Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00295 004748 14459768 na godz. na dobę w sumie
Pierwsze sześć kropli - ebook/pdf
Pierwsze sześć kropli - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 397
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4050-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Powieść o losach grupy wampirów, których tak naprawdę łączy więcej, niż oni sami kiedykolwiek przypuszczali. To nigdy nie chodziło tylko o przekleństwo. To zawsze było coś o wiele ważniejszego.

 

Główną bohaterką jest Lena Forneus - zwykła, szara, młoda kobieta, która pewnego dnia udaje się na przyjęcie organizowane przez jednego z kontrahentów agencji reklamowej, w której pracuje. Ta noc na zawsze zmieni jej życie. Ona nie lubi nikogo. Zawsze była sama. Co więc zrobi, gdy nagle okaże się, że świat to nie tylko jej małe mieszkanie i wspomnienia o rodzinie, którą kiedyś miała?

Lecz niech to ona sama opowie Wam o tym, co tak naprawdę się potem stało.

Emanuel Abreay, to kolejny główny bohater - od dwustu lat krąży po świecie jako wampir. Cyniczny i zimny. A jednak gdzieś w środku nadal tli się w nim coś, o czym chciałby zapomnieć. Nie chciałby pamiętać o tym, że ma uczucia, bo uczucia te oznaczają dla niego ból. A on bólu już nie chce. Zaznał go więcej niż potrzeba było. Tylko czy mu się uda nie pamiętać? Zresztą najlepiej będzie gdy sami dowiecie się co ten facet ma do powiedzenia. A czasem ma naprawdę wiele.

Tych dwoje ściga przeszłość. Muszą też stawić czoła teraźniejszości, która niezbyt im się podoba. A i przyszłość wydawać by się mogło, iż nie ma zamiaru podążyć w takim kierunku, w jakim by oni sobie tego życzyli.

W dodatku pojawia się ktoś, kto wcale nie ma zamiaru ułatwić im życia.

Życie już z samego założenia nie jest wcale proste. Krew, to coś co je podtrzymuje a jednocześnie może stać się początkiem końca. Uczucia też są skomplikowane i niełatwo sobie z nimi poradzić.

Najgorsze jednak ma dopiero nadejść.

Pewnej nocy przyjdzie im podjąć decyzję, która zmieni wszystko.

Czy te odwiedziny to początek lepszej passy, czy też może koszmaru większego, niż Lena i Emanuel mogliby sobie wyobrazić?

Możesz uciekać, lecz i tak nigdy nie schowasz się przed samym sobą...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł „Pierwsze sześć kropli” Autor Alicja Górniak Korekta Alicja Górniak Opracowanie graficzne i projekt okładki Alicja Górniak Wydanie I ISBN 978-83-272-4050-7 Copyright © 2013 by Alicja Górniak Wszelkie prawa zastrzeŜone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaŜy. 2 ALICJA GÓRNIAK Pierwsze sześć kropli Tom pierwszy trylogii: KREW śYCIA 3 Spis treści: Prolog ...................................................................................................................................... 8 Pierwsza kropla krwi – Dzień i noc .................................................................................... 16 ** Zepsuty wieczór ................................................................................................................ 36 ** Omamy ............................................................................................................................. 42 * Co się stało? ....................................................................................................................... 45 ** Vendetta – wybawca z przypadku .................................................................................... 50 * Odór śmierci ...................................................................................................................... 61 * Kawę, albo coś takiego… .................................................................................................. 65 * Klaudia .............................................................................................................................. 66 * Przyjemność ponad wszystko ............................................................................................. 68 * Carpe noctem ..................................................................................................................... 74 ** Czy to świat się zmienia, czy tylko ja? ............................................................................. 78 * Rozpalona .......................................................................................................................... 92 * Czy ja zwariowałam? ......................................................................................................... 94 * Gdybanie ............................................................................................................................ 98 ** Niech szlag trafi to wszystko! ........................................................................................... 99 * Kiedyś było miło, lecz chyba się skończyło ...................................................................... 105 ** Emanuel ......................................................................................................................... 117 Druga kropla krwi – Zło i truskawki ................................................................................. 123 ** Bogini i bluźnierstwo ..................................................................................................... 124 ** Walc ............................................................................................................................... 131 * Niespodzianka?................................................................................................................. 143 * Raz kozie śmierć ............................................................................................................... 151 * Torebka ............................................................................................................................ 154 ** Odrobina radości ........................................................................................................... 156 ** Wampir .......................................................................................................................... 165 * PoŜegnanie ...................................................................................................................... 167 ** WitraŜ ............................................................................................................................ 170 ** Ból ................................................................................................................................. 172 * Kot ................................................................................................................................... 174 * Jak baba z babą ............................................................................................................... 178 * Dobrze jest mieć przyjaciół ............................................................................................. 181 * Diabeł nie taki straszny jak go malują ............................................................................ 182 ** Wspomnienia ................................................................................................................. 199 ** Iskry w moim wnętrzu i błyskawice pod dachem ......................................................... 209 * Złamane skrzydło ............................................................................................................ 218 * Poranek ........................................................................................................................... 225 * Kim jest ta dziewczyna? .................................................................................................. 228 * Opowiedz mi jak to było .................................................................................................. 231 * Dlaczego mnie nie chcesz? ............................................................................................. 234 Trzecia kropla krwi – Krzyk śmierci .................................................................................. 240 ** Nie tak to miało być ...................................................................................................... 257 * Zaszczepione ziarno ....................................................................................................... 262 ** Środki ostroŜności ........................................................................................................ 264 * Aleksandryt ..................................................................................................................... 269 * To wcale nie będzie miły dzień ....................................................................................... 276 * Zbyt wiele naraz ............................................................................................................. 278 * Drobny szczegół ............................................................................................................. 279 4 ** Smacznego… ................................................................................................................ 280 Czwarta kropla krwi – Zapach słońca .............................................................................. 288 ** Niepokój ........................................................................................................................ 291 * To moje miasto, więc wynoś się! ..................................................................................... 293 * Strach .............................................................................................................................. 297 ** Szum fal i wiatr we włosach .......................................................................................... 300 * Niespodziewane spotkanie .............................................................................................. 306 * Smakować głód ............................................................................................................... 309 * Dom z niebieskim płotem ................................................................................................ 312 * Smutna historia ............................................................................................................... 317 * Uśmiech Richarda ........................................................................................................... 321 * śegnaj Szkocjo ................................................................................................................ 324 * I co ja teraz zrobię? ........................................................................................................ 325 * Wszystko będzie dobrze ................................................................................................... 326 ** Namiętność .................................................................................................................... 329 Piąta kropla krwi – Szkarłatem splamiona ........................................................................ 336 ** Ja chcę bezy! ................................................................................................................. 351 * Spowiedź ......................................................................................................................... 354 Szósta kropla krwi – Cisza zapowiadająca nawałnicę ...................................................... 362 * Do samego końca ........................................................................................................... 380 ** Krew mego Ŝycia .......................................................................................................... 383 Epilog .................................................................................................................................. 396 Spis wierszy: „Przełom” ........................................................................................................................... 7 „Ja” .................................................................................................................................... 14 „Niby…” ............................................................................................................................. 17 wiersz bez tytułu ................................................................................................................. 50 „Gniazdo” .......................................................................................................................... 78 „Kim jesteś?” ..................................................................................................................... 84 „Zachód słońca” ................................................................................................................. 87 „Kruche piękno” ................................................................................................................ 105 „Doskonała szarość” ......................................................................................................... 124 „Słodka obsesja” ................................................................................................................ 131 „Bez wiary” ........................................................................................................................ 143 „Uczucie to…” ................................................................................................................... 143 „Wschód słońca” ............................................................................................................... 170 „I cóŜ Ŝe bolało” ................................................................................................................ 182 „RóŜa” ............................................................................................................................... 198 „Nocny KsiąŜę” .................................................................................................................. 225 „Galeria” ........................................................................................................................... 230 „śal poraŜki” ..................................................................................................................... 241 „Pozwól mi” ...................................................................................................................... 269 „…ć” .................................................................................................................................. 329 „PodróŜ na krańce Ŝycia i śmierci” ................................................................................... 385 „Czym jest moja miłość” ................................................................................................... 385 5 Bierzcie i pijcie z tego wszyscy, oto krople duszy mojej… z ufnością oddaję je w Wasze ręce – Lena 6 „Przełom” Narodzić się na nowo Zrozumieć to co jest proste tak lecz tonie czasem w otmętach rozpaczy która prowadzi jedynie do wrót bezsilności A przecieŜ odpowiedź jest w zasięgu ręki Tak blisko lecz niemoŜliwa czasem do odnalezienia w plątaninie szarej rzeczywistości rujnującej dziecięce sny Wystarczy uwierzyć Ŝe nie rodzimy się z góry straceńcami których dni policzono do zagłady absolutnej Bo nie istniejemy po to by cierpieć lecz by być dziećmi swymi kochanymi którym zgotowaliśmy prześwietne istnienie Rodzica… który dba nigdy nie przeklina My – musimy jedynie zaufać śe Ŝyć moŜemy tak jak tylko pragniemy a Ŝycie wówczas takim właśnie się stanie. 7 Prolog Drobna kobieta o kruczoczarnych, lśniących włosach, upiętych wysoko w ciasny kok, stała zamyślona, przyglądając się ustawionym przed nią donicom, w których rosło kilka egzotycznych kwiatów. Kruche rośliny odznaczały się niezwykłą urodą. Troskliwy wzrok Shan-Lee pieścił ich delikatne płatki, a jej dłonie bezwiednie błądziły, gładząc liście. JakŜe wielką dumą napawało ją te kilka delikatnych roślin. Stanowiły one bowiem owoc jej wieloletniej pracy. Dziewczyna, poniewaŜ nie sposób było uznać, iŜ skończyła więcej niŜ dwadzieścia lat, wkrótce miała zaprezentować swoje dokonania potencjalnemu kontrahentowi, który jak miała nadzieję zajmie się dystrybucją jej dzieci. Tak. Kwiaty od zawsze były dla niej czymś w rodzaju jej potomstwa. Shan-Lee nie mogła zostać matką, więc całą swoją macierzyńską miłość, jaką w sobie zgromadziła, przelała na świat roślin. To te miały stać się dla niej teraz tym – przez lata wyczekiwanym, ukochanym potomstwem. Nagle kobieta odwróciła się. Jakby wyczuwając czyjąś obecność. Kilka sekund później rozległo się pukanie do drzwi. Nienaturalnie prędko młoda Azjatka stanęła po drugiej stronie hotelowego pokoju, zamierzając wpuścić gościa. Oczekiwała tej wizyty. Delikatna, mała dłoń, wieńcząca rękaw wrzosowego Ŝakietu płynnym ruchem spoczęła na klamce. * * * Niemal pusty, urządzony w surowym stylu pokój spowijała poświata pełgającego radośnie ognia. Oprócz blasku ustawionych na podłodze w równy rząd grubych, białych świec, w pomieszczeniu nie było innego źródła światła. Zaledwie te kilka niewielkich ogieńków wystarczało. Właściciele domu nie przepadali za nadmierną jasnością. Pośrodku pokoju stał męŜczyzna. Zatopiony w myślach i zaabsorbowany czynnością, którą właśnie wykonywał. Jego odziane w miękkie buty stopy pewnie spoczywały na podłodze, a muskularne, ukryte pod materią czarnych, luźnych spodni nogi pozostawały szeroko rozstawione. W dłoniach człowieka, nie wyglądającego na więcej niźli trzydzieści pięć lat, 8 spoczywał mistrzowsko wykonany, lekko zakrzywiony miecz, którym ten, raz po raz wykonywał w powietrzu szybkie, precyzyjne cięcia. Ruchy jego świadczyły o tym, iŜ doskonale wiedział jak posługiwać się tą bronią. Nie były to nieudaczne próby amatora, lecz perfekcyjnie przemyślane kombinacje, w konsekwencji których ostrze wyśmienitej katany trafiało dokładnie tam, gdzie dzierŜące je dłonie zamierzały zadać swój cios. W tej chwili jednak za jego jedyną ofiarę uznać moŜna było zaledwie bezbronne powietrze. A jednak gdyby to, w jakikolwiek sposób zdołało zostać ranne, z pewnością zostałoby juŜ wielokrotnie pokonane, ustępując mistrzostwu swojego oprawcy. MęŜczyzna właśnie szybko obrócił się w drugą stronę. Podczas tego manewru jego długie, spięte w pełen elegancji kucyk, czarne włosy, zatoczyły łuk – uniesione do góry siłą towarzyszącą przemieszczeniu się samuraja. Tak, właśnie samuraja… Bo gdy tylko spojrzało się na tego człowieka nie sposób było uwolnić się od przeświadczenia, Ŝe oto spoglądało się w twarz kogoś, kto niczym ucharakteryzowany aktor wcielił się w postać herosa z dawnych czasów. A jednak męŜczyzna ten nie był wcale aktorem. W tej samej chwili, w której człowiek ów tak niewiarygodnie prędko przemieścił się, doskonałe w swym kunszcie cięcie jeszcze raz przecięło powietrze. Teraz Japończyk przez dłuŜszy czas pozostawał w absolutnym bezruchu. Nawet jego w tej chwili naga, pokryta twardymi niczym kamień mięśniami klatka piersiowa jakby zamarła, nie poruszając się nawet tyle, by dało się zauwaŜyć, Ŝe człowiek ten wciąŜ oddycha. Tak naprawdę Noritoshi Matsumura od dawna nie potrzebował juŜ powietrza. Nagle, bez ostrzeŜenia, nie poprzedzone nawet najmniejszym ruchem, który mógłby zapowiedzieć co stanie się za chwilę, ostrze katany w wyniku precyzyjnej kombinacji sztychów oraz cięć raz jeden jeszcze zraniło stającą na jego drodze przestrzeń. Równocześnie surowy do tej pory, skupiony wzrok samuraja powędrował w głąb pomieszczenia, po czym momentalnie zmiękł, padając na ustawiony na niewysokiej komodzie wazon, wewnątrz którego znajdował się wyszukany bukiet. W tym miejscu zawsze znajdowały się jakieś kwiaty. Kobieta, którą męŜczyzna ten obrał sobie na towarzyszkę Ŝycia dbała o to, by nigdy ich nie brakowało. Tego dnia, a właściwie nocy, gdy musiała go opuścić, na pewien czas udając się w podróŜ, Noritoshi zdawał się odczuwać jeszcze większą radość niŜ zwykle z faktu, Ŝe były z nim choć jej kwiaty. Bukiet stanowił coś jakby barwny pomost, który w kaŜdej chwili mógł go przenieść w miejsce, gdzie zawsze byli razem. Przypomnieć mu o tym, Ŝe ona naprawdę istnieje. Gdzieś tam. Choć nie tu, w tej chwili nie przy jego boku, to jednak Ŝyje i pozostaje integralną częścią świata, który pozostaje ich światem. Nori nie znosił gdy go opuszczała. Wielokrotnie juŜ tego wieczora zastanawiał się, czy aby słusznie postąpił puszczając ją do Europy samą. Do tej pory nigdy nie miało to jeszcze miejsca. Owszem, zdarzało się, i to nawet dość często, Ŝe to on wyjeŜdŜał, jednak ona jeszcze nigdy. Jeśli juŜ opuszczała Japonię, to tylko razem z nim, u jego boku. Zawsze przez niego chroniona. Prawdę powiedziawszy nie pochodziła ona tak jak on sam z kraju kwitnącej wiśni, gdyŜ na świat przyszła na terenie stałego kontynentu, w Chinach, jednak od wielu lat zamieszkiwała wraz z Noritoshim, choć nowocześnie i komfortowo urządzony, to jednak odznaczający się pod wieloma względami cechami tradycyjnego, japońskiego domostwa, duŜy dom znajdujący się na obrzeŜach Kyoto. Z dala od hałaśliwego tłumu. W miejscu, gdzie Ŝycie jakby zwalniało, pozbawione całej tej śródmiejskiej bieganiny. Obojgu im dobrze się tu mieszkało. Shan-Lee była nie tylko doskonałą Ŝoną, ale i teŜ uzdolnioną gospodynią. Dodatkowo stanowiła ona jakŜe cudowne oparcie dla tego powaŜnego, odpowiedzialnego męŜczyzny, 9 jakim był jej mąŜ. Noritoshi Matsumura wiele razy dziękował losowi za to, Ŝe postawił na jego drodze taką właśnie kobietę. Teraz jednak jej tu nie było. Pozostał jedynie wazon pięknych kwiatów. Kwiatów wyhodowanych i wypielęgnowanych jej własnymi rękoma. Dłonie Shan-Lee potrafiły dokonywać cudów – zmieniając zwykłe rzeczy w istne dzieła sztuki. Jednak nie tylko rośliny mogły cieszyć się jej troskliwą opieką. Wszystko, co tylko czyniła, wykonywała z prawdziwym zaangaŜowaniem, niemal pietyzmem. Począwszy od ogrodnictwa, do opieki nad domem, a w końcu i męŜem, którego kochała bardziej niŜ swoje własne Ŝycie. Jeśli jakakolwiek kobieta na świecie posiadła umiejętność całkowitego oddania się swojemu męŜczyźnie, to była tą osobą właśnie ta delikatna i niemal eteryczna Chinka. Jej miłość względem Noritoshiego była bezgraniczna. Jego własne zaangaŜowanie w ich związek nie było wcale mniejsze. Nawet jeśli męŜczyzna ten nie naleŜał do nazbyt wylewnych. Jednak nie musiał takim być, aby Shan-Lee wiedziała, Ŝe i on darzył ją podobnym uczuciem do tego, którym ona darzyła jego. I tak było od wielu lat. Z biegiem czasu nic się nie zmieniło. Para ta w tej chwili kochała się równie mocno, jak na samym początku ich związku. Choć tych dwoje spotkała na drodze Ŝycia niejedna nawałnica, to jednak podczas wszystkich tych sztormów ta rzecz wciąŜ pozostawała niezmienna – ich wzajemna miłość. Noritoshi nie Ŝałował ani jednego dnia jaki minął od tamtej nocy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy – przechadzającą się w blasku księŜyca po ogrodzie naleŜącym do jej ojca. Od tamtej chwili minęło więcej niŜ milenium, jednak w czasie tym nie zdarzył się ani jeden moment, gdy doświadczyłby on choćby cienia wątpliwości, czy postąpił słusznie czyniąc z niej swoją małŜonkę. Odwracając wzrok od bukietu samuraj wyciągnął przed siebie ramiona, w których dzierŜył broń, po czym kolejny raz zamachnął się kataną. A potem jeszcze obracając się dookoła, jakby w danej chwili przyszło mu walczyć z całą armią, zadał przeciwnikom serię precyzyjnych cięć, które gdyby rzeczywiście mogły dosięgnąć coś więcej niŜ tylko powietrze, definitywnie zakończyłyby się dla kogoś śmiercią. Jak dotąd Noritoshi Matsumura nigdy nie został jeszcze pokonany. Przynajmniej nie w bitwie. Wojny zawsze były częścią jego świata i to on je wygrywał. * * * W pokoju hotelowym panował absolutny chaos. Wszędzie widać było ślady walki. Dziewczyna nie zamierzała łatwo oddać swojej skóry. Nie lubiła przemocy, lecz teraz musiała się bronić. Chwilę temu kopnęła człowieka, który ją trzymał w krocze, po czym wyślizgnęła się mu i zwinnym ruchem, zwijając się w kłębek, potoczyła po podłodze. Błyskawicznie znalazła się obok komody. Wstała, otworzyła szufladę i wyjęła z niej coś, co było jej w tej chwili potrzebne. A jednak jej napastnik był szybki. Równie szybki co i ona sama. Prędko doszedł do siebie po ciosie, który mu zadała i teraz zdąŜył juŜ ruszyć w jej stronę. Lecz Shan-Lee była przygotowana. Odwróciła się, rozstawiła szeroko nogi, rozłoŜyła ramiona, w których trzymała wciąŜ złoŜone wachlarze. Ledwo zauwaŜalnym ruchem, otworzyła je. Nie były to jednak takie zwykłe wachlarze. Co prawda w normalnym stanie wyglądały zupełnie niewinnie. Były czarne i wyłoŜone jedwabną tkaniną, ozdobioną wzorami złotych 10 smoków o pięciu szponach, wyrastających z ich łap. Smok na jednym z wachlarzy był samcem, na drugim zaś widniała samica. Idealna równowaga sił cesarskich bestii. Shan-Lee jako córka swego ojca miała prawo uŜywać tych symboli. Wachlarze były piękne, lecz nie to stanowiło ich prawdziwą wartość. Gdy się je odpowiednio ścisnęło – z drewnianych stelaŜy wysuwały się ostrza. Cholernie ostre ostrza. Tym sposobem delikatne dodatki zmieniały się w naprawdę niebezpieczną broń. Broń, którą Shan-Lee posługiwała się z niezwykłą wprawą. Teraz dziewczyna miała przekonać się ile tak naprawdę była warta. Spojrzała na człowieka, który wolno podchodził w jej stronę. Była czujna. Potrafiła dojrzeć kaŜdy, najmniejszy nawet ruch tamtego, który mógłby zdradzić jej co zamierzał zrobić. Nie tylko ona miała broń. On takŜe wyciągnął skądś dwa długie noŜe, które wyglądały tak, jak te, które zwykło uŜywać obecnie wojsko. Długie ostrza, osadzone w czarnych rękojeściach, zakończone półksięŜycem, z ząbkowanym kantem. Mocne i niemal niezniszczalne. A jednak Shan-Lee nie czuła lęku. MoŜe i tamten był silniejszy, ona za to szybsza i bardziej zwinna. Nie zawsze w walce liczyła się wielkość. Czego się nauczyła to tego, Ŝe kaŜdego przeciwnika idzie pokonać sprytem i nieprzewidywalnością. Ten tutaj pozostawał bardziej niŜ przewidywalny. Naparł na nią brutalną siłą, robiąc zamach noŜem. Shan-Lee jednak skrzyŜowała nadgarstki, składając wachlarze w taki sposób, Ŝe zablokowały one spadający nóŜ. Przekręciła dłonie nieco w prawo, blokując broń przeciwnika, która wytrącona poleciała w bok. W tym samym czasie męŜczyzna zamachnął się drugim noŜem. Shan-Lee w porę odskoczyła, przez co cios trafił w próŜnię. Teraz to ona okręciła się wokół własnej osi, niczym baletnica robiąca piruet, po czym przykucnąwszy zadała cios, który został wzmocniony poprzez wcześniejszy zamach. Atak był szybki. Ostrze wachlarza dosięgło celu, pozostawiając głębokie nacięcie tuŜ nad pępkiem trafionego. MęŜczyzna zaklął szpetnie, lecz i tak starał się wyprowadzić kolejny cios. Taka rana nie była dla niego groźna, jedynie mocno go wkurzyła. Ciął noŜem, lecz Shan-Lee za kaŜdym razem blokowała, po czym kontratakowała swoim własnym cięciem. Nie tracąc przy tym ani odrobiny skupienia czy teŜ niezaprzeczalnej gracji, z którą się poruszała. Ona była wciąŜ cała, podczas gdy jej przeciwnik miał juŜ trzy rany. Na brzuchu, na lewym bicepsie oraz tą, która powstała w chwili, gdy Shan-Lee próbując przedostać się do drzwi, wybiła się w powietrze, przeskoczyła ponad ramieniem atakującego ją Emanuela, jednocześnie zahaczając kantem ostrza swojego prawego wachlarza policzek tamtego, pozostawiając głębokie nacięcie biegnące od oka aŜ do jego szczęki. Shan-Lee niemal juŜ dobiegła do drzwi, gdy Emanuel chwycił ją od tyłu. Nie odwracając się wbiła mu łokieć w brzuch, następnie wzięła zamach i zamierzała podciąć tamtemu gardło. Nie chciała go mocno kaleczyć, pragnęła po prostu uciec. A skoro Emanuel nie pozwalał jej tego zrobić, to nie miała innego wyjścia, jak tylko zranić go tak bardzo, by nie był w stanie jej gonić. Nie lubiła zabijać. Nigdy tego nie robiła. Teraz teŜ nie zamierzała. To Nori był w ich rodzinie tym, kto odbierał Ŝycie, nawet się przy tym nie krzywiąc. Dziewczyna wyciągnęła ramię. Wiedziała co musi zrobić. A jednak coś jej przeszkodziło. Shan-Lee zamarła w pół kroku. Nie mogła się ruszyć. Jakby została uwięziona pod postacią Ŝywej rzeźby. - No, wreszcie – usłyszała. – Nasza dziewczynka zaczęła się juŜ nudzić i wyciągnęła pazury. - Zamknij się – odparł drugi męŜczyzna, który właśnie zjawił się w pokoju. – Witam panią – teraz zwrócił się w stronę Shan-Lee. – Pozwoli pani, Ŝe się przedstawię – mówiąc to, ukłonił się. – Roger Vermount. Niestety obawiam się, Ŝe to na tyle, jeśli chodzi o uprzejmości. 11 Przystojny, lecz jednak w pewien sposób upiorny blondyn, uśmiechnął się ponuro. Vermount podszedł do dziewczyny, po czym wyrwał z jej unieruchomionych dłoni wachlarze. Shan-Lee próbowała protestować, jednak nie mogła nawet wydobyć z siebie głosu. - Tak lepiej, moja droga – powiedział. – Uwierz mi, nie będą ci juŜ one potrzebne. ChociaŜ muszę przyznać, Ŝe doceniam ich kunszt. Niemniej jednak do niczego mi się one nie przydadzą. Są raczej mało męskie. Mówiąc to odrzucił wachlarze na bok. Stanął przed Shan-Lee, po czym sięgnął w kierunku jej piersi, na której zwisał stary, złoty medalion będący pamiątką rodzinną i jedyną rzeczą, która pozostała dziewczynie po jej matce. - Za to ta rzecz, z pewnością moŜe mi się przydać. Jednym szarpnięciem zerwał medalion z szyi Shan-Lee. - Wybacz księŜniczko – powiedział. Dziewczyna kątem oka ujrzała ostrze, które bez zbędnych wstępów przebiło jej serce. W tej samej chwili siła, która wcześniej blokowała jej ruchy, opadła. Shan-Lee opuściła ręce i chwyciła się w miejscu, w którym Vermount zadał swój cios. Burgundowa kałuŜa krwi rozlewała się coraz to większym okręgiem, otaczając drobną dziewczęcą sylwetkę. Z ciała odzianego w jedwab barwy wrzosów uchodziło Ŝycie. Z kaŜdą kroplą posoki – sączącej się z rozległej rany – ulatywała kolejna cząstka istnienia Shan-Lee. Choć dziewczyna była silna, to jednak z tak wielkim i głębokim zranieniem nie potrafiła w Ŝaden sposób sobie poradzić. Zaledwie kilka sekund wcześniej mogła jedynie bezradnie przyglądać się temu, jak pozbawiona wszelkiej nadziei słabnie, by w końcu upaść na podłogę, niezdolna nawet do tego, by dłuŜej ustać na własnych nogach. Krew wypływała zbyt szybko i nazbyt obfitym strumieniem, by Shan-Lee dała radę cokolwiek zrobić. Czuła, Ŝe umiera. Nie było kogo prosić o pomoc, bo nie było w pobliŜu niej nikogo, kto mógłby jej tej pomocy udzielić. MęŜczyzna, który stał obok nie był przyjacielem. On był tym, który ją zdradził. Choć wcześniej dziewczyna pewna była tego, iŜ nie moŜe umrzeć, to jednak Shan-Lee zrozumiała, Ŝe teraz czekała ją śmierć. I to nawet nie dlatego, Ŝe była rana. To, Ŝe traciła krew rzeczywiście ją osłabiło, lecz nie mogło zabić. To ten człowiek. Choć uchodził za jej przyjaciela, ostatecznie okazał się być jej katem. Sprowadził ją tu, by Vermount mógł ją wykończyć. - Dlaczego? Powiedz mi dlaczego? Shan-Lee z wyrzutem spojrzała w oczy Vermounta – męŜczyzny, który ją zranił. - Uwierz mi, to nic osobistego – odparł. – Po prostu nie podoba mi się twoje drzewo genealogiczne. Twój pech, Ŝe urodziłaś się nie temu, co potrzeba. - Moi rodzice nie Ŝyją od więcej niŜ tysiąca lat. Co mogą mieć z tym wspólnego? – spytała Shan-Lee. - Tak ci się wydaje? Biedne dziecko. Nawet własna matka postanowiła cię olać. - Moja matka zmarła wydając mnie na świat. - Tak ci powiedziano? Litości. Mogli wymyślić nieco lepsze kłamstwo. - To ty jesteś kłamcą. I mordercą. - Ja tylko wyrównuję rachunki i robię porządek. Tacy jak ty nigdy nie powinni byli się rodzić. Jesteście kpiną dla bogów. Niczym więcej jak tylko zanieczyszczoną krwią. Grzechem, który zamierzam wymazać. - Emanuelu, pomóŜ mi. W imię naszej przyjaźni. 12 Dziewczyna spojrzała w stronę drugiego z męŜczyzn. - Przykro mi. – Zaśmiał się blondyn. – Ale on robi tylko to, co mu kaŜę. - Wybacz księŜniczko – powiedział brunet, patrząc na nią przepraszająco. – On ma rację. Tu chodzi o coś więcej, niŜ tylko o ciebie, czy o mnie. Teraz wybacz mi, ale to trochę przykre. śegnaj piękna. Podszedł do dziewczyny, pochylił się, pocałował ją w czoło, po czym wyszedł, zostawiając ją samą z potworem, który nie miał zamiaru okazać jej nawet odrobiny litości. Shan-Lee widziała jak spręŜystym krokiem podchodzi do okna, by gdy tylko znalazł się dość blisko, szybkim ruchem szarpnąć zasłonę. Tą, która do tej pory swoją gęstą, grubą materią, szczelnie osłaniała pokój od napływu strumienia ostrego, śródziemnomorskiego, słonecznego światła. Ono, pomimo tego, Ŝe chyliło się juŜ ku zachodowi, to jednak wciąŜ nieubłaganie sączyło się wprost z nieba nad Atenami. Teraz męŜczyzna, stanąwszy wpierw sam tuŜ przy ścianie, zwaŜając na swoje własne bezpieczeństwo, z dala od promieni, które i dla niego oznaczałyby śmierć, z wymalowanym na twarzy wyrazem zawierającym w sobie nieprzebrane zasoby okrucieństwa, z zadowoleniem przyglądał się temu, co właśnie uczynił. W jego dłoni wciąŜ spoczywało narzędzie zbrodni – krótki, szczerozłoty, bardzo stary, lecz wciąŜ ostry sztylet oraz złoty medalion, który kat wcześniej zerwał z szyi Shan-Lee. - Wybacz najdroŜszy – z gardła dziewczyny wyrwało się pozbawione sił westchnienie, po czym z jej oczu popłynął strumień łez. Łez naznaczonych niewypowiedzianym cierpieniem. Słowa te nie były skierowane do jej oprawcy. Mówiła do kogoś, kogo tak naprawdę wcale tu nie było. Do kogoś, kto w Ŝadnym wypadku nie mógł jej usłyszeć. - Wybacz, Ŝe cię opuściłam – dodała jeszcze słabszym głosem niŜ wcześniej. Wiedziała juŜ, Ŝe to koniec. Ostateczny. Gdy tylko na Shan-Lee padły pierwsze promienie słońca, jej bezbronne ciało stanęło w ogniu. Poczuła niewyobraŜalny ból. Rana na jej piersi była niczym w porównaniu do agonii, która zalała ją całą w chwili, gdy jej skóra zaczęła płonąć. Z jej gardła wydobył się krzyk. Lecz gdy tylko otworzyła usta, zdała sobie sprawę z tego, Ŝe ogień przedostał się takŜe do jej wnętrza. Nie było niczego więcej prócz owej agonii. Agonii i bólu. PrzeraŜającego i niewyobraŜalnego bólu. Shan-Lee końca. Jakby przez mgłę usłyszała ciche „nie”. Ciche w jej duszy, choć w rzeczywistości wykrzyczane. Wykrzyczane w cierpieniu niemal tak wielkim, jak jej własne. Z wolna spalające się serce Shan-Lee przepełniła jeszcze większa gorycz, niŜ ta wynikająca z faktu, Ŝe umierała. A jednak chwilę później nie czuła juŜ niczego. Ból odszedł. Tak jak i ona odeszła. Pozostał tylko medalion w ręku wroga i krzyk męŜczyzny. MęŜczyzny, który upadłszy na podłogę klęczał, wyciągając przed siebie ramię, próbując pochwycić coś, czego pochwycić nie dał rady. Obok niego leŜał porzucony w przypływie nagłej rozpaczy zakrzywiony miecz. - Nie! – raz po raz powietrze miast ostrza przeszywało przesiąknięte bólem słowo. – Nie! Nie! Shan-Lee! Nie! cierpienie dobiegło wreszcie chciała tylko, by 13 „Ja” Myśli kotłują się w mojej głowie Uczucia kłębią się niczym węŜe poplątane Tak wiele uczynić bym chciała Lecz nie mogę WciąŜ i wciąŜ coś staje mi na przeszkodzie Okoliczności - to tak wygodnie brzmi śycie - je zawsze winić moŜna Brak szczęścia - dobra wymówka Ja tak nie chcę Lecz mimo to coś wciąŜ nie pozwala mi działać bym stała się tym kim powinnam być lub chociaŜ pragnęłabym się stać Choć Ŝałosna – głowę podnoszę bo wiem bo liczę na to Ŝe kiedyś… MoŜe ktoś MoŜe los MoŜe samo Ŝycie pokaŜą Ŝe to ja rację miałam MoŜe kiedyś bieganina bezowocna sensu nabierze MoŜe uzna ktoś Ŝe jednak osoba moja dziwną będąc w sposób jakiś do budowy świata przyczynić się zdołała Tak pragnę być jego częścią lecz taką tylko która znaczenie miałaby jakieś Nie chcę zginąć w tłumie zadeptana I jeśli spytasz mnie jaki los sobie wymarzyłam odpowiem… wolałabym stać się powietrzem krąŜącym ponad tym wszystkim. 14 UwaŜajcie na siebie, bo nigdy nie wiadomo, gdy zdarzy się chwila będąca właśnie tą, która stanie się początkiem reszty Waszego Ŝycia! Wyświechtane? Nigdy. Uwierzcie – to się zdarza! 15 Pierwsza kropla krwi Dzień i noc 16 „Niby…” Niby jest wszystko Niby szczęśliwa Niby jest dobrze Niby… Czegoś brak czasem Dzień za dniem mija Niby godzę się na to Niby nie pragnę juŜ Niby potrafię Ŝyć Niby… Kogoś brak czasem I dzień za dniem mija Niby idę gdzie trzeba Niby ludzie są ze mną Niby wiele juŜ mam Niby… Ciebie brak czasem Choć dzień za dniem mija Niby… … Kim jesteś Ŝe choć… Niby nigdy nie byłeś Niby nie wiem czy będziesz Niby nawet czy jesteś – wątpliwe Niby… Tak mi Cię brak czasem A dzień za dniem mija. 17 Cicha muzyka spowijała wielką salę delikatnymi tonami. Była wszędzie, lecz dokładnego kierunku, z którego dobiegały dźwięki, trudno było się domyślić. Mozart grał dobywszy magicznego fletu. Ludzie snuli się tam i z powrotem, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. To przystawali pogrąŜając się w rozmowie, to podąŜali dalej, szukając miłego sobie towarzystwa. „Po co tu przyszłam”? Przez głowę wciąŜ przetaczała się uporczywa myśl. Podszedł kelner psując tym samym moją samotność. Na błyszczącej tacy niósł pełne kieliszki skrzącego się w świetle drogich lamp wina. Białe. Nie lubię białego. CóŜ, niech będzie. Młody męŜczyzna stanął wdzięcząc się nie wiadomo w jakim celu. CzyŜby dla mnie? Wyćwiczonym gestem podał mi trunek. Uczynił to dłonią odzianą w białą materię rękawiczki. Nawet elegancko. - Dziękuję. – Padło z moich ust zdawkowe podziękowanie. W odpowiedzi na co on lekko, prawie niezauwaŜalnie ukłonił się i wolno, przesadnie moim zdaniem dystyngowanie, odszedł w kierunku następnego gościa. Teraz kieliszek trafił się jakiejś starszej pani. Ukradkiem obserwowałam jak w sumie obojętny mi kelner podchodził do kolejnych, mających równie niewielkie dla mnie znaczenie, osób. Nawet przystojny, młody blondyn. Przyglądałam się mu, bo nie miałam Ŝadnego ciekawszego zajęcia. Przypomniałam sobie o winie. Podniosłam trunek do ust, po czym skosztowałam go. Taki sobie. W sumie nie znam się na winach. W tym przypadku nie mogłam jednak stwierdzić by było najlepszego gatunku, ale fakt – nie było znowu takie złe. Łapczywie wypiłam do końca. Byłam spragniona. Ponownie, ten sam kelner, przemknął obok mnie. Niósł pustą juŜ w tej chwili tacę. Równie szarmanckim gestem co przedtem odebrał mój, pozbawiony juŜ w tej chwili zawartości, kieliszek i postawił go na srebrnej paterze, która pewnie spoczywała na jego nieruchomej dłoni. - Czy Ŝyczy sobie pani kolejny kieliszek? – spytał pomimo, iŜ dość niskim, to jednak melodyjnym głosem. - Nie dziękuję – odpowiedziałam bez zastanowienia. Otrzymawszy odpowiedź, odszedł. Znów mnie opuścił. ZdąŜyłam jednak pośpiesznie odczytać widniejące na przypiętej do jego piersi plastikowej plakietce imię. Leon. Mało spotykane dziś imię. Upokarzające. Jedyna osoba w tym miejscu, której toŜsamość była mi znana, to kelner. Dziwne i przeraŜające zarazem. Lecz czy pragnęłam znać kogokolwiek? Prowadzona nagłym impulsem postanowiłam udać się głębiej, w kierunku środka sali. Podczas mojego przemieszczania wtórowały mi, dodając moim krokom stanowczości urywane, skocznie wygrywane przez orkiestrę smyczków dźwięki następującego w tej chwili przyśpieszenia tempa. Jakby specjalnie dla mnie uwertura nabrała w tym momencie dodatkowej mocy. Tyle, Ŝe w moim przypadku nie zapowiadała początku Ŝadnej baśni. Nie byłam przecieŜ Paminą a i Ŝaden Tamino nie śpieszył mi ze swoim desperackim ratunkiem. JuŜ bardziej mogłam przypominać sfrustrowaną Królową Nocy. Mimo to ten przepiękny wstęp do mozartowej opery, w jakiś sposób dodał mi otuchy i stanowczości. Choć Austriak nie był nigdy moim ulubionym kompozytorem, to jednak jego dziełom w Ŝaden sposób nie mogłam odmówić, niezaprzeczalnego skądinąd, kunsztu. Do tej pory stałam asekurancko tuŜ przy drzwiach, jakbym bała się zatopić głębiej. Trwałam w tym miejscu od czasu gdy tu przyszłam, wciąŜ gotowa by w kaŜdej chwili uciec. Teraz, prawdopodobnie ośmielona wypitym właśnie winem, które przyjemnym dreszczykiem rozlało się po moim ciele, postanowiłam zatopić się pomiędzy ludzką masę, która wciąŜ 18 kłębiła się i kotłowała pośrodku przestronnego hallu. Mijałam coraz więcej bawiących się wokół mnie osób. Zewsząd otoczona ciałami, podąŜałam prowadzona to podnoszącymi się, to opadającymi głosami mijanych ludzi. Wokół mnie spośród dominujących smyczków przebijała się przejmująca melodia wygrywana na flecie – tytułowym instrumencie, towarzyszącym charakterystycznemu temu akurat utworowi głosowi oboju. Podeszłam do szerokich, prowadzących na górę schodów. Obite czerwoną materią wyglądały nader okazale. Postanowiłam iść w górę. Prawą dłonią podtrzymując długą, ciągnącą się po ziemi suknię, lewą natomiast układając na masywnej drewnianej poręczy, wspinałam się stopień po stopniu. Coraz wyŜej. I tu pełno było ludzi. WciąŜ mnie mijali. Dotarłszy na górę ponownie spotkałam dobrze mi juŜ znanego kelnera. Tym razem gdy spytał mnie czy mam ochotę na drinka odpowiedziałam twierdząco. Idąc wzdłuŜ okalającej główną salę galerii popijałam to samo co przedtem wino. Teraz wydało mi się jakieś lepsze. Nieśpiesznie rozkoszowałam się jego smakiem. Znów zastanawiałam się co spowodowało, Ŝe nie wykręciłam się jakoś, gdy niespodziewanie otrzymałam od mojego szefa to jakŜe bezsensowne zaproszenie. Coroczny bal organizowany przez zarząd firmy, z którą moja agencja podpisała ostatnio niezwykle korzystny, z naszego punktu widzenia, kontrakt. Dziwnym zbiegiem okoliczności tydzień temu jedna z kilku eleganckich kopert trafiła w moje ręce. Pan Roler rozdał je wśród swoich jak to określił „wybitnie oddanych pracowników”. „No tak droga Leno” przemknęło mi przez myśl. „Zdecydowanie jesteś oddaną pracownicą” pomyślałam gorzko. „Twoje Ŝycie składa się praktycznie jedynie z tych chwil, gdy ślęczysz nad nigdy nie ubywającą stertą papierów, które musisz bezustannie sprawdzać, zanim zostaną one rozesłane po całym wielkim świecie. To ty czytasz je wszystkie, bez końca poprawiasz błędy i przepisujesz tylko po to, Ŝeby ci wszyscy analfabeci, którzy je napisali, nie musieli się później wstydzić. Tylko do tego przydają się tobie dzisiaj te wszystkie lata, spędzone na pochłaniających twój cenny czas młodości, studiach. Filologia. Miałaś wielkie plany. Poezja, sztuka… pisana przez duŜe S. Dnie i noce wypełnione ciągłą nauką procentują ci dzisiaj, miast wielkich literackich dzieł, które miałaś nadzieję tworzyć, idealnie sformułowanymi ofertami handlowymi i innymi równie doniosłymi bzdurami. Brawo! Jesteś doprawdy wielka”! Kołatały mi się uparcie po głowie niezbyt przyjemne rozwaŜania. „Doradca od spraw cenzury – wymarzona dla ciebie praca”. Tak. Stanowisko to zostało wymyślone przez mojego szefa tylko dlatego, Ŝe jemu samemu nie chciało się czytać tej sterty rozmaitych papierów. A tak, ten niemiły obowiązek, spadał miast na niego samego, na mnie. Całkiem sprytne i wygodne, muszę przyznać. Niestety, gdy przyjęłam się do pracy okazało się, Ŝe moje umiejętności językowe nie wystarczą. Z czasem bowiem zaczęto obciąŜać mnie wszelkimi moŜliwymi dokumentami, jakie tylko przechodziły przez gabinet szefa. W związku z moim altruistycznym zaangaŜowaniem, jakim odznaczało się wszystko to, co robiłam, stałam się takŜe zapasową sekretarką i kaŜdym innym pracownikiem, który w danej chwili był potrzebny, a jakiego nie było akurat pod ręką. Ja byłam zawsze. Zakres moich obowiązków ciągle i nieprzerwanie tak rozszerzał się jak i wciąŜ ulegał modyfikacji, przebiegającej jednakowoŜ raczej w kierunku zwiększenia, nie zaś zmniejszenia ilości zadań, których wykonanie zlecało się właśnie mi. To wymogło na mnie przymus zapoznania się z zagadnieniami biurowości, więc chcąc nie chcąc, musiałam jeszcze skończyć szereg ekonomicznych kursów. I znowu zaczęło się ślęczenie nad ksiąŜkami. W dzień praca, w nocy i w weekendy nauka. Najgorsze było to, Ŝe wcale mnie to nie interesowało. Ja kochałam przecieŜ sztukę – poezję, muzykę i wszystko to, co tylko człowiek mógł stworzyć uŜywając swojej wyobraźni. W ekonomii nie było niczego romantycznego. 19 CóŜ, w moim Ŝyciu takŜe nie szło dopatrzeć się niczego takiego. Romantyzm był dla mnie niczym innym, jak tylko pojęciem, określającym mój ukochany okres, gdy Ŝyli i tworzyli tak wielcy ludzie jak Goethe, Byron, Mickiewicz, Puszkin, Victor Hugo czy chociaŜby Chopin, Wagner, Goya, Delacroix i wielu, wielu innych, których tak bardzo ceniłam. I tu nagle te wszystkie wielkie nazwiska spotykały się z moją rzeczywistością. Realnym Ŝyciem. JakŜe pozbawionym wszystkiego tego, za czym tak bardzo tęskniłam. Ekonomia, sterty dokumentów i kolorowe reklamy najnowszej linii kosmetycznej, czy teŜ płatków śniadaniowych. Pokryta choć krzykliwymi, to jednak tak bardzo pustymi barwami, szara codzienność. Prawdą jednak było, Ŝe moja praca miała takŜe pewnego rodzaju drugie dno. To właśnie ono sprawiało, Ŝe mój wkład w funkcjonowanie naszej agencji był tak znaczący, choć całkowicie anonimowy i w Ŝaden sposób obecnie nie doceniony. Być moŜe dzięki skończonym studiom, lub teŜ w wyniku wrodzonych zdolności, tego nie jestem pewna, miałam pewne językowe umiejętności w dziedzinie nietypowego łączenia słów. Zdarzało mi się czasem powiedzieć coś, co później zostało wykorzystane jako hasło reklamowe, czy teŜ slogan towarzyszący akcji promocyjnej. Czasem mój szef przychodził do mnie i rzucając jakiś temat czekał na moje skojarzenia. W wyniku tych zabiegów nierzadko wychodził z jakimś potrzebnym mu w tej chwili sloganem, lub teŜ innym hasełkiem, które akurat zamierzał zdobyć. Podczas, gdy ja sama nie bardzo wierzyłam w swój talent, to jednak pan Roler najwyraźniej pozostawał pod jego wraŜeniem. Proponował mi nawet swego czasu przejście bezpośrednio do działu reklamy, jednak ja odmówiłam. Nie wyobraŜałam sobie pracy na tak eksponowanym stanowisku. Ja wolałam ciszę mojego małego biura. Jeśli była ku temu potrzeba, mogłam słuŜyć swoją pomocą, jednak nie pragnęłam krzykliwego sukcesu. Myślę, Ŝe i mój szef ucieszył się z tego, iŜ dzięki mojej rezygnacji z awansu, utrzymał mnie na owym, jakŜe przydatnym mu stanowisku swojej cichej „prawej ręki”. Tak. Myślę Ŝe moŜna powiedzieć, Ŝe byłam oddana swojej pracy. Ale jakim kosztem? Kosztem własnego Ŝycia, którego nie miałam? Kosztem rezygnacji z marzeń? Czasami zastanawiam się jakby to było, gdybym umiała się jakoś temu wszystkiemu przeciwstawić. Co wówczas by się stało? Szybko jednak odpędzam od siebie takie rozwaŜania. Za kaŜdym razem, gdy tylko pojawiają się w mojej głowie, podjudzając mnie do buntu, tłumię je. Buntować się nie umiem i umieć raczej nie chcę. Robię to, czego chcą ode mnie ludzie. Zawsze i wszędzie. Taka juŜ jestem. Wiecznie zapracowana i wiecznie samotna, wśród całej tej gromady obcego mi tłumu. Osób, które nawet nie starają się mnie poznać. MoŜe nawet im na to nie pozwalałam. Bo w sumie co mogliby mi oni zaoferować? Nic. Zupełnie nic, czego mogłabym pragnąć. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, Ŝe moŜe powinnam kupić sobie kota. Wówczas miałabym chociaŜ dla kogo Ŝyć. Ktoś byłby w końcu mój i kochał mnie bezinteresownie. Bez całego tego zamieszania i niepotrzebnego szumu. A jednak tego nie zrobiłam. Moje mieszkanie wciąŜ wita mnie bezkocią pustką. Właśnie zmieniła się muzyka, wyrywając mnie tym samym z zadumy. Mozart zamilkł. Nastał koniec tego tak bardzo przesyconego bajkowością utworu. Z niewidzialnych głośników dobiegały dźwięki nieznanej mi melodii. Nawet mi się podobała. Szkoda, Ŝe nie wiedziałam cóŜ to takiego było. Widać moja muzyczna edukacja miała jednak spore braki. Koledzy z pracy wciąŜ się jeszcze nie pojawili. Nadal byłam tu całkiem sama. Oprócz „mojego” kelnera nie znałam nikogo. ChociaŜ czy fakt, Ŝe przeczytałam jego imię sprawiał, Ŝe przez to stał mi się bliŜszy? 20 Dlaczego zawsze wszędzie musiałam pojawiać się przed wszystkimi? Odruchowo obróciłam głowę poprzez balustradę zerkając w kierunku drzwi wejściowych. Nie. WciąŜ ich tu nie było. W sumie wcale na nich nie czekałam. Nic to nie zmieni gdy się tu zjawią. W pracy nigdy nie cieszyłam się duŜą popularnością. Rozmawiałam z niewieloma z moich kolegów. Przebojowe kobiety, których pełno było w mojej agencji reklamowej były mi obce. A męŜczyźni… CóŜ, ich zawsze starałam się unikać. Wprawiali mnie jedynie w zakłopotanie. Nie potrafiłam odnaleźć się w ich towarzystwie. Czułam się niezręcznie za kaŜdym razem, gdy tylko któryś z tych pachnących drogimi wodami po goleniu, zadufanych w sobie przystojniaków, niosąc pod pachą jakieś pilne dokumenty, pojawiał się w moim małym pokoiku, rujnując tym samym moją intymność. Ze wszystkimi łączyły mnie jedynie bardzo formalne stosunki zawodowe. Tak chłodne i oficjalne, jak tylko było to moŜliwe. Robiłam swoje, bez całego tego niepotrzebnego zamieszania wokół mojej osoby. Niewielu mnie zauwaŜało i było mi z tym dobrze. Nie pragnęłam szumu. Tak w Ŝyciu jak i w pracy. WciąŜ stałam oparta o drewno balustrady. Z góry obserwowałam tłoczących się na dole ludzi. MęŜczyzn w eleganckich smokingach i wyszukanych garniturach, oraz ich towarzyszki w wysmakowanych kreacjach, kryjących nierzadko pod spodem metki znanych projektantów mody. Przed chwilą odruchowo wygładziłam wyimaginowane zagniecenia na mojej granatowej sukience, którą kiedyś, pod wpływem nagłego impulsu, kupiłam w butiku mieszczącym się niedaleko mojej pracy. Sklepik znajdował się tuŜ za rogiem. W wąskiej uliczce, którą zwykłam była spacerować za kaŜdym razem, gdy w agencji coś wytrąciło mnie z równowagi. Wychodziłam wówczas na ruchliwą ulicę przy której mieściło się nasze biuro i szybko przemykałam w kierunku znanych mi dobrze okolic. Zawsze gdy tylko znajdowałam się wreszcie na tej uliczce miałam uczucie, jakbym wstępowała do innego świata. Za mną pozostawał gwar wielkiego miasta. Tutaj wszystko było spokojniejsze, mniejsze i bardziej przyjazne. W koronach niskich drzew które tu rosły, barwiąc swoją zielenią szarą materię zakurzonej asfaltowej ulicy, ćwierkały przez większość roku wróble, kojąc w ten sposób moje zszargane nerwy. Któregoś razu zamyślona przystanęłam przed wystawą sklepową, na której piegowata, ruda ekspedientka mocowała się z manekinem, próbując ubrać go w połyskującą srebrnymi haftami, granatową suknię. Stałam i obserwowałam jak dziewczyna poprawiała wąskie ramiączka, które wciąŜ zsuwały się z ramion plastikowej kobiety. Coś sprawiło, Ŝe zapragnęłam ubrać się w tą sukienkę. Wyglądała jak noc. Srebrne małe kwiatki przypominały mi rozsiane po wieczornym niebie gwiazdy. Nogi same poprowadziły mnie w kierunku niskich schodków, które trzeba było pokonać, aby znaleźć się w niewielkim, słabo oświetlonym sklepiku. JakŜe róŜnym od wielkich i jasnych salonów przy głównej ulicy, które swoim przepychem przyciągały bogatą klientelę. Tutaj wszystko było inne. Majętne damy pewnie nieczęsto tu zaglądały. - Dzień dobry. Czy mogę pani w czymś pomóc? – Do mojej świadomości dotarł głos rudej ekspedientki, która właśnie na koci sposób zeskoczyła z podwyŜszenia, pozostawiając wciąŜ nie do końca ubraną etylenową blondynkę. Stanęła tuŜ obok mnie i z uśmiechem oczekiwała na moją odpowiedź. - Chciałabym kupić tą sukienkę – odparłam wskazując palcem na wystawowe okno. - AleŜ oczywiście, juŜ ją pani pokazuję. Dziewczyna odwróciła się ode mnie i podąŜyła w kierunku ekspozycji. Chwilę trwało nim uporała się z materią plączącą się wokół rozłoŜonych palców rąk manekina. - Ojej! – wykrzyknęła ekspedientka, niosąc w moim kierunku wypatrzony przeze mnie fatałaszek. – Niestety, chyba nie będę jej mogła pani sprzedać. 21 Pokazała mi kilkucentymetrową dziurę, która znajdowała się teraz na boku sukienki. Na wysokości biodra. - Musiałam zahaczyć szwem o manekina. Sukienka jest uszkodzona – powiedziała z Ŝalem w głosie, ale zaraz na jej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech i dziewczyna zaproponowała: - MoŜe jednak by pani rozejrzała się po naszym sklepie i wybrała sobie coś innego. Chwilę milczałam i zastanawiałam się nad tym, co powinnam zrobić. Suknia Królowej Nocy tak bardzo kusiła mnie migocącymi srebrem gwiazdami, połyskującymi na tle granatowego firmamentu. - Mimo wszystko chciałabym właśnie tą – odparłam stanowczo. - Ale ja nie mogę sprzedać pani uszkodzonego towaru. – Ekspedientka nie dawała za wygraną. – Gdyby moja szefowa się o tym dowiedziała… - Nie dowie się – przerwałam jej. – Dziura jest niewielka, więc mogę ją sobie sama zaszyć – przekonywałam. Piegowaty rudzielec zastanawiała się co powinna zrobić. Chwilę stała przede mną, usiłując znaleźć sensowne rozwiązanie. - To ja moŜe lepiej zadzwonię do szefowej i spytam co ona o tym myśli – odparła po dłuŜszym zastanowieniu. - Jak pani chce – powiedziałam obojętnie. Ekspedientka szybkim krokiem podeszła do lady, za którą prawdopodobnie znajdował się telefon. Rzeczywiście, kilka sekund później podniosła czarną, niemal całkiem płaską, komórkę. Szybkim ruchem kciuka otworzyła klapkę, po czym wystukała jakiś numer. Po chwili z kimś juŜ rozmawiała. DrŜącym z przejęcia głosem starała się wytłumaczyć temu komuś po drugiej stronie, o co chodziło. W drugiej dłoni wciąŜ trzymała „moją” sukienkę. Prawdę powiedziawszy wcale nie słuchałam co tamta właśnie mówiła. Znów pogrąŜyłam się w swoich własnych myślach. Po chwili dziewczyna podeszła do mnie, głośno wypuściła powietrze, po czym odpowiedziała: - No dobrze, moja szefowa zgodziła się Ŝebym ją pani sprzedała, ale za to dostanie pani dziesięć procent rabatu. Na koszty naprawy. – Widać było, Ŝe rudzielec była bardzo z siebie zadowolona. Zrobiła tak, jak uwaŜała, Ŝe powinna uczynić i było jej z tym dobrze. Odwróciła się i podeszła do lady, by następnie wyjąć skądś plastikową reklamówkę, do której włoŜyła sukienkę. Ja takŜe udałam się w tym samym kierunku. WciąŜ jeszcze idąc, sięgnęłam do mojej brązowej torebki i po chwili w mojej dłoni znalazł się skórzany portfel. I on miał głęboki, czekoladowy kolor. Obie te rzeczy kupiłam kiedyś jako komplet. Otworzyłam portmonetkę szukając swojej karty płatniczej. Znalazłszy ją, podałam mój plastikowy bank dziewczynie. Ona wystukała coś na klawiszach kasy, po czym przeciągnęła kartę wzdłuŜ czytnika. Po chwili z otworu wysunął się wydruk będący potwierdzeniem transakcji. Ekspedientka podała mi kawałek papieru i długopis. Podpisałam. Dopiero teraz przypomniałam sobie, Ŝe wcześniej nawet nie spytałam o cenę interesującego mnie ubrania. Widniejąca na wydruku kwota była nieco wyŜsza niŜ się spodziewałam, ale trudno – miałam nadzieję, Ŝe mój budŜet jakoś to przetrzyma. Właściwie to miałam nawet dość sporo oszczędności. Moja pensja nie była wprawdzie zbyt wysoka, ale za to moje potrzeby były jeszcze mniejsze i zwyczajnie nie miałam na co wydawać pieniędzy. PoŜegnawszy rudą ekspedientkę wyszłam ze sklepu i nie zatrzymując się juŜ nigdzie po drodze, ruszyłam w kierunku mojego mieszkania. W domu juŜ od drzwi powitała mnie znajoma cisza. Tak jak zwykłam to zawsze czynić, zagłuszyłam ją włączając stojące w przedpokoju stereo. Postawiłam je tutaj dlatego, abym bez względu na to gdzie w mieszkaniu się znajdowałam, zawsze mogła cieszyć się ulubionymi 22 melodiami. Znów usłyszałam dobrze znaną mi kompozycję. Niewiele rzeczy lubiłam w Ŝyciu zmieniać. Muzykę takŜe. Naokoło słucham tego samego aŜ do czasu, gdy miałam tego tak bardzo dosyć, Ŝe nie mogłam wytrzymać juŜ kolejnej nuty. Dopiero wtedy wynajdywałam coś nowego, czego znów słuchałam przez dłuŜszy czas, aby wreszcie przejść do czegoś jeszcze innego. I tak w kółko. W ostatnim czasie namiętnie odsłuchiwałam z pozoru zupełnie do mnie nie pasującej wesołej i skocznej muzyki irlandzkiej. Tak bardzo optymistyczna i naładowana niezwykłą wprost energią, poprawiała mi humor. Włączywszy muzykę przypomniałam sobie o swoich zakupach. Schyliwszy się połoŜyłam siatkę z sukienką na podłodze przy drzwiach do sypialni. Następnie zdjęłam buty. Brązowe, wysokie do kolan kozaki ustawiłam równo w szafce. Tej samej na której stało radio. Rozpięłam ciemnozielony, wełniany płaszcz. Zsunęłam go i powiesiłam na wieszaku. Udałam się do łazienki aby umyć ręce. Zawsze gdy tylko wracam do domu dokładnie zmywałam z nich brud całego zewnętrznego świata. Z czystymi rękoma weszłam do mojej, lecz mimo to wciąŜ jednak bardziej babcinej, kuchni. Całe mieszkanie było dokładnie takie, jakie pozostawiła je matka mojej matki, gdy trzy lata temu odeszła z tego świata. Nic w nim nie zmieniłam. Nie miałam do tego ani chęci, ani teŜ serca. UwaŜałam, Ŝe wszystko powinno pozostać tu tak, jak było kiedyś. Dziś myślę, Ŝe nigdy nie czułam się w tym mieszkaniu prawdziwą jego gospodynią i dlatego sądziłam, Ŝe nie miałam prawa niczego zmienić. W oknach wciąŜ wisiały te same kwieciste firanki, na półkach bieliły się szydełkowe serwetki a na parapecie w błękitnych, wyblakłych juŜ doniczkach, nadal rosły nieco zaniedbane ostatnio fiołki. Babcia miała rękę do kwiatów. Ja juŜ nie. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej przygotowaną na tamto popołudnie porcję. W małym garnuszku czekał na mnie kawałek gotowanego kurczaka a w miseczce pokrojona wczoraj sałatka. Podgrzałam mój skromny posiłek i ułoŜyłam na porcelanowym talerzu w kwiatki. Do szklanki wlałam trochę pomarańczowego soku. Chwyciłam mój skromny obiad i poszłam z nim na balkon. Lubiłam jeść na świeŜym powietrzu. W drodze na niewielki taras minęłam wiszące w salonie, nad dębową komodą stare, ślubne zdjęcie moich dziadków. Powitały mnie zamknięte w pięknej złotej ramie uśmiechnięte twarze. - Witaj babciu, dzień dobry dziadku – przywitałam się tak jak zwykle. Wyszłam na tonący w słońcu balkon. Było trochę chłodno, ale wcale mi to nie przeszkadzało. PołoŜyłam mój posiłek na stoliku a sama usiadłam w ulubionym krześle dziadka. Siadywał w nim do ostatnich swoich dni i z towarzyszącą mu całe Ŝycie ciekawością obserwował to, co akurat działo się na podwórku. Kochany dziadek. Odszedł rok przed babcią. W samotności spoŜyłam swój posiłek. Chwilę jeszcze posiedziałam obserwując dzieci bawiące się koło skrzypiącej huśtawki, ale zaraz przypomniałam sobie o swoim najnowszym zakupie. Wstałam, pozbierałam pozostałe po obiedzie naczynia, pośpiesznie pozmywałam wszystko i wróciłam do leŜącej wciąŜ przy drzwiach sypialni plastikowej reklamówki. Podniosłam ją i zaniosłam do salonu. Z szuflady w komodzie wygrzebałam potrzebne mi przybory i równo ułoŜyłam je na małym okrągłym stoliku. Usiadłam w fotelu i z namaszczeniem wyjęłam moje nowe granatowe cudo. Chwilę potrzymałam w dłoniach delikatną materię, wyczuwając jej fakturę. Po chwili wzięłam się za naprawę powstałego przypadkiem uszkodzenia. Wprawdzie nie potrafiłam szyć, ale miałam nadzieję, Ŝe z tak niewielkim rozdarciem powinnam sobie poradzić. Starałam się. A jednak igła wciąŜ trafiała nie w to miejsce, w które powinna. Toczyłam walkę z nieposłuszną mi, niemiłosiernie plączącą się nicią. Wrodzony upór nie pozwalał mi jednak przerwać pracy. Musiałam to zrobić i kropka. Wreszcie udało się. 23 Z zadowoleniem przyglądając się swojemu dziełu chwyciłam noŜyczki aby odciąć nimi nić. - Do diaska! – zaklęłam. Zwykle staram się unikać obscenicznego słownictwa. Teraz jednak działałam odruchowo. W chwili, gdy przyłoŜyłam noŜyczki do skraju szwa ześlizgnęły się one tak, Ŝe skaleczy
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pierwsze sześć kropli
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: