Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00144 014245 16001360 na godz. na dobę w sumie
Pitaval krakowski - ebook/pdf
Pitaval krakowski - ebook/pdf
Autor: , , Liczba stron: 761
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1447-1 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Tytuł książki nie jest oryginalny. Pitaval to nie tylko nazwi­sko słynnego prawnika francuskiego, który w roku 1734 zapo­czątkował w Paryżu serię słynnych wydawnictw pod tytułem Causes célèbres et intéressantes, obejmującą opisy głośnych pro­cesów karnych. To także wywodząca się z czasów tego właśnie wydawcy potoczna nazwa zbioru opisów procesów karnych. Ty­tuł nie jest oryginalny jeszcze z innego powodu. W Polsce opub­likowano już liczne pitavale pióra Stanisława Szenica, Wandy Falkowskiej, Kazimierza Larskiego, Barbary Seidler, Mieczysła­wa Szerera, by wymienić tylko niektóre. Pitaval krakowski jest nawiązaniem do tej serii.

Opisane zostały sprawy rozpatrzone tylko do 1939 r. Decydowała o tym konieczność zachowania dystansu czasowego. Są jednak - zdaniem autorów - pewne różnice dzielące tę książkę od innych pitavali. Chodzi przede wszystkim o dobór tematu. Zamierzeniem autorów było zebrać takie sprawy sądowe, które w pewnym okresie były najgłośniejsze, które - choć czasem nie przedstawiały zagadek kryminalnych - świadczyły o ówczes­nym układzie stosunków społecznych i stopniu rozwoju kultury społeczeństwa. Jest to zbiór spraw krakowskich, a więc tych, które rozegrały się w mieście Krakowie i które były rozpoznawane w zasadzie przez sądy krakowskie. W obręb pracy weszły tylko procesy kryminalne. Tak się już bowiem utarło, że pitavale to zbiory takich właśnie procesów. Opisywane procesy sądowe zostały przedstawione na tle środowiska krakowskiego, połączone z ówczesnymi wydarzeniami i ukazane w scenerii starego Krakowa. W związku, z tym nieunik­nione stało się niekiedy wyrażenie własnego poglądu krytycznego na dotychczasowy sposób interpretacji historycznej lub prawni­czej opisywanych zdarzeń.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Stanisław Salmonowicz Janusz Szwaja Stanisław Waltoś PITAVAL KRAKOWSKI universitas PITAVAL KRAKOWSKI Stanisław Salmonowicz Janusz Szwaja Stanisław Waltoś PITAVAL KRAKOWSKI Kraków © Copyright by Stanisław Salmonowicz, Janusz Szwaja, Stanisław Waltoś and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2010, wyd. V poprawione ISBN 97883-242-1447-1 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Piotr Paliwoda Projekt okładki i stron tytułowych Sepielak www.universitas.com.pl Przedmowa Obecne wydanie Pitavala krakowskiego jest w kolejności piątym. Pierwsze wydanie (nakładem Wydawnictwa Praw­ niczego w Warszawie) z roku 1962 obejmowało jedynie 18 szkiców. W 1968 roku w Wydawnictwie Literackim ukazało się znacznie rozszerzone wydanie naszej książki, obejmujące w dwutomowej edycji aż 29 szkiców. Wydanie czwarte z 1993 roku zawierało pewne uzupełnienia wynikające m.in. z faktu, iż nie obowiązywała już cenzura komunistyczna (szkic m.in. o zbrodni w księgarni Gebethnera), jak i należało uwzględnić pewne zmiany w krajobrazie współczesnego Krakowa, skoro zawsze staraliśmy się odnaleźć w dzisiejszym Krakowie śla­ dy materialno­wizualne dawnych wydarzeń. Obecne wydanie natomiast ukazuje się już w niezmienionym kształcie. Możemy sądzić, iż nasz skromny zbiór szkiców z dziejów kryminalnych Krakowa wytrzymał próbę czasu, znajdował w poprzednich generacjach czytelników uznanie i stąd liczymy na zaintereso­ wanie nowych generacji miłośników starego Krakowa. Warto się może pochwalić opinią etnologa i historyka, prof. Ludwika Stommy, znanego także jako autor felietonów w „Polityce”. Ludwik Stomma jest autorem kilku popularnych książek z hi­ storii Polski. Rozważając kiedyś lekturę „pitavali” jako pewne­ go gatunku literacko­naukowego, L. Stomma napisał o naszej książce: „…znakomity, istna perła gatunku” („Polityka” nr 35 z 30 VIII 2003, s. 98). Czym były i są „pitavale”? Przypomnieć tu trzeba, iż Pitaval to nie tylko nazwisko prawnika francuskiego, który w Paryżu, w roku 1734, zapoczątkował serię słynnych wydawnictw z kro­ niki kryminalnej pt. Causes célèbres et intéressantes. Już od końca XVIII wieku i w XIX wieku w wielu krajach europejskich powstawać poczęły zbiory opisów spraw karnych, które uzyska­ ły szybko potoczną nazwę, często uwidacznianą w tytule – „pi­ tavali”. Tak więc tytuł naszego zbioru szkiców wywodzi się z tej tradycji, która dzisiaj w Polsce jest dobrze znana. Po II wojnie światowej jako pierwszy zyskał sobie zainteresowanie prawnik i dziennikarz warszawski, Stanisław Szenic1. W ostatnich la­ tach można by ułożyć sporą listę książek, które mają charak­ ter „pitavalowy”, choć nie zawsze jest to uwidocznione w tytule. Powołać możemy jako szczególnie udane dawniejsze książki reporterki sądowej Barbary Seidler, Wandy Falkowskiej czy wy­ bitnego prawnika Mieczysława Szerera2. Zazwyczaj powstające w ostatnim dwudziestoleciu pitavale mają charakter ograniczo­ ny terytorialnie bądź tematycznie. Dobór omawianych spraw i sposób ich przedstawiania nieraz mocno się różnią. Zazwyczaj literaturę faktu tego typu uprawiają dziennikarze, rzadziej hi­ storycy. Czasami urok sensacyjności dominuje. Rzecz jednak w tym, naszym zdaniem, iż pitavale winny być fachową literatu­ rą faktu: można w nich stawiać w sytuacjach niejasnych pytania czy formułować hipotezy, ale nigdy nie należy odchodzić ani na krok od poznanych źródeł historycznych czy współczesnych są­ dowych. Kiedy układaliśmy naszą książkę, zamierzeniem, któ­ re zrealizowaliśmy, było wybranie takich spraw sądowych czy karnych, które z tych czy innych względów były w swojej epoce albo później szczególnie głośne, ale i takie, które choć nieraz nie stanowiły żadnej skomplikowanej zagadki historycznej czy kry­ minalistycznej, to świadczyły wyraziście o ówczesnych stosun­ kach społecznych, mentalności i kulturze epoki. Nade wszystko zaś autorom piszącym owe szkice w Krakowie chodziło o ta­ 1 Por. S. Szenic, Pitaval warszawski, wyd. 2, t. I–II, Warszawa 1957. 2 Por. m.in. B. Seidler, Skłóceni z prawem, Kraków 1972 i szereg to­ mów reportaży sądowych. W. Falkowska jest także autorką tomów reportaży sądowych ze współczesności; M. Szerer, Opowiadania o procesach, Warszawa 1966. 6 kie sprawy krakowskie, które rozgrywały się – w sposób nieraz niezwykle ciekawy – w scenerii starego Krakowa. Nie unikali­ śmy własnej interpretacji historycznej, a zwłaszcza prawniczej, ale sięgaliśmy wszędzie tam, gdzie to było ówcześnie możliwe, do autentycznych akt czy ksiąg sądowych i innych materiałów źródłowych. Kraków i Warszawa to dwa miasta w Polsce, które posiada­ ją bogatą tradycję wydawnictw poświęconych przeszłości obu miast. Kiedy w 1968 roku wydawaliśmy II wydanie Pitavala krakowskiego, doprowadziliśmy chronologię naszej książki aż do 1939 roku. Z wielu ówcześnie zrozumiałych względów nie chcieliśmy pisać – pod rządami cenzury – o różnych głośnych, nieraz niezwykle niejasnych procesach karnych krakowskich po II wojnie. Dziś ten wzgląd już nie jest istotny, natomiast li­ teratura dotycząca różnych aspektów dziejów kryminalnych i obyczajowych Krakowa, zarówno czasów nowożytnych3, jak i XX wieku4, jest już obfita. Nie narusza to istoty naszych szcze­ gółowych szkiców, które nie pretendują do szerszego ujmowa­ nia dziejów przestępczości w dawnym Krakowie5. 3 Prof. Michał Rożek jest autorem kilku książek o dziejach obycza­ jowych, kulturze Krakowa, które, choć nie są formalnie pitavala­ mi, zawierają nieraz wiele informacji o sprawach kryminalnych dawnego Krakowa, por. m.in. tegoż, Kraków – historie nieopowie­ dziane: ludzie, zdarzenia, obyczaje, Kraków 2004. 4 Jan Rogóż jest autorem kilku pozycji o charakterze pitavalowym, jak: Kryminalny Kraków, Kraków 2002, i Historie o zbrodniach i karach, Kraków 2006. 5 Należy podkreślić, iż naukowe „badania nad dziejami przestęp­ czości i sprawami tzw. marginesu społecznego różnych epok” bardzo się rozwinęły w ostatnich latach. Od strony ściśle histo­ ryczno­prawnej powołać tu należy monografię źródłową szero­ ką, ale obejmującą w dużej mierze źródła krakowskie, Maria­ na Mikołajczyka pt. Przestępstwo i kara w prawie miast Polski Południowej XVI–XVIII w., Katowice 1998. Dla dziejów środo­ wisk przestępczych w samym Krakowie por. zwłaszcza J. Kracik, M. Rożek, Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie; o marginesie społecznym XVI–XVIII w., Kraków 1968, 2 wyd. 7 Stąd nasza decyzja, by książki już nie rozszerzać ani nie uzupełniać nowymi szczegółami. Pisaliśmy w przedmowie do czwartego wydania słowa, które nadal wydają się nam słusz­ ne: „...książka staje się w pewnym momencie jakby własnoś­ cią intelektualną Czytelnika. Nie można jej w nieskończoność zmieniać, poprawiać. Czytelnik wcześniejszych wydań ma prawo zakładać, że następne nie zdeprecjonują poprzedniego. Dotyczy to oczywiście książek literackich i takich, które znajdu­ ją się choćby na krawędzi tej kategorii”. Staraliśmy się bowiem od początku, by nasze szkice były lekturą nie tylko dla prawni­ ków czy historyków, ale i dla szerokiego kręgu czytelników. Być może niektórzy z naszych następców, także pisząc w krakow­ skiej scenerii, chcieliby to i owo dorzucić – czy zarzucić. Mają takie prawo. Jonathan Swift, żyjący zresztą w tej samej epoce, co François Gayot de Pitaval, napisał, rozważając prawa poetów w stosunku do ich poprzedników, takie oto słowa: „Thus every poet, in his kind / Is bit by him that comes behind”. Autorzy 2010, a także ujęcie bardziej popularne: M. Rożek, Bedeker po wszetecznym i hulaszczym Krakowie, Kraków 1990. KRONIKI KRYMINALNEJ KRAKOWA CZÊŒÆ I WPROWADZENIE Niewysokiego był mniemania o polskim wymiarze sprawied­ liwości prymas Polski i poeta Paweł Woronicz, pisząc u schyłku XVIII wieku, że „Themis gdzieś w obce strony miecz poniosła”1. Pewien zaś wybitny prawnik osiemnastowieczny, wspominając surowe sądownictwo miejskie w Polsce, stwierdzał, że „cudzo­ ziemcy w naszym kraju częściej postrzegają surową szubieni­ cę niż most porządny”2. Pytanie, które się nasuwa, brzmi: czy i w jakiej mierze Kraków – stolica i czołowy ośrodek kulturalny rozległego państwa, upodabniał się w zakresie sądownictwa i porządku publicznego do obrazu znanego nam z innych te­ renów Polski? Nie będziemy, oczywiście, cofać się nazbyt daleko w prze­ szłość. Kraków wprawdzie – jak pisał stary Szujski – sadyba od­ wiecznie ponętna – był miejscem osadnictwa o typie stałym od niepamiętnych czasów, jednakże jego dzieje przedlokacyjne (tj. sprzed roku 1257) niewiele dają wątków dla interesującego nas tematu. Tak wymowne dla fachowca wykopaliska archeologicz­ ne nie dostarczą informacji o przebiegu ówczesnych wydarzeń, a odnaleziony szkielet zamordowanego nie opowie, kto i w ja­ kich okolicznościach dokonał zbrodni. Rok 1257 – data lokacji Krakowa jako ośrodka miejskiego na prawie magdeburskim – niewiele nam może wnieść nowego, skoro najstarsze zapiski miejskie przeważnie zaginęły, a te, które 1 Cyt. wg A. Drogoszowskiego, Elementy XVIII wieku w historiografii Woronicza, „Studia Staropolskie”, Kraków 1928, s. 643. 2 Cyt. wg J. Bystronia, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wieku XVI– –XVIII, Warszawa 1932, t. I, s. 322. 13 się zachowały, wykazują aż po wiek XV daleko idącą lakonicz­ ność, nie dając podstawy do odtworzenia pełnego obrazu jakiejś sprawy kryminalnej. Jedynie te wydarzenia, które poruszyły wy­ obraźnię kronikarzy i rocznikarzy, mogły pozostawić więcej ma­ teriału źródłowego po sobie. Najstarsze bowiem z zachowanych ksiąg miejskich z XIV wieku zawierają w zakresie spraw krymi­ nalnych jedynie wykaz osób, które z miasta proskrybowano, tj. wydalono za popełnienie przestępstwa. Notatki podają przyczy­ ny, a także sposób dokonywania wydalenia z miasta, ustalony zwyczajowo „na lat sto i jeden dzień”. Skazanego „obwoływano” na Rynku, a następnie wśród pochodni wyprowadzano, czyli „wyświecano” poza mury miejskie bez prawa powrotu. O bujnym krzewieniu się przestępczości już w tych wczes­ nych dziejach Krakowa świadczy wystarczająco liczba blisko tysiąca osób proskrybowanych z miasta w okresie od 1362 do 1400 roku. Głośne sprawy kryminalne starego Krakowa, które poniżej przedstawiamy, dotyczą przede wszystkim wieków XVI–XVII; odrębnie opracowane zostały szczególnie ciekawe sprawy z kro­ niki kryminalnej XIX i XX wieku. Szereg głośnych wydarzeń z wieków wcześniejszych nie pozostawił po sobie wystarczających materiałów źródłowych do pełnego ich przedstawienia, jednakże całkowite przemilczenie tych bardzo nieraz charakterystycznych spraw wydaje się niesłuszne. Dlatego też niniejszy szkic ma na celu wprowadzić Czytelnika w skomplikowane problemy wy­ miaru sprawiedliwości w dawnym Krakowie oraz podać garść informacji o sprawach znanych jedynie z marginesowych wzmia­ nek, notatek kronikarzy bądź relacji współczesnych. Kto, gdzie i jak wymierzał w Krakowie sprawiedliwość? Naj­ większy właśnie kłopot sprawiało miastu niedoskonałe rozwią­ zywanie tego zagadnienia, co prowadziło do niepotrzebnych sporów i kłopotliwych wydarzeń. Pierwotnie w Krakowie, podobnie jak i w innych miastach lokowanych na prawie niemieckim, sądownictwo sprawował wójt miasta wraz z ławą. Przywilej Bolesława Wstydliwego z 1257 roku wyłączał jedynie trzy najpoważniejsze przestęp­ 14 stwa: zgwałcenie, skrytobójcze zabójstwo i najście na dom, któ­ re to przestępstwa podlegały jurysdykcji samego księcia. Z chwilą wykształcenia się w Polsce monarchii stanowej kler, szlachta oraz – z pewnymi wyjątkami – Żydzi uzyskiwali wyłą­ czenie sądownictwa z kompetencji miasta. Niektóre przywileje sądowe utracił Kraków po buncie wójta Alberta w 1312 roku. Nieco później główną część sądownictwa miejskiego przejęła w swe ręce Rada Miejska, przy czym podporządkowała sobie sądy ławnicze. Początkowo Rada Miejska nie wykonywała jed­ nak prawa miecza, tj. kary śmierci, posługując się głównie karą wygnania z miasta – proskrypcją. Walka o monopol władzy sądowej w mieście zakończyła się niepełnym zwycięstwem Rady Miejskiej. Na przeszkodzie stanę­ ły specjalne przywileje sądowe duchowieństwa, jak i Akademii Krakowskiej, a przede wszystkim dążenie szlachty do wyłą­ czenia spraw jej dotyczących z jurysdykcji miejskiej. Przywilej Władysława Warneńczyka był ostatnim aktem prawnym, któ­ ry dozwalał sądom miejskim osądzanie (w nieobecności kró­ la) szlachcica schwytanego na gorącym uczynku. Przywilej ten „szybko poszedł w niepamięć”3. Szlachta w okresie nowożytnym korzystała z przywileju podlegania w sprawach o gwałty i zabójstwa popełnione na te­ renie miasta tzw. sądowi mieszanemu, złożonemu z przedsta­ wicieli urzędu grodzkiego (starościńskiego) i władz miejskich. Sądownictwo grodzkie krakowskie datuje się od końca XIV wie­ ku. Księgi sądowe grodzkie zachowały się dopiero od 1418 roku. Dzieje sądownictwa królewskiego i starościńskiego przypomina­ ją wawelskie baszty Senatorska oraz Złodziejska, w której mieś­ ciły się owiane ponurą sławą lochy więzienne. Cechą charakte­ rystyczną sądownictwa Krakowa, datującą się od wieku XV, była odrębna sytuacja studentów Akademii w świetle przyznanych władzom uniwersyteckim przywilejów; wywoływały one zresz­ tą liczne spory kompetencyjne i proceduralne, które usiłowała 3 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie (wiek XIII– XV), Warszawa 1966, s. 25. 15 uregulować decyzja króla Zygmunta Augusta z 1570 roku. Tak więc studenci Akademii Krakowskiej odpowiadać mieli w zasa­ dzie przed sądami rektorskimi, podobnie jak jedynie z wiedzą i pomocą władz uniwersyteckich można było pozbawić scholara wolności. W sprawach kryminalnych ujętego na gorącym uczyn­ ku scholara sądzić mógł sąd grodzki lub miejski. Pewne kompetencje w tej mierze przysługiwały także sądowi biskupiemu oraz sądom królewskim. Niedostateczne określenie sposobu postępowania w spra­ wach o przestępstwa przeciwko scholarom krakowskim prowa­ dziło do szeregu konfliktów kompetencyjnych między władzami miejskimi i uniwersyteckimi oraz stanowiło poważną przeszko­ dę w utrzymaniu porządku publicznego. Dodać jeszcze trzeba, że w czasie pobytu króla w Krakowie specjalne uprawnienia przysługiwały marszałkowi wielkiemu koronnemu, do którego obowiązków należało czuwanie nad bezpieczeństwem osoby królewskiej. Wszystko to razem nie ułatwiało działania wła­ dzom miejskim, odpowiedzialnym za bezpieczeństwo miasta. Zaradzić temu miała ogłoszona w roku 1616 ustawa sejmowa pod nazwą „Bezpieczeństwo miasta Krakowa”. Zadaniem jej było poprawić stan porządku publicznego w Krakowie, który zresztą i tak przez cały wiek XVI cieszył się sławą najniespokoj­ niejszego miasta w Polsce. „Sprawiedliwość majdeburska” była niebezpiecznie szybka i nieraz niełatwo było i niewinnemu stryczka czy też katowskie­ go miecza uniknąć. Decyzje podejmowano tu bez zwłoki po bardzo niedoskonałym postępowaniu, nie bawiąc się w długie rozważania i roztrząsanie sprawy. Na usprawiedliwienie kra­ kowskiego wymiaru sprawiedliwości dodajmy jednak, że całe sądownictwo Rzeczypospolitej, zwłaszcza od połowy wieku XVI, miało szereg poważnych niedociągnięć. Na dobitek trybu­ nały koronne przeciągały wszelkie sprawy w nieskończoność, zapewniając w ten sposób bezkarność jawnym zbrodniarzom. Nic też dziwnego, że w XVII wieku utarło się w Polsce senten­ cjonalne powiedzenie: nieporządek jak w trybunale. 16 Wyobraźmy sobie teraz podstawowe elementy „prawniczego krajobrazu” dawnego Krakowa. Przez wieki średnie stał na środ­ ku krakowskiego Rynku słup z zawieszonym nań kapeluszem. Symbol ten wywodził się ze zwyczajów niemieckich i oznaczał, że nad miastem czuwa jego władca oraz że rządzi tu sprawied­ liwość. Symbolem dla złoczyńców bardziej może dobitnym był wiszący po dziś dzień w Sukiennicach wielki nóż; oznaczał on, że miasto rządzi się prawem magdeburskim, a zarazem miał być przestrogą dla złodziei, iż zostaną „oszelmowani”, czyli skazani na obcięcie uszu, co było karą nie tylko dotkliwą, ale i hańbiącą. Z owym nożem związano już w wieku XIX znaną krakowską legendę o dwóch braciach, którzy budowali kościół Panny Marii i w sporze o to, która z wież kościoła jest wyższa i piękniejsza, jeden zamordował nożem drugiego. Dlatego też jedna z wież pozostała niedokończona. Siedzibą władz miejskich był ratusz, po którym pozostała do dziś jedynie wspaniała wieża. Oczywiście, z punktu widze­ nia dziejów kryminalnych zasadnicze znaczenie miały obszerne podziemia ratuszowe, które zresztą nie służyły wyłącznie celom sądowo­policyjnym. Znana była przecież i tłumnie odwiedza­ na „Piwnica Świdnicka”, mieszcząca się w podziemiach głów­ nego korpusu ratusza (część dziś nieistniejąca). Zaopatrzony w osobne wejścia od strony ul. Szewskiej i św. Jana, lokal ten był miejscem schadzek i zabaw szumowin miejskich, a barw­ ne życie jego bywalców przyniosło mu nową potoczną nazwę „Indie”. Podziemia świdnickie słynęły z dobrego piwa. Z prowa­ dzonego tam wyszynku wszelkich trunków ciągnęła dochody bezpośrednio Rada Miejska, a specjalnego smaczku zabawom krakowskiego półświatka dodawał zapewne fakt makabrycz­ nego przeznaczenia sąsiednich, zaledwie murem oddzielonych pomieszczeń. Mieściła się tam przecież „tortornia”, czyli sala tor­ tur, oraz – w głębokim podziemiu – właściwe więzienie. Loch ten nazywano „Dorotką”. Wtrącano do niego zbrodniarzy. Więzienie lżejsze, zwane „dłużnicą”, mieściło się na parterze budynku od strony wewnętrznej i przebywali tam głównie niewypłacalni dłużnicy, zatrzymywani na żądanie pokrzywdzonej strony. 17 Mieszczące się wewnątrz budynku niewielkie podwórko służyło do różnych celów. Miejsce kaźni w Krakowie nie było ściśle ustalone i zależało od rodzaju wykonywanej kary, przy czym w różnych okresach było ono różne. Wyroki wykonywał kat miejski ze swymi po­ mocnikami. Oczywiście, mamy tu na myśli przede wszystkim wyroki śmierci albo inne kary wykonywane na ciele delikwen­ ta, skoro kara więzienia praktycznie wówczas nie występowała, a wiezienie służyło jedynie jako środek do zatrzymania prze­ stępcy. Wyroki śmierci przez ścięcie wykonywano zazwyczaj obok pręgierza, naprzeciw głównej bramy kościoła Panny Marii. Tracono także i na miejscach popełnionych zbrodni. Pierwszą znaną nam bliżej egzekucją było ścięcie w roku 1395 sędziego grodzkiego, Spytka z Dytrychowa, za nadużycie władzy i gwałt. Przez jakiś czas wykonywano wyroki ścięcia na wspomnianym już małym podwórku więziennym ratusza, jednakże przekona­ nie o konieczności oddziaływania na ludność grozą publicznych egzekucji doprowadziło do zaniechania tej praktyki; odtąd ścięć na więziennym podwórku dokonywano tylko w wypadku, gdy w grę wchodziły szczególne okoliczności. Miejscem kaźni bywał też Wawel. Na zamku miał bowiem swą siedzibę sąd grodzki, któremu podlegała szlachta. Jeśli któryś ze szlachciców został skazany „na gardło”, a więc na ścięcie, wyrok wykonywano na wzgórzu wawelskim. Taka była reguła. Czasem bywały odstęp­ stwa, jak na przykład w sprawie Zborowskiego (o czym dalej). Ścięcia mieczem nie uważano za karę hańbiącą i rezerwowano ją dla szlachty. Karę chłosty czas długi wymierzano publicznie, na pniu zwanym „biskupem”. Rejestr kar drobniejszych o poniżają­ cym, ośmieszającym charakterze był wcale długi. Skazywano na karę jazdy na... ośle, na noszenie po Rynku kamienia, psa itp. Pod pręgierzem wykonywano także karę tzw. „kojca”, która groziła za nieuczciwość miejskim przekupkom. Oto literacki opis tej kary: Pod pręgierzem pakowano nieuczciwą sprzedawczynię do „kojca”, raczej dużego kosza, i zamykano. Z zamknięcia musiała się sama wy­ dostać, wykonując ruchy przekomiczne. Gawiedź brała się pod boki 18 ze śmiechu, gdy kojec nadziany przekupką z furkotem spódnic, wrza­ skiem i trzaskiem toczył się po rynku, a przechera usiłowała się z środ­ ka wygramolić4. Pręgierz, przy którym wykonywano kary hańbiące i cieles­ ne, był w Krakowie niemal w codziennym użyciu: obyczajowa cenzura Rady Miejskiej była okresami bardzo surowa. Resztki autentycznego, do późnych lat XVIII wieku używanego pręgie­ rza krakowskiego zawędrowały w wieku XIX do Mydlnik, gdzie podobno użyto ich... jako postumentu pod figurę przydrożną na drodze do Krakowa. Zachowane do dziś przy wejściu bocznym do kościoła Mariackiego kuny służyły do zakuwania grzeszni­ ków i przestępców odbywających publiczną pokutę; z reguły pozostawali oni zakuci podczas mszy. Specjalny charakter kary śmierci przez powieszenie, której szczególną cechą było pozostawianie wisielca przez jakiś czas na szubienicy i odmawianie mu w ten sposób chrześcijańskie­ go pogrzebu, spowodował, że karę tę wykonywano za miastem. Najdłużej, bo aż do końca wieku XVIII, utrzymała się szubieni­ ca miejska w okolicy dzisiejszego zakładu Helclów. Uprzednio wykonywano egzekucje na Pędzichowie. Nad porządkiem w mieście czuwali tzw. wiertelnicy – cir­ culatores – oraz pachołkowie miejscy, którzy pozostawali pod rozkazami burgrabiego vel hutmana ratusznego. Do nich nale­ żała nie tylko służba wartownicza, ale i pełnienie funkcji poli­ cyjnych w Krakowie. Stojący na czele straży miejskiej hutman ratuszny sprawował zarazem sądy policyjne w drobniejszych sprawach oraz miał pieczę nad więzieniem ratuszowym, do którego to więzienia (zgodnie z ordynacją miejską z 1598 roku) więźniów szlacheckich „...okrom wiadomości pana burmistrzo­ wej, aby żadnych przyjmować się nie ważył ani na questiones [tj. tortury] krom wiadomości p. burmistrza i panów tak re ipsa, jako straszeniem molestować się nie ważył”5. Stałą straż po­ 4 J. Roszko, Salon miasta, „Dziennik Polski”, nr 133 z 1964 roku. 5 Cyt. wg A. Chmiela, Sądy ratuszne hutmańskie. Kartka z życia miesz­ czan krakowskich w XVI w., Kraków 1907, s. 4. 19 rządkową w mieście, w liczbie 40 ludzi, niezależnie od drabów ratuszowych, powołało miasto dopiero w roku 1627; od roku 1675 było ich stu zbrojnych w berdysz, pałasz i flintę. Również starosta grodzki krakowski, zastępowany zwykle w swych funk­ cjach przez podstarościego i mający do swej dyspozycji liczny poczet służby, wielokrotnie interweniował w sprawach porząd­ ku publicznego w mieście. Znamy na przykład z roku 1628 or­ dynację starosty Tomasza Zamojskiego, który dla zapewnienia bezpieczeństwa w Krakowie usiłował unormować wzajemne stosunki i obowiązki władz miejskich oraz grodu krakowskie­ go. Oczywiście, o jakichś specjalnych władzach zajmujących się zwalczaniem przestępczości i wykrywaniem sprawców trudno w tym okresie mówić. W praktyce – jeśli sprawcy rzeczywistego bądź domniemanego nie schwytano na gorącym uczynku ani nie rzucił nań ktoś podejrzenia – władze ówczesne swoimi pry­ mitywnymi metodami śledztwa wiele zdziałać nie mogły. Policyjnie miasto podzielone było na cztery kwartały: rzeź­ niczy, grodzki, garncarski i sławkowski. Prócz wiertelników, któ­ rych było do 20, i straży miejskiej, nad porządkiem w mieście czuwali jeszcze specjalni stróże nocni, szczególne baczenie da­ jący na pożary. W porze nocnej zresztą nie wolno było chodzić po mieście bez latarni. Na zakończenie tego wprowadzenia należałoby wspomnieć niektóre kryminalne epizody z dziejów Krakowa, nieznajdujące wprawdzie odzwierciedlenia w specjalnych szkicach, jednakże zasługujące chociażby na wzmiankę. Już w wiekach średnich zdarzały się problemy prawne, któ­ re władzom miejskim nastręczały wiele kłopotu. Jednym z nich była sprawa prostytucji. Wzmianki o niej pochodzą już z XIV wie­ ku. Miasto niechętnie patrzyło na praktyki tego rodzaju i w 1391 roku wypędzono z domów stojących in belsa w okolicy Gródka (teren około dzisiejszej ulicy św. Krzyża i wylotu ulicy Siennej od Rynku) mieszkające tam „miłośnice publiczne” (termin Bronisława Trentowskiego), proskrybując je za mury miasta. Problem pozostał jednak widać nadal nierozstrzygnięty, bo w początkach wieku XV Rada Miejska zwróciła się do mistrza 20 Jana Falkenberga, głośnego kaznodziei dominikańskiego, z za­ pytaniem: „czyli prawo ludzkie zezwala na istnienie nierząd­ nic i czyli miasto dla nich dom osobny przeznaczyć może?”6. Zręczny scholastyk w swej odpowiedzi, wskazując na przyro­ dzoną ludzką ułomność etc., sprawę całą na korzyść upadłych niewiast rozstrzygnął. Przez cały wiek XIV nieraz dała się odczuć mieszkańcom miasta detestabilis auri fames (ohydna żądza złota), która sta­ wała się przyczyną zuchwałych napadów, mordów i grabieży. Jan Długosz biadał w swym dziele, że „trudno znaleźć inny kraj równie skalany domowymi zabójstwami i zranieniami”7, i zarzucał królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi niedbałość o stan bezpieczeństwa kraju, a zwłaszcza jego stolicy. Epoka renesansu nie mogła tu przynieść poprawy, a bo­ daj jeszcze pogorszyła sprawę. Bujna kultura renesansowego Krakowa, epoka przewartościowywania kryteriów moralnych i załamywania się dotąd ustalonego sposobu życia prowadziła niejednokrotnie do kolizji z prawem. Walka z więzami kościel­ nymi, z przestarzałymi formami średniowiecznej obyczajowości stwarzała niejednokrotnie całkowicie nowe typy obyczajowe i nowe wzory postępowania. Suche zapiski sądowe lub kronikarskie notatki diariuszy, z których zwięzłość bądź kancelaryjny styl wyparły namiętność i wszelkie żywsze uczucia, zawarły przecież dramatyczny opis ludzkich losów i pozostały śladem ich obyczajów, dążeń i wie­ rzeń, stanowiąc ważki przyczynek do uchwycenia niepowtarzal­ nego kolorytu danej epoki. Oto pod datą roku 1561 czytamy: Jadwiga rodem z Luborowiec, bawiąca się nierządem, wyznała, iż le­ gając z mężczyznami, kradła je (a nawet i księży) – a wyznawszy przed rajcami swoje złe uczynki, jest utopiona. 6 Cyt. wg J. Szujskiego, Kraków aż do początków XV wieku. Wstępne słowo do najstarszych ksiąg tego miasta, w: Monumenta Medii Aevi Historica IV, cz. 1, Kraków 1878, s. LXXIX. 7 J. Długosz, Opera omnia, Kraków 1887, t. I, s. 48. 21 Mimo pewnego złagodzenia okrutnej praktyki sądów miej­ skich przez cały wiek XVI zapadają liczne, jakże surowe wyroki śmierci. I tak w 1580 roku służąca, która swą panią i dziecko zabiła, została wyrokiem sądu za swój czyn skazana na upie­ czenie żywcem8. W 1589 roku spalono także żywcem dwóch mincerzy, co „monetę fałszywą kowali w jednym ogrodzie przed Mikołajską bramą”9. Tegoż roku z suchej notatki dowiadujemy się o grabarzu, który w czasie pomoru, korzystając zapewne z paniki panującej w mieście, mordował ludzi... Z wyrokiem na stos spotykamy się raz jeszcze w 1605 roku, kiedy to pewne­ mu rymarczykowi z Poznania wymierzono tak okrutną karę za świętokradztwo. Kraków słynął przez cały wiek XVI jako miasto tumultów; można tu było nabywać 72 gatunki różnych wódek, bawić się wesoło w licznych szynkach i winiarniach. Tradycja ta rodziła pewien klimat obyczajowy: z kolegium Akademii Krakowskiej wyruszył na wojnę przysłowiowy Albertus, wojak­samochwał, znajdując w wieku XVII tylu naśladowców, że tylko talentu brakowało, aby powstał polski bohater obyczajowy na miarę Cyrana de Bergerac. Występujący na kartach popularnej litera­ tury satyrycznej owi Moczygębscy, Kuflerscy i Kurołapscy nie­ raz znajdowali chętnych naśladowców, których wizyta w Kra­ kowie rzadko się obywała bez naruszenia spokoju publiczne­ go. O tym zaś, iż spory ze szlachtą były niezwykle dla miasta niebezpieczne, przekonali się na własnej skórze kazimierscy rajcy. Andrzej Słabosz, bratanek możnego Jana Słabosza, dzie­ dzica Putniowic, spowinowaconego z Tęczyńskimi, wraz z inny­ mi dwoma szlachcicami urządził w styczniu 1519 roku burdę na Kazimierzu, a wtargnąwszy do zajazdu, „...tłukł do gospo­ dy, gdzie mieszkały niewiasty gościnne, gdy tam chciał wniść 8 Teki Ambrożego Grabowskiego, E 20 k. 29, Archiwum Miasta Kra­ kowa i Województwa Krakowskiego. 9 Cyt. wg M. Frančicia, Kalendarz dziejów Krakowa, Kraków 1964, s. 74. 22 uporem, niewiasta gwałtu wołała...”10. Jako złapany „gorącym prawem” został wraz z towarzyszami osądzony na ratuszu ka­ zimierskim i ścięty. Krewni śmiercią ukaranych wnieśli na za­ mek do urzędu grodzkiego „żałobę” na rajców kazimierskich. Sprawa ciągnęła się dość długo przed sądem królewskim, którego akt nie znamy. Ostatecznie Rada Miejska Kazimierza uznana została za winną mordu sądowego i jedynie z rękojmią mieszczan krakowskich pozostawiono rajców na wolności. Na sejmie toruńskim 1519/20 roku szlachta oburzona przewleka­ niem sprawy wywarła nacisk na króla. Stanęła ostateczna decy­ zja na sądzie sejmowym i na podstawie dotychczasowych akt krakowskich, a pod naciskiem szlacheckich żądań orzeczono, iż za „niewinnie i bezprawnie” ściętych szlachciców głową zapła­ cą mieszczanie: 16 lutego 1520 roku, po zaprzysiężeniu przez krewnych ściętej szlachty winy burmistrza i dwóch rajców, zo­ stali oni decyzją krakowskiego urzędu grodzkiego ścięci niejaw­ nie na zamku królewskim. Rozkład moralny kleru, najjaskrawszy w pierwszej połowie XVI wieku, również dostarczył niejednej karty do archiwum kryminalnego Krakowa. Daremne było bowiem palenie na sto­ sie Pieśni o łotrowskim stanie obłudnych mnichów i mniszek chorążego krakowskiego Marcjana Chełmskiego, skoro niedaw­ ne zabójstwo księdza Fantiniego (o czym dalej) wystarczająco motywowało wywody autora. Rzecz inna, że chorąży krakow­ ski miał szczęście, iż był dobrze urodzonym szlachcicem i ręka władzy duchownej niełatwo mogła go dosięgnąć. Gorszy los spotkał Katarzynę z Zalaszowskich, żonę Mel­ chiora Wajgla, rajcy i złotnika krakowskiego. Bogata ta i wy­ kształcona mieszczka krakowska, zwana także Malcherową, oskarżona została u schyłku życia (miała już ponad lat 80 i za­ pewne nieco osłabione władze umysłowe) o przejście na juda­ izm, zaparcie się wiary katolickiej i świętokradcze poglądy. Mąż 10 Marcin Bielski, Kronika wszystkiego świata (1551), cyt. wg J. Ptaś­ nika, Sprawa Kazimierska, obrazki z przeszłości Krakowa, „Biblio­ teka Krakowska”, t. 21, Kraków 1902, s. 33. 23 Katarzyny miał liczne kontakty z bogatymi kupcami żydow­ skimi z Kazimierza i na tym zapewne polegały jej powiązania z judaizmem, które miały tak tragiczne skutki. Nie wiemy bli­ żej, jakich to dokonała Malcherowa czynów, które sąd kościelny uznał za bluźnierstwo i świętokradztwo oraz za które wydał ją w ręce władzy świeckiej, która wykonała wyrok śmierci. W kronice zboru krakowskiego (Wajglowa miała bowiem w rzeczywistości sprzyjać poglądom ariańskim, co władze koś­ cielne krakowskie wzięły za judaizm) czytamy o tym: Roku po Narodzeniu Pańskim 1539 niejaka Katarzyna Malcherowa Zalaszowska dlatego, iż o Bóstwie P. Jezusowego w Opłatku albo Sakra­ mencie według wiary Kościoła Rzymskiego nic nie trzymała i żeby Sakrament miał być Bogiem, nie wierzyła, z nienawiści jakoby w ży­ dowskim niedowiarstwie przekonana była spotwarzona: za powodem Piotra Gamrata, biskupa krakowskiego, na Rynku Tandety w Krako­ wie spalona jest11. Wyrok wykonano 19 kwietnia nieopodal kościoła Panny Marii, a popioły świętokradczyni i heretyczki wrzucono do Wisły. Sprawa cała według intencji biskupa Gamrata, znanego zresztą ze swego bynajmniej nie budującego trybu życia, miała stać się pretekstem do prześladowania Żydów, „gdyż pomie­ szanie Żydów z chrześcijanami otwiera okna dla wielu zbrodni i przestępstw”12, a także zapoczątkować szerszą akcję prześla­ dowań religijnych, do czego zresztą nie doszło ze względu na gwałtowny wzrost wpływów reformacyjnych w kołach możno­ władztwa polskiego. Wspominaliśmy już o głośnej w renesansowym Krakowie sprawie Alberta Fantiniego. Ksiądz Fantini był typowym przed­ stawicielem włoskiego odrodzenia. Studia swe odbył na znako­ mitym uniwersytecie bolońskim, na którym uzyskał tytuł mistrza 11 W. Węgierski, Kronika zboru ewangelickiego krakowskiego, Kraków 1817, 3.3–4. 12 Pogląd ten przytacza M. Bałaban, Dzieje Żydów w Krakowie i na Ka­ zimierzu (1304–1868), Kraków 1913, t. 1, s. 78. 24 sztuk wyzwolonych oraz doktorat filozofii. Tam też rozpoczął swą błyskotliwą karierę uniwersytecką, wykładając w latach 1512– 1514 filozofię moralną. Jakie przyczyny skłoniły go do przyby­ cia do Polski? – Wiązało się to z wizytą w Rzymie ówczesnego prymasa Polski, Łaskiego, który nosząc się z planami rozbudo­ wy krakowskiej wszechnicy, nawiązywał kontakty we Włoszech w kołach intelektualnych i szukał ewentualnych kandydatów na podróż do Polski. Jakkolwiek rzecz się miała, przybył Fantini do Polski pod koniec 1514 roku i z miejsca znalazł się w wi­ rze sporów krakowskiego środowiska uniwersyteckiego. Fantini był bowiem wyznawcą doktryny Dunsa Skota, co spowodowało wiele ostrych ataków ze strony przeciwników tej doktryny. Jego działalność naukowa, której wyrazem były traktaty filozoficzne drukowane w Krakowie w oficynie Floriana Unglera, przyniosła mu uznanie we wpływowych kołach kościelnych i dworskich. Temu zapewne faktowi zawdzięczał Fantini ostatni, lecz za­ razem tragiczny w skutkach zaszczyt, jakim była nominacja na stanowisko komisarza nadzwyczajnego i prowincjała prowin­ cji czesko­polskiej zakonu franciszkanów. Ta niespodziewa­ nie nadana godność, jak i szerokie specjalne pełnomocnictwa przyznane Fantiniemu wiązały się z sytuacją, jaka zapanowała w niektórych klasztorach franciszkanów. Klasztory te były zna­ ne z rozprzężenia dyscypliny zakonnej, a gorszące wybryki za­ konników były na porządku dziennym. Fantini okazał się energicznym i surowym zarządcą spraw zakonu, co wkrótce stało się przyczyną całego szeregu konflik­ tów. Ogniskiem oporu przeciw Fantiniemu był krakowski klasz­ tor Franciszkanów, i tu też zrodził się zbrodniczy spisek. Wielu osobom zależało na usunięciu Fantiniego. Na czele spiskowców stanął kaznodzieja zakonny, Wawrzyniec Szatek, obok niego główną rolę odegrali: Błażej, zakrystian, oraz braciszek zakonny, Jan z Malborka. W nocy z 6 na 7 września 1516 roku dokona­ no mordu. Fantini, który mieszkał w klasztorze Franciszkanów, został przez spiskowców zaskoczony w swej celi w czasie snu i uduszony. Sprawcy liczyli zapewne, że zbrodnia ujdzie im bezkarnie, jednakże wszczęto energiczne śledztwo. Ucieczka 25 z Krakowa głównego inicjatora mordu – Wawrzyńca Szatka, przyczyniła się mocno do ujawnienia morderców. Oburzenie było powszechne ze względu na charakter zbrodni, jak i na oso­ by sprawców. Jednomyślny chór kronikarzy epoki – Decjusza, Komórowskiego i Bielskiego – wyraził oburzenie ówczesnej opinii publicznej. Podobnie i na dworze królewskim śmierć Fantiniego, cenionego przez króla Zygmunta Starego, wywołała duże wraże­ nie. Niezwłocznie po ujawnieniu osób zamieszanych w sprawę zajął się ukaraniem sprawców biskup krakowski Konarski, który nakazał podejrzanych ująć i przewieźć do więzienia na zamku w Lipowcu. Jednocześnie rzucił inderdykt kościelny na kościół Franciszkanów w Krakowie. Sprawę ze względu na jej charakter osądziły władze kościelne i królewskie. Najpierw rozstrzygnął się los ujętych i przetrzymywanych w Lipowcu zakonników. Trzech spośród nich po ceremonii zdjęcia święceń kapłańskich wydano w ręce władzy świeckiej, która wykonała wyrok śmierci. Ścięto skazańców publicznie 20 lutego 1517 roku. Paru innych sąd du­ chowny ukarał jedynie dożywotnim zamknięciem w więzieniu biskupim w Lipowcu. Warto wspomnieć, że wkrótce udało im się stamtąd zbiec, jakkolwiek było to jedno z najcięższych miejsc odosobnienia, jakie wówczas istniały. Kara nie ominęła także i głównego sprawcy zbrodni, Waw­ rzyńca Szatka, który zbiegł aż na Morawy. Na prośbę króla pol­ skiego władze cesarskie wydały go w ręce polskie. Po uprzednim zdjęciu sakry wyrokiem biskupiego sądu podzielił on los swo­ ich towarzyszy i został ścięty na Rynku krakowskim 12 czerwca 1517 roku. Niejednokrotnie szczycono się w Polsce faktem, iż historia tego kraju nie zna scen mrocznych na miarę szekspirowskich kronik królewskich. Zanotować jednak trzeba fakt tajemniczego i nigdy niewyjaśnionego zamachu na króla Zygmunta Starego: 5 maja 1523 roku zamachowiec ukryty u podnóża Wawelu strzelił z rusznicy do króla stojącego w oknie komnaty Kurzej Stopki. Strzał chybił, sprawcy nigdy nie ujęto. Wiele kart kroniki kryminalnej Krakowa zajmują wyczyny wychowanków Akademii Krakowskiej. Zwłaszcza druga po­ 26 łowa XVI wieku przyniosła, wraz ze wzrostem prądów kontr­ reformacyjnych, cały szereg krwawych zajść związanych z ist­ nieniem w Krakowie zboru protestanckiego. W wydarzeniach tych krakowscy scholarzy odznaczyli się wielokrotnie fanaty­ zmem i awanturniczością. Ustawiczne zatargi z władzami miej­ skimi, bójki pachołków miejskich ze studentami należy zawsze oceniać z punktu widzenia ogólnej roli, jaką odgrywali schola­ rzy w mieście. Był to element w najwyższym stopniu niesforny i awanturniczy. Najostrzejsze potępienie studenckich obycza­ jów sformułowała krakowska kapituła w instrukcji dla delega­ tów na synod prowincjonalny w roku 1554: Scholarowie krakowscy są wielce rozpustni, lekkomyślni, knajpiarze, pijacy, oddani szpetnym chuciom, skłonni do bitek i zabójstw, i wywo­ łują tym nienawiść mieszczan krakowskich i innych osób świeckich. Stąd to się dzieje, że ciż studenci bywają często przez świeckich bici, ranieni i zabijani13. Nie sądźmy zresztą, iż patrycjusze tej epoki, noszący się za­ wsze z szablą u boku, należeć mieli do ludzi szczególnie poko­ jowo usposobionych. Wystarczy tu wspomnieć awanturnicze­ go burmistrza Czeczotkę, o którym osobno piszemy. Podobnie i żywioł rzemieślniczy, wyżywający się w gospodach cechowych, trudny był do utrzymania w ryzach. W wesołych towarzystwach nocnych obok żaków rej wodzili czeladnicy, śpiewający swoje mocno nieraz nieprzystojne piosenki typu: Otóż masz, Jagienko, Nie chodź na bagienko, Nie mogłaś uskoczyć, Ani się wyprosić, Koszulkę zedrano I ciebie wezbrano. 13 Cyt. wg S. Estreichera, Sądownictwo rektora krakowskiego w wie­ kach średnich, „Rocznik Krakowski”, t. IV, Kraków 1900, s. 249. 27 Zbrodnia nie omijała także i kół artystycznych. Oto w roku 1537 na Rynku Głównym, obok pałacu Pod Baranami, padł ofiarą skrytobójczego zamachu awanturniczego kolegi sam Bartłomiej Berrecci, twórca Kaplicy Zygmuntowskiej. Z całego szeregu głośnych wydarzeń w XVI wieku, które po­ zostawiły po sobie bogate materiały, należy wspomnieć jeszcze o jednym. Bohaterem jego był nieszczęśliwy szaleniec. W kronice tych lat (rzecz działa się w 1588 roku) czytamy: dnia 13 miesiąca czerwca łotr niejaki Zakrzewski uczynił się głupiem, naszedł na kościół do Panny Mariej na Piasek, do Kaplicy Panny Mariej, która była nie zgorzała w ogień, gdy garbarze palono, gdzie zastał mni­ cha, a on mszę ma przed obrazem Panny Mariej. Kapłana przy mszej ranił i chłopca, co mu ministrował, także ranił, Sakrament rozciskał po ziemi. Potem był pojmany i z wielką trudnością dał się brać, długo roz­ myślano, jeśliże go stracić miano. Przecie na to przyszło, że dnia 1 mie­ siąca lipca, w piątek, za długimi rozmysłami, o godzinie 10 na całym zegarze przed kościołem Panny Mariej, w rynku krakowskim spalony ten Zakrzewski14. Wiek XVII to była w dziejach Krakowa epoka nieustających wojen i upadku kulturalnego oraz gospodarczego miasta. Do Krakowa w tym czasie ściągali licznie ludzie luźni, element ży­ jący poza nawiasem lub na marginesie feudalnego porządku. W sejmikowej instrukcji szlacheckiej z 1645 roku czytamy: ludzi luźnych zamnożeło się wiele w Krakowie, którzy receptacula [schroniska] swoje po piwnicach mają, cavere lege publica [zarządzić przeto ustawą ogłoszoną publicznie], aby w Krakowie w piwnicach nikt prócz bednarzów rzemiosłem swym bawiących się mieszkać nie śmiał15. Nad niebezpieczeństwami grożącymi miastu ze strony niezwiązanych z ówczesnym ładem wędrownych przybyszów, 14 Kronika mieszczanina krakowskiego z lat 1575–1595, wyd. H. Ba­ rycz, Kraków 1930, s. 65. 15 Cyt. wg S. Grodziskiego, Ludzie luźni, Kraków 1961, s. 97. 28 najczęściej uciekinierów z feudalnej wsi, biadano ponownie w roku 1651, wskazując, iż bunt Kostki Napierskiego dowodzi, czym mogą grozić podobni „hultaje”. W wieku XVII bywały rze­ czywiście okresy, iż bandy „łotrzyków” mogły liczyć na pełną bezkarność w zrujnowanym, wynędzniałym mieście. Na próżno władze miejskie dawały niejednokrotnie przykłady wielkiej su­ rowości. Zaostrzenie środków represji, dostarczanie mieszkań­ com widoku okrutnych egzekucji nie pomagały. W roku 1663 parający się z powodzeniem medycyną Żyd Matiasz, za ułożenie podobno bluźnierczego pisma przeciw Matce Boskiej, został żywcem spalony; uprzednio jeszcze wy­ rwano mu bluźnierczy język rozpalonymi kleszczami, a prawa dłoń, która zredagowała bluźniercze pismo, została przez kata odcięta... Mało znany opis jednej z najokrutniejszych egzekucji w roku 1667 na zabójcy rodziców, wykonanej publicznie na Rynku krakowskim, zawiera Dziennik korzennika krakowskiego, Jana Markiewicza: Była też tego roku Prima Aprilis fatalis Panu Antoniemu Stockiemu, który (o salus!), zostawszy patricidą oraz i matricidą, taką tego dnia ex decreto Tribunalitio otrzymał w Krakowie executią. Postawiono Theatrum przy Ratuszu od Brackiej ulice, na którym mu naprzód obiedwie ręce na pniu ucięto, po tym tyłem do słupa przywiązanemu pierś trzykroć kleszczami rozpalonymi targano, po tym, obróciwszy go, z pleców cztery pasy zdarto, na ostatek za miasto pod szubienicę wy­ wieziono, tam kości w rękach i nogach łamano i na kole przywiązane­ go podniesiono. Straszna i nie wiem, jeżeli kiedy w Krakowie widziana executia, ale za straszną i wątpię, żeby kiedy słychaną winę. Licurgus, on prawodawca sławny, żadnego karania na takiego zbrodnia nie po­ stanowił, podobno się nie spodziewając, aby kiedy taki się pod słoń­ cem miał znaleźć16. 16 Wyjątki z „Dziennika” Jana Markiewicza, korzennika krakowskie­ go z XVII wieku, „Pamiętnik Lwowski” 1816, t. III, s. 216–217. 29 W Krakowie, podobnie jak i w całej Polsce, dopiero druga połowa wieku osiemnastego przyniosła pewne zmiany w poli­ tyce kryminalnej. Szerzyły się nowe idee co do celu kary, dążo­ no do ograniczenia kary śmierci oraz zniesienia kar okrutnych i tortur. Ostatnią publiczną egzekucją, wykonaną w tradycyjnym miejscu na Rynku krakowskim, była egzekucja księdza Macieja Dziewońskiego, oskarżonego w czasie insurekcji kościuszkow­ skiej w roku 1794 o zdradę. Rozbiory Polski oddały Kraków w ręce austriackie. Stał się on prowincjonalnym miastem Galicji i Lodomerii, w którym jednakże głośnym echem, a czasem i strzałami odbiły się wy­ padki polityczne lat 1830–1831, 1846–1848, 1863–1864. SPRAWA ANDRZEJA WIERZYNKA Jedna to z tych tajemnic sądowych, która nigdy nie zostanie rozwiązana. Karol Estreicher, Fundacja Wierzynkowa Współczesny krakowianin łączy zapewne z dźwiękiem tego nazwiska dalekie reminiscencje wspaniałej uczty z obra­ zu Matejki z bardziej uchwytnymi wspomnieniami odwiedzin reprezentacyjnego lokalu przy Rynku krakowskim, nawią­ zującego bodaj w nazwie do świetnej kulinarnej przeszłości Krakowa, którą nazwisko Wierzynka w pewnej mierze symbo­ lizuje. Historia poniższa dotyczy jednak mniej głośnej, jakkol­ wiek historycznie może konkretniej znanej postaci Andrzeja Wierzynka, rajcy krakowskiego. Wierzynkowie byli rodziną w Krakowie z dawna osiadłą. O pierwszym Wierzynku imieniem Mikołaj, który pisywał się jeszcze z niemiecka Wirsing lub Wirzing, spotykamy wzmianki w księgach miejskich wkrótce po buncie wójta Alberta prze­ ciwko Władysławowi Łokietkowi w latach 1311–1312. Tenże Wierzynek dorobił się szybko znacznego majątku i w roku 1327 jest już rajcą miejskim. Wkrótce potem, używając herbu Wierzynek, wszedł w szeregi szlachty i uzyskał nawet godność stolnika sandomierskiego. Przedstawicielem innej gałęzi tej sa­ mej rodziny był Mikołaj Wierzynek, zwany – dla odróżnienia od stolnika sandomierskiego – Młodszym. Ten z kolei ode­ grał znaczną rolę w życiu finansowym monarchii Kazimierza 33 Wielkiego. Zaufany bankier królewski i dostojnik miejski, był bohaterem owej – nieco legendarnej dla późniejszych pokoleń – uczty wydanej dla monarchów europejskich w 1364 roku. Uczta ta, wspaniale opisana przez Jana Długosza, wydana zo­ stała przez Wierzynka, niewątpliwie w imieniu Rady Miejskiej, na cześć przybyłych do Krakowa monarchów europejskich, wśród których znajdował się nawet król egzotycznego Cypru, szukający pomocy przeciwko Turkom. Rodzina Wierzynków należała w drugiej połowie XIV wie­ ku do najznakomitszych rodów mieszczańskich w mieście Krakowie, a Andrzej Wierzynek był wybitną postacią swej epo­ ki. Prowadził on na szeroką skalę interesy kupieckie, co wiązało go szczególnie z wpływowymi możnowładcami małopolskimi, a także z królem. Fakt ten nie przysparzał mu – jak się zdaje – sympatii wśród członków krakowskiej Rady Miejskiej, do której należał już w bardzo młodym wieku. Te jakieś niesnaski i zakulisowe zawiści – niewiele nam mówią o nich źródła – stały się zapewne przyczyną krwawego dramatu, którego ofiarą padł Wierzynek w 1406 roku, sam zresztą nie bez winy. Oto mąż, „który takie wielkie miał poważanie i tak świet­ ną sławę”1, został oskarżony o pospolite nadużycie. Chodziło o okradanie miejskiej kasy... Pieniędzmi dysponowała, na mocy od lat już obowiązującego zwyczaju, komisja trzech rajców. Mieli oni swobodny dostęp do kasy miasta i cieszyli się peł­ nym zaufaniem. Jednym z nich był właśnie Andrzej Wierzynek. Zwyczaju nie zmienił nawet fakt, który zdarzył się w roku 1393: rajca Gotfryd Fattinante złożył na łożu śmierci sensacyjne ze­ znanie, przyznając się do systematycznych przywłaszczeń na szkodę miejskiego skarbu – do czerpania dowolnego na własne potrzeby z miejskiej kasy. Prymitywna rachunkowość owej epo­ ki otwierała rzeczywiście szerokie możliwości nadużyć przed stróżami kasy miasta. 1 Cyt. wg S. Kutrzeby, Historia rodziny Wierzynków, „Rocznik Kra­ kowski”, t. II, Kraków 1899, s. 79. 34 Wierzynek, z racji licznych podróży, w których reprezentował także i interesy miejskie, dysponował niejednokrotnie dużymi sumami pieniężnymi, nie wyliczając się z nich szczegółowo. Na poważne koszty owych podróży zwrócono wreszcie w kołach rajców uwagę. Dalsze wypadki potoczyły się już szybko. Pewnego dnia jeden z rajców zauważył, że Andrzej Wierzynek, wypłacając, jak to co sobotę czynił, pieniądze z kasy miejskiej na pobory miejskich pachołków, chowa część pieniędzy w zanadrze. Rajcowie, powiadomieni o tym fakcie, postanowili ująć nieuczci­ wego szafarza miejskich pieniędzy na gorącym uczynku. Andrzej Wierzynek, niczego nie podejrzewając, kontynuował i następnej soboty swe manipulacje z pieniędzmi. Zaskoczony przez rajców, w pomieszaniu upuścił na ziemię schowany w rę­ kawie mieszek z pieniędzmi. Nie wahano się już dłużej i obszu­ kano go dokładnie, przy czym znaleziono jeszcze inne mieszki. Postanowiono postąpić z Wierzynkiem z całą surowością mag­ deburskiego prawa. Zwołani natychmiast wszyscy rajcy powzię­ li zgodną uchwałę o postawieniu Andrzeja Wierzynka pod sąd. Z decyzją tą zapoznano także przybyłych na ratusz ławników oraz starszych cechowych. W ten sposób sprawa stała się pub­ liczna i o jakimkolwiek jej zatuszowaniu nie mogło być mowy. Ujęty początkowo upierał się, że pieniądze przy nim znalezione są jego własnością, ale po oświadczeniu poborców pieniędzy miejskich, że sakiewki znalezione u Wierzynka rozpoznają po specjalnych znakach jako należące do miejskiej kasy, przy­ znał się do winy. Ze stwierdzenia poborców, że pieniądze dnia tego złożone do kasy pooznaczali w specjalny sposób, wynika niewątpliwie, iż ujęcie i zdemaskowanie Wierzynka było pie­ czołowicie przygotowywane, tak że jego próby obrony były da­ remne. Część rajców z miejsca zaczęła się domagać, aby sprawa Wierzynka została bez dalszej zwłoki rozstrzygnięta, a kara na przestępcy wykonana. W atmosferze podniecenia nie zwracano uwagi na zachowanie przyjętych form postępowania i wszczęto sprawę w nieobecności wójta królewskiego, Schaffera, którego zastąpił Mikołaj Długi, najstarszy z ławników, co było zresztą częstą w Krakowie praktyką. 35 Zagajono sąd nad Wierzynkiem na ratuszu, przy czym ob­ winionego stawiono przed sędziami z uwiązanymi na szyi skra­ dzionymi workami, co było publicznym wskazaniem na fakt, że oskarżony został ujęty na gorącym uczynku i powinien być są­ dzony „gorącym prawem” – niezwłocznie i bez prawa odwoła­ nia. Postawiony w obliczu wyżej już przytoczonych oświadczeń poborców podatkowych, którzy zadali kłam jego poprzednim wyjaśnieniom, przyznał się Andrzej Wierzynek przed sądem do winy, tłumacząc się następująco: Uważcie, zacni panowie, długo i wiernie służyłem miastu, a za to żad­ nej nie miałem zapłaty. A gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom, niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami wzięli sobie zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i in­ ne często brałem, nie, by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to było i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane: „kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”2. Wierzynek przyznał także, że przywłaszczał sobie pieniądze z kasy podróżnej miasta, którą często brał ze sobą. Ciekawe wyjaśnienia oskarżonego, jeśli wiernie nam zosta­ ły przekazane przez ówczesne zapiski, wskazują, że Wierzynek liczył zapewne na to, iż rajcy zadowolą się jego publiczną kom­ promitacją i że nikt nie ośmieli się postąpić z nim z całą bez­ względnością. Stało się inaczej. Ława miejska podjęła z miejsca decyzję: Wierzynek jako zło­ dziej miejskich pieniędzy powinien ponieść karę śmierci, i orze­ kła jej wykonanie – ze względu na godność rajcy, jaką piastował, przez ścięcie. Czy myślano, by zwrócić się w tej niecodziennej sprawie, w której najwyższą karę miał ponieść człowiek dobrze dworowi znany, o decyzję do króla – nie wiemy, ale należy przy­ puszczać, że postanowiono całą sprawę zakończyć bez zwłoki, 2 Cyt. wg S. Kutrzeby, tamże, s. 80. 36 stawiając ewentualnych protektorów Wierzynka na dworze kró­ lewskim przed faktem dokonanym. Zdarzenia bowiem, które nastąpiły już po wydaniu wyroku, świadczą, zdaje się, że nie tylko względy sprawiedliwości kiero­ wały sędziami. Oto ścięto rajcę Andrzeja Wierzynka tejże samej soboty dnia 7 września 1406 roku, przy czym w pośpiechu nie pozwolono mu nawet wyspowiadać się, co było faktem na owe czasy niesły­ chanym, skoro nie odmawiano tego pocieszenia nawet najwięk­ szym zbrodniarzom. Pogrzebano zaś jednego z najświetniej­ szych przedstawicieli ówczesnego patrycjatu Krakowa w hań­ biącej, niepoświęconej ziemi, poza murami miasta. Ten ostatni fakt stał się zresztą przyczyną interesującej fundacji kościelnej, o której warto wspomnieć. Syn bowiem Andrzeja Wierzynka wzniósł w miejscu, gdzie grzebano skazańców (na tzw. cmentarzu ściętych), kościółek pod wezwaniem św. Gertrudy. Zbudowano go w latach 1429– 1432 na łące przy murze miejskim, mniej więcej w okolicy dzi­ siejszych Plant, w pobliżu skrzyżowania ulicy Dominikańskiej i św. Gertrudy. Odtąd aż do roku 1796 – daty utraty przez miasto Kraków prawa miecza, którym nieraz hojnie szafowano – cho­ wano na cmentarzu wokół kościoła św. Gertrudy (dziś już nie­ istniejącego) ofiary „magdeburskiej sprawiedliwości”. Na egzekucji sprawa Wierzynka bynajmniej się jednak nie zakończyła. Odezwały się gorące protesty nie tylko rodziny, ale i części krakowskiego patrycjatu. Wprawdzie wójt królewski po powro­ cie do miasta wyrok na Wierzynka zatwierdził, jednakże rodzi­ na wysunęła szereg poważnych zarzutów. Twierdzono, że został on wydany z pogwałceniem prawa, ponieważ sędzią w sprawie był nie sam wójt na czele ławy, lecz jego nieuprawniony do tego zastępca, a ponadto wyrok wydano bez zachowania właściwych prawideł rzetelnej rozprawy, a sama rozprawa prowadzona była w pośpiechu i atmosferze wrogości do oskarżonego. Cięższy był jeszcze następny zarzut: sąd powinien był przed wykonaniem wyroku na rajcy zwrócić się do króla z zapytaniem o jego wolę. 37 Ostatni zarzut dotyczył sposobu przeprowadzenia egzekucji i wskazywał, że uniemożliwienie skazańcowi wyspowiadania się było pogwałceniem praw boskich i ludzkich. Dalej sprawa potoczyła się dwiema drogami: adwersarze wyroku udali się po sprawiedliwość do króla, z drugiej strony atakowana ostro Rada Miejska zwróciła się o pouczenie prawne (tzw. ortyl) do Magdeburga. Odpowiedź Magdeburga należy, szczęśliwym trafem, do rzę­ du nielicznych do dziś zachowanych oryginalnych tekstów orty­ li magdeburskich, wydanych specjalnie dla wyjaśnienia kwestii interesujących miasto Kraków. W 1410 roku ława Magdeburga, po rozważeniu stanowiska i zarzutów obu stron, odpowiedzia­ ła ówczesnemu burmistrzowi Krakowa, Janowi Fredlantowi, że osądzenie Wierzynka, ze względu na fakt, iż podlegał on „go­ rącemu prawu”, było zgodne z prawem magdeburskim. Inaczej ocenił całą sprawę sąd królewski: trzej rajcowie krakowscy win­ ni przyspieszenia całej sprawy (i to zapewne z przyczyn osobi­ stych) zostali skazani na grzywnę. Ostatecznie król polecił puścić całą sprawę w niepamięć. Rodzina Wierzynków uzyskała jednak częściową rehabilitację pamięci swego członka, a także specjalne wynagrodzenie z kró­ lewskiego skarbu dla pozostałych po Andrzeju dzieci. Nie wszystko jest jasne w tej sprawie i nie wiemy dzisiaj, w jakim stopniu przyczyniły się do tragicznego końca krakow­ skiego patrycjusza względy, dla których sprawa kilku sakiewek miejskich pieniędzy była przecież tylko wygodnym pretekstem. 38 BIBLIOGRAFIA K. Estreicher, Fundacja Wierzynkowa, „Rocznik Krakowski”, t. XXV, Kra­ ków 1934. S. Estreicher, Nieznane teksty ortyli magdeburskich. Studia staropolskie, Kraków 1928. S. Kutrzeba, Historia rodziny Wierzynków, „Rocznik Krakowski”, t. II, Kraków 1899. E. Maschke, Ein Krakauer Bürger als Geldgeber und Gastgeber von Königen. Nicolaus Wirsing und seine Familie, w: Deutsch­Polnische Nachbarschaft, pod red. K. Lücka, wyd. 3, Würzburg 1957. M. Patkaniowski, Krakowska Rada Miejska w wiekach średnich, Kraków 1934. K. Pieradzka, Miasto średniowieczne, w: Szkice z dziejów Krakowa od najdawniejszych czasów do pierwszej wojny światowej, praca zbioro­ wa pod red. J. Bieniarzówny, Kraków 1966. J. Szujski, Kraków aż do początków XV w. Wstępne słowo do najstar­ szych ksiąg tego miasta, Monumenta Medii Aevi Historica, Kraków 1876. PROCES PRZECIWKO MIASTU Początkiem wszystkiego była błahostka, zwykła „pysków­ ka” pomiędzy dwojgiem ludzi, drażliwych na punkcie swego honoru. Doprowadziła do dwóch morderstw. Najpierw do po­ spolitego – na uczestniku zajścia, współwinnym, ale ostatecz­ nie bezbronnym człowieku, a potem do drugiego, popełnionego w pełnym majestacie prawa. Zaczęło się późnym popołudniem, w czwartek, pamiętnego dnia 16 lipca 1461 roku. W warsztacie płatnerza królewskiego, niejakiego Klemensa, zjawił się kasztelan wojnicki, Andrzej Tęczyński, pan na Rab­ sztynie i Książu, brat kasztelana krakowskiego. Przyszedł, aby odebrać swoją zbroję, którą uprzednio oddał tam do naprawy i oczyszczenia. Toczyła się właśnie wojna z zakonem krzyżac­ kim, król Kazimierz Jagiellończyk był w tym czasie już w Ino­ wrocławiu, więc wypadało, wprawdzie nieco późno, zgłosić się w obozie królewskim. Tęczyński nie odebrał jednak zbroi od Klemensa. Właściwie do dziś dnia nie wiadomo, co było tego przyczyną. Pozostały z tych czasów dwa sprzeczne z sobą świadectwa, a mianowicie relacja Długosza i zapiski w aktach miejskich. Długosz pisał, że „wychodzącemu na wojnę nie wygotował na czas i w zupełności zbroi”1, akta zaś miejskie podają, że płat­ nerz wprawdzie zbroję wyczyścił dobrze i we właściwym ter­ minie, ale zażądał zbyt wiele, bo aż dwa floreny, a tymczasem Tęczyński za robotę dawał mu tylko 10 groszy. Tak czy inaczej powód do targu był, zważywszy że jeden floren równał się prze­ 1 J. Długosz, Dzieła wszystkie, przekład Karola Mecherzyńskiego, Kraków 1870, t. VI, s. 297. 43 ciętnie 30 groszom. W każdym razie faktem jest niewątpliwym, że Tęczyński zbroi nie odebrał, a w dodatku poniosły go nerwy i zagrał honor szlachecki. W pasji znieważył Klemensa w jego warsztacie, a także go pobił, czemu oddaje sprawiedliwość na­ wet tak wielki stronnik Tęczyńskiego, jak Długosz. Z domu Klemensa Tęczyński poszedł prosto na ratusz i zło­ żył tam skargę na płatnerza, nie ukrywając wszakże, że zdążył już pobić go w jego własnym domu. Rajcy posłali natychmiast pachołka miejskiego po Klemensa. Tęczyński jednak, nie czekając zakończenia sporu, wyszedł z ratusza i udał się na ul. Bracką, przy której wówczas mieszkał w kamienicy Kridlara. Tam spotkał się ze swym synem Janem oraz rajcami Mikołajem Kridlarem i Walterem Keslingiem, mieszkającymi zresztą w tym samym domu. Nieszczęśliwym trafem przechodził właśnie tamtędy Kle­ mens w towarzystwie pachołka miejskiego. Klemens na widok Tęczyńskiego zawołał: „Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w mym własnym domu, ale nie będziesz już mnie więcej bił”2. Zdaniem Długosza miał mu nawet zagrozić, że „mu wkrótce lepiej zapłaci”. Słowa te wyprowadziły ponownie z równowagi Tęczyńskiego. Z synem i domownikami rzucił się na Klemensa. Pobito go do tego stopnia, że zamiast na ratusz, trzeba było go odnieść do domu. Rajcowie Mikołaj Kridlar i Walter Kesling, którzy byli świad­ kami zajścia, natychmiast udali się na ratusz i opowiedzieli tam o całym wydarzeniu. Z ratusza, na nieszczęście, wieść przedostała się na miasto. Ktoś uderzył w dzwon kościoła Mariackiego, mieszczanie prze­ rwali swe zajęcia. Zaczęto się najpierw zbierać grupami, komen­ tować wydarzenie, a potem gromadzić w Rynku przed ratuszem. Groza zawisła nad miastem. 2 Starodawne prawa polskiego pomniki, wyd. A. Helcel, Kraków 1870, t. II, s. 663. 44 Rada próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom. Zamknięto bramy miasta, a delegacja Rady udała się na zamek królewski ze skargą na wyczyny Tęczyńskiego. Króla w Krakowie nie było, więc rajców przyjęła królowa Elżbieta. Po wysłuchaniu skargi nałożyła tak na miasto, jak i na Tęczyńskiego wadium w niesłychanie wysokiej kwocie, bo aż 80 000 grzywien. Strona winna naruszenia spokoju w mieście miałaby zapłacić tę kwotę stronie przeciwnej. Ponadto – jak pi­ sze Długosz – „obydwom stronom kazała się uspokoić i przy­ rzekła, że sama nazajutrz sprawę rozsądzi”3, a niezależnie od tego na prośby rajców wezwała Tęczyńskiego na Wawel. W mieście jednak zamieszanie nadal się wzmagało. Pojawiła się już broń w ręku mieszczan zgromadzonych w Rynku. Dźwięk dzwonów z wieży kościoła Mariackiego powoli dopełniał mia­ ry. Oburzenie mieszczan na Tęczyńskiego zaczęło wyrażać się w coraz ostrzejszych słowach. Wołano pod adresem Rady: Oto patrzcie, jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić4. Niektórzy rajcowie uciekli z ratusza, a inni próbowali – choć wręcz zaprzecza temu Długosz, nieprzyjaźnie nastawio­ ny do miasta – uspokoić tłum obietnicą załatwienia sporu przez królową w następnym dniu. Słowa te niewiele pomogły. Zapanowała już żądza natychmiastowego wyrównania rachun­ ków z Tęczyńskim. Tęczyński tymczasem zorientował się, że przebieg wydarzeń zaczyna być dla niego niekorzystny. Zabrał się więc wraz z sy­ nem i przyjaciółmi do zamieniania kamienicy Kridlara w for­ tecę. Wprawdzie otrzymał wezwanie królowej do stawienia się na zamku, ale nie zastosował się do niego, bo obawiał się, „iżby się nie pokazał tchórzem”5. Szybko jednak doszedł do wniosku, 3 J. Długosz, dz. cyt., s. 297. 4 Monumenta Poloniae Historica, Lwów 1878, t. III, s. 794. 5 J. Długosz, dz. cyt., s. 298. 45 że dom Kridlara nie daje wystarczającego zabezpieczenia. Stąd też pomysł ucieczki z synem Janem, Spytkiem Melsztyńskim, Mikołajem Secygniewskim i jeszcze ki
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: