Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00062 007674 13585147 na godz. na dobę w sumie
Po północy - ebook/pdf
Po północy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876892 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Domek na plaży od wielu lat jest azylem Nikki. Tylko tutaj może być sobą. W idyllicznym otoczeniu odpoczywa od blichtru wielkiego świata, zapomina o polityce, która stała się ostatnio treścią jej życia. To właśnie tutaj pewnego dnia ratuje życie tajemniczemu turyście... Chociaż Kane początkowo ukrywa swoją tożsamość, Nikki natychmiast go rozpoznaje. Ten potentat naftowy z Teksasu jest najgroźniejszym przeciwnikiem politycznym jej brata, ubiegającego się o urząd gubernatora. Nikki i Kane dobrze wiedzą, że gdyby wdali się w romans, stałoby się to lokalną sensacją i pożywką dla mediów. Jednak ich namiętność okazuje się silniejsza niż rozsądek... Spotykają się coraz częściej, zawsze pod osłoną nocy...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

EST SELLERS BEST SELLERS Tytuł oryginału: After Midnight Pierwsze wydanie: POPULAR LIBRARY, 1993 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Graz˙yna Ordęga ã 1993 by Susan Kyle ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-1760-4 ROZDZIAŁ PIERWSZY Juz˙ od dwudziestu lat Seymourowie spędzali wakacje na Seabrook. Śliczna wysepka oferowała wczasowiczom liczne atrakcje: pole golfowe, prywatny klub, przystań jachtową, ale przede wszystkim zapewniała spokojny odpoczynek po- zbawiony zwariowanej atmosfery właściwej wa- kacyjnym kurortom. Część wyspy nalez˙ała do najbogatszych rodzin z Charlestonu. Nicole Seymour nie była co praw- da milionerką, ale nosiła szacowne nazwisko, dobrze znane w Karolinie Południowej. To wy- starczyło, by zapewnić jej dostęp do lokalnej elity. Działkę na Seabrook kupił jeszcze jej ojciec. Z początku traktował ją wyłącznie jako lokatę kapitału, kiedy jednak plany zagospodarowania terenu zaczęły przybierać realne kształty, zatrzy- mał grunt i wybudował nieduz˙y dom letniskowy. Po śmierci ojca dom stał się własnością Nicole 5 i jej brata, kongresmana Claytona Myersa Sey- moura, reprezentanta pierwszego okręgu wybor- czego w Karolinie Południowej z ramienia Partii Republikańskiej. Seymourowie z Charlestonu byli jednym z naj- bardziej szacownych rodów w całym stanie, ni- kogo więc nie dziwiło, z˙e miejscowe władze republikańskie bez wahania poparły młodego Seymoura, gdy trzy lata temu postanowił kan- dydować w wyborach do Izby Reprezentantów. Przed dwoma laty, ku własnemu zaskoczeniu i ogromnej radości siostry, Clayton zwycięz˙ył od razu w pierwszej turze wyborów. Od tego czasu wykonał w Waszyngtonie mnó- stwo poz˙ytecznej roboty, trzeba jednak przyznać, z˙e siostra, dzięki swojej pozycji towarzyskiej, takz˙e przyczyniła się do jego sukcesów. Miała wyjątkowy dar umiejętnego prezentowania jego projektów, nawet tych mniej popularnych. Ostatnio Nikki, jak nazywano ją w rodzinie, zajmowała się organizacją uroczystych przyjęć i wytwornych kolacji, na których zbierano fun- dusze na kampanię reelekcyjną. Clayton bowiem ogłosił właśnie, z˙e będzie ponownie kandydował. Było oczywiste, z˙e czeka go zacięta walka. Tym razem miał bowiem przeciwników równiez˙ we własnej partii, natomiast kandydatem demokra- tów był Sam Hewett, znany i bardzo ceniony biznesmen, za którym stało wielkie imperium finansowe. Hewetta popierała tez˙ niezwykle dra- 6 piez˙na popołudniówka z Nowego Jorku, a jeden z synów właściciela gazety pracował w biurze kampanii. Nikki skończyła niedawno planowanie przyję- cia, które miało odbyć się we wrześniu w Wa- szyngtonie, turze wyborów. Jakz˙e pragnęła, z˙eby mogli na nim świętować zwycięstwo Claytona! tuz˙ po pierwszej Przygotowania do wrześniowej imprezy zbieg- ły się w czasie z pracą przy artystycznym fes- tiwalu Spoleto w Charlestonie. Liczne zajęcia wyczerpały ją doszczętnie. Nie odzyskała jeszcze sił po przebytym niedawno zapaleniu płuc. Na szczęście festiwal dobiegał końca, Clayton takz˙e mógł przez kilka dni obyć się bez jej pomocy, skorzystała więc z okazji, z˙eby zaszyć się w do- mku na plaz˙y i rozkoszować się ciszą. Na Seabro- ok o tej porze roku panował spokój. W sąsiedzt- wie stało zaledwie kilka starych domów, a dwie najbliz˙sze posiadłości z reguły pozostawały nie- zamieszkane az˙ do końca czerwca. Słońce oświetlało taras, choć jak na początek czerwca nadal było niespotykanie chłodno. Nikki przeciągnęła się leniwie. Małe piersi unosiły się miarowo, kiedy oddychała wspaniałym morskim powietrzem. Była wysoka i szczupła, propor- cjonalnie zbudowana. Pewien dziennikarz, urze- czony jej powabnym ciałem, zielonymi, skoś- nymi oczami i ślicznymi, wykrojonymi w łuk ustami, napisał kiedyś, z˙e gdy jest szczęśliwa, 7 wszystko w niej jaśnieje. Mimo wysokiego wzro- stu miała w wyglądzie coś z psotnego skrzata, a tę charakterystykę moz˙na by rozciągnąć równiez˙ na jej usposobienie. Przystrzyz˙one w pazurki gęste czarne włosy okalały owalną twarz, nadając jej nieco figlarny wyraz. Za tą urodą nieposłusznej dziewczynki kryły się bystry umysł, wyjątkowy rozsądek i nieposzlakowana opinia. Znajomi uwaz˙ali nawet, z˙e jest zbyt nieufna i ostroz˙na, Nicole jednak dobrze wiedziała, z˙e te cechy pomagały unikać wielu pułapek zastawianych na jej brata, a czasem nawet krzyz˙owały szyki jego politycznych wrogów. Spojrzała z namysłem na dom. Huragan Hugo, który we wrześniu 1989 roku przeszedł nad Karo- liną Południową, zniszczył wiele zabudowań, w tym takz˙e letniskowy dom Seymourów. Naj- większe szkody naprawiono od razu, jednak nadal pozostało wiele do zrobienia. W przeciwieństwie do sąsiadów nie dysponowali nieograniczonymi funduszami, opracowali więc z Claytonem plan remontu, licząc na to, z˙e w ciągu kilku lat przy- wrócą domowi dawną świetność. Nagle uwagę Nicole przyciągnął warkot sil- nika. Osłaniając oczy, przyglądała się, jak na wodzie ląduje srebrzysty hydroplan. Widok nie był niczym niezwykłym. Ostatecznie w tym za- kątku roiło się od bogaczy. Jakiś czas temu jeden ze starych domów odkupił Kane Lombard, mag- nat naftowy z Houston. Wiedziała, z˙e stał na czele 8 konsorcjum, w skład którego wchodziły takz˙e nowoczesne zakłady motoryzacyjne z Charles- tonu. Dotarły do niej pogłoski, z˙e jego z˙yciu towarzyszyła seria tragicznych wydarzeń. Naj- większa tragedia miała miejsce przed kilkoma miesiącami, kiedy podczas podróz˙y słuz˙bowej do Libanu zginęli jego z˙ona i syn. Trzy tygodnie temu Kane Lombard przeniósł się do posiadłości na wyspie. W rubryce towarzy- skiej lokalnej gazety Nikki widziała nawet zdję- cie jego jachtu. Nigdy jeszcze nie spotkała osobiście Lombar- da. Raz tylko widziała jego niezbyt wyraźne zdjęcie w ,,Forbes Magazine’’. Fotografie poten- tata nie pojawiały się nawet w prasie brukowej. Nic dziwnego, skoro największe w kraju pismo bulwarowe znajdowało się w rękach jego rodziny. Lombardowie z Houston, zupełnie jak Seymouro- wie z Charlestonu, od pokoleń nalez˙eli do naj- bogatszych rodów. Tyle z˙e Lombardowie nadal mieli fortunę. Obecnie opuścili juz˙ Teksas i za- mieszkali w Nowym Jorku, gdzie wydawali swo- ją gazetę. Warkot silnika zamilkł. Nikki poprawiła się na lez˙aku. Od pewnego czasu dręczył ją niezrozu- miały niepokój. Miała wielu znajomych, dość dobrze zarabiała, sprzedając w miejscowych ga- leriach swoje rzeźby, jednak psychicznie czuła się fatalnie. Była jakby pusta wewnętrznie i po- zbawiona energii. Często przychodziło jej do 9 głowy, z˙e gdyby nie brat, popadłaby w głęboką depresję z powodu osamotnienia. Swojego czasu, bardzo krótko, była męz˙atką. Małz˙eństwo okazało się jednak fatalną pomyłką. Nie dość, z˙e pozbawiło ją wszystkich złudzeń, to jeszcze nabawiło kompleksów. Nikki zaczęła wąt- pić w swoją kobiecość. Wiele lat temu jej ojciec zwrócił się do Mos- by’ego Torrance’a, senatora z Karoliny Połu- dniowej z prośbą o pomoc. Mosby zgodził się wyciągnąć go z kłopotów, które groziły całkowi- tym bankructwem, jednak jako zadośćuczynienia zaz˙ądał ręki Nikki. Jak bardzo ją to wówczas cieszyło, jakz˙e była szczęśliwa... Mosby, starszy od niej o czternaście lat, wyglądał jej zdaniem jak adonis. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i szczupłą sylwetkę spor- towca. Straciła dla niego głowę i z˙adne argumen- ty nie powstrzymałyby jej od wyraz˙enia zgody na ten związek. Miała wtedy zaledwie osiemnaście lat, była naiwna, niewinna... i głupia. Całkiem prawdopodobne, z˙e ojciec coś pode- jrzewał, ale w gruncie rzeczy niewiele wiedział o senatorze. A potem było juz˙ za późno. Po sześciu miesiącach udało jej się odzyskać wol- ność, ale z szoku tak naprawdę otrząsnęła się właściwie dopiero po sprawie rozwodowej. Nigdy nie przyznała się ojcu i bratu, przez co musiała przejść, zauwaz˙yła jednak, z˙e po rozwo- dzie Clayton zachowywał się wobec niej wyjąt- 10 kowo delikatnie. Wtedy tez˙ stali się sobie nie- zwykle bliscy. Po śmierci ojca nadal mieszkali razem w wielkim domu w Charlestonie. Kiedy Clayton poświęcił się polityce, najwierniejszego sojusznika znalazł właśnie w Nikki. Z pełnym poświęceniem uczyła się nowej roli. Organizowa- ła spotkania, przyjęcia, pełniła rolę czarującej gospodyni, zjednywała sponsorów. Podejmowała się wszystkiego, co mogło pomóc bratu. Praco- wała zarówno w jego biurze w Charlestonie, jak i w Waszyngtonie, gdzie równiez˙ zdobyła renomę znakomitej organizatorki. Zawsze potrafiła do- brać odpowiednich gości. Dzięki temu na or- ganizowanych przez nią bankietach i koktajlach panowała wspaniała atmosfera. Nigdy tez˙ nie brakło tematów do rozmów. Chociaz˙ wszystkie te przedsięwzięcia odnosiły sukcesy, nie poprawia- ło to jej samopoczucia i nie przywracało równo- wagi ducha. Stare niepokoje i brak wiary w siebie powstrzymywały ją przed nawiązywaniem bliz˙- szych znajomości i nowych przyjaźni. Nie od- waz˙yłaby się ponownie zaufać własnym osądom. Uznała juz˙ nawet, z˙e moz˙na przeciez˙ spędzić z˙ycie bez męz˙czyzny. No, właśnie... Miała dwa- dzieścia pięć lat i ciągle była samotna. Potwornie samotna... Słońce paliło juz˙ zbyt mocno, podniosła się więc z lez˙aka i na zielono-złoty opalacz narzuciła jedwabną niebieską bluzę, która przyjemnie otu- liła gładką, opaloną skórę. Zdawało się jej, z˙e 11 dostrzegła jakiś ruch na plaz˙y. Podeszła do balust- rady i spojrzała uwaz˙nie na ocean. Coś czarnego unosiło się na wodzie. Ze zmarszczonym czołem wychyliła się bardziej, wytęz˙ając wzrok. Boz˙e, to czyjaś głowa! W wodzie lez˙ał człowiek! Bez namysłu zbiegła po schodach i potykając się na piachu, popędziła przez plaz˙ę. Serce jej waliło jak oszalałe. Co się mogło wydarzyć? – zastanawiała się. A jeśli to ciało wyrzucone przez fale? Co będzie, jeśli zostanie zamieszana w morderstwo? Jeszcze gorzej, gdyby okazało się, z˙e to topielec. Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia o udzielaniu pierwszej pomocy tonącym. Co za głupota, myślała gorączkowo, z˙eby nie przejść odpowiedniego szkolenia, skoro ma się dom na plaz˙y! Mimo ogarniającej ją paniki, postanowiła, z˙e zgłosi się do Czerwonego Krzyz˙a na kurs ratowników. W wodzie lez˙ał męz˙czyzna. Muskularny, nie- zwykle wysoki, o czarnych włosach i mocno opalonej skórze. Przyklękła szybko i dotknęła jego szyi. Odetchnęła z ulgą, gdy pod palcami wyczuła puls. Dopiero w tym momencie uświa- domiła sobie, z˙e przez całą drogę od domu ze strachu wstrzymywała oddech. Z trudem przeturlała ciało męz˙czyzny na brzuch, poza zasięg fal. Ułoz˙yła mu głowę na boku i, jak podpatrzyła kiedyś w programie tele- wizyjnym, zaczęła uciskać jego plecy. Kontynuo- wała te zabiegi nawet wówczas, gdy zaczął kasłać 12 i krztusić się. Po kilku sekundach odsunął się od niej i usiadł na piasku, trzymając się za głowę. Dopiero teraz dostrzegła, jaki był wysoki i mus- kularny. Dzięki Bogu, z˙e nie musiała ciągnąć go dalej! – Dobrze się pan czuje? – spytała z niepoko- jem, mruz˙ąc oczy. – Boli mnie... głowa – wykrztusił, ciągle jesz- cze kaszląc. Zawahała się, lecz po chwili wyciągnęła rękę i przegarnęła jego mokre włosy. Tuz˙ nad skronią znalazła rozcięcie. Krew juz˙ zakrzepła i rana nie wyglądała na zbyt głęboką, ale prawdopodobnie spowodowała utratę przytomności. – Chyba powinnam wezwać pogotowie – za- częła. – Nie wiadomo, czy to nie wstrząśnienie mózgu. – Nie ma takiej potrzeby, proszę mi wierzyć – przerwał jej zdecydowanie i znów się rozkasłał. – Wypadłem z hydroplanu i uderzyłem się w gło- wę. Doskonale pamiętam. – Nagle zmarszczył czoło. – To śmieszne. Nie przypominam sobie nic poza tym! Nikki siedziała bez ruchu, gryząc dolną wargę. Od dziecka tak robiła, gdy musiała się nad czymś zastanowić. – Moz˙e zechce pan wejść do mnie i chwilę odpocząć? – spytała spokojnym, cichym głosem. Przebiegł ją dreszcz, kiedy uniósł głowę i na jej się znajomy, nie nią spojrzał. Wydawał 13 potrafiła tylko przypomnieć sobie, gdzie mogła go spotkać. Moz˙e poznała go na festiwalu? – Musiałem tu do kogoś przyjechać – mówił z namysłem. – Chyba mieszkam niedaleko stąd... – W tej chwili czuje się pan zagubiony, ale to minie – przerwała mu. – Myślę, z˙e po krótkim odpoczynku, przypomni pan sobie, kim jest. Tego typu amnezja nigdy nie trwa długo. – Jest pani pielęgniarką? Uniosła brwi. – Ciekawe... Czemu nie zapyta pan, czy jestem lekarzem? – Pielęgniarka nie odpowiada pani wygóro- wanym ambicjom? – rzucił arogancko. W jego wzroku malowało się wyzwanie. Uniosła ręce z rezygnacją. – Z pewnością nie ma pan łagodnego charak- teru. Cóz˙, zobaczymy, czy uda się pana jakoś ruszyć. Moz˙e na taczce... – Spojrzała na niego z namysłem i wyjaśniła: – Uz˙ywa się tego na budowach i... – Jeśli to próba sił w aktorstwie komediowym, radzę pozostać przy obecnym zawodzie – mruk- nął pod nosem. Zastanawiała się, skąd moz˙e pochodzić nie- znajomy. Nie potrafiła rozpoznać jego akcentu. Moz˙e ze Środkowego Zachodu? Chyba nie jest zwykłym turystą, uznała, patrząc na jego wodo- odporny rolex i markowe spodenki kąpielowe. Ani studentem na wakacjach, pomyślała złoś- 14 liwie, gdy dostrzegła srebrne nitki na jego skro- niach. Z pewnością był starszy od jej brata. Niechętna wszelkiemu kontaktowi z obcym, nie mogła jednak pozwolić, z˙eby cały dzień spędził na plaz˙y. Przysunęła się bliz˙ej i objęła jedną ręką jego opalone plecy. Pod palcami czuła jedwabistą skórę i silne mięśnie. Jak na swój wiek ma znakomitą sylwetkę, pomyślała, obrzucając wzrokiem szeroki, nieprawdopodobnie owłosiony tors. Gęste, czarne włosy pokrywały jego pierś od obojczyków i ginęły pod kąpielówkami, które opinały szczupłe biodra. Od czasu małz˙eństwa większość męz˙czyzn budziła w niej wstręt. O dzi- wo, nieznajomy wcale jej nie odstręczał. Co więcej, czuła się przy nim zupełnie swobodnie, jakby widok prawie nagiego męskiego ciała nie był czymś niezwykłym. Zresztą takie ciało spodobałoby się zapewne większości kobiet. Nieznajomy miał długie, umię- śnione, opalone na ciemny brąz nogi, owłosione na tyle, z˙e wyglądały męsko, lecz nie budziły obrzydzenia. Dłonie takz˙e ma ładne, pomyślała, zarzucając sobie na ramię jego rękę. Duz˙e, szczu- płe, z idealnie utrzymanymi, owalnymi paznok- ciami. Nie nosił biz˙uterii, a kiedy zegarek przesu- nął się trochę na ręce, nie dostrzegła na nadgarst- ku białego śladu. – Ostroz˙nie – powiedziała łagodnie, trochę zaniepokojona dotykiem jego ciała. Od czasu nieszczęsnego małz˙eństwa nie znalazła się tak 15 blisko męz˙czyzny. Przestraszyła się, bo kontakt z nieznajomym wyraźnie ją podniecił. Muszę przestać o tym myśleć, nakazała sobie. Trzeba mu pomóc i tylko to jest w tej chwili waz˙ne. – Mogę iść sam – burknął. Stłumiła uśmiech, kiedy potknął się, próbując to udowodnić. – Powoli, po jednym kroku – powtórzyła. – Jest pan ranny. Stąd te kłopoty z utrzymaniem równowagi. – Jest pani pewna, z˙e nie nazywa się Florence Nightingale? – mruknął. – Jak na kogoś, kogo przed chwilą ocean wyrzucił na brzeg, strasznie pan rozmowny – za- kpiła. – Czy to wpływ słonej wody? Nie uśmiechnął się, ale czuła, jak napięły się jego mięśnie. – Być moz˙e. – Nie czuje pan mdłości? – upewniała się. – Nie, tylko trochę kręci mi się w głowie. Zastanawiała się, co powinna zrobić. Z pewno- ścią nalez˙ało sprawdzić, czy źrenice męz˙czyzny nie są nadmiernie zwęz˙one lub rozszerzone. Jed- nak tym powinien zająć się ktoś mający choćby blade pojęcie o sprawach medycznych, nie ona. – Jest pani pielęgniarką? – spytał ponownie. – Nie, wiem tylko co nieco o pierwszej pomo- cy. Mam takz˙e – dodała, spoglądając na niego ze złośliwym uśmiechem – trochę doświadczenia z wyrzuconymi na brzeg wielorybami. A skoro o tym mowa... 16 – Radzę na tym poprzestać, nim posunie się pani za daleko – zaczął i nagle złapał się za głowę. – Boz˙e, ale boli! – jęknął. Zdenerwowała się nie na z˙arty. Urazy głowy często okazywały się tragiczne w skutkach. Nie miała wystarczającej wiedzy, z˙eby zająć się od- powiednio tak powaz˙nym przypadkiem. Co bę- dzie, jeśli on umrze? Kątem oka dostrzegł jej zaniepokojoną minę. – Nie zamierzam paść tu trupem – rzucił ze złością. – Zawsze tak pani ujawnia swoje uczucia? – Podobno wręcz przeciwnie, często słyszę, z˙e mam twarz pokerzysty – odparła bez namysłu. Spojrzała mu w oczy i odniosła wraz˙enie, z˙e patrzy na dobrego znajomego. Dziwne, prze- mknęło jej przez myśl. To całkiem obcy czło- wiek. I w dodatku wyjątkowo niesympatyczny. – Alez˙ ma pani zielone oczy, Florence – za- uwaz˙ył męz˙czyzna. – Zupełnie, jak u kota. – Potrafię tez˙ drapać jak kot, więc radzę uwa- z˙ać – mruknęła buńczucznie. – Rozumiem. – Zdjął rękę z jej ramienia i kilka ostatnich kroków pokonał o własnych siłach. Przed wejściem do domu przystanął i trzy- mając się oburącz za głowę, wyrównał oddech. – Chętnie napiłbym się kawy – powiedział po chwili. – Ja równiez˙. – Rozsunęła szklane drzwi i wprowadziła go do kuchni. Patrzyła, jak jej 17 niespodziewany gość ostroz˙nie, powoli siada na krześle. – Nic panu nie będzie? – Jestem odporny. – Oparł łokcie o dębowy blat stołu i powoli połoz˙ył głowę na dłoniach. – Często znajduje pani nieznajomych wyrzuco- nych przez ocean? – Pan jest pierwszy – odparła. – Ale biorąc pod uwagę pańskie rozmiary, jutro spodziewam się transatlantyku. – Od dawna pani tu mieszka? – Spytał, pat- rząc, jak bierze się do przyrządzania kawy. – Mamy ten dom juz˙ od kilku lat. – My? – To znaczy... męz˙czyzna, który jest właś- cicielem i ja – odpowiedziała wymijająco. Nie musiał wiedzieć, z˙e nie jest z nikim związana i siedzi tu całkiem sama. – Zazwyczaj przyjez˙dz˙a tu w piątki wieczorem – skłamała. Sprawiał wraz˙enie, jakby nie zwrócił uwagi na jej słowa. Moz˙e po prostu nie wiedział, jaki dziś dzień. – Dziś jest piątek – dodała na wszelki wy- padek. – Mój przyjaciel jest bardzo sympatycz- ny. Polubi go pan. – Spojrzała na niego przez ramię. – Nie pojawiły się mdłości? Albo sen- ność? Zawroty głowy? – Nie mam wstrząśnienia mózgu – odparł burkliwie. – Nie wiem tylko, skąd bierze się moja pewność, z˙e rozpoznałbym symptomy. Być moz˙e kiedyś przytrafiło mi się coś takiego. 18 – Moz˙liwe... – Podniosła słuchawkę i wybrała numer. – Co pani robi? – zdziwił się. – Dzwonię do znajomego. Jest lekarzem. Chcę... Halo, Chad? – powiedziała do telefonu. – Zajęłam się pływakiem, który doznał urazu głowy. Jest przytomny i bardzo wygadany – mó- wiła, patrząc znacząco na swojego gościa. – Nie zgadza się na wezwanie pogotowia. Czy mógłbyś wpaść do mnie w drodze z golfa? Wolałabym się upewnić, z˙e nie umrze mi na podłodze. – Jasne, nie ma sprawy – roześmiał się Chad. – Pozwól, z˙e od razu zadam ci kilka pytań. – Myślę, z˙e wytrzyma do mojego przyjazdu – zapewnił ją, gdy wysłuchał interesujących go informacji. – Jeśli jednak zemdleje i nie będziesz mogła go docucić lub gdy pojawią się gwałtowne torsje, wzywaj od razu karetkę. – Tak zrobię, dzięki. – Poczuła ulgę po wy- słuchaniu opinii specjalisty. – Nie chcę mieć trupa w salonie. Szczególnie takiego, którego nie dałabym rady przesunąć – wyjaśniła z drwiącym uśmiechem. – Trup... Martwe ciała... – Ze złością potrząs- nął głową. – Mam jakieś przebłyski, ale to nic konkretnego, jakieś zamazane obrazy, raczej wra- z˙enie niz˙ coś rzeczywistego... Niech to diabli! – Zaraz będzie kawa. Moz˙e zastrzyk kofeiny pobudzi pana umysł – zastanowiła się. 19 Widziała, z˙e patrzył na jej nogi, gdy siadała na wysokim stołku. – Niech przypadkiem nic panu nie chodzi po głowie – ostrzegła. – Proszę się nie obawiać. Niewiele pamiętam, ale tego, z˙e nie lubię zielonookich kobiet, jestem absolutnie pewien – odparował. Z westchnieniem odchylił się na krześle i bezwiednie potarł włosy na piersi. Przyszło jej do głowy, z˙e wyglądał teraz dość agresywnie, ale przede wszystkim zaniepo- koiło ją podniecenie, jakie odczuwała w jego obecności. – Moz˙e poszukam panu jakiegoś ubrania – za- proponowała. – Byłbym wdzięczny. Pani przyjaciel, jak ro- zumiem, trzyma tu swoje rzeczy, z˙eby nie zapom- niała pani, z kim mieszka. Czy tak? Pominęła milczeniem tę sarkastyczną uwagę. – Koszule pewno będą trochę za ciasne, ale jest kilka par szerokich szortów, które powinny na pana pasować. Zaraz wracam. – Zsunęła się ze stołka. W pokoju Claytona wybrała największą koszu- lę i szerokie bez˙owe szorty. Na jej bracie te rzeczy zawsze wisiały, miała więc nadzieję, z˙e znalezio- ny na plaz˙y olbrzym jakoś się w nie wciśnie. – Tam jest łazienka – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Trzecie drzwi po prawej. Znajdzie pan tam maszynkę do golenia i ręczniki. Jest pan głodny? 20 – Chętnie zjadłbym coś lekkiego. – W takim razie zrobię omlet i tosty. Powoli podniósł się od stołu. Gdy stanął w drzwiach, wydał jej się ogromny i bardzo groźny. – Nic nie pamiętam, ale jednego jestem pe- wien: nie jestem niebezpieczny. Nie wiem, czy to coś pomoz˙e i trochę panią uspokoi... – Nawet bardzo. – Udało jej się uśmiechnąć. – Nie nawykłem tez˙ do przyjmowania pomo- cy od obcych – dodał. – Ja z kolei nie nawykłam pomagać nieznajo- mym. No, ale zawsze musi być ten... – ...pierwszy raz – wpadł jej w słowo. – Dzię- kuję. Wyszedł z kuchni, a Nikki wyjęła z lodówki jajka i zaczęła przygotowywać omlet. Kiedy wrócił z łazienki, był ogolony i ubrany. Stopy nadal miał bose, ale szorty na szczęście okazały się dobre. Musi uprawiać jakiś sport i prowadzić aktywny tryb z˙ycia, pomyślała, pat- rząc na umięśniony tors widoczny spod nie dopię- tej koszuli. Zmieszana odwróciła szybko wzrok. – Jaką pan pije kawę? – spytała, stawiając białe kubki na czyściutkim obrusie w zielo- no-białą kratkę. Namyślał się przez chwilę. – Wydaje mi się, z˙e ze śmietanką. – Gdyby mnie spytano, powiedziałabym, z˙e czarną bez cukru – mruknęła z rozbawieniem. 21 – Dlaczego? – Nie wiem. Mam wraz˙enie, z˙e pana skądś znam, choć nie sądzę, abyśmy się kiedyś spotkali. – Moz˙e po prostu mam przeciętną twarz – od- parł, wzruszając ramionami. – Pan? – zdumiała się. – Cóz˙, dziękuję. – Uśmiechnął się lekko i wy- pił łyk kawy. – Bardzo dobra. Nie za mocna, nie za słaba. – To jedyne, co potrafię zrobić w kuchni. Zaparzyć kawę i usmaz˙yć omlet. Jestem zbyt zajęta, z˙eby nauczyć się gotować. – Co w takim razie jada pani biedny przyjaciel? – Z˙ywi się w barach i restauracjach. Zresztą rzadko bywa w domu. – Czym się zajmuje? Spojrzała na niego uwaz˙nie. – Energetyką – odparła, zresztą zgodnie z pra- wdą. Ostatecznie Clayton zasiadał takz˙e w Komi- sji Handlu i Energetyki. – O, czyli pracuje w zakładach energetycz- nych? Zgadłem? – No, moz˙na tak to ująć – zgodziła się, kryjąc rozbawienie. – A co pani robi? – Ja? Rzeźbię. – Co? – Ludzkie postaci. Rozejrzał się wokół, ale dostrzegł jedynie kilka reprodukcji. 22 – Sprzedaję swoje prace do galerii – wyjaś- niła. Postanowił powstrzymać się od komentarzy. Chyba zdawała sobie sprawę, z˙e dom wygląda jak nora. Najwyraźniej brakowało jej pieniędzy, a jej przyjaciel pewno miał ich jeszcze mniej. Coś go ostrzegało, z˙e nie powinien jej ufać. – Ma tu pani jakieś swoje rzeźby? – Jedno lub dwa popiersia – odparła. – Później panu pokaz˙ę. – Smaczny – ocenił, próbując omlet. – Dziękuję. – Patrzyła na niego uwaz˙nie. Twarz mu pobladła, oczy same się zamykały. – Chyba jest pan śpiący. – Nawet bardzo. Mam wraz˙enie, z˙e ostatnio nie sypiałem zbyt regularnie. – Kłopoty z kobietą? – spytała z wyrozumia- łym uśmiechem. – Nie jestem pewien. Moz˙liwe... – Podniósł na nią oczy. – Chyba nie powinienem tu zostawać... – I gdzie pan pójdzie? – zdziwiła się. – Nie moz˙e pan przeciez˙ spać na plaz˙y, bo jeszcze aresztują pana za włóczęgostwo. Czy pamięta pan, gdzie mieszka? – Nie wiem nawet, jak się nazywam – przy- znał niechętnie. – Trudno sobie wyobrazić, jak mnie to przeraz˙a. Po jego oczach widziała, z˙e jest skrajnie wy- czerpany. – Wcale się nie dziwię. Powinien się pan 23 połoz˙yć. Kiedy przyjedzie Chad, wpuszczę go do pana. Proszę się nie martwić o zapłatę. Chad to mój przyjaciel, potraktuje tę wizytę jak kolez˙eńs- ką przysługę. A rano na pewno poczuje się pan lepiej i przypomni sobie, kim jest. – Oby tak było – mruknął. – A ten męz˙czyzna, z którym pani mieszka? Mówiła pani, z˙e dziś przyjedzie... Kiwnęła głową i z satysfakcją dostrzegła, z˙e jej uwierzył. – Rozumiem, z˙e to z˙aden problem? Postaram się nie przeszkadzać... Dziękuję, z˙e pani mi za- ufała i pomogła. Przeciez˙ właściwie nic pani o mnie nie wie. – Ani pan o mnie – rzuciła ostrzegawczo. W pokoju gościnnym rzucił się na łóz˙ko i juz˙ po kilku sekundach spał jak kamień. Nie obudził się jeszcze, gdy przyjechał Chad. Czekała w salonie, az˙ lekarz wyjdzie od pacjenta. – Nic mu nie jest – zapewnił, uśmiechając się szeroko. Widok przyjaciela zawsze przyprawiał Nikki o przyspieszone bicie serca. Przystojny, jasnowłosy, az˙ za bardzo przypominał jej byłego męz˙a. – W tej chwili jest trochę zdezorientowany, ale to przejdzie. Stłuczenie nie było groźne. Rano powinien przypomnieć sobie, jak się nazywa, a kiedy ustąpi silny ból głowy, nic więcej nie będzie mu dolegać. Zostawię ci tabletki, jeśli po przebu- dzeniu będzie bardzo cierpiał. – Wyjął lekarstwo z torby. – A w razie czego, dzwoń, dobrze? 24 – Oczywiście. Dziękuję, Chad. – Od czego ma się przyjaciół? – Wzruszył ramionami i cicho zamknął za sobą drzwi. Wieczorem, gdy zajrzała do sypialni, męz˙- czyzna wciąz˙ spał. Lez˙ał na plecach całkiem nagi. Patrzyła na niego bezradnie, rozpaczliwie próbu- jąc stłumić ogarniający ją płomień poz˙ądania. Nieznajomy pociągał ją, nawet bardziej niz˙ kie- dyś Mosby. Pewno opala się nago, myślała, patrząc na zgrabne muskularne ciało. Był naprawdę wspa- niale zbudowany. Nawet jego członek nie budził w niej odrazy. Zdumiało ją, z˙e wpatruje się w niego tak bezwstydnie. Zwykle męz˙czyźni przeraz˙ali ją i peszyli, ale ten był wyjątkowy. Ciekawe, jak bym się poczuła, gdyby ta wielka jak bochen dłoń przesunęła się w ciemności po mojej skórze? – zastanawiała się. Nagłe pragnienie poraziło ją jak grom. Przera- z˙ona, odwróciła się na pięcie i ostroz˙nie zamknęła za sobą drzwi pokoju. ROZDZIAŁ DRUGI Nicole nie mogła zasnąć. Całą noc męczyły ją obrazy męz˙czyzny lez˙ącego nago w pokoju goś- cinnym. Wstała wcześniej niz˙ zwykle, narzuciła letnią sukienkę w niebieski wzór i na bosaka przeszła do kuchni, by zająć się śniadaniem. Dzięki Bogu, z˙e mam tu trochę zapasów, pomyś- lała. Sądząc po budowie nieznajomego, musiał mieć prawdziwie wilczy apetyt. Wykładała właśnie na talerz jajecznicę, którą zamierzała podać z kiełbaskami i słodkimi bułecz- kami, gdy męz˙czyzna wyszedł z pokoju. Nadal nie wyglądał zdrowo. – Jak się pan czuje? – spytała. – Jak wyciągnięty psu z gardła – odparł, prze- ciągając głoski. To nie jest akcent z Charlestonu, pomyślała. Chociaz˙, prawdę mówiąc, ona tez˙ czasami mówiła podobnie. – Dać panu aspirynę? – zaproponowała. – Myślę, z˙e powinienem coś zaz˙yć. Dziękuję. 26 Usiadł do stołu, nalał kawy do obu kubków i wytrząsnął na dłoń dwie tabletki. – Pamięć juz˙ panu wróciła? – upewniła się. – Trochę sobie przypomniałem – przyznał. – Jednak to ciągle za mało. – Sięgnął do nadgarstka i zamarł. Zdawało mu się, z˙e kiedy wpadł do wody, miał na ręku specjalny zegarek do nurkowania. – Boz˙e, zupełnie zapomniałam! – Zerwała się od stołu i z szafki przy kuchence przyniosła zegarek. – Proszę. Wsunęłam go do kieszeni, bo bransoletka była rozpięta. Przypomniałam sobie o nim dopiero dziś rano, wkładając rzeczy do pralki. Dobrze, z˙e go nie uprałam – zaśmiała się. – A swoją drogą, jak pan odczytuje godzinę z tak skomplikowanego urządzenia? A więc nie rozpoznała, co to za przyrząd. Czy faktycznie nie zdawała sobie sprawy, jaki jest drogi? – zastanawiał się nieufnie. – Dziękuję – powiedział wolno, odbierając zegarek. – Chyba nadal chodzi? – rzuciła niedbale, zabierając się do jajecznicy. – Nawet nie wiedzia- łam, z˙e nadal robi się wodoodporne zegarki. – To zegarek do nurkowania – poinformował ją, ciekaw, jaka będzie jej reakcja. – O, to pan nurkuje? – zainteresowała się. Robił to od czasu do czasu, jeśli akurat nie z˙eglował na swoim jachcie. O tym jednak nie chciał wspominać. 27 – Czasami – odparł zdawkowo. – Kiedyś chciałam się nauczyć, ale za bardzo boję się wody. Nawet nie pływam zbyt dobrze. – W takim razie po co pani dom na plaz˙y? – zdumiał się. – Czy moz˙e nalez˙y do kogoś innego? Dostrzegła, jak na nią patrzył i doskonale zrozumiała, o co mu chodzi. Najwyraźniej przypo- mniał sobie więcej, niz˙ chciał zdradzić. Zegarek nie był tani... Czyz˙by wziął ją za naciągaczkę? Niech i tak będzie! Przynajmniej zabawi się trochę jego kosztem. – Właściwie nalez˙y do... – zaczęła i zawahała się. Wolała nie zdradzać mu za duz˙o. Wraz˙enie, z˙e skądś zna jego twarz, jeszcze się pogłębiło. – Właściciel domu pozwala mi tu przyjez˙dz˙ać, kiedy tylko mam ochotę. Rozejrzał się wokół. Po jego minie poznała, co myśli o domu. – Huragan narobił tu szkód – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Mój przyjaciel nie miał czasu, z˙eby wszystko naprawić. – Tym razem mówiła prawdę, jednak chyba nie przekonała swojego gościa. Zmruz˙ył ciemne oczy i przyglądał się jej podejrzliwie. Bez słowa zajął się jedzeniem. – Jak pani na imię? – spytał nagle, uwaz˙nie ją obserwując. – Nikki. – Nawet jeśli słyszał o jej rodzinie, nie rozpozna zdrobnienia, którego uz˙ywali wyłącznie jej najbliz˙si. – A przypomniał pan sobie swoje? 28 Spojrzał na nią z namysłem, zastanawiając się, co powiedzieć. Z pewnością tylko tymczasowo mieszkała w domu swojego chłopaka. Sam był tu od niedawna, więc mało prawdopodobne, z˙eby coś o nim wiedziała, nawet gdyby przedstawił się prawdziwym nazwiskiem. Postanowił jednak nie odsłaniać wszystkich kart. Przy dochodach, jakie osiągał, przezorności nigdy za wiele. Trochę go to rozśmieszyło. Ta kobieta z pewnością nie wie- działa nawet, co oznacza słowo ,,korporacja’’, nie miała pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się dyrektor generalny... – McKane – odparł niedbale. – Wszyscy mó- wią do mnie Kane. Na szczęście patrzyła akurat na kubek z kawą. Starała się nic po sobie nie pokazać, ale czuła ogarniającą ją panikę. Znajoma twarz, której nie potrafiła umiejscowić... Nagle wszystko sobie przypomniała. Az˙ nadto dobrze znała jego na- zwisko, a twarz, której nie potrafiła umiejscowić, widziała w jednym z magazynów Claytona. To przeciez˙ Kane Lombard, który ukrywał się przed światem i z˙ył niemal jak pustelnik. Całkiem niedawno brat Nikki miał z nim nie- sympatyczne starcie w kwestii ochrony środowis- ka w Charlestonie. Wiedziała, z˙e Lombard popie- rał głównego kandydata demokratów, najgroź- niejszego rywala Claytona w walce o miejsce w Kongresie. Jej umysł pracował gorączkowo. Za z˙adne 29 skarby nie ośmieliłaby się teraz przyznać, kim naprawdę jest. W dodatku spędziła z nim noc pod jednym dachem. Choć było to całkiem niewinne, dla prasy taka informacja stałaby się niezwykle łakomym kąskiem. W konsekwencji zaszkodziło- by to Claytonowi w wyborach. W niektórych regionach kraju zasady i niezłomna postawa mo- ralna miały nadal podstawowe znaczenie i były waz˙ne dla wyborców. Jakiś głupi wyskok mógł zaszkodzić startującemu w wyborach politykowi, a czasem przekreślić jego szansę na sukces. Nawet jeśli niefrasobliwością wykazała się jedy- nie jego siostra... W dodatku Lombard nalez˙ał przeciez˙ do przeciwnego obozu! Zacisnęła palce na kubku i z wystudiowanym wyrazem twarzy podniosła oczy. Wszystko bę- dzie dobrze. Musi tylko pozbyć się go jak naj- prędzej i pod z˙adnym pozorem nie zdradzić, z˙e go rozpoznała. Ani ona, ani Clayton nie bywali w tych samych kręgach, co Lombard. Mogła więc liczyć, z˙e nigdy więcej nie staną twarzą w twarz. – Ładne imię – uśmiechnęła się. Widziała, z˙e się odpręz˙ył. Jego usta rozciąg- nęły się w uśmiechu. – Dziękuję za opiekę – powiedział. – Dawno minęły juz˙ czasy, kiedy ktoś musiał się mną zajmować. – Kaz˙demu moz˙e się to przydarzyć – odparła. – Jednak następnym razem, gdy będzie pan ko- 30 rzystał z hydroplanu, radzę sprawdzić, czy w po- bliz˙u nie ma skał. – Z pewnością będę o tym pamiętał. Skończył kawę i dość niechętnie – a przynaj- mniej tak jej się zdawało – podniósł się na nogi. – Później odeślę ubranie pani przyjaciela. Dziękuję. – Moz˙e odwiozę pana do domu? – zapropono- wała. Dobrze wiedziała, z˙e nie dopuści, by po- znała miejsce jego zamieszkania. Śmiać się jej chciało na myśl, jak bardzo musiał się bać, z˙e miłosierna samarytanka okaz˙e się bezwzględną naciągaczką. – Nie, dziękuję – powiedział szybko, uśmie- chem próbując złagodzić odmowę. – Potrzeba mi trochę ruchu. Jest pani bardzo uprzejma. Mam nadzieję, z˙e pewnego dnia będę mógł się jakoś odwdzięczyć. – Nie ma o czym mówić – zapewniła go, wstając. – Czyz˙ nie jest naszym moralnym obo- wiązkiem pomagać bliźnim w potrzebie? Z pew- nością pan zrobiłby to samo dla mnie. Prawdę mówiąc, zamierzała wytrącić go z rów- nowagi, kiedy jednak podniosła wzrok, wie- działa, z˙e się nie udało. Patrzył na nią z pod- niesionymi brwiami, uśmiechając się dość po- błaz˙liwie. – Alez˙ oczywiście – zgodził się. Był nieufny, ale nie przeszkadzało mu to przesuwać zuch- wałego spojrzenia po jej ciele. 31 – Miło mi było pana poznać – dodała. – Mnie równiez˙. – Rzucił jeszcze jedno taksu- jące spojrzenie i zdecydowanym krokiem ruszył do wyjścia. Widać było, z˙e kiedy podejmie decy- zję, nic go nie zdoła zatrzymać. Pozazdrościła mu takiej pewności siebie. Jej takz˙e nie zbywało na śmiałości, jego jednak niełatwo byłoby pokonać. Trzeba ostrzec Claytona, by pod z˙adnym pozo- rem nie lekcewaz˙ył Lombarda. Oczywiście nie powie bratu, dlaczego doszła do takiego wniosku. W duz˙ym domu przy plaz˙y panował idealny porządek. Gospodyni widać nie przejęła się nie- obecnością Kane’a. Właściwie nie powinno go to dziwić. Często odnosił wraz˙enie, z˙e póki płacił ludziom, zupełnie ich nie obchodziło, czy jest z˙ywy, czy martwy. Skarcił się w myślach za cynizm. Czasami przeciez˙ uz˙alały się nad nim kobiety. Jego ko- chanka za kosztowne prezenty udawała, z˙e jej na nim zalez˙y. Nikogo jednak tak naprawdę nie obchodził, nikogo... z wyjątkiem syna. Przy- mknął oczy, próbując wymazać z pamięci przera- z˙ający obraz, kiedy to ostatni raz widział swojego chłopca. Spojrzał na stolik, gdzie stał portret jego z˙ony z ich synkiem. Wolał pamiętać Davida jako bystrego chłopca o jasnych włosach matki, jej oczach i uśmiechu. Choć po latach wspólnego z˙ycia odsunęli się z Evelyn od siebie, oboje 32 jednakowo mocno kochali syna. Czemu ich tam zabrałem! – pomyślał z rozpaczą. Po co namówił ich na tę podróz˙?! Natychmiast po ich przyjeździe w Libanie rozpętało się piekło i nagle cała rodzina znalazła się w centrum walk. Gorzko wypominał to sobie, lecz czas złagodził wreszcie ból. Mimo wszystko musiał z˙yć dalej. W powrocie do normalności pomogła mu praca. Z zapałem zajął się sprawą zakładów motoryzacyj- nych na przedmieściach Charlestonu. Przedsię- wzięcie, zaplanowane na długo przed tragiczną śmiercią rodziny, doszło do skutku mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ich pochował. Dzięki fabryce zachował zdrowe zmysły. Poz˙yczone ubranie odłoz˙ył do prania i prze- brał się w dzianinową koszulkę i własne szorty. Uśmiechnął się na wspomnienie błyszczących oczu Nikki. Była taka młodziutka! Przypomniał sobie jej zgrabną, smukłą sylwetkę i przez krótki moment pozazdrościł jej kochankowi. Szybko przy- wołał się do porządku. W jego z˙yciu nie było miejsca na stały związek, a jeśli bardzo potrzebo- wał kobiety, miał Chris, którą od razu uprzedził, z˙e małz˙eństwo nie wchodzi w grę. Podniósł słuchawkę i wybrał numer fabryki w Charlestonie. Musiał jak najszybciej zająć czymś umysł. Byle tylko nie wracać znów do przeszłości... – Daj mi Willa Jurkinsa – rzucił, gdy usłyszał uprzejme powitanie swojej sekretarki. 33 – Juz˙ łączę – odpowiedziała natychmiast. – Udał się panu urlop, panie Lombard? – chwilę później w słuchawce rozległ się dziwnie leniwy męski głos. – Nie mogę narzekać – odparł swobodnie. – Chcę wiedzieć, czemu zerwał pan kontrakt z Nadmorskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania. Co się stało? – Bo... musiałem – odrzekł Jurkins po chwili ciszy. Powinien był przewidzieć, z˙e taka informa- cja zostanie natychmiast przefaksowana do Ka- ne’a Lombarda. W odróz˙nieniu od wielu innych członków kierownictwa, Ed Nelson, zdrowy czy chory, zawsze trwał na posterunku. – Dlaczego? Jurkins otarł pot z czoła i rzucił okiem w stro- nę składu, gdzie przechowywano odpady, do czasu odbioru przez firmy zajmujące się ich wywozem. Panowała powszechna opinia, z˙e ta- niej jest opłacić przedsiębiorstwo oczyszczania, niz˙ na własną rękę zatrudniać ludzi i wyna- jmować specjalne samochody. Moz˙na to było zlecić słuz˙bom miejskim, które dysponowały własnym składowiskiem, jednak zakłady Lom- bard International zaraz po uruchomieniu produ- kcji zawarły umowę z Nadmorskim Przedsię- biorstwem Oczyszczania. – Wspominałem juz˙ kiedyś, z˙e zauwaz˙yłem nieścisłości w ich rachunkach. – Nie przypominam sobie takiej rozmowy. 34 – Panie Lombard – zaczął Jurkins pojednaw- czym tonem, choć niewiele brakowało, by wpadł w histerię. – Jest pan bardzo zapracowany. Nie sposób, by mógł pan spamiętać wszystkie szcze- góły. Zasiada pan przeciez˙ w radach nadzorczych trzech innych korporacji, w zarządach dwóch uczelni, pracuje pan w wielu organizacjach... To niemoz˙liwe, z˙eby był pan w stanie znaleźć czas, aby ogarnąć wszystko, co tu się dzieje. Kane odetchnął głęboko, starając się zachować spokój. Nie wolno mu wpadać w gniew, to nicze- go nie załatwia. Ten człowiek całkiem niedawno został szefem działu utylizacji odpadów produk- cyjnych. I w gruncie rzeczy miał rację. – Faktycznie nie mam czasu, z˙eby nadzoro- wać wszystkie operacje. Zwykle zajmuje się tym Ed Nelson. – No tak, wiem. Tyle z˙e pan Nelson musiał w zeszłym tygodniu poddać się operacji usunięcia kamieni nerkowych i jeszcze nie wrócił do siebie. To oczywiście nie znaczy, z˙e nie trzyma ręki na pulsie – dodał szybko. – Informujemy go na biez˙ąco. – Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale przynajmniej udało mu się zasugerować, z˙e Nelson w pełni aprobuje jego decyzję. Kane odpręz˙ył się. Ostatecznie Jurkins był rodowitym mieszkańcem Charlestonu. Z pewnoś- cią znał wszystkie zawiłości systemu oczyszcza- nia miasta i bez trudu potrafił znaleźć odpowied- nich ludzi. 35 – W porządku – powiedział. – Kogo więc pan wynajął? – Znalazłem bardzo solidną firmę, panie Lom- bard – zapewnił zwierzchnika. – Z ich usług korzystają dwa miejscowe zakłady produkujące części zamienne do samochodów. Właściciel na- zywa się Burke. – Pierwsze słyszę. – Nie są tak dobrze znani jak NPO – wyjaś- nił Jurkins. – To młoda firma, ale bardzo pręz˙- na. Poza tym zaproponowali bardzo korzystną cenę. Kane’owi pękała głowa. Miał juz˙ dość tej piekielnej karuzeli. W przyszłym tygodniu zapy- tam Nelsona o wszystkie szczegóły, postanowił. – Dobrze juz˙, Jurkins. Niech pan zajmie się tym kontraktem. Zaaprobuję tę decyzję, chyba z˙e pojawią się jakieś głosy krytyczne – zdecydował. – Proszę tylko upewnić się, czy ta firma wywiąz˙e się ze wszystkich zadań. Niech mnie pan jeszcze połączy z Jenny. – Oczywiście, proszę pana. Z˙yczę udanego urlopu. Proszę się nie przejmować, wszystko jest w najlepszym porządku! Kane burknął coś pod nosem, a kiedy ode- zwała się sekretarka, zaz˙ądał przekazania sobie pełnej dokumentacji: faksów, oceny kontraktu, korespondencji. Przez chwilę wahał się, czy nie kazać Jenny przyjechać, bał się jednak, z˙e moz˙e odczytać takie zaproszenie jako zachętę. Juz˙ od 36 jakiegoś czasu odnosił wraz˙enie, z˙e się w nim zadurzyła. Lepiej będzie, jeśli sam się wszyst- kim zajmę, uznał. Tymczasem Jurkins z wyraźną ulgą odgarnął rude włosy ze spoconego czoła i z westchnieniem odwrócił się do męz˙czyzny, który stał w progu pokoju. – No, mało brakowało – mówił, oddychając głęboko. – Lombard chciał koniecznie wiedzieć, czemu zmieniłem firmę. – To, co wyciągasz z tego układu, warte jest ryzyka – padła lakoniczna odpowiedź. – Zresztą za późno juz˙, z˙ebyś mógł się wycofać. – Nie musisz mi przypominać – powiedział niechętnie Jurkins. – Myślisz, z˙e się uda? Nie chcę wylądować w więzieniu. – Przestań panikować. Wiem, co robię. – Męz˙czyzna dyskretnie podał mu plik bank- notów. Jurkins przeliczył pieniądze i wsunął je szybko do kieszeni. Jego dziecko miało białaczkę, a ubezpieczenie zdrowotne juz˙ dawno przestało wystarczać na pokrycie kosztów leczenia. Kiedy ten cwaniak z cygarem zaproponował mu majątek za zmianę przedsiębiorstwa oczyszczania, uznał, z˙e niewiele ryzykując, dorobi trochę do pensji. Z pozoru wszystko było w porządku, źródłem jego niepokoju był fakt, z˙e firma Burke’a miewa- ła juz˙ kłopoty związane z nielegalnym składowa- niem niebezpiecznych substancji. 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Po północy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: