, kto nazwałby go grubasem, spaślakiem, tłuściochem, baryłą czy nawet tucznikiem. Zdecydowanie był jednak przy kości. Sam wolałby zapewne zostać nazwany pakerem, a przynajmniej napakowanym. Był posiadaczem całkiem pospolitej twarzy, średniej wysokości czoła, przeciętnej wielkości nosa, nijakiego spojrzenia. Ponad przeciętność unosiła się za to jego siwa grzywa, uczesana w gustownie menelską welę. Znakiem rozpoznawczym była jednak silna opalenizna, która nadawała mu może i nawet arystokratyczny powab. Brąz skóry walił po oczach, żywo dając dowód temu, że promienie UV naprawdę istnieją. Z opalonej na ciemny kasztan twarzy nie znikał szyderczo-zawadiacki uśmieszek, co dodawało Albinowi charyzmy, a na pewno aury urodzonego przywódcy ludu. Przynajmniej w oczach Krzywula. – Ostry ten zajzajer. – Krzywul spojrzał na opróżniony plastikowy kubeczek. Skrzywił się wymownie. – Ciężko wchodzi, panie kolego. – Mnie tam smakuje. Nie narzekaj, nie bądź mięczak. – Albin spojrzał wyraziście w kierunku kompana. Krzywul zdecydowanie nie wyglądał na mięczaka. Skończone niedawno pięćdziesiąt sześć lat, wysoki wzrost, postawna, barczysta figura bezsprzecznie to potwierdzały. Ktoś o słabych nerwach, powiedzmy nawet strachliwy, kto natknąłby się na niego w ciemnej uliczce, mógłby się z pewnością mocno 7 wystraszyć. Twarz, jeśli nie zabójcy, to z pewnością wielokrotnego gwałciciela trzody chlewnej, lekko przymrużone, drapieżne oczka, szorstka cera i zdecydowanie zbyt wielkie uszy. Wygolona czaszka, dwudniowy zarost doskonale pasowały do czarnej skórzanej kurtki, jasnoniebieskich dżinsów i czarnych mokasynów przyozdobionych gustownymi frędzelkami. Przerażający wizerunek rosyjskiego mafiosa całkowicie kłócił się z prawdziwą naturą Krzywula. W istocie był rzadkiej urody tchórzem, nieporadnym dziwakiem, całkowicie uzależnionym w swym marnym żywocie od Albina i jego przywódczego miru. Krzywul rozlał do kubków pozostałą część alkoholu, spojrzał w kierunku Albina, a gdy ten zezwalającym gestem skinął głową, wziął szeroki zamach i cisnął pustą butelką w kierunku niedalekiej drogi krajowej. Panowie w milczeniu podziwiali jej precyzyjny lot, a gdy ta roztrzaskała się o asfalt ruchliwej ulicy, Albin zagwizdał z uznaniem, a komplementującym kiwnięciem głowy z pewnością podniósł morale swego przyjaciela. – Niezły rzut. Całkiem niezły rz… – nie dokończył Albin. Od strony drogi dał się słyszeć piskliwy głos: – Porąbało was, kretyni? Czy wy jesteście normalni? W tym samym momencie spojrzeli w kierunku, z którego dolatywały nazbyt odważne słowa. Właścicielem falsetu był kierowca wielkiego jak stodoła 8 jeepa grand cherokee. W jesiennym słońcu czarny lakier eleganckiego pojazdu lśnił nie mniej niż grafit doskonale skrojonego garnituru jego właściciela. Albin i Krzywul zamarli. Z otwartymi ustami wpatrywali się w kierunku wrzeszczącego intruza aż do momentu, gdy ten machnął ręką, wsiadł z powrotem do samochodu i przy akompaniamencie warkotu potężnego silnika i piszczących opon ruszył w dalszą drogę. – Widziałeś ciula? – Albin poczuł się głęboko dotknięty. – Bezczelny typ. Myślałem, że żyjemy w kraju katolickim, a tu widzisz, chamstwo, wyzwiska, o agresji nie wspomnę. – No. – Krzywul potaknął i poddańczo spojrzał w kierunku Albina. Drżące ręce zdradzały strach, co nie umknęło uwadze bojowo nastawionego kolegi. – Nie mazgaj się. Nie musisz się bać. Ten kraj jest nasz i masz, nie dajmy lać się w twarz… – Jakoś tak zrymowało się Albinowi. – Że jak? – Krzywul klasnął w ręce. Dawno nie słyszał nic tak mądrego ani tym bardziej poetyckiego. Zachęcony pytaniem, napakowany osobnik ochoczo przystąpił do wyjaśnień. – Żyjemy w kraju, gdzie establishment próbuje zawładnąć ludźmi pracy takimi jak my. Establishment próbuje zniszczyć od lat budowaną przez lud 9 pracujący uczciwość, skromność oraz przyzwoitość społeczną. – Albin spojrzał w kierunku Krzywula. Ten pokiwał tylko głową, co Albinowi dało wyraźny bodziec do kontynuowania myśli: – Patrz no na tego przed chwilą. Jakim prawem on obraża nas, prostych ludzi wsi. Czy ja mu coś ukradłem? – Nie – przyznał Krzywul. – Czy ja mu źle życzę?! – wykrzyknął pytaniem Albin. – Nie – przyznał powtórnie wyższy z rozmówców. – Otóż tak! Tak, mój przyjacielu! – zakrzyknął tym razem Albin. – Źle życzę tym wszystkim aferzystom, bogatym, tym złodziejom, dorobkiewiczom na krzywdzie ludzkiej. Jakim prawem oni mają, a ja czy ty nie masz tego samego? Jakim prawem? Czy tylko dlatego, że ten ma luksusowy samochód terenowy i drogi garnitur, może nas bezkarnie obrażać i wykrzykiwać w naszym kierunku? – Nie wiem – zasępił się Krzywul. – No widzisz – odpowiedział Albin, poprawiając nieco spoconą emocjami grzywkę. – Ja wcale nie mówię – kontynuował właściciel obsikanych sztruksów – że powinniśmy zabierać bogatym i oddawać biednym. Na pewno nie wszystkim. Na pewno są tacy, są nieroby i niebieskie ptaki, którym nie powinniśmy nic 10 dawać. No, ale jeśli, powiedz, jest rodzina, w dodatku katolicka, to dlaczego, ja się pytam, oni nie mają pieniędzy, a ten od tego jeepa ma? Powiedz, dlaczego? – Nie wiem. – Krzywul rozłożył ręce w geście rezygnacji. – A ja ci powiem dlaczego. – Albin spojrzał w kierunku niedalekich zabudowań. – To wina władzy i establishmentu. Patrz, dla przykładu, na naszego wójta, gospodarza całej gminy Psie Doły. To on pozwolił, by obcy kapitał przejął PGR, on stoi za wyrzuceniem dziesiątek uczciwych ludzi pracy na bruk. Ja nie mówię o niebieskich ptakach i obibokach. Mnie chodzi o los ludzi pracy i prawdziwych Polaków, takich jak my. – Ten wójt Waldemar to jest akurat prawdziwa gnida. – Krzywul zdecydował, że naszedł jego czas, by odegrać aktywniejszą rolę w dyskusji. – Gnida? – Albin aż się zatrząsł. – Ja, Albin, ci powiem i tak, tak będziemy kiedyś to wspominali, że Albin dobrze mówi, ten wójt, co się dorwał do żłoba, on bardzo szybko zapomniał, skąd pochodzi, kim byli jego przodkowie. – I kradnie – wybełkotał Krzywul. – I nie pije – stwierdził Albin, a następnie błyskotliwie dodał: – A wiadomo, że jak ktoś nie pije, to znaczy, że boi się, że pod wpływem mógłby coś chlapnąć i wygadać. 11 – Sam pan widzisz, ten wójt Waldemar to złodziej, kanciarz i oszust, jakich mało – spuentował Krzywul z pewnością w głosie. – Daj pan spokój. Wracajmy do domu – zdecydował Albin. Panowie ruszyli dziarskim krokiem w kierunku zabudowań Psich Dołów. Wbrew pozorom nie było to najłatwiejsze zadanie. Jesienny wiaterek dawał im się dość mocno we znaki. Każdy, nawet najmniejszy podmuch rzucał nimi na prawo i lewo. I tak, na każde trzy kroki do przodu przypadał jeden w bok i dwa do tyłu. Taki wiedli żywot, a popołudniowe powroty do domu z wiatrem w oczy stanowiły ich czerstwy chleb powszedni. 12
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Piąta RP
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: