Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00361 006699 20941639 na godz. na dobę w sumie
Płynące fale - ebook/pdf
Płynące fale - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 106
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-029-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Kazimierz Przerwa-Tetmajer, jeden z najwybitniejszych poetów młodopolskich, zasłynął jako autor śmiałych erotyków, a także piewca piękna i dzikości Tatr. Wątki tatrzańskie kontynuował w zbiorze opowieści „Na Skalnym Podhalu”, pisanym stylizowaną gwarą podhalańską, czy powieści „Legenda Tatr”. „Płynące fale” to mało znana powieść autora utworów, do których muzykę komponowali Mieczysław Karłowicz i Karol Szymanowski. Rzuca ona nowe światło na jego twórczość.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Kazimierz Przerwa-Tetmajer Płynące fale universitas ISBN 97883-242-1029-9 Kardynał Murri połoŜył gazetę na stole, wstał i przeszedł ku oknu. Spojrzał w dół na Tybr wijący się nieopodal pałacu zielonomętnymi falami, w górę ku obłokom lekkim wiatrem pędzonym i powtórzył wyraz przed chwilą, gdy kończył czytać, wypowiedziany: kanalia! Powtórzył go z przyciskiem, ze złością: – Kanalia! Chciał patrzeć dalej przed siebie, ale nie mógł; mimo woli cofnął się od okna i znowu wziął gazetę w rękę. ...„Włos Damoklesa”... Jakiś nowy pismak, jakieś nowe zjawisko, jakiś Łanowski, nie wia- domo Moskal, Polak czy Słoweniec, w tym świstku anarchistycznym rzucił Rzymowi: „Czy widzisz cień włosa Damoklesa pod słońce?...” Kardynał Murri nie był trwoŜliwy. Ogromny, silny, herkulesowej budowy, chłop kalabryjski rodem, miał się za potęgę, na której jak na filarze wysokie sprawy świata oprzeć się mogą. Z wydęciem teŜ zu- chwałym wargi czytał wyzywające frazesy. Tylko – Ŝe czuł się pulsu, z którego wynikły, blisko... Zwykłe frazesy: „Jedna iskra...” „Podminowaliście pod sobą sami – i jedni, i drudzy... Jedna iskra... I jedni, i drudzy jesteście jak w pędzą- cym po moście pociągu – potrzeba tylko jednego nacisku któregoś koła, pod którym nadpęknięta śruba pęka – runiecie w otchłań, w odmęt, z którego nigdy juŜ nikt was do Ŝycia nie powróci... Jesteście przezna- czeni na zagładę...” Frazesy zwykłe, tylko jakieś bezpośrednie... Kardynał Murri połoŜył gazetę po raz wtóry na stole i mimowolnie prawie spojrzał w lustro. Jego imponująca, smagła wielka twarz o dra- pieŜnym orlim nosie i czarne ogniste oczy wyraŜały wzburzenie ducha. Nikt nigdy nie śmiał tak wprost rzucić wyzwania w twarz. Do czego doszło! Co będzie?!... Po przestrzeniach ziemi przelewały się fale. Jedni wznosili się i gi- nęli od wojen, inni kopali miny albo stali na minach... Mniejsze naro- 5 dy i słabsze warstwy walczyły o Ŝycie lub czekały na straszną walkę o nie; większe o wszystko... Ksiądz Murri zdawał sobie sprawę z potęgi chaosu. Wiedział, Ŝe nadejść moŜe dzień, w którym zarówno ten porządek świecki, o który opiera się rząd duchowny, jak i porządek duchowny będą musiały sta- wić czoło napierającym na nie z coraz większym zuchwalstwem napo- rom. Wiedział takŜe, Ŝe dzień ten będzie cięŜki nad wszelki wyraz. Hydra podziemna wybujała do jakichś potwornych rozmiarów. Ginęły w niej wszystkie na giełdzie politycznej notowane postępowe stronnic- twa. Lęk i groza ogarniały najdalej idących ideologów, wyznawców zawziętych i awanturników oficjalnego postępu. Gdy skład rzeczy w jed- nej stronie świata groził zawaleniem starej budowy, rzucał rakiety krwa- wego płomienia na rynki miast i przed uroczyste portale; gdzie indziej krew się lała w obronie swego bytu, swoich praw, swojej świętości do- mowej, swoich ojczyzn tym przeklętych, Ŝe mniejszych ludem i siłą. Kardynał Murri byłby zmiął gazetę leŜącą na stole, zmiął i zdeptał nogą, gdyby z niej nie widniała jakaś twarz prawdy, prawdy dla kardy- nała ohydnej, a jednak prawdy. Ten głupi świstek jakiegoś krzykacza działał na ogromnego kardynała jak jadowity wąŜ, którego trzeba za- bić, a którego patrzące źrenice więŜą i ubezwładniają fosforycznym, zagadkowym, niepokojącym i nie pozwalającym ani odejść, ani ruchu uczynić spojrzeniem. I cóŜ ta mała „Polka”, która tak często stara się go widzieć, a w której diabeł wie, co na dnie jej oczu niebieskich siedzi, oczu mdlejących często, ta ambasadorka swojej ojczyzny? CóŜ ta księŜna Dorota Ko- recka? Czy jest czas zajmować się gdzieś ludem jej w ucisku? A przecie nie moŜna jej okazać nic, jak tylko niedostąpiony najwyŜszy, bezskazi- telny władczy majestat. Kardynał spojrzał na zegarek. Za chwilę miała wejść; za chwilę miała wszcząć się rozmowa, nie: czy, ale: ile władza uosobiona w purpurze kardynała moŜe uczynić dla jej uciśnionej ojczyzny? Za chwilę piękna jej głowa na skończenie pięknym ciele pochyli się z zapytaniem i prośbą – i z wyrazem oczu, którego sam bóg z Olimpu nie umiałby nazwać... OtóŜ i wchodzi – – – Kardynał uśmiechnął się lekko, poprawił włosy i zbliŜył się ku drzwiom wchodowym. Za chwilę stanęła w nich młoda kobieta, lat mniej niŜ trzydziestu, piękna, dostojna i ślicznie ubrana. – Czekam – ozwał się kardynał, posuwając się naprzeciw. Gęsty woal zasłaniał twarz księŜny Koreckiej. Suknię miała jasną, 6 prawie białą i kapelusz ginący pod mnóstwem kwiatów. CięŜki złoty łańcuch obiegał jej szyję i zwisając przez biust wiązał ją w pasie. Rękę i stopę miała wąską, wysoka była i wysmukła. – Słońce – rzekła księŜna, odsłaniając powoli woal. – Aby kwiaty kwitły – – Dziękuję. Roześmieli się oboje. KsięŜna usiadła na podsuniętym przez kardy- nała fotelu, kardynał Murri zajął miejsce naprzeciw, na kozetce. – Rad jestem widzieć panią u siebie – rzekł, ujmując dłoń Koreckiej. – Raczyłeś mnie zaprosić, eminencjo – odpowiedziała Korecka z peł- nym wdzięku pochyleniem głowy. – Na Jowisza! Polskie damy są najpełniejszymi wdzięku damami świata! KsięŜna skłoniła powtórnie głową. Pod słońcem, padającym wprost z okien przyćmionych od góry roletą, widniała cała jej krasa; blada ściągła twarz, niebieskie matowe oczy, nos pięknie ku ustom zgięty, małe usta, maleńkie uszy z rubina- mi w kolczykach i włosy blond, puszyste i jedwabne. Prawie biała suk- nia spięta była pod szyją agrafą z prześlicznych rubinów, rubiny lśniły w bransolecie i na główce parasolki. Bo księŜna nie nosiła Ŝadnych innych klejnotów tylko rubiny i stąd nazywano ją „rubinową”. – Zjawisko – rzekł półgłosem jakby do siebie kardynał, patrząc na spływającą w falistych liniach z fotela ku dywanowi Korecką, jakby na obraz wielkiego mistrza. – Eminencjo? – zapytała ona jakby nie słysząc, co mówił. Kardynał roześmiał się wesoło. – Na Jowisza! Dostałem lekcję! Wy, ludzie zimy, nigdy nie zrozu- miecie południa. Wyda się wam zawsze za jaskrawe. Ale nie na to pora. Jestem niezmiernie szczęśliwy, Ŝe pokazać będę mógł księŜnie kamee, dopóki jeszcze leŜą na swoich miejscach – dokończył z uśmiechem. – Albo? – zapytała Korecka. – Nie trzeba daleko szukać. – Czytałam. – A zatem. Korecka zamilkła na chwilę. – To są czcze groźby – rzekła – wy jesteście wieczni. Za wieczni i za potęŜni. Wszystko runie, a wy nie. Wy jesteście niedosięŜni w swoim ogromie. Jednego się lękam: Ŝe zajęci sobą zapomnicie o tych, którzy was potrzebują. 7 Kardynał wstrząsnął głową. – Będziemy robili, co mogli... Zresztą jeszcze czas, jeszcze czas – dodał, jakby nie chcąc dopuścić niemiłej myśli – jeszcze wszystko da- leko. To są jeszcze czcze groźby... Tygrys mruczy... Wasz nieszczęśli- wy kraj jest zawsze tym Odyseuszem między Scyllą a Charybdą, który przecieŜ jakoś wypływa. CzyŜ utonął kiedy? Nigdy. Rozpogódź pani czoło. Gdzie rosną kwiaty, musi być wiosna. – Odwracasz eminencjo bieg pojęć: gdzie jest wiosna, kwiaty rosną. – Nic głupszego, niŜ logika. Dobre dla profesorów, ale ani dla dy- plomatów – stuszował słowo – ani dla dyplomatek. A w tej roli zawsze mam cię honor widywać, mości księŜno – dokończył z odcieniem hu- moru i grymasu. – Nie moŜe być inaczej – odpowiedziała Korecka. Kardynał wzniósł nieco piersi silniejszym oddechem, uderzył lekko palcami po stole i rzekł: – Jesteśmy ofiarami, mościa księŜno. Wielka Rewolucja Francuska i duch Napoleona Wielkiego nie przestały dzia- łać. Nie odsunęliśmy się od tej epoki – my Ŝyjemy w niej, jesteśmy tylko dalszym jej ciągiem. Świat pchnięty przez te dwie potęgi z posad toczy się dalej. Nigdy duch przeznaczenia nie był tak silny, nigdy, gdzieś od czasów starego Rzymu, idea władcza nie była tak rozkrzewiona. Siew Rewolucji i Napoleona rozrósł się, gejzery rozlały się w morze. I te dwie sprzeczne moce, z których Ŝadnej nazwać nie moŜna Aryma- nem, ale obie razem dwulicym Ormuzdem, walcząc z sobą przywalają cięŜarem świat. Kto nie poniósł szkody? KaŜdy. Ku czemu dąŜymy? Trzeba wierzyć: ku temu, ku czemu wszystkie przewroty i zapędy szły: ku uspokojeniu pod cięŜarem wyŜszej nad nie konieczności: spoczyn- ku organizmu ludzkiego. – Jak sen po trudzie – – potem?... Kardynał powstał. – Potem – – – powtórzył, odrywając myśl. – Czy dąŜymy do jakiegoś absolutu, syntezy, nie wiem jak nazwać, rezultatu? – mówiła Korecka. Kardynał nie odpowiedział zrazu; przeszedł się po pokoju i zatrzy- mał koło stołu. – Dalibóg, księŜno – odrzekł – mówmy o czym innym. – Przepraszam waszą eminencję. Wiem, jakie sprawy leŜą na jej barkach. – Wytrwamy i przetrwamy... Chodźmy na łąki. PotęŜne źrenice kardynała spoczęły na licu Koreckiej. 8 Korecka spuściła powieki i blady róŜ wystąpił na jej twarz; piersi wzruszyły się pod gorsem. – Więc my będziemy czekali – rzekła z wysiłkiem. – Czekajcie i bądźcie pewni – odpowiedział kardynał Murri machi- nalnie. Nurt Tybru począł się czerwienić od zachodu i pociągnął oczy przez otwarte okno. W kościele Świętego Piotra biły dzwony. Oboje przyklękli. Kardynał na jedno, Korecka na oba kolana, i po- częli się modlić po cichu, on po łacinie, ona po francusku. KsięŜna pierwsza wstała i jęła patrzeć na ogromną postać rzymskiego męŜa, który głowę skłonił, w jej stronę ją nieco chyląc. Nurt Tybru zazielenił się i zazłocił. Blaski słońca zdały się upływać na wodzie, uciekać przed sobą i gonić jedne za drugimi. Światła jakby tonęły we wgłębieniach fal i znów wydobywały się na powierzchnię. Kardynał nie podnosił się – z głową nieco w stronę Koreckiej zwró- coną, klęczał i modlił się. Ona, nie chcąc siadać, oparła się ręką o fotel. Na koniec Murri podniósł się i stanął w całej swej okazałej wyso- kości. – Więc będziemy czekali – rzekła z cicha Korecka. Ich źrenice spotkały się ze sobą. – Otchłań! – szepnęła po polsku księŜna, zapuszczając woal. – Pani ucieka? Tak prędko? – zdziwił się kardynał. – Powiesz, eminencjo – rzekła śmiejąc się Korecka – Ŝe słuszność miał Kraft-Elbing twierdząc, Ŝe Polacy są największymi neurastenika- mi świata. Uciekam – przelękłam się... – Czego? – zapytał kardynał. – Nie wiem. – Posłuchaj eminencjo: onego czasu wyrósł na urwi- sku róŜany krzew. Padał nań deszcz, przetrwał burze i nawałnice i wi- chry. Lecz gdy grunt począł pod nim drŜeć – bo to było w waszych górach, nad ogniem – wówczas zadrŜał i on. – I? – zapytał kardynał. – Nie wiem, nie wiem... Nic głupszego, niŜ logika. Dixisti. Kardynał roześmiał się. – OtóŜ bumerang, który wraca. Zatem? – W poniedziałki i piątki przyjmuję zawsze – odparła Korecka – i czekam eminencję, ilekroć raczy mój dom zaszczycić. Stali naprzeciw siebie. – Czy nie za mało krwi, nie za wiele imaginacji? Korecka przybladła; jej matowa cera straciła lekki kolor róŜu. Spod 9 opuszczonych powiek podniosła szafirowe oczy na kardynała, w któ- rych była i trwoga pewna, i poszanowanie, i nieokreślony wyraz głębo- kiego niewypowiadania się. – Więc kamee moje? – podjął kardynał. – Ach! – zawołała Korecka. – Wszak jam po to przyszła... Przypo- mniałeś mi, eminencjo, bez kamei świat Plutarcha. – Lecz kamee są piękne. – Nie chcesz słuchać mych pochlebstw, które nie są pochlebstwem, eminencjo. Wiesz, kim jesteś. Wierzę w ciebie. Cień niecierpliwości przemknął po twarzy kardynała. – Więc przyjdę jeszcze raz, jeśli pozwolisz, eminencjo – rzekła Ko- recka – przyjdę mniej znuŜona słońcem. Wyszła. Kardynał patrzał, jak na ulicy wsiadła do powozu z głową schyloną, bardzo elegancka i smutna. – Cygaro! – zawołał na kamerdynera siadając głęboko w fotelu. Zapalił i puścił kłąb dymu. – Dym czy ogień? – mruknął niecierpliwie. * * * Zawierucha zbliŜała się wielkim krokiem. Zawierucha zarówno międzynarodowa, jak i wewnętrzna – jak gdyby góry miały się walić ścianami przeciw sobie, a równocześnie rozpadać wewnątrz od wrze- nia warów wnątrzziemnych. Istota świata wzdragała się konwulsyjnie. Bruzdy podłuŜne pomarszczyły czoło kardynała i zbiegły się wśród oczu. IleŜ chaosu – ile spraw... Zdają się chwiać wieŜe i baszty wszystkich wyniesień świata. Fale oceanów, rozhuśtywane od rewolucji do rewolucji, od wojny do wojny, zdają się spiętrzać do ostatecznego ogromu. Budowa państw i społeczeństw zdaje się drŜeć ostatecznie w posadach. Ów świat nowy, świat przyszłych długich stuleci, budzi się długim dniem... Odepchnąć go nie moŜna – – nie doczekać trzeba... Jedno jest niedosięŜne: Rzym... – Nie doczekamy! – rzucił półgłosem. – Przetrwamy! Przeklęta myśl!... – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – 10
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Płynące fale
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: