Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00071 009322 11231134 na godz. na dobę w sumie
Piekielny Wąwóz. Część I. Pomścić ojca - ebook/pdf
Piekielny Wąwóz. Część I. Pomścić ojca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-64701-95-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kanada rok 1885. Podczas powstania Metysów przeciw Anglikom niewielkie Batoche pada na skutek zdrady sklepikarza Toussainta Leboeufa. Z jego ręki ginie Baptiste, jeden z dowódców oblężonych. Umierając, Baptiste nakazuje synom, by odnaleźli Toussainta, pomścili ojca i odzyskali dziesięć tysięcy dolarów powierzonych zdrajcy. Jean, Jacques i François ruszają śladem Toussainta. Koło Hell Gap, amerykańskiego miasteczka blisko granicy z Kanadą, ratują życie człowiekowi powieszonemu przez samozwańczych stróżów prawa. Poznawszy historię braci, ocalony Bob Kennedy, który bywa na bakier z prawem, ale jest honorowy i lojalny, oferuje im pomoc. Metysi i ich nowy przyjaciel dowiadują się, że Toussaint mieszka w Hell Gap pod nazwiskiem mister Jonathana, będąc jednym z organizatorów przemytu na wielką skalę pomiędzy Kanadą i Ameryką. Bob podburza miejscowych przeciw zdrajcy. Dochodzi do szturmu na jego dom, ale Jonathan wymyka się tajemnym przejściem. W Turtle Mountain przebrani za desperados bracia i Bob zatrzymują dyliżans, którym wspólnik Jonathana przewozi dolary zabrane Baptiste’owi. Ów wspólnik to pułkownik Fairfield, główny agent urzędu celnego w Turtle Mountain, który jednocześnie sam ciągnie zyski z przemytu. Metysi odbierają mu pieniądze. Pułkownik z grupą najętych rzezimieszków rusza za nimi w pogoń. Towarzyszy im żądny przygód Francuz Félicien Navarre, handlarz win, który podróżował napadniętym dyliżansem. Bracia i Bob spieszą w miejsce, gdzie zostawili konie. Chcą jechać do Reginy, by przekupić strażników i uwolnić z więzienia bohatera powstania Metysów Louisa Riela.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 Strona przedtytułowa Biblioteka Andrzeja – Szlakiem przygody Louis-Henri Boussenard Pomścić ojca Pierwsza część cyklu „Piekielny Wąwóz” Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku. Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wyda- no czterdzieści tomów jego utworów). Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję nauko- wą w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Ameryka- nów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski. Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”. Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie nie- bezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani. Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożerców i Korsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Ga- lernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Pie- kło wśród lodów i Kapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora Syntese i Niezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 to- mów. Strona tytułowa Louis-Henri Boussenard Pomścić ojca Pierwsza część cyklu „Piekielny Wąwóz” Przełożyła Barbara Supernat Strona redakcyjna Trzydziesta ósma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Dziewiąty tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuły oryginału francuskiego: Pour venger un père © Copyright for the Polish translation by Barbara Supernat, 2017 26 ilustracji, w tym 3 kolorowe: Charles Clerice oraz 1 mapka L. Boussenarda (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego: Flammarion 1891) Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Projekt okładki: Barbara Linda Przypisy: Andrzej Zydorczak, Barbara Supernat Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2017 Wydanie I  ISSN 2449-9137 ISBN 978-83-64701-94-8 (całość) ISBN 978-83-64701-95-5 (część pierwsza) Prolog Bunt spalonych drewien 8 Rozdział I Bohater z obowiązku – Wyłom – Natarcie – Oblężenie – Poświęcenie – Zdrada – Jej konsekwencje – Ofiary – Pochówki – Manewr obchodzący – Rozpaczliwa walka – Wytrzymać kwadrans – A potem…? Rozległ się wibrujący dźwięk kornetu1. – Zaczynajcie ogień! Nagle droga prowadząca do wioski, której główna ulica była zabarykadowana, wypełni- ła się białym dymem, z którego wysuwały się jak błyskawice długie języki płomieni. Gwałtowne detonacje zdominowały przeraźliwy jazgot kartaczownic2 i  wybuchnęły pod drzewami, których liście rozsypały się jak pod naciskiem huraganu. W tym samym czasie pięćset metrów dalej potężny huragan żelaza zwalił się na barykadę, rozrywając kłody drewna i rozbijając na kawałki kamienie, kalecząc przy tym straszliwie kilku ludzi. – Słuchaj, Louis – powiedział z niedającym się naśladować beaucerońskim3 akcentem całkiem siwy starzec olbrzymiego wzrostu. – Wygląda na to, że dzisiaj zaszczycono nas ar- matami. Kundle…! Siedzimy w chłodzie jak jacyś dzikusi! – Zgubny zaszczyt, mój drogi Baptiste – odpowiedział jowialnie czterdziestoletni męż- czyzna o energicznej i sympatycznej twarzy otoczonej gęstymi faworytami. – A my, żeby odpowiedzieć, mamy tylko strzelby. – Spokojnie…! Z takim dowódcą jak ty, takie zuchy jak my pójdą do diabła, a nawet jeszcze dalej. Ty się nazywasz Louis Riel4, a my jesteśmy Metysami… Rozległa się nowa salwa, która przerwała Baptiście. W chwilę później barykada zadrżała w swo- ich posadach; trzech mężczyzn, podciętych przez serię z kartaczownic, poległo, nie wydawszy krzyku. – Trzymajcie się tutaj mocno – rzucił krótko Louis Riel. – Ja wchodzę na dzwonnicę nadzo- rować atak. – A poza tym, wiesz, oszczędzaj się, o ile to możliwe, i staraj się nie wystawiać tak jak wczoraj, bo to cud, że stamtąd powróciłeś. – Adieu, Baptiste…! – mocny uścisk dłoni – ty dowodzisz tutaj na najbardziej niebez- piecznym stanowisku… ty za wszystko odpowiadasz… – Dopóki będę stał na nogach, daję słowo honoru! Ze wspaniałym spokojem bohater niepodległości frankokanadyjskich5 Metysów po- szedł drogą, na którą spadały odłamki i pociski, udając się w kierunku kościoła, chronione- go z jednej strony blankowanym6 murem cmentarza. 1 Kornet – instrument dęty blaszany ustnikowy z rodziny rogów, o kształcie zbliżonym do trąbki. 2 Kartaczownica – początkowo działo strzelające kartaczami (rozpryskowy pocisk artyleryjski wypełniony meta- lowymi siekańcami, a później kulkami, stosowany od XVI do końca XIX wieku); od drugiej połowy XIX wieku także wielolufowa broń karabinowa. 3 Beauceroński – wywodzący się z Beauce, historycznego i tradycyjnego regionu Kanady, położonego na południe od Quebecu. 4 Louis Riel (1844-1885) – przywódca Metysów na kanadyjskich preriach; w latach 1869-1870 kierował powsta- niem w prowincji Manitoba, a w roku 1885 w prowincji Saskatchewan; uczestnicy powstań bronili swoich praw do ziemi i występowali przeciwko imigrantom; w roku 1885 schwytany i stracony. 5 Frankokanadyjczycy – ludność zamieszkująca wschodnie prowincje Kanady, dla której językiem ojczystym jest francuski; Frankokanadyjczycy są częścią narodu kanadyjskiego, lecz zachowują przynależność do określonej części kraju i różnych kręgów kulturowych (romańskiego i germańskiego); mają głównie korzenie francuskie, belgijskie i szwajcarskie; są katolikami. 6 Blankowany – zwieńczony blankami, to jest zakończeniami murów obronnych i baszt, w kształcie szeregu pro- stokątnych zębów z prześwitami, stanowiącymi osłonę dla strzelających. 9 Nieprzyjacielska bateria, strzelająca partiami, grzmiała bez wytchnienia, a pociski spa- dały nieprzerwanie w to samo miejsce. Za barykadą, która po każdej salwie powoli się rozsypywała, kryła się setka ludzi o opa- lonych twarzach; ściągnięte rysy i błyszczące oczy zdradzały pozorną niewzruszoność. Praktycznie jednakowo ubrani w bluzy myśliwskie i spodnie z jeleniej skóry, garbowa- nej na sposób indiański, przeważnie nosili winchestery7, straszliwą broń w zręcznych dło- niach tych twardych mieszkańców północnego zachodu. Nie mieli żadnych śladów dystynkcji wojskowych na tych ubraniach, tak zdatnych do awanturniczego życia. Ani kit, ani epoletów, ani oznaczeń stopni. Nic! Wszyscy byli żoł- nierzami, z rewolwerami, siekierami, karabinami. Wodzów się znało, wiadomo było, ile są warci, i okazywało się im gorliwe posłuszeństwo. Ta gorliwość nie odpowiadała jednak za bardzo gorącemu zapałowi. Otrzymywanie uderzeń i nieodpowiadanie na nie wystawiało ich odwagę na ciężkie próby. Ciężkie do tego stopnia, że jeden z nich, nagabując szefa, krzyknął: – Posłuchaj, ojcze Baptiście, czy pozwolisz nas tak niszczyć…?! Działa tych angielskich pogan są zaledwie sześćset metrów stąd… Moglibyśmy się postarać, aby im nakazać mil- czenie. – Jest to możliwe! Lecz potrzebni są ochotnicy, do tego sprytni strzelcy, aby wejść czy to na domy czy na barykadę… Ale do licha! Tam, w górze, będzie gorąco. Pięćdziesięciu Metysów stawiło się pośród odłamków, które padały ze wszystkich stron. – Chwileczkę! – ciągnął niewzruszony Baptiste. – Większość z was jest ojcami rodzin… ma ludzi na utrzymaniu… potrzeba młodych… w sumie sześciu zuchowatych chłopców… po jednym na działo, to będzie sprawiedliwie. Po pierwsze, wybiorę swoich trzech chłopa- ków, ponieważ jestem pewny ich wzroku. Hej…! Jean…! Jacques…! François…! Trzech pięknych młodzieńców, prawie dzieci, ale zbudowanych potężnie jak ich ojciec, wyszło z grupy i odpowiedziało po wojskowemu: – Obecni! François miał nie więcej niż szesnaście lat, Jacques około siedemnastu, a Jean prawie mścijmy ich…! 7 Winchester (winczester) – karabin powtarzalny z gwintowaną lufą. 10 osiemnaście. – Wiecie, co trzeba robić, prawda? Niech każdy weźmie towarzysza. Ulokujcie się na domach i wystrzelajcie mi co do jednego tych nieszczęsnych artylerzystów. Do roboty, moje szczeniaczki, trzeba się spieszyć! Na to małe przyjazne słowo, zamykające w sobie jakby najwyższą czułość starego, któ- ry być może poświęcał ich w interesie wszystkich, młodzi ludzie rzucili się, wydając jeden z tych okrzyków, których używali na wojennej ścieżce ich indiańscy przodkowie. Niestety! Nagła, zupełnie nieprzewidziana katastrofa uczyniła ich poświęcenie bezuży- tecznym i naraziła poważnie obronę wioski. Zaledwie zdrowi i  cali cudem osiągnęli szczyt barykady, gdy ta, jakby podniesiona z dołu do góry, zakołysała się, rozpadła pod nieodpartym wybuchem miny i zwaliła się, pociągając ich za sobą w tym upadku. – Zdrada!– wykrzyknął stary Baptiste, widząc poprzez następującą po straszliwym wy- buchu chmurę dymu biedne dzieci obijające się i wpadające między odłamki. – Zdrada…! Do mnie, Metysi…! Ratujmy ich, jeśli jeszcze czas; jeśli jest za późno, po- Gdy tylko dym się rozwiał, okazało się, że w barykadzie powstał wyłom – ściśle biorąc wyrwa w miarę dostępna dla śmiałego, zdyscyplinowanego i dobrze uzbrojonego napastnika. Kanonada trwała bez wytchnienia, zasypując pociskami tę lukę zarówno po to, by ją poszerzyć, jak i by przeszkodzić Metysom w jej zapchaniu. Kolumny atakujących rozciągały się w dali na prawo i lewo w kwitnących sadach; kor- nety obwieściły ładowanie. Metysi rzucili się do domów, podczas gdy Baptiste i kilku jego przyjaciół, nie zważając na wybuchające wokół nich pociski, wyrywało zakrwawionymi pal- cami szczątki, pod którymi pogrzebani byli młodzi ludzie. „Zdrada…!”. To słowo starego Baptiste’a biegło z ust do ust. To jasne, że trzeba było ręki zdrajcy, aby wydrążyć przekop pod minę, długi na pięć metrów, dochodzący pod ulicą do środka barykady. Ta kiszka brała swój początek w położo- nym po prawej stronie domu na rogu. Pod deskami pokrytymi materacem z liści kukurydzy znajdowało się tam tajne wejście. Można się było tam wsunąć na czworakach, aby wnieść proch i urządzić komorę minową. Oto co można było powiedzieć w urywanych zdaniach, akcentowanych i przerywanych okrzykami wściekłości. Barykada aż do nocy opierała się działom generała Middletona8, a Batoche9, skromne miasteczko, która posiadało pięć tysięcy ludzi regularnej armii, ten szaniec niepodległości Metysów, tak wczoraj, jak i przedwczoraj, odpierało zwycięsko ataki. Pod osłoną ciemności można było łatwo naprawić tę prymitywną, lecz solidną, zaledwie naruszoną przez artylerię fortyfikację, której karabinierzy z Winnipeg i grenadierzy z Toron- to nie mogli usunąć mimo trzech szalonych ataków. Teraz jednak z powodu wyłomu trzeba się było bić bez zabezpieczenia, jeden przeciwko trzem, i to przy jeszcze bardziej niekorzystnych proporcjach uzbrojenia i dyscypliny. Ale ten zdrajca…! Kim był nędznik, któremu należało wymierzyć hojną i właściwą karę? Do licha! To mógł być tylko właściciel domu – znajomek Toussaint… Toussaint Lebo- euf… Kramarz prowadzący mały sklepik, w którym każdy w Batoche się zaopatrywał. Być może nie bardzo mający skrupuły, zajmujący się trochę lichwą i – jak mówiono po cichu – przemytem… ale taki dobry człowiek! Taki wesoły towarzysz! Tak chętnie ofiarujący fajkę tytoniu czy kieliszek wódki…! Któż by w to uwierzył…? Trzeba się jednak było wystrzegać ostrego spojrzenia jego szarych oczu, jego zagadkowego uśmiechu, jego tajemniczych nie- obecności, tak długich i tak częstych! Stawił się jednak na wezwanie wodzów i wydawał się patriotą. Spójrzcie, jego żona i dzieci sypiali tam… Na tej wielkiej słomiance, która ukrywała dziurę. Najmłodsze było chore; bez wątpienia po to, żeby nie ruszać słomy, pod którą ojciec wślizgiwał się nocą, aby wykonywać swoją krecią robotę. Wczoraj, podczas wyjścia, usunął swoich bliskich w obawie o matkę i małych… oraz bez wątpienia o swój uciułany grosz, który jego żona musiała zabrać… koszt artykułów sprzeda- nych za sumę piętnaście razy większą od ich początkowej wartości, owoc jego lichwiarstwa i zapłata za zdradę. 8 Sir Frederick Dobson Middleton (1825-1898) – brytyjski generał, brał udział w tłumieniu powstania w Indiach z 1857 roku, dowodził milicją kanadyjską podczas Rebelii Północno-Zachodniej i doprowadził do kapitulacji Metysów, za co został nagrodzony tytułem szlacheckim, który odebrał z rąk królowej Wiktorii. 9 Batoche – miejscowość w Kanadzie, 88 km na północ od Saskatoon, na prawym brzegu rzeki Saskatchewan Południowy, w której w dniach 9-12 maja 1885 roku doszło do decydującej bitwy Rebelii Północno-Zachodniej, wygranej przez wojska rządowe. 11 Przy pierwszych wystrzałach z dział zapalił ładunek wybuchowy z wystarczająco dłu- gim lontem… dzięki czemu wioska będzie zdobyta. Och! nędzny judasz…! Ale gdzie on się schował? Był tutaj zaledwie kwadrans przed eksplozją… Wszystkie te spostrzeżenia, długie, gdy chcieć je opisać, trwały kilka sekund, bo każdy mówił jednocześnie pośród narastającego hałasu. Staremu Baptiście, który wspomagany przez przyjaciół grzebał w walących się ruinach, wyrwał się okrzyk radości. Spostrzegł w końcu swoich trzech synów: przykucniętych, stło- czonych i ściśniętych pod pochyloną belką, która tworzyła nad nimi daszek. Żyli i słabymi głosami wołali o pomoc! Obojętni na pociski, które świstały nad nimi, robotnicy zawzięcie uprzątali miejsce. Z szalonym wysiłkiem chwytali rękami gruz, dotarli do belki, wyrywali wszystko, co stano- wiło przeszkodę, i wyciągnęli z jamy ledwie żywych Jeana, Jacques’a i François – zakrwawio- nych, potłuczonych, prawie bez tchu, niezdolnych utrzymać się na nogach. – Już dobrze, szczeniaki, spokojnie! – rzekł ojciec Baptiste, otwierając swoją myśliwską manierkę. – To nie czas na słabość… kieliszek wódki, co…?! U takich ludzi osłabienie nie trwa długo. Ich naturalna energia i żywotność, a do tego jeszcze pełny kieliszek stawiają ich na nogi. – A tamci trzej…? – Nie żyją! Mając mniej szczęścia niż Jean i jego bracia, ich towarzysze zostali wyrzuceni do przodu i zmiażdżeni salwą kartaczownicy. – Za to wszystko policzę się dokładnie z judaszem – mruczał przez zaciśnięte zęby Dziesięć minut upłynęło od eksplozji. Dziesięć minut, podczas których nie przestawano walić w wyłom pociskami i kulami z kartaczownic, aby przeszkodzić Metysom w stawieniu czoła atakującym kolumnom i jednocześnie ułatwić tamtym dostęp do rozwalonej reduty. Nagle kanonada ucichła. Oddziały maszerujące czterema ścieżkami równoległymi do drogi połączyły się w przodzie i rzuciły się razem do ataku, poprzedzane dźwiękami nie- ustannie grających kornetów. Ludzie krzyczeli „hurra!” i wdrapywali się na zwalone ruiny, zdziwieni głuchą ciszą, która przyjęła ich nagłe wtargnięcie. Bardzo dzielni w obliczu niebezpieczeństwa, gotowi rzucić się na linię najeżonych ba- gnetów, Anglicy wykazywali pewne wahanie, zresztą bardzo krótkie, wobec zbyt łatwego sukcesu, który wydawał się zapowiadać zasadzkę. Pierwsze szeregi, trochę zbite, rozdzieliły się w biegu, aby podążać wzdłuż domów, gdzie pociski nie mogły ich tak łatwo dosięgnąć. – Ognia…! Ognia! Na całego…! – rozległ się wibrujący głos. Rozkaz zaakcentowano strzałem z karabinu. Oficer, który biegł na czele pierwszego plutonu, zwalił się ciężko z dziurą w skroni. Nagle z blankowanych domów, na wysokości człowieka, wytrysnęły podwójnym języ- kiem płomienie i dym. Rozbrzmiała seria suchych, przenikliwych detonacji, a po niej huk nie do opisania. Potem pośród białych kłębów dymu, z których wysuwały się języki ognia, zaczęli wirować ludzie w szarych wojskowych bluzach, kręcąc się, padając, biegając z gesta- mi szaleńców i wyginając się jak potępieńcy. Baptiste. 12 W  mgnieniu oka pięćdziesięciu milicjantów zostało zmasakrowanych z  bliska przez Baptiste, jego trzej synowie oraz pięciu czy sześciu Metysów, zasadziwszy się w domu winchestery. Engliszów. Toussainta, otworzyło piekielny ogień. – Śmiało, dzieci! – zachęcał stary. – Walcie z całej siły… rozstrzelać mi tych pogańskich – Śmiało…! Śmiało…! Śmierć tym psom-heretykom! „Pogańscy Englisze” byli dumnymi żołnierzami, którzy padają, ale się nie cofają. Nie- przerwanie przybywały nowe kontyngenty, i to w takiej liczbie, że Metysi wyczerpali naboje umieszczone w magazynkach powtarzalnych karabinów; poza tym broń była tak gorąca, że zaledwie dało się ją utrzymać w dłoniach. 13 Ich sytuacja zaczynała się stawać krytyczna, ponieważ potrzebowali przynajmniej cza- su, by ponownie naładować karabiny. część zaczynała już płonąć. Jeśli nie nadejdzie pomoc, zostaną odrzuceni, następnie okrążeni w domach, z których Nie wszyscy atakujący padli martwi. Ci, którzy przeżyli, nie mając nadziei na usunięcie takich przeciwników, postanowili uwędzić ich, upiec, jeśli będą się upierali przy oporze. A co robił tymczasem Louis Riel, który z kościoła obserwował przebieg walki i powi- nien wysłać pomoc? Wódz Metysów miał ze swojej strony coś bardzo ważnego do uczynienia. Szykował się do uwolnienia setki ludzi, drżących na zgiełk batalii, w której nie mogli do tej pory wziąć udziału, kiedy usłyszał krzyk „Do broni!” na drugim końcu wioski. Przeczucie mówiło mu, że stamtąd grozi niebezpieczeństwo. Generał Middleton, stary wyga, przygotował fałszywy atak, któremu towarzyszył pie- kielny hałas, aby zorganizować dywersję. Teraz okrążył wioskę i kierował swoje oddziały w inną stronę, tam, gdzie nie był oczekiwany, ponieważ znajdował się tam cmentarz, cu- downie blankowany. W tym samym czasie człowiek wysłany przez Baptiste’a poinformował wodza powstania o zdradzie Toussainta, eksplozji barykady, zagrożonej pozycji grupy zobowiązanej jej bro- nić, i usilnie prosił o pomoc. Louis Riel zrozumiał w końcu plan generała. Przez nikczemność tego łotra Toussainta przeszkoda, na której łamały się od trzech dni wysiłki nieprzyjaciela, już nie istniała. Re- gularne grupy zajmą wcześniej czy później domy, w których walczył Baptiste i jego ludzie. Od tej chwili dostęp do wioski będzie z tej strony wolny, a Metysi zajmujący kościół, plac publiczny i drugą barykadę zostaną wzięci w dwa ognie dzięki manewrowi okrążającemu wykonanemu przez generała. Przebieg wydarzeń zdawał się niestety potwierdzać, że wódz Metysów się nie mylił. Ba- toche będzie wzięte za sprawą faktu bez precedensu – zdrady franko-indiańskiego Metysa! 14 Rozdział II Wojna domowa – Biała flaga ozdobiona liliami burbońskimi godłem rewolucji – Bois Brûlés – Louis Riel – Ob- lężenie Batoche – Oryginalny pomysł François – Przysięga zemsty – Wycofywanie się – Jak „dzikusy” traktują swoich więźniów – Straszliwe nieszczęście Długa i surowa kanadyjska zima skończyła się dwa tygodnie temu. Okropne zimno, które mrozi do głębi rzeki, rozbija skały, łamie drzewa, ustąpiło bez okresu przejściowego przedwczesnej wiośnie, której temperatura zapowiadała nadejście w krótkim czasie upalne- go lata. Piątego lutego 1885 roku w Winnipeg, stolicy prowincji Manitoba, słupek termometru opadł do trzydziestu stopni poniżej zera. Czwartego maja podniósł się do dwudziestu stopni powyżej. Wystarczył tydzień, aby przekształcić zimową pustynię, której oślepiająca i monotonna biel rozciągała się nieubłaganie niczym całun bez końca na wszystko, co teraz żyło. Ziemia zmiękła i się ogrzała. Wody ruszyły. Wieloletnie rośliny wyprostowały gałęzie, drzewa zaczęły wytwarzać szlachetne soki i wkrótce budząca się natura pokazała w mgnie- niu oka swoje bogactwo ozdób pod gorącą i pobudzającą pieszczotą słońca. Jeszcze tydzień i zakwitną sady. Gałązki białe od szronu pokryją się pachnącym śnie- giem koron kwiatów; trawy przybiorą odcienie błękitu, różu i żółci; pączki będą pękały pod naporem liści. Jaskółki krążyły ze swoim słabym, uszczypliwym szczebiotem, sroki i sójki bezustannie skrzeczały, a kolibry z czerwonymi podgardlami, przybyłe już z Meksyku, ukazywały się jak rozżarzone węgielki wśród jabłoni, grusz, moreli, których kwiaty upajają je swoim uderzają- cym do głowy i subtelnym nektarem. Jeśli jednak natura świętowała w Manitobie, tej młodej i już kwitnącej prowincji Kana- dy, lub – jak tam mówią – „Mocarstwa”, nie można było tego powiedzieć o człowieku. Bolesny kontrast; człowiek, jak to mogliśmy zobaczyć, od trzech dni bił się z odda- niem pośród tych wiosennych wspaniałości. Rzecz jeszcze bardziej rozdzierająca serce niż ten kontrast: walka nieubłagana, która zakończy się bezlitosną masakrą, toczy się między braćmi…! To jest wojna domowa, najbardziej przerażająca ze wszystkich klęsk, które w tej chwili dotykały ten spokojny dystrykt. Piękna rzeka, szeroka na sto dwadzieścia metrów, niesie z południowego zachodu na północny wschód swoje głębokie wody zakłócane przez kry. Na sto szóstym stopniu na za- chód od południka Greenwich10 wygina się nieco ku północy i na 52° 30’ szerokości północ- nej napotyka ładną wioskę, cudownie blankowaną i zabarykadowaną. Rzeką tą jest Saskatchewan Południowy11, jeden z głównych dopływów jeziora Winni- peg. Wioska zamieszkana przez potomków byłych frankokanadyjskich osadników nazywała się Batoche. 10 Greenwich – dzielnica Londynu, przez którą przechodzi południk zerowy, od którego od 1883 roku liczy się długość geograficzna; wcześniej liczono długość także od południka Paryża lub Waszyngtonu. 11 Saskatchewan – rzeka w Kanadzie, w prowincjach Saskatchewan i Manitoba, powstaje z połączenia rzek Sa- skatchewan Południowy i Saskatchewan Północny; długość rzeki od połączenia wynosi 550 km, a licząc od źródeł Saskatchewanu Południowego – 1928 km; uchodzi do jeziora Winnipeg (wcześniej przepływając przez jezioro Cedar) i tym samym należy do dorzecza rzeki Nelson i zlewiska Zatoki Hudsona. 15 Dzisiaj był dwunasty maja 1885 roku12 – okrutna data dla tych wciąż ukochanych synów starej Francji. Wioska częściowo zbudowana była z kamieni, częściowo z nieociosanych pni drzew połączonych usztywniającymi poprzecznicami, dającymi konstrukcjom solidną trwałość. Na zachodzie opierała się o rzekę, która z tej strony chroniła ją od wszelkich niespodzianek. Ulice, przegrodzone do wysokości dachów barykadami, budowanymi regularnie według zasad strategii, były strzeżone przez olbrzymów o czarnych włosach i brązowych twarzach. Widzieliśmy w działaniu tych dzielnych Metysów, którzy zmęczeni poddawaniem się brytyjskiej niesprawiedliwości, powstali masowo, aby bronić pod dowództwem współziom- ka Louisa Riela swoich złośliwie nieuznanych praw. Powstanie było totalne, absolutne do tego stopnia, że usunięto barwy państwowe. W istocie, to nie angielska flaga łopotała na dzwonnicy Batoche. Aby uczynić protest jeszcze bardziej wymownym, o ile to było jeszcze możliwe, ludzie tworzący grupę zakwaterowaną we wsi zatknęli białą flagę ozdobioną złotymi kwiatami lilii, starym godłem monarchii fran- cuskiej. Był to stary sztandar, szlachetny sztandar Champlaina13 oraz Montcalma14, koloni- zatora i męczennika kanadyjskiej niepodległości, sztandar bohaterów, których pamięć jest święta dla amerykańskich Francuzów. Wzruszająca myśl podyktowała wybór tego godła prawnukom traktowanym jak dziku- sy, lżonym, wywłaszczonym przez bezczelnego najeźdźcę; cofała ich do czasów, kiedy przod- kowie walczyli do ostatniego tchu i w chwale padali za wolność. Na wschód od Batoche, gdzie w imię prawa i sprawiedliwości sprawował władzę Louis Riel, w odległości jakiegoś tysiąca metrów znajdował się okopany obóz zajęty przez regu- larne oddziały: piechotę, artylerię oraz kilka szwadronów lekkiej kawalerii, dostarczonych przez konną policję. Głęboka fosa oraz wysokie i masywne palisady otaczały ten rejon z bramami broniony- mi przez działa, obok których zawsze stali ładowniczy. Posterunki były podwojone, wartownicy ukryci. Patrole zwiadowców nieustannie przeszukiwały okolice, dokładnie przemierzane przez oddziały kawalerii. Ciężką tę pracę czynili niebezpieczną powstańcy skupieni w głębi rifle pits15, dziur, gdzie się ukrywali, aby strzelać, dziesiątkując okrutnie wielkie wojsko. Połowa mężczyzn zdolnych do pracy – w obozie znajdowało się wielu rannych – odpoczywała, pod- czas kiedy inni czuwali. Pięć tysięcy żołnierzy generała Middletona, głównego dowódcy armii kanadyjskiej, czując zbliżanie się decydującej akcji, przygotowywało się do niej z zapałem zmieszanym z gniewem. Istotnie, mieli do pomszczenia kilka poważnych porażek zadanych przez nie- przyjaciół, mniejszych liczebnie, ze słabszym uzbrojeniem, dyscypliną, pogardliwie nazywa- nych dzikusami przez Anglików i oddane im dzienniki. 12 1885 roku – u L. Boussenarda: 1883 roku. 13 Samuel de Champlain (ok. 1567-1635) – francuski podróżnik, odkrywca, kolonizator Kanady, pierwszy guber- nator, zwany „ojcem Nowej Francji”; kontynuował odkrywcze dzieło Jacques’a Cartiera, jednocześnie prowa- dząc intensywną akcję kolonizacyjną i tworząc podstawy francuskiej dominacji w Ameryce Północnej. 14 Louis-Joseph de Montcalm-Gozon (1712-1759) – markiz de Saint-Véran, francuski generał, uczestnik wojny w koloniach amerykańskich (brytyjska wojna z Indianami i Francuzami); poległ, broniąc Quebecu przed An- glikami. 15 Rifle pit (ang. strzelecki dół) – jeden z typów pozycji obronnej, zastosowany podczas wojny secesyjnej w Ame- ryce: osłonięta dziura lub krótki wykop, będące stanowiskiem strzelców wyborowych. 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Piekielny Wąwóz. Część I. Pomścić ojca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: