Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00474 010215 10729155 na godz. na dobę w sumie
Pickupem na początek światA - ebook/pdf
Pickupem na początek światA - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 343
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3943-2970-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Pickupem na początek światA to autorska relacja z wyprawy do miejsc magicznych
i zjawiskowych. To relacja człowieka pozostającego zawsze gdzieś na rubieżach współczesnej cywilizacji i patrzącego na komercyjną społeczność trochę z dystansu.
Ta książka to równieżdokumentacja fotograficzna i rysunkowa miejsc których niewielu z Was widziało. Tak, rysunkowa; bo architekt musi umieć rysować - nawet ten 'mentalnie sprawny inaczej' jak ja.

A jakie to były miejsca? Jak smakowały?

Mongolia jest jak miraż...
zwiewna i ulotna; to hologram dziecinnych fascynacji, odkrywania, które w ramach społecznej akceptacji i poprawności należało ukryć głęboko. Niby jest, a jednak
z drugiej strony jako państwo i zorganizowana społeczność nie istnieje.
Przytłacza ogromem, ale ogromem pustki i „niczego” przez co resetuje wszelkie nagromadzone emocje i zbędne wrażenia.
Odurza kolorami, ale kolorami sepii i piasku; nasyca zmysły zapachem, ale zapachem pyłu i gorącego powietrza zmieszanego z intensywną wonią dzikiego czosnku. Ciężko to generalnie opisać. Mongolia po prostu jest zjawiskiem samym w sobie – to się czuje stojąc na płaskowyżu Ałtaju gobijskiego patrząc na wschód na bezkres przestrzeni jak „stąd do nieskończoności”.

A Syberia?
Trochę inaczej jest z Syberią. Tu sprawa się nieco komplikuje; to również obszar świata który przytłacza wielkością bezkresu, ale dzięki temu ogromowi Syberię należałoby raczej rozpatrywać jako niematerialny stan umysłu – wolność zabarwioną ekscytacją odkrywania magicznych widoków Ałtaju, przyprawioną ogromną ilością egzotycznych zapachów żywicy, ziół i niesamowicie ostrego, czystego powietrza. Syberia to cisza przerywana szumem tajgi...
...i bzyczeniem komarów (ok, to może nie zachęca…);

to również smak suszonego mięsa renifera
i czieburaków – fatamorgany dzieciństwa.

Syberia zmienia się z godziny na godzinę, w zależności od wysokości, pogody
i wewnętrznego na nią nastawienia odbiorcy. Można ją uwielbiać i podziwiać, ale równocześnie trzeba czuć przed nią respekt.

To trochę jak z marihuaną; zmienia percepcję i optykę świata. Nawet jeśli spróbuje się jej tylko raz, zapada w pamięci tak głęboko, że nie można jej zapomnieć. Uchyla drzwi do innego, równoległego świata. Można je zamknąć lub można przez nie przejść – nie ma to paradoksalnie żadnego znaczenia, bo ważne jest tylko jedno – ten alternatywny świat, wbrew temu co mówią konsumpcyjni watażkowie współczesnego świata po prostu JEST.

Taki właśnie jest ten zakątek świata; to nie koniec, to początek świata - początek wszystkiego. Tu właśnie dojechałem, autem. Pickupem na początek świata. 
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

9. interior jest synonimem wilgotności Centralna Azja; step, płaskowyż odarty z czegokolwiek, co nosiłoby znamiona zieleni. W dzień temperatura sięgająca ponad trzydzieści stopni to norma, a zdarzała się i wyższa. Gdy tylko słońce chowało się za górami, które zawsze gdzieś w oddali majaczyły, słupek termometru spadał na łeb, na szyję dając kilka godzin wytchnienia. Dodatkowym elementem budującym klimat interioru jest wilgotność, a patrząc na wskazania higrometru można by rzec, że to raczej brak Ałtaju Gobijskiego. Raz udało nam się nawet trafić na burzę, która była jedynie iluzją. Znajdujemy się obecnie na terenie bezludnego ajmaku Bajan- Ȍlgij; bezludnego w sensie dosłownym – obszar w wielkości trzeciej części Polski zamieszkuje raptem 100 tysięcy mieszkańców! To nawet nie połowa Gdyni, to raptem większe miasteczko. Zatrzymaliśmy się na środku bezkresnego płaskowyżu pokrytego słomkowego koloru wysuszoną trawą; wokół nie było nic. Jedynie po naszej lewej stronie, z dala od wyjeżdżonych kolein, które przybrały konsystencję piasku plażowego majaczyły niskie skały w kolorze ciemnego ugru. Trochę nieswojo biwakuje się na płaskim jak stół stepie, więc zdecydowaliśmy się zatrzymać pod wspomnianą skałą. W tym celu zjechaliśmy z „drogi” i jadąc na przełaj pomiędzy ostrymi kępami przedzieraliśmy się po luźnych piaskowych wydmach; czuliśmy się tak, jakbyśmy wybrali się Parku na Krajobrazowym. saksułów szorowały o karoserię; w końcu jakieś dźwięki! są roślinami z rodzaju obejmującego kilka gatunków roślin występujących w Azji i Afryce. Podobno wchodzą szarłatowatych, Saksuły przejażdżkę zwane drzewami pustyni wysuszonych po Nadmorskim Kępy w skład rodziny 187 cokolwiek to znaczy. W pierwszej chwili wpadł mi do głowy pomysł, że przydadzą się na ognisko, które byłoby genialnym zwieńczeniem dnia. Na postoju Paweł zebrał ich kilka ale jak się okazało palą się w tempie tak zawrotnym, że po kilku sekundach nie było już po nich śladu. Zatem z przyczyn technicznych na kolację jak zwykle były liofilizy. Dotarliśmy pod skałki, które okazały się być całkiem sporymi skałami o ostrych kształtach i bardzo zwietrzałej tektonice. Próbom wdrapania się na ich szczyt towarzyszyły głuche odgłosy spadających kamiennych płatów; dziwaczne skalne stwory stoją dosłownie na słowo honoru; jak widać ich istnienie jest ściśle uwarunkowane brakiem cywilizacji. Stoją tu pewnie samotnie na płaskowyżu Ałtaju Gobijskiego setki tysięcy lat w niezmienionej formie, a każda najmniejsza nawet próba ich dotknięcia mogłaby być ich osobistą, nikomu nieznaną zagładą – głuchym przerywnikiem wszechobecnej ciszy. Cała ta sceneria jest trochę jak z surrealistycznej bajki z papierową scenografią; niby wszystko oczywiste, poszczególnych elementów – nieprzewidywalne: przyroda, która sekund usycha w kamiennym kręgu ogniska, potężne skały o konsystencji kruszonki na drożdżówce, które rozpadają Do tego wszystkiego granatowe, niemal czarne niebo pomimo złotej poświaty zachodzącego słońca i nieskończonej ilości odcieni otaczającej nas soczystej żółci. Będzie padać. I faktycznie, po kilku minutach słychać było grzmoty, a atramentowe niebo rozbłysnęło pierwszymi błyskawicami, od których w miejscu gdzie przebiegały pozostała na krótką chwilę różowa poświata. Staliśmy z głowami zadartymi do góry, a z chmur nad nami spadała w dół ściana deszczu. Spadała, tyle że… nie spadła na ziemię; cały deszcz wysychał gdzieś po drodze z chmur na wysuszony piasek. W ciągu całej tej burzy na samochodzie pojawiło się dosłownie kilka kropel deszczu. Wilgotność na higrometrze dotknięciu. kilka ale zestawienie się i znika w po ich 188 wzrosła do około 25 i była to jedyna oznaka załamania pogody. Z racji faktu, że byłaby to nasza pierwsza burza na (tak) otwartej przestrzeni trochę nieswojo się czuliśmy i wspólnie zdecydowaliśmy o dalszej jeździe. Trochę szkoda, bo miejsce na odpoczynek było wręcz magiczne, ale – jak się później okaże, w Mongolii znajdzie się więcej takich miejsc. Zgrzyt metalu i głuchy huk to odgłos zamykanego dachu kapsuły mieszkalnej Baltazaara; to zawsze ostatni odgłos przed kolejnym etapem podróży. Swoją drogą dziwne to uczucie być we wszechświecie ciszy jedynym wszechwładnym dyktatorem dźwięków; wyłącznie od nas zależy co i kiedy stuknie i zazgrzyta. Wspominając o wilgotności powietrza, nie można zapomnieć o innej, równie ważnej kwestii. Wprawdzie w Polsce, kiedy wilgotność spadnie poniżej około 30 w telewizji i radio słychać komunikaty zabraniające wstępu do lasów; stan suszy… W Mongolii byliśmy naocznymi świadkami wilgotności 25 w trakcie deszczu! Deszcz ten wysychał w drodze na ziemię; nic dziwnego, że wszystko wokół nas miało kolor słomkowej suszy. W takim środowisku nawet nie można się spocić. Pot wysycha zanim pojawi się na skórze; z jednej strony z drugiej zaś bardzo złudna. Nie czując ile wody wydziela organizm w panującej tu temperaturze szybko można się odwodnić. Jarek, najwidoczniej bardziej zaprawiony w takim środowisku co chwilę upominał nas w kwestii picia wody. Trochę w myśl powiedzenia: „Nie ważne co ważnego ma kobieta do powiedzenia, ważne ile razy to powtórzy” z czasem wyrobił w nas nawyk popijania w każdej wolnej chwili. Początkowo jednak sytuacja wyglądała tak: komfortowa, sytuacja jest bardzo Wychodzimy przed maskę Baltazaara po dłuższej jeździe. Musimy rozłożyć mapę. - Uff, gorąco… - I ta wysokość chyba, ledwo idę… - No… 189 - A co? Sikacie już na brązowo? – tu wtrącił się Jarek. zawartości - ??? Faktycznie po tym pytaniu najwidoczniej oboje zaczęliśmy bardziej zwracać na kolor moczu, który z każdym jego oddaniem przybierał intensywniejszy kolor, świadczący o coraz początki mniejszej odwodnienia organizmu, o czym świadczyło również ogólne osłabienie i bóle mięśni. Od tego momentu, bez względu na to czy czuliśmy pragnienie czy też nie, piliśmy minimum butelkę wody dziennie (więcej nie da się w siebie wlać!). W ruch poszły również wszelkie preparaty z witaminami typu Plusz aby poprawić ogólną kondycję organizmu. Po kilku dniach wróciliśmy do formy, ale nawyk picia pozostał do końca podróży. Dzięki Jarek! wody. To Tymczasem zaczęło się ściemniać. Jedziemy dalej już po zmroku zahaczając o Ȍlgii w poszukiwaniu sklepu. Całkiem nie mała miejscowość po zmroku wyglądała trochę jak z filmu Mad Max. Prowizoryczna zabudowa, wzdłuż dziurawej asfaltowej drogi i huśtające się miarowo światła sygnalizacyjne (po burzy mocno wiało) na które nikt nie zwraca uwagi. Jest również policjant, który tak jak i reszta lokalnej społeczności nie bardzo interesuje się kolorem światła na semaforze. W zamian za to gwiżdże niemiłosiernie, co na pewno musi odbijać się na komforcie psychicznym mieszkających w okolicy skrzyżowania. Z resztą gwiżdże trochę bez sensu stojąc na skrzyżowaniu w środku stepu. W jego zachowaniu nie było żadnej logiki wynikającej z ilości aut czy też konfiguracji świateł na semaforze. Nie kieruje on nawet ruchem ulicznym, ponieważ takiego w mieście po prostu nie było. Krawężniki o wysokości zapory czołgowej; jeden z wykładowców urbanistów na Politechnice Gdańskiej słusznie zauważył kiedyś, że wysokość krawężników jest miarą rozwoju cywilizacyjnego. Ȍlgii, stolicę ajmaku Bajan-Ȍlgij zamieszkują 190 w większości wyznawcy islamu, co oczywiście nie ma żadnego dla nas znaczenia. Ot, inna kultura i tyle. Sklep okazał się całkiem przyzwoity; przypominał Biedronkę na przedmieściach. Jak dla nas, było tam wszystko czego potrzebowaliśmy. Był również bankomat, w którym… skończyły się pieniądze. Wyruszamy zatem w poszukiwaniu innego. W międzyczasie dzwonimy również do domów pogadać z rodzinami. U nas jest już noc, więc w Polsce powinni kończyć śniadanie. zegarek czasowej. przestawiając Zawsze staram się jeździć według czasu lokalnego, i przyzwyczajenia po przejechaniu każdej następnej strefy ułatwia funkcjonowanie; godzina w tą czy w tamtą – to nie wiele i nie ma co kruszyć o nią kopii. Natomiast daje to zawsze komfort, że dzień jest dla mnie zawsze wtedy, gdy mają go również autochtoni, a co za tym idzie jem śniadanie rano (lokalnego czasu), a spać idę w nocy (również czasu mongolskiego). To bardzo Późną nocą wyjeżdżamy z Ȍlgii kierując się jak zwykle na wschód, południowy wschód. *** dość czyli Mongolii skalnego o Wciąż znajdujemy się na obszarze Ałtaju płaskowyżu Gobijskiego, zachodniej znacznych wysokościach. W krajobrazie tego obszaru górują szczyty sięgające nawet 4300m.n.p.m.; w łańcuchu Tawan Bogd Uul co po „naszemu” oznacza Pięć Świętych Gór znajduje się najwyższy szczyt w Mongolii. W bladym świetle ekranu telefonu znaleźliśmy na mapie Tolbo Nuur (Nuur to po mongolsku „jezioro”), gdzie zdecydowaliśmy się spędzić noc. Szutrowa droga prowadzi nas pomiędzy pagórkami przed siebie, aż do momentu, gdy w świetle księżyca zaczyna się błyszczeć tafla jeziora, na której pojawia się drżący brat 191 bliźniak księżyca. Drgająca powierzchnia to to, czego wypatrywaliśmy; zjeżdżamy ze szlaku i na przełaj klepiskiem jedziemy na brzeg. Brzeg jeziora jest płaski i łagodny; praktycznie można by każdą osobówką wjechać do jeziora bez uszkodzenia zderzaka. Zatrzymujemy się w odległości około 50 metrów od linii brzegowej w obawie o poranek i komary. Przestrzeni jak zwykle mamy pod dostatkiem; Jarek postanawia więc rozłożyć swój namiot; ja i Paweł nocujemy w naszej mobilnej kawalerce… Jedliśmy już dużo wcześniej, jeszcze w Ȍlgii, więc teraz pozostała nam tylko toaleta, rozstawienie namiotu i zabudowy, a finalnie - spanie. Wieczór to zawsze ten moment kiedy wszystkich nas łapie „podróżna głupawka”; wspominałem o niej już przy okazji Ałtaju. Towarzyszy nam codziennie, ale nie zawsze zdarzają się takie momenty jak tego dnia. Wpłynął na to prozaiczny, banalny być może w telefon z ubezpieczalni. Nad takimi chwilami nie można przejść do porządku dziennego, a zatem: okolicznościach innych Siedzimy w trójkę w zabudowie. Baniak żarówką do skierowana z wodą pitną i przyczepiona do niego lampka wnętrza „czołówka” wypełnionego płynem powoduje, że powstała w ten sposób soczewka daje przyjemne, równomiernie rozproszone światło. Fajny patent; z pełną odpowiedzialnością możemy go polecić każdemu, kto preferuje rozwiązania praktyczne, a nie „modne”, za duże pieniądze. Kameralne wnętrze zabudowy Baltazaara wykończone kawową wykładziną, poduszki, śpiwory i ciepłe światło odbijające się o tekstylne ściany podnoszonej części „kawalerki” powodują, że czujemy się „u siebie”. Z resztą co jak co, ale Mongolia na pewno w którymś wcześniejszym wcieleniu musiała być moją ojczyzną; to się po prostu czuje. Moje DNA odnalazło swój DOM. Noc na stepie jest czarna. Owszem w nocy zawsze jest ciemno, ale noc w mieście to nie to samo. W mieście niebo jest ciemne, brudnoszare. 192 metrów kilkaset odszedłszy Nawet na wsi, stojąc na ganku i patrząc w niebo odbieram je jako atramentowe, granatowe. Na stepie natomiast noc jest czarna. Definitywnie i absolutnie czarna; nie ma najmniejszej nawet łuny na horyzoncie. Czerń ta jest tak intensywna, że pochłania wszystko poza własnym oddechem, który staje się przez to niesamowicie wyraźny. Tak właśnie wygląda mongolska noc kiedy gwiazdy zasłonięte są chmurami. W takiej też scenerii, od Baltazaara oglądam dziwaczny świecący kształt; przez tropik z zaadaptowanego przy pomocy nożyczek i maszyny do szycia zadaszenia Fjord Nansen przebijają się pokraczne cienie. To Paweł i Jarek w Baltazaarze; wieczorna sjesta – odreagowanie codziennej tarki i wertepów. otaczającą nas przestrzenią i otchłanią nocy samochód wydaje się być uszkodzonym łazikiem marsjańskim – porzuconym z dala od cywilizacji i pozostawionym samemu sobie. Jedyną oznaką, że jego pasażerowie są na pokładzie jest rozchodzący się we wszystkie strony i odbijający echem od dalekich wzgórz histeryczny śmiech. Pędzę zobaczyć co się dzieje! Głupawki nie można przeoczyć; to już prawie rytuał! zestawieniu W z [dzwonek telefonu] - O!, to mój! – zdziwiony niecodziennym odgłosem Jarek wyciąga komórkę i odstawia piwo; u nas (na stepie) jest już grubo po północy – Słucham? gatunku - ... – nie bardzo słychać, ale domyślamy się z intonacji, że Jarek wpadł w sidła kobiety z z lukratywną, niecierpiącą zwłoki propozycją, która zapewne odmienić ma jego dotychczasowe jestestwo. „telemarketer”, która dzwoni - Zatem chce mi Pani powiedzieć, że powinienem kupić u Pani ubezpieczenie? Domu??? – Jarek nabierał humoru, a w oczach widać było błysk. Nie będzie miała łatwo… - Proszę Panią, cóż to za tupet! Pani mi mówi o ubezpieczeniu domu? Teraz?? Przecież jest pierwsza godzina! 193 - – z Jaka trzynasta? przyczyn technicznych znamy tylko część dialogu; Jarek nie włączył na „głośnomówiący” – Nie proszę Panią, jest pierwsza w nocy. Obudziła mi Pani wszystkich w jurcie, spłoszyła biedne stadko jaków, które zapier… mi teraz dzikim truchtem po stepie i ma Pani czelność rozkładać ofertę tylko na dwie raty??? Poznań? Jaki Poznań – gdzie to jest? Dodzwoniłą się Pani do Tolbo Nuur! minę kobiety… Zainspirowani Nawet nie wiecie ile bym dał, żeby zobaczyć tą surrealistyczną sytuacją postanowiliśmy zrobić sobie „kabaretową noc”; w ruch poszedł telefon, a ofiarą stała się infolinia MTU, a dokładniej dział Assistance. W końcu podobno holują do najbliższej miejscowości, i to bez względu na zakątek świata. Wyciągam sfatygowaną polisę ubezpieczeniową „harmonijkę”. Sprawdzamy! Baltazaara i rozkładam *** Poranek obudził nas niesamowicie piękną pogodą. Po wczorajszych chmurach nie było nawet śladu. Błękitne niebo to zresztą symbol Mongolii; z tego też podobno względu wstążki i szarfy wieszane na ovoo mają właśnie kolor niebieski – jest to kraj o jednej z największych insolacji, w roku (ponad 300!). Słońce naprawdę świeci tutaj ostro. Trzeba na nie uważać, bo w powiązaniu z suchym klimatem i niską wilgotnością potrafi przyczynić się do nie lada kłopotów w roku 1965, kiedy na ziemię w ciągu całego roku spadło jedynie 109mm deszczu przy średnich rocznych opadach oscylujących w okolicy 200mm. zdrowotnych. słonecznych ilości Rekord padł czyli dni Ledwo widziane w nocy jezioro okazało się całkiem wypełnionym krystalicznie czystą i okrutnie zimną wodą niecką. Dojście do brzegu było bardzo łagodne; zbiornikiem sporym – 194 z jednej stopach spowodowane wchodziło się do wody niemal niepostrzeżenie, a jedyną oznaką „bycia” w jeziorze było kłucie strony w temperaturą, a z drugiej kamienistym dnem. Jeziora (przynajmniej w tej części) Mongolii są bardzo pozbawione jakiejkolwiek roślinności, z kamienistym dnem i plażą. To tak jakby woda wypłukała po prostu stepowy piasek pozostawiając tylko cięższe frakcje, a woda nie wsiąkła wyłącznie z faktu zmarzliny, która utrzymywała się w głębszych partiach gruntu – ot, taka gigantyczna kałuża; nie ma w nich życia, to nie ma też mułu. charakterystyczne – Mając do dyspozycji tak dużo wody rzeczą naturalną było że ten dzień potraktujemy jako przerwę techniczną. To już blisko miesiąc jak wyjechaliśmy i czas najwyższy wyprać tekstylia, siebie, nabrać wodę do prysznicy solarnych. W związku z tym, nasze ruchy były tego dnia nad wyraz powolne; nigdzie się nie spieszymy – smakujemy chwile i dlatego właśnie mam trochę czasu na małą dygresję pod tytułem „prysznic”. Każda z osób która podróżuje z dala od wszelkiej maści „all inclusive” prędzej czy później dochodzi do punktu, w którym stwierdza egzystencjonalnie: „śmierdzę”. To sygnał, że trzeba skorzystać z toalety, choć nie zawsze jest to łatwe. My, jak już pisałem, w czasie, w którym pozbawieni byliśmy bieżącej wody (ta którą mieliśmy reglamentowana byłą na cele spożywcze) korzystaliśmy z najwybitniejszego wynalazku jakim poszczycić może się ludzkość. Tym chusteczki higieniczne dla niemowląt. Można przy ich użyciu wykonać praktycznie całą toaletę, nie wychodząc z samochodu; jest to o tyle ważne, gdyż w towarzystwie komarów i meszek. Chusteczki nawilżane odegrały strategiczną rolę podczas przejazdu przez pustynię Gobi, gdyż to wtedy mieliśmy tej wody najmniej. Jeśli jest do niej dostęp to idealnie sprawdzają się prysznice solarne – tanie, dostępne w niemal każdym odważyłbym wynalazkiem nawilżane tajdze myć nie są się w 195 „J”. wodę. Owszem wersje wręcz się na literę zaczyna są też prostocie jest Ciekawy sposób rozrusznikiem. szwedzkim hipermarkecie, pod warunkiem, że jego nazwa To nic innego, jak czarny gumowy worek, który napełnia się wodą, a który pozostawiony na słońcu nagrzewa się dość szybko. Zakończony „słuchawką” prysznic wiesza się wysoko, a woda spływa grawitacyjnie. To najprostszy sposób na ciepłą z grzałką elektryczną na 12V, którą można podłączyć do gniazda zapalniczki, choć nie jestem pewien, czy po grzaniu wody dla trzech osób akumulator byłby w stanie przekręcić jeszcze na przygotowanie ciepłej wody przeczytałem na stronie www.kilometr.com i nie ukrywam, że w swojej genialny. Testowaliśmy go podczas wyprawy i przyznam się szczerze, że korzystam z niego od tego momentu zawsze, gdy pogoda uniemożliwia nagrzanie wody promieniowaniem słonecznym. Plastikowa butelka po napoju napełniona wodą; grunt, żeby była ona napełniona w 100 , bez powietrza nawet w „szyjce butelki”. Butelkę wkładamy wprost do ogniska; bez obaw, woda ma dużą pojemność cieplną i dopóki nie ma w niej powietrza nie stopi się. Po kilku minutach (ale raczej dwóch niż dziewięciu)ostrożnie i zmieniamy korek na inny – podziurawiony zawczasu. Trzeba pamiętać, aby przy odkręcaniu nie nabieraniu temperatury powiększa objętość, więc będzie w butelce dość duże ciśnienie. I tyle! Gorąca kąpiel przygotowana; jest to naprawdę fajny sposób na ciepłą wodę w pochmurny dzień, a przygotowanie trwa dosłownie kilka minut. Co więcej, plastikowa butelka nic nie waży i nic nie kosztuje! wyciągamy butelkę Woda przy oparzyć się. Z Baltazaara zaparkowanego niemal nad samym brzegiem wypakowujemy sprzęt. Najpierw segregacja i sprzątanie, następnie mycie się. Na sam do ceremoniału prania (nie prawda że mężczyźni znają pranie… z widzenia). Trochę się tego nazbierało przez ostatnie tygodnie. Minusem przystępujemy odświeżeni koniec, 196 z w jest wodzie jeziora prania to, że ubrania są po nim sztywne. Dosłownie. Podobno rozwiązaniem było wzięcie koncentratu do prania zamiast proszku, ale cóż… next time. Przy takim słońcu, jakie nad nami świeci ubrania wysychają dosłownie w kilka minut; ledwo udało nam się solidnie umocować linkę do rozwieszenia prania pomiędzy samochodem, a starym, drewnianym słupem energetycznym, który z jakichś względów sterczał samotnie w pobliżu jeziora, a ubrania kwalifikowały się do prasowania. Dokładniej, to kwalifikowałyby się - gdybyśmy mieli żelazko, ale co tam – „Nie spinamy się” i ładujemy rzeczy do skrzyń. Hermetyczne skrzynie to coś, z czego jestem bardzo zadowolony. Sprawdziły się w stu procentach na wyprawie: szczelne, odporne na uderzenia, lekkie - same superlatywy. wody Zaaferowani bliskością Zapakowanie wszystkich „przydasiów” trwało chwilę, ale nie tyle co… wyciąganie Baltazaara z bagna! nie spostrzegliśmy, że kamienny i suchy na pozór brzeg to tak naprawdę rozmięknięte bagno usłane kamieniami. W przeciągu kilku godzin postoju ponad trzy tonowy Nissan zapadł się w grząskim gruncie aż po ramę. Czas na reanimację: trapy, saperka, łopata. Po pół godzinie sytuacja została opanowana, a pamiątką były jedynie dwie głębokie bruzdy w ziemi prowadzące aż na nasyp po którym wiodła droga. W ten właśnie sposób, misterny plan bycia czystym pokrzyżowany został wszechobecnym potem i błotem. W pełnym słońcu, bo też nie ma w mongolskim stepie co liczyć na cień zabraliśmy się za przygotowywanie obiadu. Zwyczajowo Paweł i Jarek zajęli się daniem głównym, a ja – no cóż, ze względu na niekwestionowaną ignorancję kulinarną – kawą. Turystyczna kuchenka gazowa syczy na „liofilizy”, a my popijamy w międzyczasie aromatyczną, gęstą kawę. Turystyczna kawiarka to bardzo udany zakup. Aluminiowy imbryk do parzenia espresso za kilkadziesiąt złotych jest niezniszczalny, lekki i praktycznie nie do zepsucia; był stałym wyposażeniem Baltazaara, a gotuje parą; pełną się woda 197 obecnie kolejnego auta wyprawowego. się z Obiad Jedna paczka składał podwójna risotto liofilizowanego, chleba i świeżych warzyw, które ze względu na klimat z dnia na dzień traciły na „jędrności”. dania spokojnie niweluje głód – starcza na trzy posiłki (czyli dla trzech osób). Jemy zatem obiad dyskutując na temat najbliższych dni. Klimat obiadu jest dość surrealistyczny, do czego powoli się zaczynamy przyzwyczajać. Siedzimy przy samotnym słupie, niemal na środku traktu wyznaczonego przez ciąg kolein. Przez kilka godzin spokoju nie zmącił nikt, ani nic. Z resztą trudno się dziwić, skoro mieszkańców w Mongolii jest jak na lekarstwo. Jedno z bardziej spektakularnych spotkań się i odbyło Mongołów Polaków w 1241 roku pod Legnicą, choć miało ono charakter bitwy i z tego względu można by je zaliczyć raczej do „turystyki kwalifikowanej” niż takiej, jaką uprawiamy my. W latach socjalistycznych Polsko-Mongolskie zacieśniały się systematycznie, dzięki wyprawom polskich paleontologów w okolice Gobi. Z racji, że współczesna polityka gospodarcza obu krajów rozeszła się w różnych kierunkach kontakty gospodarcze niektórych polskich firm pomimo że owocne, obszarze ekonomicznego folkloru. Z tego też względu jemy sami. pozostają stosunki jednak to w 198 *** zostały tomów a te, które posiada przed wyjazdem również Rozkręcone Jak to z wytworami sztuki inżynieryjnej bywa, potrafią się czasem zepsuć. Zazwyczaj wypada z nich jakaś mała sprężynka będąca synonimem awarii i dramatycznych zmian dawno ustalonych planów. Baltazaar pomimo gruntownego serwisu w sobie sporo „sprężynek”… Marek, lokalny czarodziej zrobił wszystko co można było zrobić, aby samochód przebył trasę bezobsługowo. wszystkie elementy silnika, podwozia i nadwozia. Wszystko wnikliwie przejrzane; nawet zbiornik paliwa był płukany. Założono nowe elementy i części eksploatacyjne, posiadały jakiekolwiek oznaki zużycia – wymienione na nowe. Tak czy owak, po przejechaniu dziesięciu tysięcy kilometrów i zjechaniu z wysokich gór Ałtaju na płaskowyż Mongolii zwróciliśmy uwagę na grzejące się tylne koło. Z resztą grzanie w tym przypadku to określenie nienajlepsze; felga i bęben hamulcowy osiągał temperaturę taką, że przyłożony do nich śnieg ulegał sublimacji – przechodził w parę wodną pomijając zupełnie fazę ciekłą. Trzeba było coś z tym zrobić. Wyciąganie książki drukowanych serwisowej mijało się z celem; zbliżamy się do osady w której zobaczymy czy da się coś z usterką zrobić, a jeśli nie, to wtedy zaczniemy się zastanawiać nad dalszymi opcjami. Powoli pokonujemy słony płaskowyż na którym wyschnięte pokłady soli wyglądają niemal jak szron – kiedyś był tu prehistoryczny ocean. Mijamy leniwe stada wielbłądów przeżuwających wyschnięte kępy traw. Wyglądają trochę inaczej niż te widywane w filmach. Śmiem twierdzić nawet, że filmowe gwiazdy muszą mieć chyba cały zespół charakteryzatorów. Mijane przez nas dwugarbne ze szczątkowymi Tylko charakterystyczne zawsze uśmiechnięte pyski były podobne do telewizyjnych. Generalnie nie byliśmy pieczołowicie baktriany były wyliniałe, kępami wełny. 199 dla nich niczym interesującym; nie było na czym zawiesić oka więc mijały nas bez jakichkolwiek emocji. Tylko my czasami ścigaliśmy się z nimi po stepie szukając ciekawych ujęć, uważając na młode osobniki, które biegając pokracznie potrafiły przyjąć „kurs kolizyjny”. Z resztą na Gobi taki właśnie kurs podniesie nam jeszcze ciśnienie krwi, ale o tym później… Zza horyzontu leniwie wyłaniają się zabudowania, których pierwszą oznaką są wysokie, dwumetrowe drewniane płoty. Z daleka wygląda to trochę jak opuszczone wioski z telewizyjnych westernów; aż dziw, że mieszkają tam ludzie i prowadzą prozaiczne, z ich punktu widzenia, życie. Wjeżdżamy do „centrum”. Jak na centrum mongolskiej nas opuszczone szutrowe trakty i rzędy sztachet za którymi schowane są jurty i drewniane domostwa. Ciepło jest, więc lokalna społeczność wespół z substancją „miasta” liżą rany po zimie. Trzeba wszak przygotować się do następnej, która zawita za kilka tygodni – grunt to nazbierać dla przykładu nawozu do palenia w piecach. Cisza przerywana ujadaniem wściekłych psów uświadamia mi jaka jest podstawowa funkcja wspomnianych płotów. Na takim odludziu gdzie czworonogi przez niemal całe życie widzą tylko kilkanaście twarzy oraz stado jaków lub koni, których pilnują, potrafią być dla obcych naprawdę groźne. Należy podkreślić, owczarki wschodnioazjatyckie biegają luzem i nie są karmione przez właścicieli – co znajdą to ich. Ta rasa w Mongolii występuje powszechnie; w Polsce owczarki wschodnioazjatyckie wpisane są na listę psów niebezpiecznych, a ich posiadanie wymaga zezwolenia. W przewodnikach namiętnie wielokrotnie studiowanych sugerujące napotkałem grzecznościowe No ho hor zanim ktokolwiek odważy się na otworzenie drzwi samochodu. Zawołanie to w prostym tłumaczeniu oznacza „zamknijcie swoje psy” i w tym kontekście to chyba jedno z bardziej przydatnych zdań, po Sajn baj ju, czyli „dzień dobry”. wyjazdem wskazówki przed na potężne osady, wszędzie witają że 200 psów Ujadanie słusznie zaalarmowało mieszkańców, więc po chwili ktoś wynurzył się zza płotu. Po krótkiej rozmowie na migi zostaliśmy pokierowani do lokalnej „złotej rączki”. Zawsze staram się nie traktować nikogo protekcjonalnie, a na równi; nigdy przecież nie wiem co taki Ktoś w życiu przeszedł i czym może mnie zaskoczyć. Nikt też nie mógł wiedzieć co takiego w życiu naszego mechanika musiało się wydarzyć, ale na pewno nie był człowiekiem „jednym z wielu”… Niski, ubrany w zniszczoną ortalionową kurtkę i nierozłączne w tej części świata spodnie „moro” z rosyjskiego wojska był człowiekiem bardzo wesołym i uprzejmym. Bez zbędnych rozmów, po pokazaniu mu o co nam chodzi, zabrał się za rozkręcanie tylnego koła i zdejmowanie bębna hamulcowego. My w między czasie zaglądaliśmy mu zaciekawieni przez ramię zagadując go co jakiś czas po rosyjsku. Zadziwiające, że mechanik przy użyciu śrubokręta i „żabki” naprawił hamulec w około godzinę; rozleciał się mechanizm prowadzący okładziny cierne, przez co zaklinowały się one na bębnie i trąc o niego powodowały przegrzewanie się bębna hamulcowego. Przy okazji mając do dyspozycji takiego fachowca, postanowiliśmy wprowadzić jeszcze kilka ulepszeń w zabudowie mieszkalnej. Trudów podróży nie wytrzymały zawiasy natychmiastowej reanimacji. wymagały drzwi i Opierając się o płot rozmawialiśmy z naszym nowopoznanym mechanikiem oraz jego córką – korpulentną, uzbrojoną w najnowszy model Iphona (!) szesnastolatką (na naszą prośbę o podanie adresu, aby przesłać im pamiątkę z Polski, podała nam jedyny słuszny adres gmail.com…). -Polsza? – bliskość Rosji pomaga w komunikacji z Mongolczykami – Eto u Was prezident Komorowski? - ????? – zatkało nas wszystkich. 201 Przed wyjazdem znałem nawet przez chwilę nazwisko prezydenta Mongolii, ale była to część a niemal nie spontaniczna rozmowa podczas naprawy auta… przygotowań, dwuletnich Nie dość tego; nie zdążyliśmy ochłonąć jeszcze po tej spektakularnej konwersacji, a za plecami przerywane fragmenty innej rozmowy: poszarpane, słyszymy -…yeah, I know… We’ll be there… some się wyludnionej tempie na Dżinsy, zdezorientowani, drogi days… Odwracamy pierwszy przesuwa szutrowej środkiem spacerowym a para w wyglądająca na bordowy europejczyków. sweter i siwe włosy mężczyzny w wieku około 50 lat sugerowały obywatelstwo amerykańskie. Jak się okazało nie wiele się pomyliliśmy. Ona – amerykanka, on – z Nowej Zelandii; oboje podróżują dookoła świata od około dwóch lat. wyciągnięty rzut oka się - Dżizyyys, a miało być ekstremalnie. A tu Komorowski, Amerykanie, Nowa Zelandia… - oj tam, oj tam; po prostu mi się wymsknęło. 202 203 *** Jedziemy dalej, w kierunku Chowd. Przez chwilę było małe zamieszanie, bo najwidoczniej miejscowości w Mongolii mają nazwy trochę… „umowne”. Miast o nazwie Chowd znaleźliśmy kilka; to do którego jechaliśmy nie było bynajmniej stolicą ajmaku. Na mapie wyglądało na raczej małą osadę. Robi się coraz ciemniej. Słońce zachodzi za górami a my pędzimy szutrem trzymając się mniej więcej trasy wyznaczonej przez koleiny. Za dnia nie było problemu ze zorientowaniem się w kwestii naszej lokalizacji na drodze. W nocy natomiast, widok świateł z naprzeciwka wzbudzał w nas dreszcz emocji. Po których koleinach jedzie? Minie nas z lewej czy z prawej? A może nie minie nas bo pędzi naszymi? A w ogóle to auto, czy dwa motocykle? Może miniemy je środkiem? Cóż, do jazdy w Mongolii i to w ciemnej, nieprzeniknionej nocy trzeba się przez kilka dni aklimatyzować. Nie mamy ochoty stawać na nocleg; trzymają nas emocje zdobywania i odkrywania nieznanego kraju więc jednogłośnie zdecydowaliśmy, że jedziemy dalej. Poza tym nękał nas problem natury technicznej: gdzie kończy się droga? Koleiny ciągnęły się na lewo i na prawo; nie było widać żadnego wyraźnego końca trasy. Jak w takich warunkach zjechać na nocleg na pobocze? Rozstawienie Baltazaara i zgaszenie świateł skończyć się mogło nie lada problemami biorąc pod uwagę fakt, że rozpędzony samochód mógłby nas po prostu nie zauważyć. z boku na bok przy zmianie ich na inne przejechaliśmy całą noc. Pomysł trzygodzinnych „wacht” sprawdzał się rewelacyjnie, a jak wiadomo – sprawdzonych patentów się nie zmienia. W ten sposób, klucząc i błądząc po stepie po południu następnego dnia dotarliśmy do Chowd. Problem z hamulcem, jak się okazało nie został wyeliminowany, szukamy mechanika. Podskakując na koleinach i kołysząc się więc pierwsze co, 204 na pod Nie mogąc się płynnie porozumieć z samego rana jeden parkingu z napotkanymi osobami zdesperowany zatrzymałem się jednym z budynków tarasując drogę Land Cruiserowi. W ten sposób, chcąc nie chcąc kierowca był zmuszony nam pomóc. Jak się później okazało, moje działanie było mocno na wyrost. Kierowcą okazał się słusznej postury pięćdziesięciolatek w różowej koszulce polo. Obok niego siedziała żona. Po krótkiej rozmowie w języku rosyjskim facet wsiadł do Toyoty i gestem pokazał nam, że mamy jechać za nim. W ten sposób do wieczora jeździliśmy po mieście odwiedzając przeróżne sklepy i warsztaty do których w normalnych – polskich warunkach nawet bym nie zajrzał. Nastał już wieczór, ale finalnie udało nam się uzgodnić, z zaprzyjaźnionych zakładów specjalizujących się w terenówkach przyjmie nas „na kanał”. Tymczasem dostaliśmy propozycję nie do odrzucenia – facet jest właścicielem hotelu; jedziemy do niego na noc. w Mongolii, więc do pewnych rzeczy musimy się jeszcze przyzwyczaić. Hotel okazał się poletkiem wygrodzonym wysokim murowanym płotem ze stalową masywną bramą. Brama oczywiście ze względu na psy była zamykana na noc. Na naszą propozycję wyjścia „na miasto” wieczorem właściciel zrobił się że w dzielnicach mieszkalnych, czyli takich jak ta w której byliśmy po zmroku władzę przejmują zdziczałe psy. Wyjście jest możliwe pod warunkiem, że wydostaniemy się samochodem i wysiądziemy dopiero w centrum. Na wszelki wypadek dostaliśmy numer telefonu, aby wracając zadzwonić po pomoc w otwarciu bramy. Mongolskie „zamknijcie swoje psy” nabiera tu dość dosłownego znaczenia. Wracając do rozdźwięków kulturowych warto jeszcze wspomnieć o standardzie hotelu. Otóż - No ho hor… - Pomyślałem. bowiem, pierwsze dni naszego pobytu Okazało blady. że To się 205 sam że spanie będzie spał nam jurtę siebie, a sam żerdziami promieniście hotel okazał się być jurtą rodziców właściciela. Tę noc spędziliśmy zatem w prawdziwej i co ważne, autentycznej jurcie śpiąc na łóżkach właścicieli, czyli przodków naszego gospodarza. No cóż, spanie na takim sprzęcie budziło duże opory psychiczne. Łóżka były dwa a nas trzech; Paweł zatem jako pierwszy zaoferował się, że odstąpi w Baltazaarze. Mi osobiście bardzo zależało na tym ,aby przespać się w jurcie więc długo przekonywałem w obcym łóżku po osobach, które niekoniecznie jeszcze żyją, a które jeśli faktycznie odeszły, to prawdopodobnie w tych właśnie łóżkach jest pewną formą przygody. Rozłożyłem karimatę na łóżku, zawinąłem się szczelnie w śpiwór chcąc psychicznie chociaż odizolować się od otoczenia i powoli zatapiałem się w otchłań snu. Patrzyłem na sklepienie i drewniane koło z przymocowanymi doń podtrzymującymi wojłokowe poszycie jurty. Sen jednak nie chciał mnie pochłonąć; w momencie gdy już odpływałem w niebyt całe moje ciało wpadało w drgawki. Drgawki były tak intensywne, że momentalnie otwierałem oczy i z pełną jasnością umysłu próbowałem zorientować się co się ze mną dzieje. chyba błędnik wariuje po tarce. teraz uzmysłowiłem sobie, że częstotliwość drgań jest identyczna z tymi w jakie wpadaliśmy przez ostatnie mongolskiej „autostradzie”. niemiłosiernym hałasem silnika. Wygrzebałem się na zewnątrz przez małe drewniane drzwi jurty i zobaczyłem za dnia na czym polega tutejszy hotel. Było to rzeczywiście którym przyjezdni… stawiali swoje jurty. Właśnie na Jarek? -No? -Dziwne, ale cały się telepię. -Ja też, ale już doszedłem o co chodzi. To zwykłe klepisko, na Poranek obudził mnie Jarek miał rację, dopiero jadąc po dni 206 podwórko wjechał stary skrzyniowy ZIŁ 130 w stanie totalnego rozkładu. Każda opona była innego modelu; nie wszystkie z nich miały bieżnik. Na skrzyni ładunkowej znajdował się cały dobytek rodziny która właśnie przymierzała się do rozkładania jurty. Piękne są Ziły; pamiętam je z dzieciństwa w Leningradzie: potężna maska i równie potężny stalowy tłoczony grill, a za nimi mała szoferka – zawsze błękitna Stylistyką z przypominają trochę muscle car, choć w wydaniu socjalistycznym. naszym tymczasowym domem i przyglądałem się rozkładaniu jurty. Przycupnąłem chłodnicy. atrapą białą przed to pochodzi gdyż jest, słowo Jurta, to raczej ger, bo takiej nazwy używają Mongołowie przy jednoczesnym, nieco pejoratywnym wydźwięku słowa jurta. Ja, o ile na początku permanentnie starałem się używać określenia ger, poddałem się przy każdorazowym tłumaczeniu meandrów nazewnictwa i finalnie, dla celów uproszczenia sobie życia mówię również jurta; wiedząc jednak, że nie do końca jurta jurtą z języków tureckich, dotyczy więc jedynie tych namiotów, które można zobaczyć od Morza Kaspijskiego po Ałtaj. Na stepach Mongolii namioty te nazywane być winne gerami. Mongołowie to naród wędrowny i stąd też jurta zrobiła na przestrzeni wieków taką furorę wśród większości pasterze, wypasają jaki, wielbłądy i konie na zielonym stepie, a gdy trawa w najbliższej okolicy zostaje zjedzona przez zwierzęta, jurty w których zamieszkują zostają złożone i całe osady przenoszą się w inne miejsce. Trawy na stepie jest zawsze w bród, więc możliwości są praktycznie nieograniczone, a koczowniczy styl życia wpisał się na stałe w krajobraz socjologii centralnej Azji. społeczności nomadów. W Patrząc na pracujących Mongołów byłem pod niemałym wrażeniem. Rozkładanie ich jurty zajęło im około dwie godziny. Na przygotowanym klepisku o kształcie koła stawiane są drewniane konstrukcje ściany, czyli ażurowa delikatna na 207 oka rzut zbudowana harmonijka pierwszy z listewek o wymiarach około 3x3cm. Konstrukcja spięta jest framugą drzwi, które zawsze skierowane są na południe, co pozwala zapewne w zimne dni nagrzać wnętrze mongolskiego domu. Innym ciekawym wątkiem jest to, że ustawianie jej w takiej konfiguracji pozwala na to, że promienie słońca wpadające przez górny otwór dymowy i pełzając po ścianach jurty pełnią rolę swoistego zegara słonecznego. Po ustawieniu ścian i podłogi kolejnym etapem jest stawianie głównego masztu i wspierającego się na nim drewnianego mocno rzeźbionego. To zwornik który pełni rolę lufcika dymowego, a do niego montowane są „krokwie” czyli elementy wspierające konstrukcję pod poszycie dachu. Całość tak zbudowanego drewnianego szkieletu jest pokrywana wojłokiem, czyli swego rodzaju filcem powstającym z futra wielbłąda, a następnie na tejże warstwie izolacyjnej rozpinany jest biały brezent. Kiedyś oczywiście ostatniej warstwy nie było w użyciu, choć i tak dobrze sfilcowany wojłok nie przepuszczał wody. Futro zawinięte w materiał przymocowywano do konia, który podczas jazdy stepem ubijał je powodując filcowanie wojłoku. niegdyś elementu – się o komin pieca, a odbywa dzięki kamieniem sterowanie przyczepionym obciążającym sznurowi - Na czubku jurty stosuje się zamknięcie, które pozwala na przykrycie otworu przez który wychodzi tym zamknięciem z z poziomu terenu, na zewnątrz jurty. Ciekawe jest również chłodzenie w gorące dni. Otworzenie wspomnianego otworu oraz podniesienie dolnej kilkanaście warstwy centymetrów do góry sprawia, że w jurcie jest cień, ale również bardzo dobra cyrkulacja powietrza. Dla zainteresowanych, kształt jurty, a dokładniej stosunek powierzchni zewnętrznej do kubatury A/V jest niemal książkowym przykładem efektywności energetycznej! Oczywiście mamy XXI wiek i każdy łakomy jest na udogodnienia wynikające z rozwoju techniki. W jurcie w której spaliśmy na posadzce było wyłożone poszycia ścian 208 linoleum (miastowo!), a w większości jurt na stepie panele słoneczne zapewniające energię elektryczną. rozstawione spotkać można Doczytałem się, że ze względu zawodowe na deficyt powierzchni wewnątrz jurty (nasza miała średnicę około 8-10m) obowiązuje ścisły porządek w kwestii konfiguracji umeblowania i kierunku poruszania się wokół pieca lub paleniska ustawionego zawsze centralnie. Moje skrzywienie zainteresowanie architekturą niskoenergetyczną spowodowało, że od razu zauważyłem zależność; poza aspektami pożarowymi i funkcjonalnymi źródło ciepła ustawione centralnie najlepiej nagrzewa wnętrze jurty. Dodatkowo, najdłuższy jest wówczas przewód grzeje kubaturę wewnętrzną, a spaliny wychładzają się w minimalnym stopniu dopiero przy przejściu przez na wygenerowanie przewodzie kominowym i zabezpiecza wnętrze jurty przed cofaniem się spalin. W klasycznej jurcie Mongolskiej część wschodnia należy do kobiet, zachodnia do mężczyzn. To oznaczało, że dziś w nocy spałem na łóżku głowy rodziny… dodatkowo kominowy, wojłokowy ciągu w dobrego dach. To pozwala i który trochę jurty Rozkładanie trwa, a do wyjazdu nam się nie spieszy. Piję kawę i opierając się plecami o ścianę naszego geru obserwuję dalej. Dopóki jednak nie pojawi się na szkielecie wojłok czytam trochę informacji zdobytych z Internetu (www.mongolus.pl), które podrukowałem przed wyjazdem: „Przebywając w jurcie nie powinno się: • przy wejściu nadeptywać na próg, który stanowi symboliczną granicę między domostwem i światem obcym. W czasach imperium mongolskiego za takie przewinienie w jurcie chana można było stracić życie. Dziś także często uważa się taki czyn za zły omen. • gwizdać w jurcie lub w domu Mongołów; • siadać ze stopami skierowanymi w kierunku 209 ołtarza; • przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami; • opierać się o kolumny i ściany w jurcie; • zadeptywać ognia, polewać go wodą lub rzucać do niego różne śmieci, ponieważ ogień jest uznawany za święty. • chodzić przed starszą od siebie osobą; • siedzieć tyłem do ołtarza lub innych religijnych rzeczy; • dotykać głowę lub czapkę innej osoby; • kłaść nóż ostrzem w kierunku innej osoby, podawać go komuś ostrym końcem, trzymając za uchwyt; • podawać komuś, coś trzymając między dwoma palcami; • brać jedzenie z talerza lewą ręką; • machać rękawami na znak protestu, lub wyciągać mały palec prawej ręki – jest to znak lekceważenia; Należy też pamiętać o tym, że wypada, a nawet należałoby: • wchodząc do jurty założyć czapkę na znak szacunku dla gospodarzy; • w jurcie poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Idąc od drzwi, ruszyć należy w stronę lewą (zachodnią), a dopiero potem, zmierzając powtórnie do wyjścia, przejść przez część kobiecą (wschodnią). Nakaz ten nie jest jednak już tak restrykcyjnie przestrzegany • przyjmując cokolwiek od Mongołów należy wyciągać obie ręce lub prawą ręką – lewą rękę umieszczamy wtedy na łokciu lub przedramieniu prawej ręki. Dłonie powinny być otwarte i skierowane ku górze. • kiedy ktoś nas częstuje czymś do jedzenia należy skosztować chociaż odrobinę; • kiedy nadepnie się komuś niechcący na nogę należy podać rękę.” Przyszedł gospodarz z informacją, że mechanik czeka na nas w swoim zakładzie. Jedziemy. Ostatnie rozmowy nasz 210 na podchodzą z rodziną gospodarza i podpisy na masce Baltazaara. Te podpisy to happening, z którego jestem niesamowicie dumny. Widząc ile szczęścia przynosi możliwość zaistnienia gdzieś w innym świecie robi się naprawdę fajnie „w środku”. Dorośli z niedowierzaniem, ale ogarnąwszy wzrokiem wszystkie podpisy które już na masce widniały z drżącą z emocji ręką przystępują do składania podpisów. Powoli, jakby bojąc się żeby nie popełnić literówki. Dzieciaki mając możliwość popisania po samochodzie zazwyczaj eksplodują radością, jakby była to chwila na którą czekały całe życie. Wierzcie mi, dzieciaki na komunię dostając quada nie są tak szczęśliwe jak tamte mongolskie dzieci z pisakiem w dłoni! początku trochę Wizyta u mechanika okazała się równie owocna co ostania. Po rozkręceniu koła zebrało się spore konsylium w drelichowych kombinezonach po czym po burzliwej naradzie w dla nas niezrozumiałym języku złożyli mechanizm hamulca. Nasz gospodarz przetłumaczył na język rosyjski postawioną diagnozę: - Wam nada pajechat w Ułan Bator. Tam wsio zdiełajut. - A skolka kilometrow do Ułan Bator? – zapytaliśmy, skoro lokalni mechanicy nie mogą nic zdziałać z powodu braku części. Budiet… - myśli – 1500 kilometrow. No to pięknie; półtora tysiąca kilometrów przez step i pustynię ze zdartymi okładzinami hamulcowymi! - Wsio budiet ok! jakby na potwierdzenie tych słów cała czwórka z szerokimi uśmiechami na twarzach kiwała twierdząco głowami. Wyglądali jak hurtem kupione maskotki z głowami na sprężynujących szyjach – takie pieski co to wylegują się zazwyczaj za tylną szybą samochodu. Za rozłożenie, diagnozę i ponowne złożenie zapłaciliśmy 100 tugrików. To jest… 19 groszy!!! A co jeszcze zabawniejsze, noc w jurcie rodziców hotelarza była na „koszt firmy”. Z odgłosami podobnymi do hamującego składu pośpiesznego Gdynia - Warszawa wyjeżdżamy 211 z miasta kierując się na wschód, w stronę północnych rubieży pustyni Gobi. *** epizod będący punktem pustynię, warto ciągnący się wspomnieć jest to bynajmniej kilometrami pustynia znana Otóż mur chiński to nie tylko ten znany Im dalej na południowy wschód tym krajobraz faktycznie robi się bardziej pustynny. Nie z ekranizacji przygód Stasia i Nell. Gobi jest pustynią kamienisto-żwirową, co oznacza, że większą jej część pokrywa zbite twarde klepisko równe jak stół, co jest wynikiem wiejących wiatrów, które szlifują nawierzchnię pustyni. Faktycznie, jest pusto. Zanim jednak wjedziemy na z Chińczykami i murem chińskim. z reportaży w Travel Channel – szeroki, murowany, przez terytorium Chin; to tylko jego komercyjny obowiązkowym fragment zorganizowanych wycieczek. W rzeczywistości mur ciągnie się dużo dalej i miał on za zadanie odciąć wojska Złotej Ordy od nękanych przez nich Chińczyków. Mur znany w Mongolii jako „Wall of Chingis Chan” w większości nie wiele ma wspólnego obecnie z murem. To ruina niczym nie przypominająca nie informacja z mapy, pewnie nawet byśmy nie zwrócili uwagi na ciągnący się kilometrami kamienny wał usypany z ogromnych narzutowych głazów. że byłem na Murze Chińskim – tym prawdziwym. Zaraz po przejechaniu przez wspomniany mur – co nie jest rzeczą łatwą, bo jest to, jak pisałem wyżej - sporej wysokości wał z głazów z „bramami”(według wskazań rosyjskiej mapy topograficznej w aplikacji Soviet Military Maps) - co kilkadziesiąt kilometrów, wjechaliśmy na równinę usianą nieskończoną ilością kamieni. Widok był niecodzienny. Płaska niczym stół równina, której linii horyzontu nie mąciła żadna fortyfikacji czy owak, wnukom powiem, i gdyby Tak 212 kamieniami dojrzeliśmy góra ani wzgórze; żadnej rośliny, żadnego śladu życia – nawet kolein. Jedyne co nie pasowało do totalnej pustki pustyni to tysiące głazów wysokości około 50cm, poutykanych w piasku co około 3-4metry od siebie. Wyglądało to jak krople wapiennego potu na gigantycznej glinianej skórze. Nie sposób było w tym labiryncie jechać. Na szczęście dla nas, okazało się że mamy przecież XXI wiek, a Chińska Republika Ludowa z miliardem rąk do pracy jest niedaleko. Pomiędzy co przypominało drogę. kurde, to asfalt! W XXI wieku kolonializm w wydaniu tradycyjnym nie ma racji bytu. Obecnie kraje podbija się ekonomicznie i to właśnie robią Chiny, budując przez południowe tereny Mongolii asfaltowe co ułatwiają do potencjalnych rynków zbytu. Z logistycznego punktu widzenia – genialne posunięcie. Chyba genialne, bo z zawodu jestem architektem, a nie ekonomistą więc pewne rzeczy z branży finansowej są powyżej mojego poziomu percepcji. - Yyyy.. to jest droga? - Nie, no co ty?! Na pustyni asfalt?!! O komunikacyjne, transport towarów sobie coś trasy przez Tak czy owak, korzystając z łagodnego stoku nasypu wjechaliśmy na nowy, „jeszcze gorący” asfalt, którym pędzimy na wschód. Wokół nas godzinami nic się nie zmienia, nie licząc kamieni które stopniowo zanikają a wokół nas jest już wyłącznie pustka. Z czasem i autostrada się skończyła a my z impetem zsunęliśmy się z półtorametrowej wysokości nasypu prosto w żwirowe podłoże. W kabinie momentalnie zrobił się kocioł, coś stuknęło w zawieszeniu, ale jedziemy dalej. Cóż, skoro pojawiła się nagle, to o asfaltowej autostradzie. W takim też miejscu jeden z niemieckich motocyklistów, z którymi co jakiś czas się mijamy stracił koziołkując cały sprzęt i – o mało co, życie. zniknąć nagle prawo mowa ma – i 213 na którym teren Chin żwirowo-kamienistą Pustynia Gobi jest ogromna; zaraz po Saharze jest drugą pod względem wielkości pustynia świata. Część z niej leży poza Mongolią i zajmuje obszar tzw. Mongolii Wewnętrznej, czyli z powodu warunków klimatycznych praktycznie nikt nie mieszka. To obszar wyżynny na terenie którego występują zarówno pustynie jak i stepy, a terytorialnie zajmuje tereny południowej Mongolii i północnych Chin i ma ponad 2 miliony km2 powierzchni. Historycznie przez obszar Pustyni Gobi prowadziła trasa Jedwabnego Szlaku. My zobaczyliśmy tylko skrawek – północny fragment Gobi ze względu na napięty terminarz rosyjskich wiz. Wiem jednak, że wrócę tu kiedyś aby na spokojnie zobaczyć południową część Pustyni Gobi z Płonącymi Klifami, skamielinami dinozaurów i wydmami (bo są miejsca, gdzie piaski faktycznie tworzą Elsy, czyli wydmy). Tą kontynentalną, pustynię odgradzają od reszty świata pasma górskie; Gobi ograniczają i Chantej, od zachodu Wyżyna Tybetańska oraz góry Tienszan, a od wschodu masyw Wielkiego Chingan. Południową granicę pustyni stanowią góry Yin Shan. Wtulona pomiędzy pasma gór nazywana była przez Chińczyków „nieskończonym morzem”. Na pierwszy rzut oka Gobi jest przestrzenią, i żwirem nie ma nic. Trochę jak jednokreskowy wektorowy rysunek na ekranie komputera – pozioma linia horyzontu i to wszystko. Zero-jedynkowy świat, tyle że ktoś usunął wszystkie jedynki. Ale to oczywiście pozory. Wiele ekspedycji eksplorowało tereny pustyni, czego efektem było odkrycie skamieniałych szkieletów dinozaurów jajami oraz odkryć i przyczynili polscy archeologowie. Badania wykazały, że Gobi jest jednym z najbogatszych na Ziemi stanowisk dinozaurów i pierwszych, pierwotnych ssaków z okresu późnej Kredy. dinozaurów, dużej z a do mierze poza skałami na której skamieniałych gniazd „pisklakami” się w od północy góry Ałtaju 214 dla charakterystyczne Może to nie najlepsze miejsce zważywszy że znajdujemy się na pustyni, ale chwilowo, z braku interesujących „tematów” mijanych po drodze, warto wspomnieć trochę o faunie i florze Mongolii. Dziki czosnek kwitnący na stepie i krzaki saksułów to to, co będzie nam dane oglądać w trakcie naszej wyprawy, choć północna część Mongolii to obszary zdominowane przez tajgę. Tam rosną głównie drzewa iglaste: jodły, świerki i modrzewie. W obszarze centralnej Mongolii będziemy przejeżdżać przez góry, których północne i wschodnie stoki będą porośnięte właśnie takimi gatunkami drzew. To dość klimatu kontynentalnego, że zbocza zacienione pokryte są roślinnością; zupełnie odwrotnie niż w Europie centralnej , gdzie słońce nie świeci tak intensywnie i przyroda nie musi się przed nim chować, a raczej go szukać. Tajgę zamieszkuje wiele gatunków zwierząt, w tym wilki, łosie, niedźwiedzie gobijskie i renifery. W górach występują również potężne dwumetrowe (!) argali, czyli dzikie owce. Jednym z gatunków występujących w górach Mongolii są irbisy, czyli owiane tajemnicą pantery śnieżne. Niewiele o nich wiadomo, poza tym, że są. i jeszcze spotkamy dwugarbne dzikie wielbłądy zwane baktrianami, dzikie konie Przewaskiego i tarbakany. Mongolskie konie formalnie wyginęły. W 1969 roku upolowano ostatniego z nich, ale dzięki tym żyjącym w ogrodach zoologicznych Europy udało się odtworzyć ten gatunek. Są one inne od koni spotykanych w Europie – niskie, krępe i co interesujące – mają zupełnie inny kod DNA. Tarbakany natomiast to małe „pieski preriowe” – bobaki spokrewnione ze świstakami. Jadąc stepem co chwilę wyłaniała się z ziemi zaciekawiona głowa tego zwierzęcia, po czym znikała aby po chwili wyskoczyć w zupełnie innym miejscu. Jeśli oglądaliście kiedyś Chipa i Daila, to wiecie o jakim zwierzęciu piszę. spotkaliśmy swojej najmniej dotychczas znanych My na drodze 215 Poza opisanymi dzikimi zwierzętami, Mongolia zdominowana jest przez zwierzęta owce, wielbłądy i jaki. W 2008 roku zwierząt hodowlanych było to około 32 milionów sztuk (przy 2 milionach ludzi)! hodowlane: powyżej konie, kozy, Ze wszystkich spotkanych zwierząt najbardziej utkwiły mi w pamięci jaki. Może dlatego, że widziałem je po raz pierwszy, a może dlatego, że ze swoją posturą (większe są od krowy), gęstym futrem jak u owcy i usposobieniem Mahatmy Gandhiego pod żadnym pozorem nie przejmują się otaczającym światem. Można do nich podejść i zrobić z nimi zdjęcie, choć niewątpliwie warto się mieć na baczności; to bądź co bądź duże zwierzęta. Ale wróćmy na Gobi. Jadąc przez pustynię paradoksalnie częściej zwraca się uwagę na wszelkie oznaki inności. I tak co kilka godzin przejeżdżamy koło koczowników w jurtach, przy których obowiązkowo zaparkowane są chińskie motorki i chińska półciężarówka. Jurty, jak przystało na XXI wiek posiadają obowiązkowo panele słoneczne. Widząc z daleka coś, co wyglądało inaczej niż dotychczas spotykane namioty zrujnowanym parterowym domkiem z ręcznie lepionych bloczków zaparkowanych było kilka samochodów. Z ich konfiguracji wynikało, że to może być coś w rodzaju baru. zwolniliśmy. Przed - Głodny jestem – Powiedział Jarek, jakby na widok napisu namalowanego błękitną farbą na białej, odrapanej ścianie budynku – To chyba restauracja. pierwotna, Restauracja na pustyni? – aż mnie zatkało to określenie, ale nie da się ukryć, że mogła to być jakaś forma gastronomii. – a podpuszczanie zawsze na mnie działa; zresztą chyba na wszystkich Słowian, z Rejtanem na czele. Z piskiem opon i w kłębach pyły - No co ty, nie zjadłbyś czegoś lokalnego? podpuszczał endemiczna Jarek, 216 został zajechaliśmy pod „restaurację”. Paweł spał, więc na wszelki wypadek nie budziliśmy go; warto żeby ktoś o wzroście „rzucającym cień na wioskę” jest odpowiednim z miniaturowymi Mongołami. Nawet ja czasami czułem się duży. samochodzie, argumentem przy zestawieniu Paweł a w nas do w mocno stanie Widząc wchodzących środka właściciele zbaranieli. Owszem, w środku na wersalce siedziało w rządku kilku chińskich kierowców i zajadali z miseczek jedzenie, ale najwidoczniej my byliśmy dla nich klasą samą w sobie; kimś, o kim będzie się opowiadać reklamując swoje kulinarne zdolności; „Nawet Biali do nas przyjeżdżają zjeść!”. Podbiegł do nas właściciel w klapkach i poplamionych spodenkach oraz koszulce i bełkocząc coś (był najwyraźniej wskazującym) zaprowadził nas na zaplecze. W drugiej izbie, dostępnej wyłącznie dla właścicieli siedzieli przy stole pokrytym ceratą kobieta, córka oraz nieco starszy od właściciela baru mężczyzna. Na nasz widok kobieta zerwała się i pobiegła w kąt izby. Na leżącej na klepisku ceracie zaczęła przygotowywać jedzenie. My tymczasem zasiedliśmy „w loży” – na starej rozłożonej wersalce zostaliśmy uraczeni opowieściami przez dwóch, jak się okazało braci. Z resztą historia niczego sobie; oboje są synami wysokiego rangą oficera armii radzieckiej, który po wojnie nie wrócił do Związku Radzieckiego, a poznawszy Mongołkę założył z nią rodzinę. Aby ustrzec się kłopotów, całą rodzina „zniknęła” na pustyni i w ten sposób minęło kilkadziesiąt lat. Mamy zatem rok 2014; po pięćdziesiątce, a piją zapewne od ostatnich trzydziestu lat. Tymczasem matka i córka przygotowują jedzenie. Z ciekawości zajrzeliśmy w kierunku „aneksu kuchennego” i w tym momencie oboje pożałowaliśmy decyzji o zatrzymaniu się w tym miejscu. Na ziemi leżały krwawiące szczątki jakiegoś zwierzęcia, nad którymi okrakiem stała w brudnych od krwi klapkach i skarpetkach wełnianych kobieta; kroiła bracia oboje są już grubo 217 słusznej wielkości porcje. Obok mięsa leżał przygotowany na ziemi makaron i czekał na zagotowanie się wody. Ile porcji mięsa powstało na tym klepisku przez ostatnie kilka lat? Ile bakterii i nowych form życia jest w tej warstwie gliny, a ile w skarpetkach szefowej kuchni? Mongołowie piją sute czaj; to forma słonej herbaty z tłuszczem i mlekiem. Taka forma napoju sprawdza się podobno w warunkach Mongolskich. Przed wyjazdem, nie mogąc się doczekać wyprawy złapałem się na tym, że czytając o sute czaj i o jej obrzydliwym smaku stwierdziłem, że muszę to przetestować organoleptycznie. - Przecież nie może być takie złe, skoro tyle tysięcy lat to piją! – łudziłem się stojąc przy kasie w hipermarkecie. Z braku łoju wielbłąda i mleka klaczy w asortymencie sieci Real kupiłem masło i mleko 3,2 ; sól i herbatę miałem w domu. Sute czaj przyrządza się następująco: gotuje się wodę z tłuszczem i herbatą. Następnie dolewa się mleka i soli. Po wypiciu przyrządzonego własnoręcznie wywaru następne godziny spędziłem w toalecie. Dlatego też widząc kobietę, która do mętnej po ugotowaniu mięsa i makaronu wody wrzuca herbatę i zjełczały tłuszcz koloru pomarańczowego byłem po prostu przerażony. To nie mogła być prawda… Kątem oka widziałem reakcję Jarka; jego też przerosła ta sytuacja. Najgorsze było to, że rozważaliśmy nawet banalną ucieczkę z miejsca
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pickupem na początek światA
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: