Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00181 005063 15183293 na godz. na dobę w sumie
Pikantnie po włosku - ebook/pdf
Pikantnie po włosku - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 197
Wydawca: Inanna Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-337-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy szalony romans ma szanse przerodzić się w coś trwałego? Zwłaszcza szalony romans z własnym szefem?

Życie Magdy nigdy nie było poukładane czy zwyczajne, a związek z Roberto bynajmniej tego nie zmienia. Przynosi za to mnóstwo namiętności, ale i pytań, których dziewczyna dotychczas sobie nie zadawała.

Jak potoczą się jej losy? Jakie ostatecznie podejmie decyzje?

Tego dowiecie się z tej zabawnej i pełnej erotyzmu powieści.

 

W tej książce jest pikantnie między bohaterami na kilka różnych sposobów – pikantne kłótnie, pikantny seks, a przede wszystkim pikantny uśmiech na twarzy czytelnika.  Dawno tak dobrze się nie bawiłam czytając romans. Polecam.
Grażyna Wróbel – Czytaninka
-------
Gosia Lisińska ma talent do tworzenia lekkich, pozytywnych i przy tym niezwykle zabawnych historii. Koniecznie musicie poznać Magdę i jej pikantne włoskie perypetie.
Kasia Olchowy – Kulturantki.pl
-------
Niekontrolowane wybuchy śmiechu i policzki rozpalone do czerwoności gwarantowane! Po przeczytaniu tej książki każda dziewczyna zapragnie spotkać na swojej drodze przystojnego i gorącego Włocha.
Meg Adams – Niegrzeczne Dziewczyny Recenzują
-------
Zakręcona i śliczna Polka, plus ponętny i seksowny Włoch — duet idealny?! A może mieszanka wybuchowa? Czeka na Was dużo śmiechu i dużo gorących emocji! Ta część będzie, jak sam tytuł wskazuje, bardziej pikantna, bardziej niegrzeczna, ale wciąż tak samo zabawna!
Agnieszka Rybska – Blonderka.pl

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

(cid:42)(cid:82)(cid:86)(cid:76)(cid:68)(cid:3)(cid:47)(cid:76)(cid:86)(cid:76)(cid:262)(cid:86)(cid:78)(cid:68) Pikantnie po włosku Rozdział 1 To był cholernie kiepski tydzień. Właściwie miałam za sobą kilka kiepskich tygodni. Zebrało mi się na podsumowania, więc najpierw zerwałam układ z Adrianem… Taaa, układ. Związkiem nie dało się tego nazwać, mimo że trwało przez kilkanaście miesięcy i owocowało dość częstym wzywaniem siły wyższej. Fakt, Adi był niekiepski w łóżku, ale poza nim nie miał nic do zaoferowania. Tatko wygadywał mi to średnio raz dziennie. Serio. Kiedyś wysłał takiego SMS-a: „Adrian nie ma nic do zaoferowania”. Cholera. Jak zawsze miał rację. Zerwałam więc układ i zostałam sama. A ja serio, serio źle znoszę samotność. Zdarzyły się nawet ze dwie, trzy takie chwi- le, gdy sięgałam po telefon, żeby napisać do byłego. Na szczę- ście tatko wykasował go wreszcie z kontaktów. Taaa, tatko, mój własny, osobisty dyktator. To przez niego miałam szczególnie kiepski tydzień. Pokłóciliśmy się ostro o to, dokąd zmierza moje beznadziejne życie. Chyba mu się wydawało, że idę w ślady matki. Dobra, na pewno tym się tatko zamartwiał. No i zrobił mi wykład, a że ja byłam właśnie na etapie kiepskiego znosze- nia samotności, wyszło z tego jakieś małe piekiełko. To było w czwartek, więc w piątek miałam tak podły nastrój, że w ogóle nie chciałam iść na grilla. No, ale Roberto powinien tam być… Tak, oficjalnie jestem patentowaną idiotką. Kompletną. Szaleję na punkcie gościa, który nie zauważyłby mojego ist- nienia, nawet gdybym wlazła do jego gabinetu w samym tylko kwietnym wianku i wykonała uroczy taniec hula. Cholera. Co więc robiłam w piątkowy wieczór nad Jeziorem Papro- cańskim? Po diabła przyszłam wbijać spojrzenie zakochanego kundla w to nieosiągalne cudo? Jakoś nigdy nie podejrzewa- łam się o skłonności do masochizmu. A przecież byłam prawie pewna, że pojawi się Karolina. A biorąc pod uwagę, że Roberto i Karol mieli jakąś tam nie do końca skonsumowaną przeszłość i facet ewidentnie na nią leciał, mogłam spokojnie założyć, że wgapi te swoje cudne niebieskie oczy w jej idealność, a ja pocierpię. Bo pocierpię, tego byłam pewna. Nie żebym nie lu- biła Karoliny. Przyjaźniłyśmy się od ósmego roku życia, a że by- łam jedynaczką, kochałam ją jak siostrę. No i rzuciła Roberto. Tak, ten nagły i szeroki uśmiech na mojej buźce to efekt myśli o odrzuconym przystojniaku. Potrzebującym pocieszenia… Głupia Magda. Oj, głupia. Nie dalej niż wczoraj obieca- łam sobie, że wystarczy szybkich numerków i związków bez przyszłości. A dzisiaj przyszłam na Paprocany i nieprzy- tomnie zakochanym wzrokiem wgapiałam się w to nienor- malnie przystojne ciacho w obcisłych dżinsach i drogiej ko- szuli, seksownie opinającej mięśnie przy każdym ruchu. Chryste, Magda, weź na wstrzymanie! Ślinisz się jak Bella na widok puszki tuńczyka. Właśnie kiedy miałam wziąć na to wstrzymanie i przy- najmniej odwrócić wzrok, na polankę przy jeziorze, na któ- rej nasza gromadka paliła grilla i piła piwo, wpadł chłopak Karoliny. Serio, wpadł. Wyglądał trochę jak niedźwiedź szukający zwady. Potężny i umięśniony, z pochyloną głową, napiętymi ramionami i wściekłym wyrazem twarzy… Cholera, ma Karolcia farta. Jurkowski był największym przystojniakiem, jakiego znałam, dopóki nie pojawił się Roberto Moretti. Obaj próbowali zdobyć Karolinę. Pierwsze starcie wygrał Roberto, ale całą kampanię Kuba. Przynajmniej tak twierdziła Karolina do wczoraj, bo po- tem się trochę poprztykali. No, jak to Karol. Ciągle wszystko przeżywa i traktuje śmiertelnie poważnie. Tatko mówi czasa- mi, że powinnam wziąć z niej trochę przykład. Jaaasne. Żyła- bym wtedy w cnocie latami… Zaraz, może i byłoby to lepsze? Nieważne. W tym momencie bardziej przejmował mnie widok wściekłego Jurkowskiego niż jego panny. Bóg wie, gdzie ona tam była, bo nad jezioro jeszcze nie dotarła. Czy dlate- go Kuba rzucił się na to włoskie cudo? Czy może było coś, o czym nie wiem… Nieee, Karol by mi powiedziała, gdyby zeszła się z Roberto. Ona bardzo poważnie traktowała związek z Jurkowskim. Marzyła o nim od roku. Dlaczego więc teraz Kuba szedł do mojego… dobra, trochę podkoloryzowałam, a co mi tam. Dlaczego Kuba szedł z takim wściekłym bły- skiem w oczach, ewidentnie chcąc zrobić Morettiemu krzywdę? Jurkowski krzyknął i Roberto, który dotychczas patrzył na niego obojętnie, spiął się. Zrobił dwa kroki i powiedział coś, dość cicho, więc nie usłyszałam. Kuba warknął i podniósł pięść. Cholera, ma facet jaja. Startować do szefa… Zamierzył się, ale kiedy wyprowadził cios, mniejszy i szyb- szy Roberto błyskawicznie się uchylił. – Przestań! – krzyknął. Niestety Jurkowski nie wyglądał na chętnego do słuchania jego poleceń. Spróbował ponow- nie… Roberto znów zrobił unik. Pokręcił głową, a kiedy Kuba po raz trzeci wyprowadzał cios, Włoch znów coś powiedział. Patrzyłam jak zakochana nastolatka, więc chociaż nie usły- szałam, co mówi, dokładnie dojrzałam moment, kiedy słowa dotarły do Jurkowskiego. Chłopak zawahał się i opuścił ręce. Czy Roberto tego nie zauważył, czy nie chciał zauważyć, grunt, że właśnie wtedy zaatakował. Uderzył niesłychanie szybko. Raz, drugi i trzeci. Głowa Kuby odskoczyła przy trzecim ciosie, a on sam zachwiał się i upadł na kolana. Moretti uniósł pięść… Wrzasnęłam. Jakoś tak kompletnie odruchowo, a do tego ani nie słodko, ani nie dziewczęco, ale tak głośno, że pew- nie sarenki w pobliskim lesie popuściły ze strachu i zwiały do Kobióra. Roberto nie uderzył. Spojrzał na mnie, uniósł brew, a ja od razu położyłam dłoń na ustach. Włoch uśmiechnął się ponuro, a potem odwrócił do Jurkowskiego. Przez moment wyglądał na niezdecydowanego, ale w końcu podał mu rękę. Kuba, wciąż nieco oszołomiony, przyjął uścisk i wstał powoli. Wymienili kilka zdań, tak cicho, że chyba nawet stojący obok Grzesiek nie usłyszał. Roberto patrzył za odchodzącym rywalem, a ja gapiłam się na niego. Nie tylko ja zresztą, ale i całe towarzystwo, zwłasz- cza trzy biurwy z księgowości, które w ślinieniu się do nie- go przebijały nawet mnie. Chłopaki z mieszaniną podziwu i złości, bo pokonał gościa potężniejszego od siebie… no, ale w sumie był obcy i pobił ich kolegę. Laski nie miały żadnych dylematów, to był czysty zachwyt. – Mocne płuca – zauważył spokojnie, rzecz jasna po an- gielsku, bo nasz nowy szef nie znał słowa po polsku. Wyjął z mojej dłoni piwo i wziął trzy łyki. – Jestem twoim dłuż- nikiem. Mogłem mu zrobić krzywdę. – I dodatkowo wypijasz moje piwo. Wisisz mi – odpowie- działam. Byłam, cholera, mistrzynią opanowania. Wszystko Włoch tymczasem spojrzał na swoją rękę i skrzywił się. Nawet z tej odległości widziałam, że wciąż ledwie panuje nad gniewem. Cholera, ależ był seksowny. Rany. Podniósł wzrok i jakoś tak napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się tak jak poprzednio, raczej ponuro, a potem podszedł do mnie. we mnie tańczyło na wariackiej karuzeli mieszanych uczuć, a na zewnątrz… no, lodóweczka. – Wiszę – potaknął. Poruszył powoli palcami w dłoni, którą przywalił Jurkowskiemu. Wyprostował je i zgiął. Syk- nął przy tym i ponownie sięgnął po moje piwo. Opróżnił butelkę i odstawił na ziemię. – Znudziła mnie ta impreza. Idziesz ze mną? O cholera! – Gdzie? – Do ciebie? Zmierzyłam go leniwym spojrzeniem. Tak, wiem, że le- niwym. Ćwiczyłam to latami, przyglądając się ojcu. Ro- bił w ten sposób kaszankę z mózgu co drugiej laski. Nie wiem, czy na Roberto zadziałało, bo wciąż uśmiechał się tak samo. Miał jednak taki błysk w oczach, takie napięcie w mięśniach i lekko drgające jabłko Adama, że wiedziałam, że albo ja z nim pójdę, albo któraś z biurw. A miałam się, cholera, szanować. – Nie pamiętam, żebym cię zapraszała – odparły resztki mojej zdychającej cnoty. Uniósł brew w milczeniu. Supersamiec w pełnej okaza- łości. No, cholera, prawie posikałam się z wrażenia. – Ale w sumie mnie też już mierzi to towarzystwo. – Tak, Magda, bądź zimna, bądź zimna. Może ktoś się na- bierze. – Możesz odprowadzić mnie do domu. – Mieszkasz niedaleko? – Na osiedlu U. Dziesięć minut na nogach przez las. Zmrużył oczy, jakby się zastanawiał. – Przez las? – No. Ten tam. – Wskazałam ręką. – Czyżby duży chło- piec bał się drzew? – Ten duży chłopiec nie boi się niczego. Prowadź, blondasku. „Blondasku”? Nawet mi się spodobało. Inna sprawa, że na- wet gdyby powiedział „puszczalska kaczucho”, też byłabym w siódmym niebie. No, szanowałam się… Do bólu. Ruszyłam wydeptaną ścieżką, w pełni świadoma zazdro- snych spojrzeń biurw i obecności mężczyzny, który szedł obok mnie. Trudno nawet stwierdzić czego bardziej. W ży- łach lekko szumiał alkohol z dwóch piw, a wyobraźnia sza- lała. Gdzieś po dziesięciu krokach serce prawie mi stanęło. Cholera! Czy posprzątałam mieszkanie?! Zaraz jednak ode- tchnęłam. Taaa… pożarłam się wczoraj z tatkiem, a zawsze sprzątam, kiedy się pokłócimy. Jest luz. Szliśmy w milczeniu. Coś dziwnego się działo. Coś cho- lernie dziwnego. Specjalnie wybrałam las, żeby ochłonąć… żeby on ochłonął. Wiedziałam, że ta nagła propozycja… to zlepek adrenaliny i wściekłości. Chciałam więc dać mu czas. Nie wiem, czy podziałało, ale za to ja… ja z każdym krokiem nakręcałam się bardziej. Słońce zachodziło, cudnie mieniąc się między liśćmi wy- sokich drzew. Kiedy weszliśmy na szeroką wydeptaną ścież- kę przy częściowo zarośniętym stawie, ostatnie promienie odbiły się w wodzie. Widok był tak cudny, że na chwilę oderwał moje myśli od… no, wiadomo od czego. Zapatrzy- łam się i potknęłam. Złapał mnie za ramię. Mocne palce wbiły się w nie i mnie pociągnęły. Uderzyłam w twardy męski tors i na moment straciłam dech. Nie puścił. Przeciwnie, przyciągnął mnie gwałtowniej i pocałował. O Chryste! Jak on całował. To był silny, brutalny pocału- nek spragnionego faceta. Taki, o jakim się śni w najbardziej zbereźnych snach. O Jezu kochany! Dłonie zsunęły się z moich pleców na pośladki i bezce- remonialnie na nich zamknęły. Zacisnęłam palce na jego ramionach. Tak, jeszcze, jeszcze! Pogłębiliśmy pocałunek, a ja przylgnęłam biodrami do jego bioder. Cholera, ależ był podniecony. Chciałam go dotknąć. Już… już… Zaśpiew ptaka tuż obok nas zadziałał jak kubeł lodowa- tej wody. Oddychaliśmy jeszcze szybko, wciąż spleceni, ale przestaliśmy się całować. Roberto poprawił kosmyk, który wymknął się z mojego kucyka. – Daleko jeszcze, blondasku? – zapytał tak cierpiętni- czym tonem, że musiałam się roześmiać. – Blisko. Serio. Pokiwał głową. – Szybciej – rzucił tylko. Potaknęłam w milczeniu. To było najdłuższe pięć minut w moim życiu. I z pół kilometra pokonane prawie biegiem. Nigdy nie sądziłam, że wspólny szybki spacer w milczeniu może być tak podnie- cający. Gdy wchodziłam do bloku, ledwie mogłam myśleć. Ręce tak mi się trzęsły, że nie trafiłam kluczem do zamka za pierwszym razem. Kiedy wreszcie otwarłam drzwi, Roberto wepchnął mnie do środka i zatrzasnął je za nami. Przez moment stał i patrzył. Najseksowniejszy supersamiec na ziemi. Wreszcie przycisnął mnie do ściany i pocałował. Brutalnie i mocno. Oddawałam pocałunek z taką samą gwałtownością, próbując jednocześnie wyszarpnąć koszulę z jego spodni. Musiałam dotknąć skóry. Jeszcze nigdy niczego tak nie potrzebowałam. Była chłodna i jedwabista, napięta na węzłach mięśni. Cholera. Jeszcze! Wcisnęłam rękę między nas i dotknęłam twardego brzucha. Mięśnie zagrały pod moim dotykiem, a Roberto odsunął się na chwilę. I patrząc mi w oczy, położył dłoń na mojej piersi. Wygięłam się, naciskając na te fantastyczne palce. Ocierałam się o nie, jęcząc i dysząc, a on zaśmiał się cicho. Szarpnął bluzkę do góry i odsłonił stanik. – Boże – sapnął. Ponownie mnie pocałował, a palce ła- godnie zacisnęły się na sterczącym sutku. Prawie doszłam z przyjemności. Nie mogłam dłużej cze- kać. Musiałam mieć go w sobie. Sięgnęłam do paska i bły- skawicznie go rozpięłam. A potem wreszcie dotknęłam… Był duży i twardy. Jak cała reszta Roberto. Jedwabisty, duży i twardy. Przesunęłam powoli palcami. Mężczyzna jęknął. Napiął się cały, jakby chciał zatrzymać chwilę. – Powoli – szepnął. – Nie chcę powoli – zaprotestowałam. – Chcę cię mieć już. Skinął głową. Włożył rękę pod spódnicę, między uda i pociągnął majtki w dół. Pomogłam nieporadnie, a gdy bielizna znalazła się na podłodze, znów wzięłam go w dłoń. Odepchnął ją, dość obcesowo, a potem wszedł we mnie. Mocno. Brutalnie… Cudownie. Jęczałam, kiedy się poruszał. Objęłam go udami i wci- śnięta w ścianę, zdana tylko na siłę Roberto, dochodziłam z krzykiem takiej rozkoszy, o jakiej dotąd nawet nie śniłam. Krzyczałam raz za razem, niemal umierając z przyjemności. Dołączył do mnie kilka uderzeń serca później. Jego drże- nie tylko spotęgowało ekstazę. Krzyknęłam, a Roberto od razu zamknął mi usta pocałunkiem. Poruszył się jeszcze raz i drugi, jęcząc wprost w moje usta, a potem zamarł w obję- ciach moich nóg. Oddychał gwałtownie, a jego serce waliło jak oszalałe. Jak moje. – Gdzie masz łóżko? – zapytał w końcu, nie zmienia- jąc pozycji. * Obudziłam się cudownie zmęczona i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, co się stało i dlaczego głupio się uśmiecham. Nie otwierałam oczu, wciąż na granicy tego słodkiego odrętwienia. Minęło kilka sekund, nim zajarzy- łam, że… no… Roberto. O. Mój. Boże. Nawet nie wiedzia- łam, że tak można. Tyle razy, tak długo. No supersamiec w akcji. Spełnione marzenie. Leżałam cała szczęśliwa, słu- chając odgłosów dobiegających z ulicy przez otwarte okno. Jakiś samochód przejechał, a jego silnik terkotał rozpaczli- wie. Czyjeś obcasy stukały po bruku, w oddali zaszczekał pies. Typowe osiedlowe dźwięki w Tychach. Przeciągnęłam się i niechętnie otworzyłam oczy. Byłam sama. Nawet Belka, wyrzucona w czasie nocnych zmagań, nie pofatygowała się do sypialni. Pewnie się obraziła i wci- snęła w domek w drapaku, który kupiłam jej przed rokiem. Zawsze się tam chowa, kiedy coś nie idzie po jej myśli, i po- tem trzeba ją godzinami przepraszać. To chyba najbardziej pamiętliwy i humorzasty kot na świecie. Ale to nie brak kota mnie zasmucił, nie okłamujmy się. Byłam sama w sypialni, a facet, który pół nocy mi udo- wadniał, że w opowieściach o seksualnych możliwościach Włochów jest sporo prawdy, zniknął. Mógł oczywiście być gdzieś w mieszkaniu, więc wstrzymałam oddech i przez chwilę… na tyle długą, na ile pozwoliły mi płuca… na- słuchiwałam. Nic. Cisza. Nawet gniewnego fuczenia kota. To nie tak, że wyobrażałam sobie romantyczny poranek, słoneczko wpadające przez okno, dźwięki muzyki w tle, przy- stojnego półnagiego mężczyznę w samych tylko niedopiętych dżinsach, ledwie trzymających się na szczupłych biodrach, nio- sącego tacę z kawą, słodkim śniadaniem i na wpół rozwinię- tą różą… Dobra, coś tam sobie wyobrażałam. Dżinsy byłyby w kolorze denim, pasek w nich czekoladowy, a włosy Roberto uroczo potargane. No i duże, bose, męskie stopy… Jezu, ta wyobraźnia kiedyś mnie wykończy. Zawinięta w kołdrę, ponownie przymknęłam oczy, żeby skupić się na obrazku, którego nie było. Na zewnątrz słońce stało już wysoko, dzień zapowiadał się gorący, a niebo mię- dzy blokami miało idealny odcień bezchmurnego błękitu. Taki śliczny, doskonały czerwcowy dzień, a ja wolałabym zobaczyć coś innego. Cóż, życie, jak to mówi tatko. Bella wychynęła zza framugi i spojrzała na mnie z wyż- szością baby, której potrzeby weterynarz usunął jednym cięciem dwa lata temu. Cholera, może to nie jest takie złe rozwiązanie? Jedno cięcie i po sprawie. Szkoda, że u ludzi tak się nie da. – I czego się głupio uśmiechasz? – zapytałam nieco po- irytowana. – Ja przynajmniej tyłkiem dywanów nie wycie- ram, jak ty wcześniej. – Miau! – To nie był dywan! I… nie ma czego porównywać, cholera! Wstałam niechętnie, bo kocica miała ten wyraz pyszcz- ka, który dokładnie sugerował, że jeśli się nie ruszę i nie dam jej jeść, to mi naszcza do kapci. Lubiłam swoje kapcie. Tatko przywiózł mi je z Wiednia. Były okrutnie różowe, aż oczy bolały, kiedy się na nie patrzyło. Wolałabym, żeby nie skończyły jak poprzednie. Ciepła woda zmywała zmęczenie i dotyk faceta, którego tak cholernie pragnęłam. Gdzieś po pięciu minutach stania pod natryskiem zaczęłam ryczeć. W sumie nie jestem pew- na dlaczego. Nic się przecież nie stało… Znaczy stało się, ja- Kocica szła przede mną z dumnie uniesionym ogonem, bo przecież udowodniła mi swoją wyższość, prawda? Mały, rudy, wredny szkodnik. Stanęła przy misce i spojrzała na mnie zniesmaczona, jakby chciała zapytać: długo jeszcze? Sypnę- łam karmę i usiadłam na taborecie w kuchni, żeby popatrzeć, jak Belka je. Taaaa, szczyt marzeń dwudziestopięciolatki: siedzieć na golasa w kuchni i gapić się, jak jej kot wpieprza karmę. Niech jeszcze jakiś berbeć od sąsiadów zajrzy w moje okno i będzie komplet. Cholera! Pokręciłam głową i wstałam, żeby iść pod prysznic. Gdy przechodziłam obok kotki, po- drapałam ją po grzbiecie. Mruknęła niechętnie. Nie znosi- ła, kiedy przeszkadzałam jej w jedzeniu. sne, że się stało. Wielokrotnie i za zgodą obojga. No i było zajebiście przyjemne. Powinnam być uchachana od ucha do ucha. A ja płakałam jak kretynka. Tak zupełnie bez powodu. Ech, głupia Magda, głupia, głupia… Telefon zadzwonił przy czwartej głupiej. Rysiek Riedel odśpiewał List do M, a ja z westchnieniem zawinęłam się w ręcznik, żeby odebrać. Tylko jednej osobie przypisałam ten dźwięk. I ta osoba dzwoniła zwykle do skutku. – Cześć – przywitałam się. – Beczałaś? Kufa! Jakim cudem on gdzieś tam, nie widząc mnie, po jed- nym słowie potrafił to wyczuć? – No. – Fajnie. Jakiś tępak? – Tatku! – Przecież nie ryczysz z powodu mnie, pogody czy zła- skoczymy do Wisły. – Wskoczymy? manego paznokcia. Tępak? – Nie. I nie gadam na ten temat. – Jasne. Co robisz? Gapię się na kota czyszczącego futro z głębokim prze- konaniem, że jest bogiem. – Nic. – Świetnie, dzidzia. Będę za godzinę. Spakuj się, wy- – Bardzo śmieszne. Wyskoczymy, matołku. Hotel, spa, full wypas. Zadbają o nas, dopieszczą… Zaraz będzie ci lepiej. Rusz ten krągły tyłeczek, córcia. – A co z Belką? – Ten kot i tak ma w dupie, czy jesteś, czy cię nie ma. Zostaw jej żarcie na dwa dni i schowaj kapcie. Popatrzyłam na mojego czworonoga, który od chwili, w której napełniłam jego miskę, nie zechciał mnie obdarzyć choćby jednym spojrzeniem, i westchnęłam zrezygnowana. – No, dzidzia… Przecież nie masz nic lepszego do ro- boty, prawda? No. Nie miałam. Skoro Roberto wyszedł bez słowa czy choćby karteczki na nocnym stoliku, to raczej nie mam co liczyć na to, że wróci na ciąg dalszy. Pewnie wytrzeźwiał i zrozumiał, że… Cholera wie, co zrozumiał, ale wątpliwe, by to, że jestem miłością jego życia, światłem jego oczu, powietrzem dla jego płuc… Matko, głupieję. – Nie, nie mam. Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko ciszę. Po- tem ojciec powiedział poważnie: – Kocham cię, wiesz, prawda? – Jezu, tato. – Gdyby co, powiesz mi? – Gdyby co? – No nie wiem. Jakbyś… no… – Słuchaj, nie jestem w ciąży, nie mam myśli samobój- czych, nie jestem w depresji. Nic mi nie jest. Spokojnie. Przyjedź za godzinę. Będę gotowa. Rozłączyłam się z wyrzutami sumienia. Cholera. * Tatko spóźnił się piętnaście minut. Nic niezwykłego. Kiedy umawiasz się z Markiem Lisowskim, musisz dodać do wyznaczonego terminu od kwadransa do godziny – za- leży, jak mu zależy. A że dziecko ma tylko jedno… przynaj- mniej takie, o którym wie… to na spotkanie ze mną zwykle spóźnia się najmniej. Raz nawet był o czasie, czym mnie śmiertelnie wystraszył. Więcej tego nie zrobił. Zadzwonił dwa razy, jak rasowy listonosz, a potem, nie czekając, otworzył sobie sam. Kiedyś dałam mu klucz, więc korzystał z niego bez zastanowienia. – Pewnego razu zastaniesz mnie w sytuacji, której nie chciałbyś zobaczyć – warknęłam, gdy wszedł. – Wtedy zareaguję jak dwustuprocentowy ojciec: spiorę dupka, a potem zaciągnę was oboje do urzędu stanu cywil- nego. – Tatko się wyszczerzył. Mój tata. Zaraz po Roberto najprzystojniejszy facet, ja- kiego znam. Zaraz, nie mówiłam tak o Jurkowskim? To się myliłam. Jednak tatko. Patrząc na niego… i okazjonal- nie na matkę… zawsze się zastanawiałam, jakim cudem dwa tak doskonałe okazy zdołały spłodzić tak absolutnie przeciętną istotę jak ja. Byłam podobna do tatka, ale to, co u mnie było nawet, nawet, u niego było jakieś lepsze, ładniejsze. Oczy miał głębsze, prawie granatowe, włosy, chociaż też blond – ciemniejsze i tak się ładnie kręciły, usta pełniejsze, zęby idealnie proste… Miał czterdzieści jeden lat, a wyglądał na trzydzieści. Obcy nie wierzyli, że jest moim ojcem, a wszystkie moje koleżanki kochały się w nim na zabój. Od chwili, w któ- rej zobaczyłam go pierwszy raz, osiemnaście lat temu, był moim bohaterem, prawie bogiem. No i był najlepszym tatą, jakiego można sobie wyobrazić. Tak jedziesz? – Gotowa? – A mam wyjście? Zachichotał i cmoknął mnie w czoło. – Nie. – Obejrzał mnie krytycznie i pokręcił głową. – – A coś nie tak? – Pokaż torbę. – Tato! – Nie tatuj, pokaż! – Jezu. – Jezować też nie musisz. – Sięgnął do mojej torby. – Jezu! – Jezować też nie musisz – spapugowałam go. – Przecież mówiłem: hotel, spa… Czegoś nie zrozumia- ła? Gorszych szmat nie masz? – Wstydzisz się mnie? – W takich ciuchach? Jasne. – Lubię je. – Matko, jakbyś ty taka podobna do mnie nie była… Gust masz po Jolce. Spojrzałam na jego ciuchy z górnej półki, ewidentnie mówiące „mam kasę”, i przewróciłam oczami. – Ale wiesz, że ty byłeś w jej guście? – Dawno i krótko. Potem jej się zepsuł. – Wysypał wszystko z mojej torby, a później podszedł do wielkiej szafy z przesuwnymi drzwiami i bezceremonialnie ją otworzył. Jak bernardyn zasypane w głębokim śniegu ofiary, tak tat- ko wyczuwał lepsze ciuchy wśród kompletnego bajzlu, jaki panował w moich rzeczach. – No, patrz, masz jakieś ładne łaszki. To się nada, to też, i to… O, to również. – Wyciągał ubranie po ubraniu i wciskał je do torby. – Okej. Wystarczy. Teraz jeszcze załóż to i jesteś gotowa – uznał w końcu, po- dając mi kieckę, którą sam kupił dwa tygodnie wcześniej, a której jeszcze nie miałam na sobie. – Dalej, dzidzia! Mój tatko. Wredny dyktator. Dziesięć minut później wychodziłam z domu w zwiew- nej błękitnej sukience, jakiej sama w życiu bym nie wybrała, z jakiegoś delikatnego, półprzezroczystego materiału, któ- ry otulał moje uda łagodną pieszczotą. Cholera, to nawet było miłe. Nie żebym od razu zamierzała chwalić gust ojca, przynajmniej nie w jego obecności, ale raz czy dwa razy przesunęłam palcami po materiale, a nim minęłam drzwi, zerknęłam w odbicie w lustrze. Hmmm…. zupełnie jak nie ja. Taka słodka blondyneczka. Jakbym jeszcze rozpuściła włosy, zrobiła makijaż… Rany, zaczynam myśleć jak jakaś Barbie! No, ale jakby tak… To może Roberto… Dość, Magda! * – To co to za typ? – Tatko wytrzymał mniej więcej do Pszczyny. Taaa, i tak był dzielny. – Jaki znów typ? – Ten, przez którego ryczałaś. I nie patrz tak na mnie. Już kiedy miałaś dziewięć lat, nie dawałem się na to nabrać. Tym bardziej teraz tego nie zrobię. Gadaj. – Nie ma o czym. Patrz na drogę, cholera! – Patrzę na drogę, najdroższe moje dzieciątko. Co nie zmienia faktu, że zauważyłem też twoje spuchnięte oczy. Wróciłaś do Adriana? – Adrian to przeszłość. – Więc inny. – Jezu, tato. Jesteś jak pies myśliwski. – No. – Uśmiechnął się z dumą. – Wyćwiczyłem się, praw- da? Dawaj. Tylko bez krwistych szczegółów. Dbaj o stare serce ojca. Prychnęłam rozbawiona. Stare serce. Taaa… – Nie odpuścisz? – zapytałam, bo zerkał na mnie jedno- znacznie. – Bez szans. Muszę wiedzieć. – Rozumiesz, że to nienormalne, że ojciec dopytuje o ży- cie miłosne dorosłej córki? – Jakbyśmy kiedykolwiek byli normalni – parsknął. No tak. Nie byliśmy. Niektórzy mówili, że jestem wpadką. Matka miała szesna- ście lat, kiedy mnie urodziła. Ojciec był jeszcze młodszy. No, wpadka jak nic, prawda? Otóż nie. Byłam jednym z najbar- dziej planowanych dzieciaków na świecie. Matka, normalnie słabiutka ze wszystkich przedmiotów, tym razem dokładnie doczytała… Chryste, nie mogę uwierzyć, że to mówię, matka czytała! Ale tak, doczytała o dniach płodnych i prowadziła przez kilka miesięcy kalendarzyk. Tak! Kalendarzyk! Zna- lazłam go, kiedy miałam siedem lat, a ona wytłumaczyła mi ze szczegółami co, jak i po co. Brrr… wciąż robi mi się słabo, kiedy o tym pomyślę. Wybrała odpowiedni dzień, pozbyła się babki z domu i uwiodła najbogatszego dzieciaka w kla- Niestety, kiedy rodzice tatka się dowiedzieli, zabrali syn- ka i zamieszkali na drugiej półkuli. Jedno trzeba przyznać matce: nie pozbyła się mnie. Przez jakiś czas byłyśmy we trzy. Ja, ona i babka, która szczerze mnie nie znosiła. Nie trwało to długo, bo mamusia lubiła mężczyzn. Przewijali się przez nasze maluchne mieszkanko jeden za drugim, ze średnią pobytową czterech miesięcy. Miałam ze cztery lata, kiedy matka wreszcie wyszła za mąż. Niestety zabrała mnie ze sobą. Pierwszy rok był jako taki, ale z czasem zrobiło się naprawdę kiepsko. Ojczym mnie nie cierpiał, bo byłam ży- wym dowodem na jego niemożność spłodzenia potomstwa. Ostatecznie matka już jedno urodziła, więc to nie z nią był problem, prawda? Chwilami robiło się paskudnie. A potem przyjechał tatko. To były ostatnie wakacje przed pierwszą klasą. W dale- kim świecie, o którym nic nie wiedziałam, moi dziadkowie zginęli w wypadku. Tatko dostał spore odszkodowanie, ale został kompletnie sam. Uznał więc, że trzeba polecieć do Polski i zobaczyć jedyne dziecko. Przynajmniej raz. sie. Kiedy nie było trzeba, była całkiem bystrą dziewczynką. Opracowała strategię, długoterminowy plan wyrwania się z biedy do lepszego świata. Przyszedł akurat wtedy, kiedy… nie będę wmawiać, że przez przypadek… zniszczyłam ojczymowi ulubioną koszulę. Facet dostał furii. Serio. Wrzeszczał i wrzeszczał, a potem sięgnął po pas. Cholernie bałam się tego pasa, chociaż wcześniej ude- rzył mnie tylko raz. Wtedy się posikałam, a ojczym uznał, że to obrzydliwe. Pewnie dlatego więcej mnie nie bił. Aż do tego niedzielnego poranka. Matka otwierała drzwi, kiedy ojczym zadał pierwszy cios. Drugiego już nie zdążył, bo tatko rzucił nim o ścia- nę. Coś mu tam nawet chyba złamał, ale sprawy nie było, bo gość się wystraszył. Kiedy tamten próbował się pozbie- rać, tatko wyciągnął do mnie rękę i powiedział: – Jestem twoim tatą. Chcesz iść ze mną? Kuźwa, też pytanie, nie? Matka nie protestowała. Chyba też się trochę wystra- szyła. No i ojciec sporo jej potem zapłacił za zrzeczenie się praw rodzicielskich. I tak zostaliśmy rodziną. Trochę dziwną, dwuosobową, której głowa sama ledwie dorosła. – Coś się tak zamyśliła? – Tak sobie. – Nie kombinuj, opowiadaj. – Nie ma o czym. Była impreza, był cholernie przystojny facet, była szalona noc. Teraz jest ranek, ja mam kaca mo- ralnego, a zamiast robić fajne rzeczy z przystojnym facetem, tłumaczę się mojemu ojcu. – Blee – skrzywił się tatko. – Straszna historia. Zwłaszcza dla biednego ojca, który musiał jej wysłuchać. Mam mu wlać? Westchnęłam, bo to wielokrotnie zadawane pytanie ja- koś mnie nie rozbawiło tym razem. – On mi się podoba, tatku – stwierdziłam jakoś tak smut- no. – Tak cholernie mi się podoba. – Ty jemu chyba też, skoro była szalona noc? – Ja byłam pod ręką. Nie mógł mieć tej, której pragnął. No i był trochę pijany. Taaa… no i powiedziałam to na głos. Powiedziałam, usłyszałam i rozbeczałam się znowu. Nie ma jak uświado- mić sobie prawdę. Cholera by to… Ojciec zjechał na pobocze, zatrzymał samochód i objął mnie. Nie namawiał, żebym przestała, nie twierdził, że przesadzam. Nie użył żadnego durnego frazesu. Objął mnie tylko i tyle. Zawsze był najlepszy. Że też nie mogę spotkać takiego face- ta. Cóż, może dlatego, że tatko jest jedyny w swoim rodzaju. Po niesłychanie długim czasie, czyli jakichś trzech mi- nutach, kiedy już mi przechodziło, sięgnęłam do schowka, wyciągnęłam chusteczkę i wysmarkałam głośno nos. – Już – rzuciłam, spoglądając na ojca. – Na pewno? – No. Przejdzie mi. – Wzruszyłam ramionami. – Jak zawsze. – Rany boskie. – Westchnął. – Wiesz… wykończysz mnie kiedyś. Ręce mi się trzęsą. Widzisz? Jakby ten twój przystojniak się tu pojawił, udusiłbym dziada gołymi łapa- mi. Bycie ojcem jest do dupy. Pogłaskałam go po ramieniu. – Dajesz radę. Mam prowadzić? – Nie. Daję radę, prawda? Uśmiechnęłam się krzywo, świadoma, że robi to dla mnie. – Miałeś rację – przyznałam po chwili milczenia, kiedy już znów jechaliśmy. – Jasne, że miałem. A w czym tym razem? Konkretnie? – Kiedy powiedziałeś, że nie powinnam brnąć w coraz głupsze znajomości. Niepotrzebnie się na ciebie złościłam. – Magda, nie strasz mnie! – Spojrzał zza kierownicy, na serio przejęty. – Od dziecka nie przyznajesz mi racji. Boję się. – Bo od dziecka nie zdarzyło się, żebyś ją miał – skła- – Jezu, tato! małam, a potem zamilkłam. Jakiś czas podróżowaliśmy w ciszy, bo tatko nawet ra- dio wyłączył. – Kocham cię. – Ojciec tylko zerknął, a potem konty- nuował: – Chcę, żebyś była szczęśliwa. Masz w sobie mnie i matkę. Jak ją ciągnie cię do różnych facetów, ale po mnie masz potrzebę stabilizacji. Nie kręć tą durną łepetyną. Oboje wiemy, że to prawda. Nie będziesz szczęśliwa bez męża, dzieci, domu. Nie da ci tego żaden najprzystojniejszy nawet tępak, wymieniany co pół roku. Choćby nie wiadomo jak dobry był w łóżku. – Dzidzia, przestałem wierzyć w twoje dziewictwo, kie- dy zastałem cię pod tym osiłkiem w drugiej liceum. Zachichotałam na to wspomnienie. Biedny Piotrek. Do dzisiaj, kiedy widzi mojego ojca, blednie ze strachu i spie- prza na drugą stronę ulicy. – Było nie wracać wcześniej z pracy. – Z tego, co pamiętam, i tak wróciłem za późno. – Westchnął. Wprawnie wyminął kolejny samochód, by ledwie kil- kaset metrów dalej zatrzymać się na czerwonym świetle. Rzucił mi wtedy przeciągłe spojrzenie, takie pełne czułości, które zawsze sprawiało, że coś drapało mnie w gardle i nagle brakowało mi słów. – Czasami myślę, że powinienem był szybko się ożenić, kiedy tylko cię odebrałem. Znaleźć jakąś starszą kobietę, która pomogłaby mi wychować córkę. Choćby tylko po to, żebyś miała dobry kobiecy wzorzec. – A ja czasami myślę, że bredzisz bez sensu. – Mach- nęłam ręką. – Zielone. Jedź już. – Kiedy ruszył, dodałam: – Jesteś najlepszym ojcem i matką w jednym. Przeganiałeś moich chłopaków jak ojciec, a teraz zrzędzisz jak matka. I też cię kocham. Tatko pokręcił głową. – Mimo to… – Czekaj. – Zmarszczyłam brwi. – Masz kogoś? Zamie- rzasz się hajtać? Zachichotał. – Taaa, jasne. Za stary już jestem. – Czyli nie jadę poznać przyszłej mamusi? – Nie. Jedziemy odpocząć, naładować baterie, odbudo- wać relacje… No wiesz, takie tam bzdety. Będę cię dręczył po ojcowsku, a ty będziesz jęczeć, jak to córka. Dobrze? – Jasne. Co mi tam. – Wzruszyłam ramionami. Za okna- mi migały zielone pola. Na błękitnym niebie powolutku prze- suwały się pojedyncze chmury. Dzień był ciepły i słoneczny. W taki dzień trudno siedzieć i rozdrapywać rany. Zwłaszcza jeśli wiozą cię do jakiegoś spa w Wiśle. – Jasne. Będzie fajnie. * Wróciłam w niedzielę, późnym popołudniem, wypoczęta i prawie zadowolona. Ojciec miał rację, potrzebowałam tego. Po kilku ciężkich dniach, niedotrzymanych postanowieniach i małym dołku zaliczonym z wiadomego powodu odrobina luk- susu dobrze mi zrobiła. Góry pomogły co nieco poukładać… Dobra, a teraz szczerze: przez pół soboty zerkałam na ko- mórkę, licząc na… Jezu, przecież to żadna tajemnica na co. Miałam już przygotowaną mówkę i w ogóle… No, niby wie- działam, że Roberto nie ma mojego numeru. Ale przecież znał numer Karoliny, a ona mój. Mógł zadzwonić, prawda? Jasne, że mógł. Jasne. Tylko że nie zadzwonił. Ani w sobotę, ani w niedzielę. Wracałam do domu z cieniem nadziei, że zastanę go pod drzwiami. Zupełnie maleńkim cieniem… Eeee tam, wszystko miałam wymarzone w szczegółach. Że siedzi na schodach przed moim mieszkaniem… Mniejsza o to, jak wszedł, nie mając klucza od domofonu, nieważne. Są- siad go wpuścił albo co. W każdym razie siedzi taki smutny i czeka. A potem aż cały promienieje, z tą swoją przystojną buźką i cholernie błękitnymi oczami. Nie żebym sobie wyobrażała Bóg wie co, prawda? Aż wstrzymałam oddech, wchodząc do klatki schodo- wej. Ale nie, Roberto nie siedział na schodach. Za to Bella stała przy drzwiach, wściekła jak zawsze, kiedy ją zosta- wiałam na dłużej. Syknęła, kiedy weszłam. Postawiła ogon, a potem machnęła nim raz i drugi, odwróciła się i poszła do kuchni. Tym samym dała mi do zrozumienia, że i tak ma mnie gdzieś, ale na żarcie czeka z utęsknieniem. Nakarmiłam kota, a później usiadłam przed telewizo- rem, żeby pogapić się na jakiś durny film. Cholera, ojciec miał rację, byłam samotna. Czy to związek Karoliny z Kubą tak na mnie podziałał, czy rzeczywiście coś tam poczułam do tego piekielnego Włocha? Diabli wiedzą. Ale siedząc w półmroku rozjaśnionym tylko blaskiem telewizora, z ko- tem, który łaskawie rozłożył się obok mnie na kanapie, po- czułam się opuszczona przez cały świat. Pikantnie po włosku Copyright © Gosia Lisińska Copyright © Wydawnictwo Inanna Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover photo by Photographee.eu Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz, 2019 druk ISBN 978-83-7995-336-3 epub ISBN 978-83-7995-337-0 mobi ISBN 978-83-7995-338-7 Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski Redakcja: Iga Wiśniewska Korekta: Małgorzata Tarnowska Korekta techniczna: Justyna Leśniewicz Adiustacja autorska wydania i projekt okładki: Marcin A. Dobkowski Skład i typografia: www.proAutor.pl Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w ja- kikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczy- tywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@inanna.pl www.inanna.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Światła w jeziorze Gosia Lisińska Gdy po dwóch latach kompletnej uczu- ciowej suszy, dopadnie cię klęska uro- dzaju, możesz mieć problem z wybo- rem. Karolina jest zabawną i błyskotliwą dziewczyną, od roku zakochaną bez wzajemności w koledze z pracy. I oto któregoś dnia spotyka go nad jeziorem, a wszystko się zmienia. Że jednak świat bywa złośliwy, na drodze Karoliny staje nie tylko Kuba, ale i pewien nieprawdopodobnie seksow- ny Włoch… Przezabawne perypetie miłosne i rodzinne głównej bohaterki są tematem pierwszej obyczajowej powieści Gosi Lisińskiej z serii Miłość w Tychach. Autorki: Siła jej piękna Antologia Agnieszka Opolska Agnieszka Sudomir Agnieszka Zakrzewska Alicja Wlazło Anna Karnicka Daria Skiba Maria Zdybska Małgorzata Falkowska WYJĄTKOWE HISTORIE DLA WSZYSTKICH WYJĄTKOWYCH KOBIET Osiem utalentowanych polskich autorek i jedno niełatwe zada- nie — odnalezienie siły i piękna, które tkwią w każdej z nas. Opowiadania wchodzące w skład antologii są tak różnorodne jak kobiety, które je napisały. Autorki opowiadają o zwycięstwie w zmaganiach z przeciwnościami losu i osobistymi dramatami. Czy twoja historia jest podobna? Czy teraz uwierzysz w siebie? Czy dotrzesz do ukrytej w tobie siły? Każda z nas jest inna, piękna na swój wyjątkowy sposób! OD KOBIET DLA KOBIET ODNAJDŹMY W SOBIE SIŁĘ I PIĘKNO! Joy Hermia Stone Joy jest przeciętną dziewczyną. Ma zwyczajną pracę, kilku w miarę nor- malnych znajomych i nie wyróżnia się niczym poza tym, że mieszka z męż- czyzną idealnym, który zawsze spełnia jej marzenia. Prawdopodobnie dlatego, że jest wymyślony… No, może nie do końca. Oryginał istnieje. To wokalista znanego zespołu Sundance, otoczony tłumem fanek, zarabiający miliony i od- noszący sukcesy playboy. W życiu jednak różnie bywa. Być może ta dwójka zetknie się w świecie jak najbardziej rzeczywistym. Joy, będąc w trudnej sytuacji życiowej, zatrudnia się u managera Sundance. Prawdziwe kłopoty zaczną się, gdy spotyka swojego idealnego faceta i pozna go bliżej. Dowie się wiele nie tylko o swoich uczuciach ale też o prawach rządzących rynkiem mu- zycznym i o panujących w nim stosunkach międzyludzkich. Wkrótce Joy, jej znajomi i wszyscy członkowie zespołu Sundance przekonają się, co się stanie, gdy spełnią się czyjeś marzenia. To nie jest prosta romantyczna opowieść o namiętnej miłości nieśmiałej dziewczyny i gwiazdy rocka. To nie jest kolejna od- słona bajki o kopciuszku. Ta opowieść może zaskoczyć. Noc kota, dzień sowy: Marta Kładź-Kocot Zamek Cieni W Castelburgu, bogatym portowym mie- ście, władzę przejmuje makiaweliczny Książę, a wygnani arystokraci zakładają Bractwo i z pomocą niejakiego Dioni- siusa Grandiniego próbują obalić tyrana. W Emain Avallach, siedzibie magów, niepozorny bibliotekarz zostaje skazany na śmierć, a para kochanków wygnana. W odległym… Zatrzymajmy się przy parze kochanków. Opowieści o wielkiej miłości mają zawsze wyjątkową moc. Wiedzą o tym Prządki, więc kiedy na ich oczach rodzi się taka opowieść, uważnie ją obserwują. Siądźmy więc cicho i patrzmy, jak splotą historię Mitrii i Jardala, dwojga czarodziejów, którzy pokochali się, łamiąc tym samym prastare prawo. Udajmy się z nimi w podróż w poszukiwaniu siebie samych i siebie nawzajem. Wytężcie słuch! Nocą usłyszycie stąpanie miękkich kocich łap, a w dzień prawie bezszelestne bicie sowich skrzydeł. Najpierw pomyślałam, że to historia o miłości, a pomysł na główny wątek jest czarujący i niebanalny. Potem doszłam do wniosku, że to jednak będzie opowieść o magii i politycznej intrydze. Następnie wpadło mi do głowy, że wszystkie drogi prowadzą do pewnego miasta i będzie to historia jego przemian. Jeszcze później dotarło do mnie, że i miasto, i bohaterowie dążą do wolności. Ta powieść ma wiele poziomów, wiele znaczeń i wciąż się zmienia, wciąga i fascynuje. Z każdą odwrócona stroną zapadałam się w nią bardziej, ciekawa, czym jeszcze mnie zaskoczy. - Marta Krajewska, trzykrotnie nominowana do nagrody im. J.A. Zajdla autorka Idź i czekaj mrozów, Zaszyj oczy wilkom i Noc miedzy Tam i Tu Noc kota, dzień sowy: Gliniane Pieczęcie Marta Kładź-Kocot Wszystkie drogi prowadzą do Castelburga. Nawet jeśli z pozoru wiodą do Między- świata albo w okolice Pustej Ziemi, gdzie podobno zamieszkiwali bogowie. Gdy bohaterowie wyruszają na wędrówkę, może ona okazać się jeszcze trudniejsza, niż przypuszczali. Mitria i jej towarzysze nie podejrzewają nawet, dokąd zaprowa- dzi ich droga, którą obrali. Leta Therrus wraz z towarzyszącą jej Cantią wyruszają do Xanty. Sirocco ucieka z Castelburga w obawie przed zemstą swoich mocodawców. Verena Haage trafia w sam środek spisku, który nie może skończyć się dobrze. Prządki obserwują rozrastające się kłącze opowieści, śledzą losy legendy o wielkiej miłości, która zaczyna opla- tać wszystkich swoją siecią… Jak zakończy się historia Mitrii i Jardala? Co można znaleźć na końcu świata albo nawet poza światem? Czy Zamek Cieni nadal ma władzę nad umysłami tych, którzy tak nieostrożnie do niego weszli? Kim jest tajemniczy Książę? I wreszcie – co oznacza mewa pojawiająca się w snach? Drugi tom, „Gliniana Pieczęć”, zamyka to, co otworzyło się w pierwszym – a może i znacznie więcej. Wyspa Mgieł Maria Zdybska Czasami dwie dusze łączy więź silniej- sza niż śmierć. Ona – przybrana córka pirata, urato- wana z morskiej kipieli. W jej prze- szłości ukryty jest klucz do potężnej mocy, która może przynieść wybawie- nie lub zgubę. On – potężny mag, wyrzutek, arogant i sybaryta. Od lat poszukuje, choć sam nie wie, czego i dlaczego. Kiedy jednak ich drogi się spotykają, przejmują nad nimi kontro- lę siły potężniejsze od nich samych. Bogowie i demony, nieumar- li i czarnoksiężnicy, zapomniana magia i stracone życia – droga do ich poznania zaczyna się na tajemniczej Wyspie Mgieł. “Wyspa Mgieł” to powieść young–adult fantasy przesiąk- nięta zapachem morza, pełna przygód, barwnych opisów i fantastycznych istot. Poznaj losy wyrzuconej przez morze Lirr i daj się oczarować tajemniczemu magowi o imieniu Raiden. Melissa Darwood, autorka Pryncypium, Larista i Luonto PIERWSZY TOM SERII KRUCZE SERCE Jezioro Cieni Maria Zdybska Lirr i Raiden muszą uciekać z Ysborga nie tylko przed gniewem jego wład- czyni, ale również przed podążającymi ich tropem bezwzględnymi Łowcami Mocy. Wiedząc, że Maeve nie spo- cznie, dopóki nie zemści się na nich, dwójka zbiegów postanawia poszukać schronienia na brzegach mitycznego Jeziora Cieni. Odnajdą tam jednak duchy przeszłości, które mogą zmienić wszystko, co dotąd o sobie wiedzieli i wszyst- ko, co kiedykolwiek do siebie czuli. Nadchodzi czas walki z własnymi demonami! Nadchodzi czas próby wśród zwodniczych cieni! Krucze przeznaczenie zaczyna się wypełniać! DRUGI TOM SERII KRUCZE SERCE Tropiciel Małgorzata Lisińska Sodi Yudherthardere, dla przyjaciół i lu- dzi z problemami wymowy po prostu Sodi, to krasnoludzki Tropiciel ze sła- bością do kobiet, alkoholu, złota, bijatyk i magii (dosłowną). U boku Yasy (naj- potężniejszego żyjącego maga) i Likal (seksownej, potężnej i kompletnie nim niezainteresowanej uczennicy maga) wyrusza w podróż po Krainie, a w dro- dze przeważnie cierpi na migrenę. Ni- czym bohaterowie bajek, tylko zupełnie inaczej, ta trójka stawia czoła wyzwaniom godnym herosów. Książka dla czytelnika dorosłego lub posiadającego certyfikat znajomości łaciny podwórkowej! Mistrz Haxerlin i Thuz z miejsca polubili Sodiego. Idealny towarzysz podróży, bajarz, mitoman i drań w ich stylu! - Jacek Wróbel, autor serii Haxerlin PIERWSZY TOM SERII BAJKI KRASNOLUDÓW Czarownica Małgorzata Lisińska Sodi, Likal i Yasa zmierzają wprost do paszczy lub łożnicy Smoczycy. Właści- wie tylko ten ostatni ma szanse na to ostatnie. Krasnoluda i uczennicę Pier- wotnego czeka lżejszy los. Nasi bohaterowie umilają sobie dro- gę, popadając w liczne tarapaty, grając w „jakie to przekleństwo”, testując wy- trzymałość krasnoluda na trunki i wy- trzymałość pozostałych na krasnoluda. Słowem – bawią się wyśmienicie, jak to tylko oni potrafią. Wszystko do czasu, kiedy na granicy z Itru sprawy nadmiernie się komplikują i przed wędrowcami stają kardynalne pytania. Czy Yasa poświęci najskrytsze marzenia dla podopiecznej? Czy Likal okiełzna drzemiącą w niej moc? Czy Sodi z pomocą Tro- piciela ochroni przyjaciół? „Czarownica” to kontynuacja bestsellerowego „Tropiciela” i po- wrót do świata znanego nam ze słuchowiska „Tropiciel opowiada”. DRUGI TOM SERII BAJKI KRASNOLUDÓW Indygo Michał Jan Chmielewski Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje – Edmund Burke Dwoje nastoletnich przyjaciół. Ona i on, połączeni przez wspólne ta- jemnice i tragedie. Muszą stawić czoła śmiertelnemu niebezpieczeństwu po- szukując odpowiedzi na pytanie, dla- czego w Baskin giną dzieci. Nieprzygotowani wkraczają w świat dorosłych. Walczą z demo- nami przeszłości, których głos jest silny i przerażający. Odnajdują prawdę, przyjaźni i miłość. Płacą za to cenę, być może zbyt wy- soką. Michał Chmielewski zabiera nas ponownie do Baskin Zachodniego. „Indygo” to zupełnie inna opowieść niż „Złe”, ale równie prawdziwa, mocna i warta przeczytania!

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Pikantnie po włosku
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: