Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00264 009843 7515200 na godz. na dobę w sumie
Planeta dzieci - ebook/pdf
Planeta dzieci - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 83
Wydawca: My Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7564-056-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Planeta dzieci (La infana raso) Williama Aulda to jeden z największych poematów XX wieku, powstały krótko po zakończeniu II wojny światowej. Poemat, o którym jak do tej pory niewielu słyszało, jako że napisany został w jednym z pomniejszych języków europejskich. Poeta stara się uzmysłowić odbiorcy, iż nasza tzw. cywilizacja niewiele różni się od ciemnogrodu, barbarzyństwa czy też naiwnej ignorancji, jaką wykazuje małe dziecko, które myśli, że będąc silniejsze od rówieśników, jest już dorosłe.

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

IIII Witaj, witaj murarzu, praojcze mój, Rubenie, któryś przez Ŝycie całe ciosał był kamienie, boskie rzeźbiąc gargulce i anioły dostojne, które później zdobiły świątyń wnętrza spokojne! Witaj, witaj Rubena potomku, któryś Ŝagle swej karaweli co świt na maszt zaciągał smagle, któryś, piracie, Ŝeglował po szerokim morzu, i który z córką karczmarza w jednym spałeś łoŜu; po czym bez poŜegnania porzuciłeś brzemienną: na dnie mórz zniknąłeś – pieśnią cię witam codzienną! (I ciebie witam równieŜ, witaj, córko karczmarza, prababko moja, która – jak to się zwykle zdarza – na łonie swym tuliłaś syna, gdy był mały, gdy dorósł, bezeceństwom Ŝywot poświęcił cały: grabieŜom, mordom gwałtom i bękartów dziesięciu był spłodził, choć męŜczyzną o niewielkim był wzięciu – lecz bezsilna wobec Ŝądzy jest wola niewieścia. Jeden z potomków jego, wiosen mając dwadzieścia, w Polskę poszedł na wojnę, próbować się z ojczyzną; obficie tam był dowiódł, jak bardzo był męŜczyzną, nasienia swego na córki nie skąpiąc i synów, zostawiając mi w spadku krocie polskich kuzynów!) I was, miriady praojców moich, coście brzemię pańszczyźniane dźwigali, cudzą orając ziemię: wasz prawnuk wam podobny radośnie dziś was wita, choć pewnie się zdziwicie, Ŝe on tak samo pyta o was, słudzy ubodzy, o wasze bóle, rany, jak o ciemięzców waszych się pyta zatroskany. Wam się dziwnym zdać musi, Ŝe moŜny syn pałacu, co rósł wśród złotych komnat, grał na zamkowym placu, i wasz nędzny potomek w fartuchu niewolniczym jakimś losu kaprysem okropnie tajemniczym – czy tego chcą czy nie chcą – dziś w mojej są rodzinie równy udział w krwi mając, co w Ŝyłach moich płynie. 23 (Zaprawdę nie was tylko zdumienie owo trapi, bo i syn pałacu teŜ się niemo na mnie gapi). Oraz was, pradziadowie, dzicy dzierŜcy korony, coście mieczem odparli napastliwe legiony rzymskiego Agrykoli, pozdrawiam dzisiaj: Ave! O tak, naród ten cały (albo przynajmniej prawie) spłodził mnie, ukazując, tak jak cnotę i dumę, iŜ suma przodków mych wtedy juŜ przerosła sumę mieszkańców całej ziemi potęŜnej i ogromnej… i o tym dziś pamiętam, i o tym nie zapomnę. A nawet wśród wojsk wrogich, rabusiów i szubrawców odnaleźć moŜna wielu mojego „ja” współdawców. Gdy barbarzyńca i Ŝołnierz rzymski rozjuszani miecze ostre, Ŝelazne do swych przytknęli krtani; juŜ wróg się nie Ŝyw zdał oczyma wyobraźni – a dziś się ich nasienie złączyło w mojej jaźni. W krwawym starciu zatapiał miecz w swego wroga biodrze: Ten, co mej krwi jest dawcą, mą krew wytaczał szczodrze. JuŜ bez euforii jednak, ciebie dziś witam takŜe Praojcze purytański – tyś tego godzien wszakŜe – i ciebie, aktorzyno, któryś Ŝywot bezpański przehulał, memu sercu dając zapał cygański. Oto dla ciebie, Mario, gorący pocałunek, któraś najdoskonalszą ze wszystkich jest piastunek; obejmuję cię Elu, coś syna porodziła, ale imienia ojca nigdy pewna nie była: w miłosnych i kucharskich ty sztukach jesteś wprawna. Witam, witam wszystkich, nie widziałem was od dawna: I ciebie, praojcze, mój krawcze, witam ochotnie, ciebie… ciebie… i ciebie… a rozsądek – odwrotnie: nie pozwala wręcz pojąć ogniw tego łańcucha zapłodnień, ciąŜ, urodzin; które w mojego ducha się wkradłszy, spokrewniają mnie z królem i pisarzem, 24 z kaŜdym Ŝebrakiem, dziwką, kapłanem i lekarzem z mego kraju lub twego, potępieni czy święci; mimo róŜnic języka czy teŜ ludzkiej pamięci. Witaj, witaj mój bracie, uliczny kolporterze, nas gdzieś orgazm odległy braćmi uczynił szczerze! I ty, sędzio surowy, witaj mi, przyjacielu – to samo krocza drgnienie stworzyło nas… i wielu! Pójdź w me ramiona, bracie, o! czarny plebejuszu! Podział ameby sprawił, Ŝe dziś nie Ŝyję w buszu, tam gdzie ziomkowie twoi – rasy synowie leśni (ach, gdybym się był tylko urodził nieco wcześniej!). Oraz ty, Jezu Chryste – z kraju, gdzie słońce z góry ląd poŜera – tyś mym bratem mimo ciemnej skóry, która w oczach twych uczniów omylnie się wybiela: niedawno ojcowie nasi mieli jeszcze skrzela! Coraz więcej i więcej ojców naszej przeszłości mnoŜy się wciąŜ podług kwadratu nieskończoności; łańcuch nierozerwalny, cienki, a jednak mocny, łańcuch ogniw Ŝywota, światów potomek nocny, nietrwała nić Ŝywota, która się rozwinęła, kiedy wieczność z Ŝywiołem Ŝywioł łączyć zaczęła za sprawą drgnień wszechświata i jakaś obca siła pierwszy płomień Ŝywota jaskrawy zapaliła, jeszcze słaby i wiotki jak pierwszy lot motyla – och, ja wiem doskonale: MNIE spłodziła ta chwila! Lecz gdy w godzinie ślepej znów ubóstwiam sam siebie, ojcowie moi szepczą: Czas nie staje dla ciebie! Nie tyś jest kulminacją naszej wędrówki ślepej, jeszcze długo po tobie iść będą dalej, lepiej; ledwie na dróg początku jest wasze pokolenie. Od praameby naszej do ciebie – okamgnienie! Tyś ledwie zrodzonego jest tylko dziecka duchem. Przybyłeś, więc idziesz. Tyś ogniwem – nie łańcuchem. Nie pierwszym, nie ostatnim. O, witajcie poprzednicy, wy do pochlebstwa skorzy, i wy sprośni i dzicy! 25 Minęła wasza pora, po was juŜ idą nowi: odwagi bracia moi, bliźniacy kolorowi: Czasu złuda przeklęta, która nas rozdzieliła, ponownie nas zjednoczy. W trudach tymczasem siła. Idziemy po omacku, my, ogniwa łańcucha, którego koniec nie znany ni temu, co słucha, ni go oczy nie dojrzą, bo nie znać go z pozoru; on jest przed nami ciągle. Odwagi i uporu! 26 IIIIIIII Ile religia dotyczyć ma Boga? Tu nasza wiedza bardzo jest uboga. Dla własnych celów pochopnie się głosi, śe jest jedynie jedna słuszna droga. Wielkiej pokory naucza się stale. Boskich tajemnic nie poznał nikt, ale Oni je znają, gdyŜ badali sprawę I przeto oni nie mylą się wcale. Prorok przed własnym omamem się korzy, Siebie wpierw zwiódłszy, innym myśl przedłoŜy: „Czyńcie tak i tak! Mnie słuchać musicie! Taki jest bowiem prawy Nakaz BoŜy”. Zaprawdę, wiara wasza rośnie w siłę, RozwaŜcie jednak czyny swe przez chwilę: Mówić, Ŝe wasz Bóg jest – nie mój – prawdziwy Szorstkim tonem to… bynajmniej niemiłe. U Greków niegdyś nie było skandalem, śe Jahwe jest Zeusem, Zeus Baalem; I kaŜdy własnej na tę drugą stronę Mógł drogi szukać mądrze i dojrzale. Nie zniewaŜano Ŝadnej z ksiąg na Krecie, Za prawd granicę Zwyczaj miano przecie, Bo mądrzy Grecy łączyli prawd wiele, Jakie istniały wśród ludów na świecie. KsięŜa lud grecki uczyli swobodnie, Z kaŜdym się Kościół obchodził był godnie, Nikt nie miał prawa ludzi ignorować Za ich opinii heretyckiej „zbrodnię”. Porównaj: Fahey, co dziś pracowicie Przez całe swoje agituje Ŝycie: „Społeczne prawa dla Chrystusa Króla Praw priorytetem winny być niezbicie!” 27 I dalej: „Państwo uznać wnet powinno Za słuszną katolicką, a nie inną Wiarę”. Po czym wnet policja pałkami Do zgody zmusi pokutą dziękczynną. I tak dalej. Skrajności tyle wszędzie, A kaŜdy z nas wszak w ogromnym jest błędzie, Bo, do cholery, czy mego sąsiada, Czy wierzę w słuszną rzecz, obchodzić będzie? Czy Bóg istnieje, czy teŜ nie istnieje – NiewaŜne! „Dusza” pragnie, ciało nie je. Ten nie pomoŜe rozwiązać problemów, Który odkłada poza grób nadzieję. Tyle gadania o „duszy”, „miłości”! PrzecieŜ nękane są ciało i kości, A hamowana przez płci tabu rozkosz W spragnionej „duszy” bardzo rzadko gości. Wspomnij Orsipa, co to swój ostatni Łach z bioder zrzucił i wyrwał się z matni, Ku chwale bieŜąc; i drgnieniem swej dłoni Zapalił płomień lat tysięcy bratni. Cielesna jest „dusza” i nie jest bóstwem, A ukazuje się drgnień mięśni mnóstwem; Poza zmysłami ona nie istnieje – Nauczać o niej wielkim jest oszustwem. Ostrzegam jednak: dziełom boŜym chwała! On stworzył nas i stworzył nasze ciała (Choć Lawrence został sądnie potępiony, Gdy jego sztuka krocze ukazała). Dopóki ludzkość nie zrozumie faktów, Płciowych z godnością nie przyswoi aktów, Snów nie zrozumie, marzeń i abstraktów; Słyszeć nie będzie rajskich pieśni taktów. 28 „Dusza” to myśl jest wzruszeniem zwieńczona – Mózg i gruczoły. Bo w ciele jest ona. W ciele. Rasa młoda – ona stworzy Niebo na ziemi, kiedy Bóg juŜ skona. 29 IIIIIIIIIIII Ciebie prasiły niewidzialnej palce śmiertelnie parły w potajemnym celu. Samotna byłaś, samotna wśród wielu, Ŝadne ci dłonie nie pomogły w walce, po czym zastygły mięśnie, niczym w Ŝelu. O czym myślałaś po narodzin chwili, gdy płacz mój pierwszy się rozległ donośny? Czy wciąŜ pamiętasz? Czy pamięci głośny niegdyś dźwięk dziś juŜ ku ciszy się chyli? Lat trzydzieści i ginie ból nieznośny? Ogniwo twoje wykuto: to ciało, które spełniło swój cel doskonale, lecz tego jeszcze dość nie było wcale – ja wiem: w śnie ludzkim, ślepym ci się zdało potomka rzucić na przyszłości fale. Głupia rzecz, mamo; wszystko nadaremnie! Z przerwaniem sznura giętkiej pępowiny więź między nami pękła tej godziny. Czemuś stworzyła mi plan potajemnie? Wiedziałaś przecieŜ, Ŝe ja jestem inny. Ryby najmądrzej czynią: matka składa jaja w tysiącach, po czym precz odbieŜa. Ach! ryby, ryby – to najmędrsze zwierza! Lecz nam porzucić jaj wszak nie wypada! Gdzie nasza, Chryste, ewolucja zmierza? Po cóŜ cel prosty komplikować nagle? O, mamo, łatwo nie było ci wcale: matka umarła, ojciec rzucił w szale, a syn twój targa twoich marzeń Ŝagle; a ty go kochasz, jednak kochasz stale. Tak prawdę mówiąc, to cię nie znam, mamo! Ja, co miast podłych zamieszkuję jamy, 30 nie znam sam siebie – nikogo nie znamy; szpiegując innych widzimy to samo. Błądzimy karząc i gdy przepraszamy. śyjesz tak, jakbyś na Wenusie Ŝyła. Jesteśmy obcy, choć tak bliscy sobie. CóŜ mogę wiedzieć, mamusiu, o tobie, albo ty o mnie, choć tyś mnie zrodziła? Ty nie wiesz nawet, co ja teraz robię. Chwila wszystko zmienia. Mamo, poczęłaś i twoje Ŝycie zmieniła ta chwila, która trwa ledwie jeden lot motyla; a chociaŜ ciąŜę niechętnie przyjęłaś, Była zapłatą. Albo karą była? Chwila wszystko zmienia. Gdym twoje łono opuścił, na świat przez Ŝycie wypchany, kogo winiłaś za porodu rany? I czyim dzieckiem, myślałaś, jest ono? Jaki ci moment zŜarł sny opętany? 31 IVIVIVIV Wedłuk ginerałow wujna jest poczebna: równie wudna, ziumna jak teŜ i naniebna – ha, nu oczyweście, przecieŜ wujin sprawcy wialce się bogicom padli ci szebrawcy, w czas gdy my cierpimy za ich kumiterstwo; laurem los Ŝyłniarzy wiończy za murderstwo. Polatakicze wrzyszczom z kaŜdej strony, Ŝe nasz neród przez świat cały jest okpiony, Ŝe juŜ nikt nerodu praw nie rasplektuje, bimbami wciąŜ karmią nienowiść tą zbóje. Ksiendza kakolikcy czy teŜ prostatancy, Habrajkicy czy teŜ inne oszakańcy wygłaszają tylko wielkie pruwdy nieba, by dla siebie ciągnąć, bo im więcej czeba. (Bóg wie dobrze komu wujna się opłaci, tam gdzie jedun walczy, drugi się bogaci). (Choć Ŝyłniarze, ksiendza, purlamenta wszelkie walczą – pewnie – bez radości nazbyt wielkiej. To Ŝałosne ale niezbudne jednakŜe: by nienowiść zwilczać nienowiścią takŜe). Pulityka nasza wielka jest to siła! – bez niej nieprzyjaciel moc by nas zdusiła. Prawdy duwieść mogą tylko te kryteria: kolor skóry, język, wiara i misteria. One wustarczą. Bo tamte psubraty Inne ci znaki mieją – jak stygmaty. 32
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Planeta dzieci
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: