Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00141 004688 12781282 na godz. na dobę w sumie
Pięć groszy Lavarède’a - ebook/pdf
Pięć groszy Lavarède’a - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-64701-88-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pierwsza część cyklu 'Pięć Groszy Lavarède’a'

Bogaty kamienicznik Bouvreuil wykupił długi młodego dziennikarza Armanda Lavarède’a, by zmusić go do ożenku ze swoją córką. Tymczasem notariusz informuje Lavarède’a, że odziedziczy on ogromny spadek po krewnym mieszkającym w Anglii, jeśli w rok okrąży świat z pięcioma sou w kieszeni. Spełnienia tej klauzuli ma pilnować Murlyton, angielski sąsiad zmarłego, którego Armand poznał w drodze do notariusza, ratując jego córkę Aurett przed wpadnięciem pod rozpędzony pojazd. W razie niewypełnienia warunku testatora spadek przypadnie Murlytonowi.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Strona przedtytułowa Biblioteka Andrzeja – Szlakiem przygody Paul d’Ivoi Pięć groszy Lavarede’a Louis-Henri Boussenard Paul d’Ivoi to pseudonim Paula Deleutre (1856-1915), pochodzącego z rodu pisarzy. Jego dziadek Edouard i ojciec Charles również podpisywali niektóre swe dzieła pseudoni- mem Paul d’Ivoi. Studiował prawo w Paryżu, ale podążył drogą ojca i dziadka, wybierając literaturę. Za- debiutował jako żurnalista w dziennikach „Paris-Journal” i „Figaro”. Pod pseudonimem Paul d’Ivoi pisywał też do tygodników ilustrowanych „Journal des Voyages” i „Petit Journal”. Działalność literacką zaczął od sztuk bulwarowych: Le mari de ma femme (1887) czy La pie au nid (1887) oraz kilku powieści w odcinkach, które nie zwróciły uwagi, jak Le capitaine Jean, La femme au diadème rouge, Olympia et Cie. W latach 1894-1914 wydał 21 książek tworzących serię „Voyages excentri-ques” [Dziw- ne podróże], wykorzystującą wzór „Voyages extraordinaires” Julesa Verne’a. Podobne były nawet okładki, powtarzały się także te same motywy. Obaj autorzy podzielali to samo na- stawienie do czytelnika, pragnienie zapewniania mu rozrywki i wiedzy (geograficznej, przy- rodniczej, technicznej). Z entuzjazmem dla rozwoju nauki i wynalazków łączyły się obawy przed niewłaściwym ich wykorzystywaniem. W roku 1894 pierwszy tom tej serii, tworzący trzyczęściowy cykl Les Cinq Sous de La- varède, napisany wspólnie z Henrim Chabrillatem, przyniósł mu sławę. Była to jego naj- bardziej realistyczna powieść, następne bowiem stawały się coraz bardziej naukowe i prze- sycone fantazją umyślnie naiwną. Seria, ukazująca się w wydawnictwie Boivin et Cie, była przeznaczona dla młodzieży. Kolejne tomy ukazywały się z częstotliwością jednej powieści na rok. Francji, miały wiele wydań. Paul d’Ivoi tworzył też, razem z pułkownikiem Royetem, opowiadania patriotyczne, np. Les briseurs d’épée, a także historyczne, pod pseudonimem Paul Eric, np. Les cinquante. Wy- stępują w nich typowe dla owej epoki stereotypy dotyczące poszczególnych narodów i ras. Patriotyzm d’Ivoi zbliża się niekiedy do nacjonalizmu. W złym świetle przedstawiani są głównie Niemcy, a także Anglicy zagrażający francuskim interesom. Wychwalane są za to zalety Francuzów i ich umysłowość (esprit parisienne, „duch paryski”, wyrażający się po- mysłowością, bystrością umysłu, skłonnością do płatania figli, lekkim traktowaniem prawa i zasad, zapalczywością, a przy tym nieskazitelną prawością). Książki Paula d’Ivoi cieszyły się prawie do końca XX wieku dużą popularnością we Wielu czytelników, zwłaszcza młodych, przedkładało je nad dzieła Verne’a, gdyż zawie- rały więcej przygód, a ich akcja toczyła się szybciej. Toteż na przykład Jean-Paul Sartre pisał w swej autobiografii Les Mots, że zawierały więcej nadzwyczajności. Strona tytułowa Paul d’Ivoi Pięć groszy Lavarede’a Pierwsza część cyklu „Pięć groszy Lavarede’a” Przełożył i przypisami opatrzył Janusz Pultyn Trzydziesta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Strona redakcyjna Piąty tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuły oryginału francuskiego: Les Cinq sous de Lavarède © Copyright for the Polish translation by Janusz Pultyn, 2016 33 ilustracje, w tym 3 kolorowe, 1 mapka trasy podróży: Lucien Métivet Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Projekt okładki: Barbara Linda Konwersja do formatów cyfrowych Mateusz Nizianty © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2016 Wydanie I  ISBN 978-83-64701-87-0 (całość) ISBN 978-83-64701-88-7 (część pierwsza) Rozdział I Testament kuzyna Richarda – Jak brzmi zatem pańska odpowiedź? – Już powiedziałem, panie Bouvreuil, nigdy! – Proszę to jeszcze rozważyć, panie Lavarède. – Wszystko rozważyłem. Nigdy, nigdy! – Nie rozumie pan więc, że trzymam go w garści, że jeśli doprowadzi mnie pan do osta- teczności, zacznę jutro sprzedawać pańskie meble, a wtedy zostaniesz pan bez dachu nad głową, bez schronienia. – Może pan dodać: bez pieniędzy… –  Jeśli natomiast wyrazi pan zgodę, wówczas dobre małżeństwo, majątek, niezależ- ność… – I sądzi pan, że szanowałbym siebie, gdybym został zięciem pana Bouvreuila, który zajmował się kiedyś podejrzanymi interesami, dawnego konfidenta policji… – Dla biednego dziennikarza, jak pan, zostanie zięciem bogatego właściciela nierucho- mości, wielkiego finansisty powinno być ogromnym zaszczytem… Nie wspominając już, że moja córka Pénélope kocha pana i wniesie w posagu dwieście tysięcy franków, a także bardzo piękne widoki na przyszłość… – Nie chodzi o pańską córkę; to nie małżeństwo mnie odstręcza, nie odmawiam też pannie, ale teściowi. – Czy wie pan, Lavarède, że jest pan niegrzeczny? – Panie Bouvreuil, czy wie pan, że mam to głęboko w nosie? Bogacz trzymał w zanadrzu ostatni atut. Rozkładał powoli różne urzędowe dokumenty, jedne białe, inne niebieskie, tak oryginały, jak i kopie, wskazując na nie kolejno: – Oto, oprócz trzech pokwitowanych przez pana opóźnień we wpłacie czynszu, różne wierzytelności, które odkupiłem, żeby był mi pan winny pieniądze. Wszystkie pańskie długi zostały spłacone. – To naprawdę bardzo miłe z pana strony! – rzucił ironicznie młody mężczyzna. – Tak, ale jestem teraz pańskim jedynym wierzycielem. Jeśli ożeni się pan z Pénélope, oddam te dokumenty. Jeśli pan odmówi, będę ściągał długi do samego końca. – Niech pan je ściąga, jeśli łaska. – Wynoszą dwadzieścia tysięcy franków. Z odsetkami, które narzucę, suma ta wkrótce się podwoi. – Jak widzę, zna się pan doskonale na kwestiach prawnych. – Decyzję musi pan podjąć w bardzo krótkim czasie, bo wkrótce wyjeżdżam do Pana- my: mam na miejscu przeprowadzić dochodzenie dla konsorcjum akcjonariuszy. – Owo konsorcjum dziwnie pokłada zaufanie, to wszystko. Natomiast moja decyzja po- winna być już panu na tyle znana, żeby nie było potrzeby do niej wracać. Rozstańmy się więc, szanowny panie, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia… Udaj się pan do swojego komornika, do swoich komorników, adwokatów, prawników. Najedz się pan dokumentami prawnymi, to pański ulubiony pokarm. Dla mnie jest niestrawny. Żegnam! Pan Bouvreuil zebrał papierzyska, włożył kapelusz i wyszedł, trzaskając drzwiami. Nie był zadowolony. Przytoczona wyżej wymiana zdań pozwala poznać dostatecznie pana Bouvreuila, nale- żącego do gatunku ludzi bogacących się bez skrupułów, którym pieniądze nie wystarczają, gdyż pożądają także szacunku innych. Nasz bohater, Lavarède, wymaga jednak paru wyjaśnień biograficznych. Armand Lavarède urodził się Paryżu; ojciec pochodził z południa Francji, a matka z Bretanii. Odziedziczył cechy obu ras, z jednej wziął żywość i spontaniczność, z drugiej spo- kój i rozwagę. Ponadto jako paryżanin otrzymał dar przynależny dzieciom Lutecji1 – umysł pomysłowy i kpiarski, równie trudny do zaskoczenia, jak i przestraszenia. Wcześnie osierocony, był wychowywany przez wuja Richarda, który płacił wprawdzie za lekcje siostrzeńca i za wszystkich niezbędnych nauczycieli, ale nie dbał zupełnie o kształ- cenie jego charakteru. Biedak miał i tak wiele roboty z własnym synem Jeanem Richardem, będącym dzięki temu kuzynem Armanda Lavarède’a. Kuzyni stanowili swe przeciwieństwo. O ile Armand był zdrowy, wesoły i rozrzutny, o tyle Jean – chorowity, ponury i oszczędny. Jean był trochę starszy od Armanda. W roku 1891 pierwszy miał prawie czterdzieści lat, a drugi trzydzieści pięć. Jean przejął interesy ojca, zajmującego się wielkim handlem, i szyb- ko się wzbogacił. Wątłego zdrowia, ciągle skwaszony, miał w końcu dość Paryża i Francji, przyjaciół i krewnych, dlatego zamieszkał w hrabstwie Devon, w Anglii. Dzięki szczęściu w handlu, niezapłaconemu ładunkowi bawełny z Ameryki, był w stanie kupić bardzo piękną posiadłość wiejską. Zostawszy mizantropem2 z wielką radością zamieszkał w kraju, w któ- rym nikogo nie znał i nie był nikomu znany. 1 Lutecja – z łacińskiej nazwy Paryża, Lutetia Parisiorum, podanej po raz pierwszy przez Juliusza Cezara w odnie- sieniu do grodu celtyckiego plemienia Paryzjów. 2 Mizantrop – osoba stroniąca od ludzi, mająca do nich niechętny lub wrogi stosunek. W tym czasie Lavarède, odważny, przedsiębiorczy, kochający zmiany, „szwendał się po świecie”, jak mawiał, używając chętnie swego obrazowego języka potocznego. Będąc jeszcze wyrostkiem, w roku 1870 zaciągnął się do francuskiego wojska, walczył w Armii Loary pod rozkazami generała Chanzy3, zaczynając tam nabierać odwagi. Potem powrócił do nauki, próbował studiować medycynę, ale szybko zniechęciły go nieszczęścia ludzie, z którymi zapoznawał się zbyt blisko. Zaczął się zajmować budownic- twem okrętowym, trochę pływał, a także sam projektował. Kiedy zaś nauczył się dostatecz- nie mechaniki praktycznej, aby przestać się interesować jej tajemnicami, zamienił zabawki na inne. Wrócił do Paryża, wyruszył jako korespondent wojskowy na wojnę turecko-rosyjską4, śledził jej przebieg, widział bitwę pod Plewną5, zapuścił się do Azji, a po powrocie uznał, że odnalazł swą drogę do Damaszku6. Został doskonałym reporterem. Pan Wszędobylski7 spo- tykał go w Tunezji, Egipcie, Serbii, Rosji, Hiszpanii itd., we wszystkich krajach, do których prasa paryska wysyłała swoich przedstawicieli. Duża inteligencja, łatwość podejmowania decyzji, dobre zdrowie i wszechstronne wykształcenie dające powierzchowną znajomość ca- łej współczesnej mu wiedzy czyniły z Lavarède’a dobrego dziennikarza. Tak właśnie z nim było, gdy na początku tego rozdziału rozmawiał z panem Bo- uvreuilem, właścicielem wynajmowanego przez niego mieszkania. Po takim zarysowaniu sylwetki Lavarède’a pojmiemy bez trudu, że wydając pieniądze bez ich liczenia, nie troszcząc się o jutro, żywiąc w sercu nieposkromione umiłowanie nie- zależności, nie był bogaty. Zarabiał wprawdzie spore pieniądze, ale ich nie gromadził i żył rozrzutnie, z dnia na dzień. Rozmowa z panem Bouvreuilem dała mu jednak do myślenia. „To bydlę – zastanawiał się nie bez podstaw – wejdzie na moją pensję w gazecie. Zajmie i sprzeda meble. Jest też pewne, że za dobę będę miał wielkie zmartwienie. Za to dzisiaj mogę być całkowicie spokojny. To zawsze zysk jednego dnia”. I rzeczywiście, wieczorem zasnął błogo jak dziecko, dopiero następnego dnia został obudzony przez zacną dozorczynię, która bardzo go lubiła. – Panie Armandzie, list do pana. Przyniósł go kancelista notariusza; nie znał pańskiego 3 Antoine Alfred Eugène Chanzy (1823-1883) – francuski generał, służył głównie w Algierii, podczas wojny fran- cusko-pruskiej najpierw dowódca XVI korpusu I Armii Loary, od 6 XII 1870 roku dowódca II Armii Loary, powstrzymał ofensywę pruską pod Villorceau, przegrał ważną dla przebiegu wojny bitwę pod Le Mans, za co był oskarżany; po wojnie senator, uczestniczył bez powodzenia w wyborach prezydenckich w roku 1879. 4 Wojna rosyjsko-turecka – działania zbrojne trwające od 24 IV 1877 do 31 I 1878 roku; 24 IV Rosja z pomo- cą powstańców bułgarskich, serbskich, czarnogórskich oraz wojsk rumuńskich zaatakowała Turcję; agresorzy wygrali bitwę pod Szipką (31 VII-11 VIII 1877), zdobyli twierdzę Plewna (10 XII 1877) oraz zajęli Adrianopol (styczeń 1878); ich pochód został powstrzymany pod naciskiem Anglii i Francji; 3 III 1878 w San Stefano pod- pisano pokój, na mocy którego utworzono Księstwo Bułgarii, przyznano Rumunii Dobrudżę, Rosji część Besa- rabii i twierdze kaukaskie Ardahan, Batum i Kars, zwiększono odpowiednio posiadłości Serbii i Czarnogóry; rewizję traktatu podjęto jeszcze w Berlinie w 1878. 5 Oblężenie Plewny, największej twierdzy tureckiej na obszarze dzisiejszej zachodniej Bułgarii, trwało od lipca do grudnia 1877 roku; poddanie Plewny było przełomem w wojnie rosyjsko-tureckiej 1877-1878 i pozwoliło wojskom rosyjskim zająć całą Bułgarię. 6 Nawiązanie do świętego Pawła, prześladowcy wczesnych chrześcijan, któremu ok. 35 roku w drodze do Da- maszku objawił się Chrystus, co stało się przyczyną jego nawrócenia. 7 Pan Wszędobylski (fr. Le sire de Vapartout) – tytuł pierwszej poważnej książki reporterskiej w literaturze fran- cuskiej, autorstwa Pierre’a Giffarda (1853-1922), jednego z najwybitniejszych dziennikarzy francuskich i pomy- słodawców wyścigu kolarskiego Tour de France; postać Armanda Lavarède’a jest na nim częściowo wzorowana. adresu i wczoraj wieczorem musiał w poszukiwaniu pana biegać do redakcji, restauracji, nie mam pojęcia gdzie. Wreszcie bardzo późno dotarł tutaj i polecił, żebym rano dostarczył to panu. – Dziękuję, miła pani Dubois, ale czy jest pani całkowicie pewna, że był to kancelista – A jakże! Tak powiedział. – Hmm! Obawiam się raczej, że był to kancelista komornika… Że Bouvreuil wszczął notariusza? już wojnę. on. Lavarède był tak beztroski, że nie otworzył listu od razu. Przeczytał poranne dzienniki, zajął się toaletą, wyszedł na śniadanie i dopiero na ulicy postanowił rozerwać kopertę. Był to rzeczywiście list od notariusza, wezwanie. Rejent Panabert prosił o pilne przybycie do kancelarii przy rue de Châteaudun, „w doty- czącej go sprawie”, określenie równie banalne, co niewiele mówiące. Nie mając o tej porze nic lepszego do zrobienia, Armand udał się do notariusza po uprzednim zjedzeniu śniadania. Spotkanie było wyznaczone na drugą. Po drodze do kancelarii zauważył angielską rodzinę idącą tym samym chodnikiem co Nie miał żadnych wątpliwości, że to Anglicy. Mężczyzna, pięćdziesięcioletni, który szedł z klasyczną sztywnością, nosił dobrze znane faworyty, trzyczęściowy garnitur w kratkę i płaszcz podróżny, po których cały świat rozpoznaje sąsiadów Francuzów, gdy gdzieś wyjadą. Starsza dama, matka lub guwernantka, mająca na sobie szkaradny kapelusik z rondem i zieloną woalką oraz długie, bezkształtne palto z kauczuku, towarzyszyła młodej dziewczy- nie. Ta natomiast była zgrabna i ładna, biała i różowa, jak bywają Anglosaski, dopóki nie wyschną i nie skwaśnieją. Lavarède przyglądał się jej bezwiednie. Sto kroków dalej do skrzyżowania ulic Châteaudun i Faubourg-Montmartre zbliżały się trzy powozy nadciągające z różnych kierunków. Drobna Angielka przepuściła dwa, ale nie dostrzegła trzeciego i zostałaby może przejechana, gdyby Armand nie rzucił się naprzód i mocną dłonią nie zatrzymał konia za uzdę przy nozdrzach. Woźnica klął, koń rżał, przechodnie krzyczeli, ale młoda osóbka wcale nie odczuwała lęku. potrząśnięto. Choć trochę zbladła, zachowała pełnię spokoju. Wyciągnęła rękę do Armanda i po an- gielsku podziękowała mu soczystym shake hand8. – To nic takiego, mademoiselle9, nie ma żadnej sprawy… Podeszli także ojciec i guwernantka, a ramieniem Lavarède’a trzy razy z rzędu mocno – To naprawdę nic – mówił z całkowicie szczerą skromnością – to złudzenie, że ura- towałem pani życie… Zdążyłaby pani bez przeszkód przejść: nasze konie dorożkarskie są bardzo spokojne, proszę mi wierzyć. –  Mimo wszystko wyświadczył mi pan przysługę, prawda, ojcze? Prawda, mistress10 Griff? – Niewątpliwie – przytaknęli zagadnięci. Shake hand (ang.) – uścisk dłoni. 8 9 Mademoiselle (fr.) – panna. 10 Mistress (ang.) – pani, tytuł grzecznościowy. – A ja mam prawo być panu wdzięczna. Nie nawykłam do chodzenia po ulicach pań- skiego Paryża i zawsze trochę się tego boję, zwłaszcza kiedy szukam drogi. – Czy mogę być pani w tym pomocny? – zapytał bardzo uprzejmie Lavarède. Tu ojciec włączył się do rozmowy i wyciągnął z portfela list. – Idziemy do notariusza. – Coś takiego, ja także. – Do notariusza, którego nie znamy. – Dalibóg, tak jak ja. – Mieszkającego przy rue de Châteaudun. – Tak jak mój. – Rejenta Panaberta. – Takie nosi nazwisko. – Curious11 traf. – Lecz opatrznościowy. Proszę więc pozwolić, że państwa zaprowadzę. Dotarli razem, wręczyli listy z wezwaniem i zostali wprowadzeni do gabinetu notariu- sza, z wyjątkiem guwernantki, która czekała w kancelarii. „Chodzi więc o tę samą sprawę” – pomyśleli Lavarède i Anglik. Dziwaczny zbieg okoliczności, że nieznający się ludzie zostali wezwani do osoby urzę- dowej, której nazwiska nie znali poprzedniego dnia, a nawet rano obecnego. Żadnych ukłonów, żadnego przedstawiania, żadnych wstępów. Rejent Panabert był no- tariuszem niemającym czasu do stracenia. Rozpoczął od razu: – Panie Lavarède, panie Murlyton, miss12 Aurett, mam zaszczyt i przykrość powiadomić o zgonie jednego z moich najlepszych klientów, właściciela willi w Marsaunay13, w depar- tamencie Côte-d’Or, dwóch domów stojących w Paryżu przy rue Auber i bulwarze Male- sherbes, a ponadto majątku Baslett Castle w Devonshire. Jest nim świętej pamięci pan Jean Richard. – Mój kuzyn! – zawołał Lavarède. – Mój sąsiad! – dodał Anglik. Obaj popatrzyli na siebie pełni zakłopotania, jeszcze bez śladu wzajemnej nieufności, jedynie z wyraźnym oszołomieniem. Niewzruszony notariusz mówił dalej: 11 Curious (ang.) – ciekawy. 12 Miss (ang.) – panna, tytuł grzecznościowy stosowany do niezamężnych kobiet. 13 Marsaunay – właściwie Marsannay-la-Côte, miasteczko w Burgundii, w departamencie Côte-d’Or, znane z oko- licznych winnic (burgund). – Zgodnie z rozporządzeniami zmarłego wezwałem panów tutaj, aby wysłuchali lektury napisanego przez niego własnoręcznie testamentu, należycie sporządzonego i podpisanego. – Szybko przeczytał formułki prawne i trochę wolniej dalszy ciąg: – „Łącznie z domami i nieruchomościami wymienionymi tutaj, papierami wartościowymi w postaci rent, akcji i obligacji, jak też płynną gotówką zdeponowaną u mojego notariusza, majątek mój wynosi
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pięć groszy Lavarède’a
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: