Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00483 007050 14664892 na godz. na dobę w sumie
Podręcznik Przygody Rowerowej - ebook/pdf
Podręcznik Przygody Rowerowej - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 304
Wydawca: Bezdroża Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-246-5597-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> świat
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).
Autorzy ustrzegli się pisarskiego 'egoizmu' polegającego na chęci pokazania tylko swoich osiągnięć i zaprosili do współpracy znanych podróżników rowerowych. W ten sposób powstała niezmiernie interesująca książka stanowiąca połączenie dokumentu z trzymającą w napięciu beletrystyką. Jeszcze raz okazało się, że chęć poznania świata i silna wola czynią cuda.
Henryk Sytner

Co nowego można jeszcze odkryć w świecie, który już dawno został dokładnie zbadany? Kogo można spotkać na drogach, po których codziennie poruszają się tysiące ludzi? Czym mogą nas zaskoczyć te spotkania albo ci ludzie? No i jak dobrze przygotować się do nich, jeśli wybiera się rower jako środek transportu? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w Podręczniku przygody rowerowej.

Autorzy dzielą się w nim doświadczeniami zdobytymi podczas wielu wypraw, w wielu różnych zakątków świata. Radzą, jaki kierunek wybrać i w jaki sprzęt się zaopatrzyć, jak zaplanować podróż na rowerze i jak ciekawie ją przeżyć. Przestrzegają przed potencjalnymi niebezpieczeństwami i niedogodnościami, a także informują, jak skutecznie ich unikać.

Podręcznik pozbawiony jest nudnej teorii, autorzy skupiają się wyłącznie na praktycznych aspektach życia długodystansowego rowerzysty. Najważniejsze jest jednak to, że niezwykle skutecznie zachęcają do rowerowych wypraw. Na własnym przykładzie pokazują, że każda podróż jest w zasięgu ręki!


Anna Maciąg, Robert Maciąg - W 2006 roku wyjechali w długą drogę do Indii na złożonych samodzielnie (i całkiem dobrze) rowerach. Podróż zajęła im piętnaście miesięcy i zmieniła ich życie tak bardzo, że po powrocie nie umieli usiedzieć w domu i znów ruszyli w drogę. Nie była to byle jaka droga, a legendarny Jedwabny Szlak. Przez te wspólne lata przejechali razem ponad 22 tysiące kilometrów i odwiedzili ponad dwadzieścia krajów. Od 2011 roku mieszkają w Krainie Wygasłych Wulkanów w Górach Kaczawskich. Na co dzień prowadzą warsztaty o świecie dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjów. W wolnych chwilach snują kolejne plany podróżnicze, piszą artykuły do prasy rowerowej oraz książki.




Patroni medialni:



Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Redaktor prowadzący: Michał Mrowiec Projekt okładki: Natalia Oprowska Skład: Adrian Partyka Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: helion@helion.pl WWW: http://bezdroza.pl (księgarnia internetowa, katalog książek) ISBN: 978-83-246-3635-8 Copyright © Helion 2012 Printed in Poland. • Kup książkę • Poleć książkę • Oceń książkę • Księgarnia internetowa • Lubię to! » Nasza społeczność Spis treści Magia roweru · 7 czyli kilka listów do przyjaciół sklejonych w całość · 39 Opowieści z drogi · 9 Sama przez Tybet · 11 RuBuTu — przez RUmunię BUłgarię i TUrcję · 22 Opowieści z podróży po Madagaskarze, Mongolia — kraina błękitnego nieba · 51 W podróż poślubną do Maroka · 61 Sudan — opowieść z przygodami · 74 Pamir — koniec świata · 84 Islandia — na krawędź Europy · 94 Wzdłuż Odry pod górę, żeby nie było łatwo · 106 Trasy · 119 Ja też chcę w świat… tylko dokąd? · 121 Jedziemy w daleki świat! · 125 Transdanubia, czyli rowerem wzdłuż Dunaju · 125 Ukraina — rowerem do sąsiadów · 133 Bałkany — otwarte drzwi i serca byłej Jugosławii · 137 W krainie północnego słońca, czyli kultowa podróż na północny kraniec Europy — Nordkapp · 144 Turcja — gdzie stacja benzynowa jest oazą · 149 Gruzja — nie tylko Kaukaz · 154 Kanada pachnąca przestrzenią · 159 Wietnam — widoki jak z pocztówek · 165 Karakorum Highway — droga do nieba · 172 5  Spis treści Sprzęt · 175 Rower mój to jest to… kocham go! · 177 Rowerowe kempingowanie · 212 Zanim wyruszysz · 225 Sześć najważniejszych pytań · 227 Dobry plan nie jest zły · 228 Samotnie czy w tłoku? · 231 Panie pilocie — rower w samolocie · 246 Pociąg · 249 A ile to kosztuje? · 251 W drodze · 255 Gdzie ja dzisiaj będę spać? · 257 Częste mycie wydłuża życie · 262 Gdzie tu jest jakaś restauracja? · 265 Nie ma wody na pustyni  · 272 Pokaz mody · 276 W poszukiwaniu pralki · 281 Czy tu mieszkają ludożercy? · 283 Być kobietą, być kobietą · 290 Wyzwania · 293 Psy · 295 Zaproszenie do domu · 297 Zmęczenie i nuda · 299 Kontuzje · 300 6  Spis treści Zanim wyruszysz Sześć najważniejszych pytań Zanim cokolwiek kupisz. Zanim cokolwiek zaplanujesz. Zanim cokolwiek zadecydujesz. Odpowiedz sobie na kilka podstawowych pytań: 1. Dokąd chcesz pojechać? (Jaka jest tam pogoda, jaka sytuacja polityczna, jakie drogi, jak wygląda dostęp do służb medycznych, czy łatwo stamtąd wrócić itp) 2. Po co? (Chcesz przejechać dane miejsce jak najszybciej czy jak najwolniej?) 3. Z kim? (Samemu, we dwoje czy może w grupie?) 4. Na jak długo? 5. Kiedy (pora roku itp.)? 6. Ile masz pieniędzy? Dodatkowo, gdy już zaczniesz kompletować sprzęt, zastanów się, czy umiesz go naprawić lub czy jego naprawa będzie droga/trudna/możliwa w trasie. 227 Sześć najważniejszych pytań Dobry plan nie jest zły Jest takie rowerowe powiedzenie: nie jedź myślami szybciej niż rowerem. Często, o czym wspominaliśmy w tej książce, dobry plan może być wrogiem przygody. Wszystko trzeba dobrze wypośrodkować w zależności od własnych potrzeb, ma‑ rzeń i celów. Planowanie oczywiście zależy od charakteru podróży. Co innego, gdy ma się dużo czasu, a co innego, gdy wyjeżdża się na szybkie wakacje i żal nam każdego dnia. Co innego, gdy komuś zależy na zwykłej rowerowej wędrówce, a co innego, gdy ktoś chce na przykład zaliczyć jak najwięcej alpejskich przełęczy. Nasza złota zasada jest bardzo prosta: im krótsza podróż/wycieczka, tym więcej planowania i odwrotnie. Mając dużo czasu, dysponujesz nim aż pod dostatkiem na wszelkie poprawki, objazdy, nagłe odkrycia miejsc wartych odwiedzenia. Masz więcej luzu i więcej wolności. Nigdzie się nie śpieszysz, bo nie musisz. W naszej podróży do Indii czy Jedwabnym Szlakiem mieliśmy jedynie zaznaczo‑ ne kilka ważnych miejsc, które „musieliśmy” odwiedzić. Wszystko inne zmieniało się wraz z czasem, naszą ochotą i… radami ludzi, których akurat spotkaliśmy po drodze. Połowa miejsc odwiedzonych w Indiach właśnie w ten sposób znalazła się na naszej mapie — to Hindusi nam o nich powiedzieli. Kiedy wybieracie się na dwu ‑, trzytygodniowy urlop, kwestia planowania wyglą‑ da trochę inaczej. Wiadomo — ma się jakieś terminy i trzeba się w nich zmieścić. To, czy trzeba zobaczyć wszystkie zamki nad Loarą, czy też nie, jest już sprawą osobistego podejścia, ale gdy już jednak „trzeba”, to i należy wszystko dobrze zaplanować. Noclegi, kilometry i całą resztę. Bez względu na długość podróży istnieją rzeczy, o które zawsze należy zadbać. Lekarz Zanim wyjedziesz, odwiedź dentystę (!) i lekarza ogólnego. Miej pewność, że żaden ząb nie zaskoczy Cię w trakcie zwiedzania Stambułu czy podjazdów w Alpach. 228 Zanim wyruszysz Wizy Sprawdź jeszcze, zanim wyrobisz wizy, jak długo są ważne i od którego momentu. Niektóre są ważne od momentu wjazdu do kraju. Inne od dnia ich wystawienia. Ubezpieczenie Dowiedz się dokładnie, czy wykupione ubezpieczenie obejmuje podróż rowerową i w jakich krajach. Dowiedz się, co zapewnia Ci to ubezpieczenie w sytuacji na przykład wypadku. Sprawdź, czy ubezpieczenie ma ograniczenia co do maksy‑ malnej wysokości nad poziomem morza, do jakiej obowiązuje. Większość zwy‑ kłych ubezpieczeń traktuje przebywanie powyżej 3000 m n.p.m. jako uprawianie sportów ekstremalnych i często uwzględnienie takich opcji kosztuje dodatkowe pieniądze. W takiej sytuacji nawet spacer po La Paz, stolicy Boliwii (miasto leży powyżej 3600 m n.p.m.), to „wspinaczka” i nawet skręcenie tam kostki może nie być objęte ubezpieczeniem. Pieniądze Wożenie gotówki jest czasem koniecznością. W niektórych krajach (np. Iran) nie można korzystać z zachodnich kart płatniczych ani bankomatowych. Liczy się tylko gotówka. Podobnie jest w krajach leżących „z dala od zachodniej cywilizacji”. Karta płatnicza wydaje się bardzo dobrym rozwiązaniem w krajach, w których sieć bankomatów jest dobrze rozwinięta. Mimo to zawsze sprawdź, ile będzie Cię kosztowało wybranie pieniędzy z bankomatu i jakie masz dzienne limity. Sprawdź, czy w kraju, do którego jedziesz, łatwiej jest korzystać z kart Visa czy Mastercard. Jeżeli wozisz ze sobą gotówkę, pomyśl, gdzie ją dobrze schować. Nigdy nie woź wszystkiego w jednym miejscu. Poukrywaj pieniądze w kilku miejscach i nie ufaj za bardzo wszelkim pasom biodrowym noszonym pod spodniami. W wielu turystycznych krajach (np. Tajlandia i Indie) wszyscy doskonale wiedzą, że turyści właśnie w takich pasach chowają pieniądze. Czasem warto ukryć pieniądze w samym rowerze. Wjeżdżając do Uzbekistanu, musieliśmy zadeklarować ilość wwożonych pieniędzy i wykazać wszystkie kwity z banków o ich wymianie. Jechaliśmy przy okazji do Tadżykistanu i w Uzbekistanie musieliśmy „zaopatrzyć się” w dolary. Wszystkie „nadliczbowe” schowaliśmy w kie‑ rownicy. Wystarczyło zdjąć chwyty, upchać banknoty zabezpieczone plastikowym woreczkiem i z powrotem zatkać kierownicę. Na szczęście nikt nie sprawdzał dokładnie rowerów, a i o sumę wywożonych dolarów też się nikt nie pytał. 229 Dobry plan nie jest zły Rodzina Przygotujcie ich na to, że wyjeżdżacie. Pamiętajcie, że będą się o Was martwić. Opowiedzcie im, dokąd jedziecie, pokażcie zdjęcia i trasę. Możecie nawet zrobić im mapkę — niech wiedzą, gdzie jesteście. Niech to „zobaczą”. Dobrym rozwiązaniem jest SPOT Satellite GPS Messanger. SPOT to niewielkie urządzenie, dzięki któremu (i dzięki technologii GPS) można wysłać wiadomość z każdego zakątka ziemi. Wezwać pomoc lub upewnić rodzinę i przyjaciół, że jesteśmy cali i zdrowi. Możemy im wysłać nasze dokładne położenie GPS, a nawet link do Google Maps, by mogli dokładnie zobaczyć, skąd wysłaliśmy wiadomość. Urządzenie działa na baterie i pozwala wysłać do 700 wiadomości bez potrzeby wymieniania zasilania. 230 Zanim wyruszysz Samotnie czy w tłoku? Mało co zmienia charakter podróży tak bardzo, jak liczba uczestników wyprawy. Zupełnie, ale to zupełnie inaczej jedzie się samemu, a inaczej w większej grupie. Ludzie na trasie inaczej traktują samotnego rowerzystę lub samotną rowerzystkę, a inaczej na przykład… szóstkę podróżujących. Samotnie? Jeżeli macie ochotę na podróż „tylko dla siebie”, to najlepiej wybrać się samemu. Po pierwsze: z nikim nie trzeba niczego ustalać, o nic pytać i niczego dogadywać. Można wtedy łatwo bić wszelkie rekordy, często i łatwo zmieniać trasę lub po prostu można nic nie robić bez potrzeby pytania innych o zdanie. Po drugie: łatwiej spotkać pomocnych ludzi. Łatwiej o zaproszenie do domu lub choćby na herbatę. Samotny rowerzysta często wzbudza „litość”. Jedynym minusem samotnego podróżowania są sytuacje, w których macie poważne problemy. Wtedy też musicie przez wszystko przejść sami i nie ma kogo zapytać o radę czy o pomoc. Gdy się już jednak pokona te wszelkie trudy i prze‑ ciwności, rośnie się w siłę jeszcze bardziej. Samemu — bo czasem nie ma z kim. Dlaczego by nie pojechać samemu? Oczywiście że za pierwszym razem niemal każdy się trochę boi, ale tak na‑ prawdę nie ma czego. Podróż rowerowa jest bardzo prosta. Wystarczy wsiąść na rower, zacząć pedałować i… już. Właśnie się zaczęło, a kiedy i jak się skończy, to się dopiero okaże. Nie warto wybiegać za daleko naprzód. Nie warto być myślami dalej niż rowerem. Rower powinien być szybszy od nas i od naszych myśli, a nie odwrotnie. 231 Samotnie czy w tłoku? Na mapie ta droga była duża i szeroka. Teraz samemu trzeba sobie z tym radzić We dwoje Podróż we dwoje może być największą przygodą życia, ale może być też… końcem niejednego związku. Non stop we dwoje, zmęczenie, w obcym kraju. Podróż we dwoje może i często bywa próbą. Nagle, bez ostrzeżenia spędza się ze sobą kilka tygodni w obcym kraju. To jest oczywiście czarny scenariusz, bo szczęśliwych, radosnych par rowero‑ wych jest mimo wszystko o wiele więcej niż tych zmęczonych sobą. Podróż razem może być — tak jak pisaliśmy wcześniej — czymś wspaniałym i utrwalającym zwią‑ zek. Niejedna para zdecydowała się na rowerową podróż poślubną, a niektórzy, na przykład my, w trakcie rowerowej podróży postanowili się pobrać. Gdy się jest we dwoje, można zawsze na kogoś liczyć, można przeżywać wspól‑ nie wspaniałe zachody słońca i razem przeczekiwać gwałtowne burze w ukryciu w namiocie. Na szczęście jazda na dwóch rowerach pozwala jechać razem, ale niekoniecznie obok siebie i zawsze można zrobić sobie przerwę od siebie. 232 Zanim wyruszysz W krajach, które odwiedziliśmy, to Ania była łącznikiem między nami a lokalny‑ mi rodzinami. W Iranie, Syrii czy Pakistanie to kobiety zagadywały Anię i zapraszały nas do domu. Gdybym jechał sam, pewnie nie udałoby mi się aż tak głęboko wejść do ich domów. Obcemu mężczyźnie często nie wolno tego robić, więc Ania była naszym ambasadorem. To Ania przynosiła historie zza drzwi, których mnie nie wolno było przekroczyć. Tandemem (po kraju kiwi) Agnieszka i Jacek Stanisławscy www.dookolaswiata.org „Kończymy z jazdą autobusami. Mam już dosyć po Ameryce Południowej. Coś trzeba zmienić… Może rower??”. „Chyba żartujesz?! Od pół roku jesteśmy w podróży, a ja nawet nie pamię‑ tam, kiedy ostatni raz siedziałam na rowerze. Wiesz, że szlag mnie trafi, będziesz mnie zostawiać w tyle!”. (po krótkiej chwili) „No dobrze. Rower może być, ale nie dwa osobne” — zgadzam się na tandem :). „Ale ja nigdy nie jeździłem na takim!”. „Ja tylko raz. W czasie Dnia Chłopaka w liceum :). Było super”. „Hmm… Dojedziemy do Rotorua i zobaczymy, czy są tam jakieś sklepy rowerowe”. Tak zaczęła się nasza wspólna rowerowa przygoda po Nowej Zelandii. Doje‑ chaliśmy autobusem do Rotorua na Wyspie Północnej i, jak się okazało, tra‑ filiśmy do mekki rowerowej. Na każdym kroku były wystawione rowery na sprzedaż, nowe, używane, do wypożyczenia — wszystko, czego zapragniesz. Zaczęliśmy od poszukiwań tandemu i zbyt wiele się nie nachodzili‑ śmy — już pierwszego dnia znaleźliśmy Złotą Strzałę Raleigha. Po okazyj‑ nej cenie, ponieważ została zwrócona do sklepu po tym, gdy się komuś nie spodobał prezent urodzinowy (sic!). Takiej szansy nie mogliśmy przegapić i wystarczył jeden wieczór na podjęcie decyzji, by po dwóch dniach przemierzyć na tandemie pierwsze kilometry. Nie wiedzieliśmy, na co powinniśmy zwrócić uwagę podczas wyboru tandemu, ponieważ sam pomysł mocno nas zaskoczył, a poza tym nigdy wcześniej nie jeździliśmy na wielodniowe wycieczki rowerowe. Raczej mieliśmy je w planach, ale jak wiadomo, czasem od planu do realizacji prowadzi długa droga. 233 Samotnie czy w tłoku? Co zastaliśmy w naszym rowerze? Tak naprawdę nie za wiele. Na początku myśleliśmy, że ma wszystko, co jest potrzebne, ale już po pierwszych dniach doszliśmy do wniosku, że „czegoś” mu brakuje. Przede wszystkim nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy aż tak ciężcy razem z bagażami. Mimo że większość rzeczy zostawiliśmy w hostelu, dzięki cze‑ mu mogliśmy się spakować do czterech sakw i jednego wodoodpornego worka, i tak byliśmy zbyt dużym obciążeniem dla naszej Strzały. Pierwsze dni jazdy były mieszanką radości i zgrzytów. Skoro jechałam z tyłu, wychodziłam z założenia, że czasem mogę delikatnie zdjąć nogi z pedałów i dać Jackowi w całości spożytkować energię na podjazdy na wzgórza, których zdecydowanie Nowej Zelandii nie brakuje. Niestety, jeśli ktokolwiek chciałby robić to samo co ja, od razu mówię — nie ma szans. Wystarczyło, że trochę podniosłam nogę, a już słyszałam: „Ale, tył, pedału‑ jemy!”. To jest jedna rzecz, którą odradzam. Jednak żeby nie pozostawiać Was bez słowa otuchy i propozycji rozwiązań na podjazdach, przekazuję: im gorzej śpiewasz, tym szybciej wsiadaj na tandem! Ja tak zrobiłam i to naprawdę skutkuje! Siedzisz z tyłu, przed Tobą góra, której końca nie wi‑ dać, plecy, które zasłaniają cel, do którego dążysz, licznik wskazuje coraz mniejszą prędkość… Jedyne, co możesz zrobić, to sprowokować partne‑ ra, by nadał szybsze tempo :). Zaczynasz śpiewać najróżniejsze polskie przeboje i po chwili sam poczujesz efekt — będziecie szybciej jechać! Jeśli zaczniesz się zastanawiać, czy osoba z przodu chce od Ciebie uciec, to odpowiedź jest prosta: tak, właśnie tak jest. Jednak skutki są tak wyraźnie widoczne, że polecam wszystkim to dodatkowe doładowanie. których może drażnić, bo nie ma chwili wytchnienia, ale trzeba pamiętać, że ten pierwszy jest zawsze plecami do Ciebie, co możemy uznać za małe pocieszenie. Problemy mogą się pojawić w doborze roweru. Tandem sprawdza się najlepiej na asfalcie i innych twardych podłożach, więc jeśli nieodpowiednio przewidzimy teren, po którym będziemy jeździć, a do‑ datkowo najważniejsze elementy roweru nie będą dostatecznie wytrzy‑ małe, mogą się pojawić takie sytuacje, jakie nas spotkały. Kiedy już w śpiewającym (piejącym) tempie wjechaliśmy na któreś z kolei wzgórze, zobaczyliśmy, że zrobiła się nam ósemka w tylnym kole. Nie były to pojedyncze przypadki, więc doszliśmy do wniosku, że naj‑ prawdopodobniej to wina zbyt dużego obciążenia i ewentualnie nierów‑ nego zapakowania sakw. Wymiana dętek czy naprawa kół w tandemie niczym nie różni się od robienia tego w zwykłym rowerze. Za to innym elementem wyposażenia, na który trzeba zwrócić uwagę, są hamulce. Na tandemie przygodom nie ma końca. Jedzie się we dwoje, co nie‑ 234 Zanim wyruszysz Ważący ponad 220 kg rower z pasażerami pędzący z górki to, jakkolwiek patrzeć, minitorpeda, która w którymś momencie powinna się zatrzy‑ mać. Standardowe hamulce w tym absolutnie nie pomagają. W naszym tandemie mieliśmy hamulce typu V ‑breake (z klockami niezbyt wysokiej jakości), ale kupując rower, nawet nie pomyśleliśmy o tym, że felgi będą się nagrzewać do takiego stopnia, że będą nam pękać dętki. A jednak! Cała radość ze zjazdu musiała być przerywana co jakiś czas na postój, by ostudzić nasze dwa kółka. Odczekawszy chwilę, ruszaliśmy dalej. Opisałam najważniejsze z mojego punktu widzenia kwestie związane z jazdą na tandemie. Nie ma tego dużo, bo moim zdaniem taka jazda nie różni się w sposób znaczący od jazdy w pojedynkę. Tak samo może się przebić dętka, zetrzeć hamulec, wygiąć koło, zepsuć piasta itp., itd. Najważniejsza jest jednak radość ze wspólnej jazdy. Na tandemie przejechaliśmy wspólnie kilkaset kilometrów. Były kil‑ kudziesięciokilometrowe podjazdy, takiej samej długości odcinki płaskie i na koniec zjazdy. Wszystkie pokonaliśmy wspólnie, raz w lepszych, raz w gorszych humorach. Przez większość czasu cieszyliśmy się, że możemy swobodnie rozmawiać, nie krzycząc do siebie z odległości kilku metrów. Oczywiście, były momenty kryzysowe, bo aż sama sobie się dziwię, ile można widzieć w tylnym kole: ósemka, rozszywająca się opona, pęknięta dętka, a kończąc na zwieńczeniu wszystkiego, czyli ramie, która wiła się, tworząc płynne esy ‑floresy. Jednak przygoda z tandemem w roli głównej dała nam obojgu niesamowitą frajdę i niezapomniane wrażenia! Z mojej (tylnej) perspektywy: jeśli miałabym ponownie wybierać tan‑ dem czy dwa osobne rowery, odpowiedź jest tylko jedna — TANDEM! Przygoda z tandemem w roli głównej 235 Samotnie czy w tłoku? We troje Trzech kolegów czy też trzy koleżanki to zupełnie inna podróż niż jazda typu para i jeden/jedna. Ten ostatni wariant to nie jest najlepszy pomysł. Można próbować oszukiwać się, że w takiej grupie i tak wszyscy są równi, a życie i tak pokaże, że para jest mimo wszystko silniejsza. Przeczytajcie jeszcze raz akapit o problemach, jakie para może mieć w podróży, i wyobraźcie sobie, że jesteście „tym trzecim”. Na pewno chcecie tego próbować? Raz podróżowaliśmy z naszym bardzo dobrym kolegą. Po kilku tygodniach stwierdził, że kiedy patrzył na nas jako parę, bardziej do niego docierało, że jedzie sam. Okazało się, że pomimo naszych starań „czuł się bardziej samotny, niż gdyby jechał zupełnie sam”. W większej grupie W większej grupie niemal zawsze chodzi o grupę jako taką. Wszyscy się mniej lub bardziej znają, jadą razem na rowerach, a mimo różnic w stylu i jazdy, i celu wciąż dobrze się bawią. Ceną za to są dłuższe postoje, dłuższe szukanie noclegów, dłuższe rozmowy o tym, co chce się robić następnego dnia. Wiadomo — im więcej ludzi, tym więcej opinii. Jedynym rozwiązaniem jest wybór „kierownika ekspedycji” i zrzucenie na niego lub na nią ciężaru podejmowania decyzji oraz… ciężaru niezadowolenia innych. W grupie zawsze ktoś pocieszy 236 Zanim wyruszysz Problemy logistyczne dużej grupy Czesław i Gosia www.na ‑azymut.pl Wiele razy słyszeliśmy, że nasza grupa jest wyjątkowa pod względem stabilności tak licznego składu w czasie różnych rowerowych podróży i stopnia wewnętrznej integracji. Wyjaśnijmy zatem, na czym polega ten fenomen. Nie chodzi tylko o to, że znamy się od dawna i jeździmy razem na wyprawy, ale na tych wyprawach zawsze działamy kolektywnie. Wozimy ze sobą wielki namiot „imprezowy”, w którym, w zależności od potrzeb, może się zmieścić oprócz sześciu osób jeszcze sześć rowerów albo przestronna kuchnia z jadalnią, gdzie wygodnie można posiedzieć przy ursusie i popatrzeć, jak paruje gotujący się w wielkim garze maka‑ ron. Wielki gar to kolejny nieodłączny element naszych podróży — wożo‑ ny zwykle na sakwach któregoś z nas, wystający spomiędzy suszącego się prania, upodabnia naszą grupę do cygańskiego taboru. Dzięki wspólne‑ mu gotowaniu wystarczy nam wozić dwie kuchenki, a zapasowe puszki z gazem rozdzielamy pomiędzy członków ekipy. Właśnie odpowiedni podział bagaży pozwala nam oprócz 8 ‑kilogramowego namiotu i gara zabierać inne rzeczy, bardziej lub mniej praktyczne, ale bez których wyprawa nie miałaby takiego kolorytu — takie jak zeszyt i zestaw kredek Ani. Wspólnie też gospodarujemy pieniędzmi. Niezastąpiony skarbnik Tomstein trzyma w osobnym portfelu „wspólną kasę”, na którą regular‑ nie się składamy i którą przeznaczamy na zakup jedzenia, co znacznie ułatwia rozliczanie się, zwłaszcza kiedy podczas podróży używamy kilku walut. Oczywiście kolektywizacja przynosi też pewne niedogodności. Dyskusje przy sklepach: „Czy tym razem kupić arbuza, czy trzy litry lodów, czy tutaj, czy w następnej wsi, a może i tu, i tam?” albo postoje przed noclegiem, kiedy musimy napełnić kilkanaście butelek wodą ze studni, znacznie ograniczają tempo jazdy. Jednak dla nas właśnie radość tych chwil jest ważna, więc tak ustalamy trasę, aby była wykonalna przy naszym stylu jazdy, choćbyśmy mieli przejeżdżać tylko 60 km dzien‑ nie. Jeśli jemy i kupujemy razem, to razem też jedziemy. Nie dzielimy się, nikogo nie zostawiamy z tyłu. Na RuBuTu jedyny moment, kiedy się rozdzieliliśmy, nastąpił, kiedy pewnego wieczoru zorientowaliśmy się, że zostawiliśmy na poprzednim noclegu dwa zapięcia rowerowe, całkiem cenne, a na pewno jeszcze na wyprawie przydatne. Wysłaliśmy po nie dwuosobową ekipę ratunkową. Kiedy po wielu perypetiach, jeździe skró‑ tami przez pastwiska itp. udało im się odnaleźć zapięcia i powrócić do 237 Samotnie czy w tłoku? Gdy nadchodziła pora noclegu, tzn. zaczynało się ściemniać, roz‑ reszty grupy, ta czekała w Fogaraszu ze stertą przepysznych naleśników przygotowywanych przez Natalię i Anię. Do powrotu ekipy nikt nie ważył się ruszyć naleśników. poczynał się codzienny „obrzęd” poszukiwania właściwego miejsca na rozbicie naszego ogromnego, niebiesko ‑pomarańczowego, sześcioosobo‑ wego namiotu. Pogodzenie właściwego miejsca do noclegu z chęcią biwa‑ kowania było nie lada wyzwaniem przy tak licznej grupie. A znalezienie fragmentu ziemi, który umożliwiłby schowanie się w środku pustkowia lub na szczycie gór, graniczyło z cudem. Początkowo dużą wagę przywią‑ zywaliśmy do rozbicia się z dala od ludzkiego wzroku, ale z czasem, gdy nasz namiot imprezowy był zbyt głośny i niemożliwy do ukrycia, przesta‑ waliśmy się tym przejmować. Byliśmy skazani na wieczny „show” nie do ukrycia. Nieświadomie rozbijaliśmy się na szlaku, gdzie cygańskie wozy udawały się w kierunku wysypiska śmieci, będącego zaraz za wzniesie‑ niem, albo w najbardziej niebezpiecznych miejscach, np. na szczycie góry podczas wielkiej burzy. A z małymi dziećmi też można? Remigiusz Kitliński www.rowerowarodzinka.pl Narodzenie się córki mocno przemeblowało nasz poukładany rowerowo świat, ale ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że będziemy mu‑ sieli zrezygnować z wypraw. Na pierwszy, próbny, czterodniowy wyjazd wybraliśmy się, gdy Natalia miała dziesięć miesięcy. Już wtedy bardzo istotnym elementem naszego ekwipunku był nocnik. Mieliśmy ze sobą również spory zapas pieluch, ale regularne wysadzanie dziecka na nocnik znakomicie pomagało w utrzymywaniu higieny. Do mycia wystarczała niewielka, plastikowa miska. Kolejnym obowiązkowym elementem wy‑ posażenia był duży koc, na którym mniej więcej co godzinę urządzaliśmy piknik. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na warunki pogodowe. W ciepłe, słoneczne dni wyjazdy z małymi dziećmi są dużo łatwiejsze i przyjemniejsze dla wszystkich. Na wyprawach rowerowych prawie zawsze nocujemy w namiocie na dziko. Narodziny Natalki niczego w tym zakresie nie zmieniły. Dziecko 238 Zanim wyruszysz Wspólny wyjazd z dziećmi. © Jurek Szczęsny korzysta z tych samych przywilejów co dorośli, ale podlega również tym samym ograniczeniom. No może z małymi wyjątkami. Kiedy byliśmy na pierwszej długiej wyprawie z niespełna roczną córką w stosunkowo chłodnej Estonii, kilka razy podgrzewaliśmy jej wodę do kąpieli, korzy‑ stając z kuchenki gazowej. Za to aż do piątego roku życia córka nie miała własnego śpiwora. Radziliśmy sobie poprzez łączenie dwóch dużych. Kolejnym wyjątkiem jest możliwość zabrania jednego pluszaka. Poza tym, tak jak i dorosłym, na wyprawę wolno jej zabrać nie więcej niż po trzy rodzaje ubrań i maksymalnie dwie pary obuwia. Co ciekawe, dołączenie córki do naszej ekipy nie spowodowało jeszcze konieczności podwiesze‑ nia na bagażnikach dodatkowej pary sakw. Potrzebne miejsce wygospo‑ darowaliśmy w naszych sakwach oraz w przyczepce córki, która oprócz zwykłej przestrzeni bagażowej umożliwia mocowanie ekwipunku o nieco większych gabarytach. Zakup przyczepki rowerowej był zdecydowanie największym wyzwa‑ niem finansowym, któremu musieliśmy sprostać po powiększeniu naszej rodzinnej ekipy rowerowej. Często, między innymi z uwagi na wysokie koszty dobrych przyczepek, rodzice zastanawiają się nad alternatywą w postaci fotelika rowerowego. Naszym zdaniem jego funkcjonalność jest znacznie niższa, a wygoda i bezpieczeństwo, które zapewnia przyczepka, ma szczególne znaczenie w najmłodszych latach podróżniczego rozwoju dziecka. Przyczepka zapewnia również znacznie lepszą ochronę przed chłodem i deszczem, a na dłuższych trasach dziecko może wygodnie 239 Samotnie czy w tłoku? ułożyć się do snu. W trudnym terenie amortyzacja niweluje wstrząsy, a ruchomy przegub mocujący zapewnia przyczepie stabilność nawet w przypadku wywrotki roweru. Prawdziwym krokiem milowym w naszym rodzinnym podróżowaniu z córką było jednak poznanie drugiej, podobnej nam rowerowej rodzinki. Wspólny wyjazd na wyprawę dwóch rówieśniczek zdjął z rodziców bar‑ dzo absorbujący obowiązek ciągłego zajmowania się własnym dzieckiem. Bardzo wiele czasu dziewczynki spędzały we własnym gronie, same organizując sobie zabawy. Chyba największą obawą, która przez pewien czas wisiała nad moją głową, było pytanie, czy z coraz cięższą córką w klockowatej przyczepie dam radę jeździć po górach, co po prostu uwielbiam. Obawy udało się pomyślnie rozwiać. Nawet tak ciężki zaprzęg można wciągać na wysokie przełęcze po kiepskich, szutrowych drogach. Trzeba się jedynie pogodzić z bardzo niskimi przebiegami dziennymi i równie niskimi prędkościami. Na ostatniej wyprawie przez cztery kolejne dni nie udało się nam wykrę‑ cić średniej prędkości powyżej 10 km/h. Wszyscy byli jednak wyjątkowo szczęśliwi, a wyjazd był bardzo udany! A ze starszym dzieckiem? Marek Miłoszewski www.rower.memorek.pl Pierwsze przeszkody pojawią się jeszcze przed wyjazdem. To opór kocha‑ jących cioć i wujków, którzy na wszelkie sposoby będą Was przekonywać, że jazda na rowerze, po kilka godzin dziennie, to straszna krzywda dla dziecka. A spanie pod namiotem to wręcz znęcanie się nad nim. Wresz‑ cie i w Was pojawią się wątpliwości. Czy dziecko sobie poradzi? A co jeśli zaskoczy nas zła pogoda? Gdzie spać? Jakie drogi wybrać? Warto jednak spróbować. Nic tak nie integruje rodziny jak wspólna droga. Czy dziecko sobie poradzi? Oczywiście. Wystarczy tylko jechać wolniej. I to w zasadzie najważniejsza rzecz. Trzeba po prostu zredukować nasze, rodziców, oczekiwania. Warto umówić się, że zawsze dziecko jedzie na przedzie. Chodzi z jednej strony o to, żeby mieć je na oku, a z drugiej — żeby jechać tempem dziecka. Niech 240 Zanim wyruszysz jedzie tak szybko, jak jest mu wygodnie. Nie popędzajcie, nie naciskajcie na kolejne kilometry. Jeśli uda się „wpłynąć na ambicję”, to oczywiście maluch przejedzie jeszcze kilka kilometrów, ale lepiej skończyć wyprawę z lekkim niedosytem, niż przesadzić i zniechęcić do kolejnych wyjazdów. Co zrobić z bagażem? Najlepiej, jeśli wszystko wiozą rodzice. Sama jazda jest dla dziecka wystarczającym wysiłkiem, nie ma potrzeby dokładać mu ciężarów. Jeśli obawiasz się, że nie uda się Wam zmieścić w sakwy rodziców, to warto zainteresować się przyczepkami bagażowymi do rowerów, których jest sporo na rynku. Jeśli wcześniej woziliście dziecko w przyczepce, to może teraz, kiedy przesiadło się na własny rower, przerobić ją na towarową? Dobrze jednak, żeby dziecko wiozło coś własnego. Lekkiego, ale ważne‑ go. Młodsze dziecko będzie szczęśliwe, wioząc swoje wiaderko i łopatki do piaskownicy. Starszemu możecie zapakować np. karimaty. Są lekkie, a swoim rozmiarem dadzą dziecku poczucie wożenia ważnego bagażu. Dziecko może też wieźć w torebce podsiodłowej drobne prezenty dla ludzi, którzy w drodze Was przyjmą albo Wam pomogą. Gdzie spać? Oczywiście najlepszy i najtańszy nocleg to spanie pod namiotem. Nieko‑ niecznie na polu namiotowym. Przecież prysznic i pranie potrzebne są co drugi, trzeci dzień. A do codziennej toalety wystarcza jezioro albo po prostu butelka wody. Dziki kemping to dla dzieci wielka atrakcja. Czasem jednak zdarza się, że dalej nie da się po prostu jechać. Jeśli dziecko obe‑ trze sobie piąty punkt podparcia (rowerzysta opiera się piątym punktem podparcia na siodełku) albo najzwyczajniej nie ma siły jechać dalej, a pod ręką dostępny jest tylko hotel, to nie ma co naciskać na dalszą jazdę. Taki hotel od czasu do czasu też ma swoje zalety. Ciepły prysznic, pranie ciuchów w hotelowej pralni i rano obfite śniadanie. Jak motywować? Ale co zrobić, żeby dziecko po kilku dniach jazdy chciało jechać dalej? Dla dorosłego jazda na rowerze może być przyjemnością samą w sobie, ale maluch? Nie warto manipulować czy wjeżdżać na ambicję. Prędzej czy później to się obróci przeciw rodzicowi. Wybierzcie jakiś cel. Powiedzcie dziecku, że wieczorem będzie kąpiel w jeziorze albo kręcone lody, albo ognisko. Jeśli dziecko lubi zwiedzać, można jako cel pokazywać jakieś atrakcyjne miejsce na trasie. Zawsze jedźcie „dokądś”. 241 Samotnie czy w tłoku? Akcja folia A co jeśli popsuje się pogoda? W dużym deszczu nie warto jeździć. Wiadomo — przemoczone dziecko to nie tylko możliwość przeziębienia, ale też zniechęcenie. Jednak drobny deszcz, jeśli mamy dobre ciuchy, nie powinien nas zatrzymywać. A na nagłą ulewę można stosować „akcję fo‑ lia”. Kiedy pada już tak, że nie da się jechać, postawcie rowery, nakryjcie je folią malarską i siądźcie pod nią, czekając, aż przestanie padać. Deszcz z problemu stanie się atrakcją. Akcja folia — i deszcz jest niestraszny Którędy jechać? Trasę trzeba dobrze przygotować. Szczególnie wtedy, kiedy dopiero zaczy‑ namy dłuższe wyjazdy z dzieckiem. Dorosły, jadąc sam, bez problemu doło‑ ży na koniec dnia kilkanaście kilometrów, żeby dojechać w lepsze miejsce na nocleg. Dziecko może nie dać rady, dlatego dobrze wcześniej zaplanować noclegi, by o zmroku uniknąć nerwów. Jeśli chodzi o wybór nawierzchni, to tu trzeba posłuchać dziecka. Jedno będzie wolało śmigać po asfalcie, drugie wybierze spokojną jazdę łąkami. Wiadomo, że na drogach im lepsza nawierzchnia, tym więcej samochodów. A tych, szczególnie z młodszymi dziećmi, lepiej unikać. Zatem jeśli asfalt, to tylko drogi boczne. Sprzęt Rower, który wytrzymuje zabawy na podwórku, niekoniecznie sprosta wymaganiom dłuższego wyjazdu. Nie musi to być supernowoczesny karbonowy „ścigant”. Może to być prosta maszyna. Ale musi być sprawna. Rowery dziecięce są często w fatalnym stanie. Na co dzień używane do jazdy przed domem, gdzie są poddawane katuszom zabawy z kolega‑ mi, którzy „chcieli się przejechać”. Przed wyjazdem warto sprawdzić 242 Zanim wyruszysz wszystko to, co powoduje opory w czasie jazdy. Stare piasty, klocki hamulcowe trące o koła, nienasmarowany łańcuch. To wszystko będzie dokładać dziecku wysiłku. A co w nagrodę? Podróże kształcą. Dosłownie. Mateusz już przyzwyczaił się, że kiedy oma‑ wiają jakieś „historyczne” miejsce w Polsce, a on zgłasza się, cała klasa woła chórem: „Tak, wiemy, już tam byłeś”. W Puszczy Augustowskiej widzieliśmy wiele pamiątek walk i mordów z czasów II wojny światowej. Przez kilkanaście kilometrów rozmawiali‑ śmy o trudnej historii Polaków, Niemców i Rosjan. Na koniec dnia Mate‑ usz tak podsumował: „Tata, jeśli udało nam się pogodzić z Niemcami, to z Rosjanami też się zaprzyjaźnimy, prawda?”. Czy można wyobrazić sobie lepszą lekcję historii? Ale dziecko zdobywa nie tylko wiedzę. Uczy się samodzielności. Wie‑ rzy w swoje siły. Jest też całkiem wymierna strona podróżowania z dzieckiem. Wiele razy zdarzyło nam się, że właściciel pola namiotowego, gospodarstwa agroturystycznego czy nawet hotelu na widok małego rowerzysty rezygnował z opłaty i fundował nam darmowy nocleg. Widok dziecka na rowerze otwiera domy i serca. To zresztą kolejna nauka z podróży. Dziecko, na co dzień uczone, żeby „nie rozmawiać z obcymi”, odkrywa, że ludzie są… dobrzy. Wreszcie: w podróży jesteśmy sami ze sobą. Mimo że spotykamy po drodze wiele osób, to tak naprawdę jesteśmy na siebie skazani i możemy nadrobić zaległości ojcowsko ‑synowskie, które powstają w pełnym zajęć roku szkolnym. Mniejszym przyda się trochę pomocy. © Jola Lenkiewicz 243 Samotnie czy w tłoku? Dla seniorów obu płci Marek „Transatlantyk” Piluch Przypadł mi w udziale zaszczyt napisania kilku słów do Podręcznika Przygody Rowerowej. Mają być to słowa skierowane do seniorów. Sam już się do takich zaliczam, ale staram się w to nie wierzyć, czuję się młodo i dobrze mi jest w towarzystwie młodych ludzi. Może w takim towarzystwie młodość trochę się udziela? Ludzie mają różne wyobrażenia o tym, jak wygląda życie osób w wie‑ ku „trochę poważniejszym”. Wbrew pozorom seniorzy to ludzie bardzo aktywni. Widuję ich na wszelkiego rodzaju wycieczkach, na górskich szlakach pieszych, w kajaku, na rowerze. Uprawiają sporty amatorsko, niekiedy na zaskakująco wysokim poziomie. Obecnie spotykam takich ludzi na szlakach rowerowych z sakwami albo na leciutkich rowerach szosowych — według upodobania. Dla osób niemających ambicji, by być wielkimi podróżnikami, rower jest tanim sposobem na aktywność fizycz‑ ną, zwiedzanie bliższej okolicy, przyjemne spędzanie czasu. Sam kilkanaście lat temu, zanim cykloza pochłonęła mnie całkowicie, zajmowałem się trochę bieganiem i w wielu biegach ulicznych zbierałem cięgi od sześćdziesięciolatków, starszych wtedy ode mnie o jakieś dwa‑ dzieścia lat. Zapytacie: a czym jest ta „cykloza ? W słowniku rowerzystów to chorowanie na rower. Zaczyna się wtedy, gdy rower nie jest zwykłym hobby ani „formą spędzania weekendów”, ale staje się nałogiem. „Cho‑ roba” jest łatwa do zdiagnozowania, ale bardzo trudna do wyleczenia. Najlepiej zajrzyjcie na: www.mslonik.pl/rowery/filozofia/140 ‑cykloza.html i poczytajcie, jakie mogą być jej skutki. Ja sam doświadczam ich noto‑ rycznie. Wiek dojrzały ma trochę zalet. Dzieci odchowane, nie absorbują już tak bardzo jak kiedyś. Jest po prostu trochę czasu do zagospodarowania. Mamy też niekiedy poczucie uciekających lat. Nie na wszystko już wy‑ starczy czasu, więc spędźmy go z korzyścią dla siebie. Są tacy, którzy za‑ czynali od krótkich wycieczek, a dzisiaj rower jest ich sposobem na życie. Jest wiele książek o podróżach rowerowych, wiele relacji na ten temat znajdziemy w internecie, nasi rówieśnicy jeżdżą nawet dookoła świata. Każdy wiek jest dobry, żeby zacząć coś ze sobą robić, coś, co uatrakcyjni nasze życie. Możemy zacząć w każdej chwili. To nic, że wcześniej nigdy nie próbowaliśmy wycieczek rowerowych. Każda chwila jest dobra, by to zmienić, a „teraz” jest najlepsze. Wiadomo — olimpiady w kolarstwie 244 Zanim wyruszysz już nie wygramy. Zrobią to za nas młodzi — dajmy im tę szansę. A my, z właściwym dla naszego wieku rozsądkiem i dystansem, ale i z pasją, róbmy to, co nas cieszy. Wielu ludzi aktywnych dzisiaj musiało dostać kopniaka od losu i le‑ karz zalecił więcej ruchu — bo zawał, bo otyłość. Nie czekajmy na taką receptę. Zadbajmy o siebie wcześniej. Jako zarażony cyklozą zalecam rower. 245 Samotnie czy w tłoku? Panie pilocie — rower w samolocie Czasem zdarza się tak, że trzeba zapakować rower do samolotu. Zaplanowaliśmy so‑ bie rowerowy urlop w Turcji albo na Korsyce i trzeba się tam dostać szybko i łatwo. I tu zaczynają się „schody”. Niektóre linie lotnicze nie są za bardzo przyjazne rowerzystom i traktują rower jako zwykły bagaż. Łatwo wtedy policzyć, że z limitu kilogramów niewiele nam zostanie na ubrania i wszystko inne, więc albo decydu‑ jemy się płacić za nadbagaż (nawet 8 euro za kg), albo dziękujemy takim liniom za współpracę i szukamy dalej. Niektóre lotniska, jak na przykład w Auckland i w Christchurch w Nowej Ze‑ landii czy Portland w USA mają nawet bicycle assembly area, czyli specjalne strefy, w których można skręcić swój rower po wyjęciu go z pudła! W takiej strefie: wiesza się rower na specjalnym uchwycie wystającym ze ściany i można bez problemu znów przymocować kierownicę, koła i pedały. Auckland. © Kuba Postrzygacz 246 Zanim wyruszysz Większość „tanich linii lotniczych” ma w swojej ofercie możliwość zabrania ze sobą sprzętu turystycznego (roweru, deski surfingowej) za specjalną dopłatą. W 2010 roku wynosiło to 25 – 40 euro. Niektóre duże linie transportowały rowery za darmo (Korean Air, British Airways) w ramach różnych akcji promocyjnych. Chęć zabrania roweru należy zgłosić wcześniej. Najbezpieczniej zrobić to w trak‑ cie zakupu biletu. Dowiedzieć się dokładnie, ile może ważyć i jakich może/musi być rozmiarów. Od jakiegoś czasu niektóre linie (np. Air France) pilnują rozmiaru kartonu. Tłumaczą to wielkością luku bagażowego. Rower należy zapakować w specjalną torbę lub karton. O ile torba wygląda lepiej (?), o tyle ma trzy zasadnicze wady. Po pierwsze, trzeba ją kupić, po drugie, nie zmieści się do niej nic poza rowerem i po trzecie, trzeba ją mieć gdzie zostawić na czas naszej podróży lub wozić ze sobą przez najbliższe tygodnie. Karton natomiast jest albo za darmo, albo za niewielką opłatą, można do niego zapakować kilka drobiazgów (na przykład ciężki namiot), no i można go po przylocie śmiało wyrzucić. Linie lotnicze mają na rowery pewne limity wagi (około 30 kg w zależności od linii) i warto to wykorzystać, uszczuplając kilogramy w naszym głównym bagażu. Nam notorycznie zdarzało się upychać do kartonu namiot, narzędzia rowerowe, a czasem nawet śpiwory. Warto znaleźć karton dużo większy od naszego roweru. Można nawet rozciąć dwa kartony i zrobić z nich jeden, a wszystko po to, by jak najmniej rozkręcać rower. W normalnych warunkach trzeba zdjąć kierownicę, pedały, siodełko ze szty‑ cą i co najmniej przednie koło i przedni bagażnik. Sklejając dwa kartony w jeden, możemy taki pakunek dokładnie dopasować do długości roweru z założonymi kołami. Po przylocie o wiele szybciej skręcimy rower i nareszcie ruszymy w naszą wymarzoną podróż. Niektóre linie lotnicze przyjmują rowery bez kartonów i toreb. Można taki rower oddać w całości lub owinięty szczelnie folią i… modlić się, żeby nic mu się nie stało, gdy panowie bagażowi będą go wrzucać na wózek, z wózka na taśmociąg i z taśmociągu do luku bagażowego i… z powrotem. Linie lotnicze wymagają, by mieć ze sobą tylko jedną sztukę bagażu rejestro‑ wanego. Najprościej kupić dużą „ruską” torbę w kratę i zapakować do niej sakwy. Marek Mulewski Pierwszy raz leciałem z rowerem. Nie miałem więc doświadczenia. Krzyś Jasiński zakupił w hurtowni tzw. streczfolię i folię bąbelkową. Opakowa‑ liśmy rower, jak widać. Zaleta takiego opakowania jest taka, że widać, co jest w środku. Poza tym zostają same wady. Dlaczego? 247 Panie pilocie — rower w samolocie Pakunek zatargałem do panów WOP ‑istów. Tamże poproszono pieski. Pan zrobił palcem (!) dziury w folii, pieski obwąchały i OK — rzucili pakunek na transporter taśmowy. Skutek: złamany hak przerzutki, co uwidoczniło się już po kilkudziesięciu kilometrach w Tbilisi. Z powrotem nie byłem już taki głupi — zapakowałem rower w po‑ rządną plandekę ogrodniczą, utykając gdzie trzeba kawałki kartonowych pudeł. Zalety: taka plandeka jest uniwersalna. Rozkładam ją pod namiot, gdy jest błoto, ostre kamienie, osty itp. Przykrywam nią rower, a nawet mój namiocik, gdy leje. Plandeka jest mocna — nadaje się do wielokrotnego użycia, jest też nieprzemakalna i tania. 248 Zanim wyruszysz Pociąg Gdy nasz pociąg to stary EZT (elektryczny, bez przedziałów „tramwaj”), nie bę‑ dzie problemu z przewiezieniem roweru. Na końcu każdego wagonu znajduje się „Przedział dla osób z większym bagażem”. Rower można przewozić w każdym z tych pociągów. Gdy pociąg składa się z wagonów z przedziałami, nie ma natomiast specjal‑ nego wagonu do przewożenia rowerów, musimy sobie radzić inaczej. Jeszcze do niedawna można było wozić rowery na końcu składu pociągu, przypinając je do ostatnich drzwi. EZT i jego „Przedział dla osób z większym bagażem”. © Arek Łojek 249 Pociąg Warto zapytać kierownika pociągu, czy gdzieś na trasie nie będą przyczepiane kolejne wagony, by nie stało się tak, że po jakimś czasie nasz rower stoi w środku składu pociągu. W pociągach, w których nie wolno przewozić roweru (np. nocnych lub między‑ narodowych), dobrym pomysłem jest złożenie roweru. Na dobrą sprawę wystarczy zdjąć koła i owinąć całość w plandekę. W ostateczności może to być nawet tropik namiotu. Ważne jest, by rower niczego nie pobrudził ani o nic (o nikogo) nie zahaczył jakimś wystającym elementem. Tak spakowany rower możemy zgodnie z regulaminem PKP przewozić jako bagaż. Na półce czy pod siedzeniem. W osta‑ teczności nawet na korytarzu. Chiny. Obrzeża pustyni Taklamakan. Cztery rowery po wyjęciu z autobusowego bagażnika. To nie tylko cztery ramy i osiem kół, ale i… szesnaście sakw, cztery torby na kierownice i cztery worki! 250 Zanim wyruszysz A ile to kosztuje? Rowerowanie okazuje się całkiem tanią formą turystyki. Po pierwsze, odpadają koszty transportu, a po drugie — noclegów. Nie ma nic piękniejszego od rowerowej wędrówki bocznymi drogami zakończonej noclegiem w namiocie na „najpiękniej‑ szej łące świata”. Jedynym wydatkiem pozostaje jedzenie, ale to chyba nic nowego — w końcu sie‑ dząc przed telewizorem, też trzeba coś jeść, więc to żaden DODATKOWY wydatek. Największym wydatkiem zawsze jest wizyta w mieście. Trzeba iść spać do hotelu, trzeba zjeść w knajpce, no i miasto jest pełne pokus. Księgarń, sklepów z pamiątkami itp. W naszych podróżach staramy się utrzymać za 50 zł dziennie. Na nas dwoje. Jeżeli są to Indie czy Azja Południowo ‑Wschodnia, to są to dość „wygodne” pieniądze. Wystarczy na hotelik i jedzenie. Jeżeli jest to Europa, to gotujemy sami i sypiamy w namiocie lub „po ludziach”. W Chinach czy Turcji „oszczędzamy” na hotel, śpiąc trzy – cztery noce w namiocie, by potem wyszorować się w gorącej wodzie, zrobić pranie i zwyczajnie wypocząć w czystej, hotelowej pościeli. Nie oszczędzając na niczym, ale trzymając swoje żądze na wodzy, w czasie podróży do Indii czy po Jedwabnym Szlaku udawało nam się wydawać 2000 zł miesięcznie. Ktoś nam kiedyś powiedział, że to taniej, niż mieszkać w Polsce. A jak to zrobić tanio: • Kup tani rower, a resztę przeznacz na podróż. • Naucz się gotować. • Improwizuj. • Śpij w namiocie lub korzystaj z WarmShowers.org (noclegi u innych rowerzy‑ stów) lub couchsurfingu (noclegi u ludzi, którzy chętnie udostępnią łóżko lub kawałek podłogi). 251 A ile to kosztuje? Z takimi kibicami wszystko musi się udać Dusigrosze na wakacjach, czyli rzecz o budżetowym podróżowaniu Antek Myśliborski www.mysliborski.com W przekonaniu wielu osób podróże, zwłaszcza egzotyczne, są niesamo‑ wicie drogie i trzeba być niezmiernie bogatym człowiekiem, by sobie na nie pozwolić. Gdy w pracy oznajmiłem, że zamierzam wyjechać na tak długi czas do Afryki, dostrzegłem pewną podejrzliwość w oczach moich współpracowników — zapewne przez ich głowy przebiegła myśl: „Ile on, do cholery, zarabia? Muszę iść do szefa po podwyżkę”. Łatwo to zrozumieć, gdy przeglądnie się katalogi biur podróży — na‑ wet kilkudniowa wycieczka po egzotycznym kraju kosztuje niesamowitą forsę. Tymczasem gdy pojedzie się na własną rękę, jeździ się lokalnym transportem, śpi się w małych hotelikach przeznaczonych głównie dla miejscowych i je się w przydrożnych jadłodajniach, można taki wyjazd zorganizować za relatywnie niewielkie pieniądze, ułamek kwoty, jaką by kosztował zorganizowany wyjazd. 252 Zanim wyruszysz Wiele osób jeździ w ten sposób — wszyscy ci, którzy nie czekając, aż się Tak zawsze jeździłem, jeszcze za czasów studenckich, tak odbywa się moja obecna wyprawa. Nieraz warunki są ciężkie, hotele często są mało komfortowe, o transporcie już nieraz pisałem. Ale te wszystkie manka‑ menty stają się nieistotne w zderzeniu z faktem, że tu jestem, że widzę to wszystko, co widzę, przeżywam te wszystkie przygody. dorobią na stare lata, ze stosunkowo niedużą kasą w kieszeni, nie zważa‑ jąc na niewygody, ruszają w drogę. I to jest superpozytywne zjawisko. Ale droga nie jest wolna od pułapek. Szalenie łatwo przegiąć, stracić z oczu właściwy cel tej zabawy, jakim jest możliwość dotarcia do danego miejsca, przeżycia przygody, poznania ciekawych ludzi, fajnego spędze‑ nia czasu — przy ograniczonych środkach, a skupić się na celu zupełnie nieistotnym i w gruncie rzeczy nieracjonalnym — wydaniu jak najmniej‑ szej ilości pieniędzy. Za wszelką cenę. Nieracjonalnym, bo przecież najłatwiej jest go osiągnąć, w ogóle nie wyjeżdżając. A tu ten nasz podróżnik wyjeżdża i zaczyna się tak zacho‑ wywać, jakby chciał zminimalizować skutki swojej pochopnej decyzji. Dotyka go swoista choroba, nazwijmy ją roboczo „syndromem chorobli‑ wej oszczędności” lub w skrócie SChO. Dla ułatwienia dalszych rozważań podróżnika nią dotkniętego będę nazywał „chorobliwie oszczędnym podróżnikiem” — lub ChOP. Opiszę więc, ku przestrodze, pokrótce różne symptomy tej straszli‑ wej choroby. Pierwszym stadium SChO jest wybieranie zawsze najtańszej opcji — niezależnie od tego, jak podły jest hotel, ile w pokoju gnieździ się plu‑ skiew, karaluchów, szczurów i innego paskudztwa, jak bardzo niedobrze się robi po wejściu do ubikacji, ChOP zawsze wybierze najtańszy hotel w mieście. Nawet jeśli drzwi w drzwi sąsiaduje z nim przytulny i czyś‑ ciutki pensjonacik, jeśli jest droższy choć o dolara — odpada z marszu. Czynnikiem pozwalającym ocenić, czy mamy już do czynienia ze SChO, czy ze zwykłą praktyką budżetowego podróżowania, jest niezwracanie uwagi na bezwzględną cenę — jeśli przy wyborze liczy się tylko fakt, że dany hotel jest najtańszy, a nie to, czy jego cena mieści się w jakimś zało‑ żonym budżecie, to jest to sygnał alarmowy. Podobna sytuacja dotyczy jedzenia — jeśli ktoś je na ulicznym stoisku, bo mu tam jedzenie smakuje, to wszystko w porządku. Ale jeśli ktoś przez cały wyjazd żywi się falafelami, których nie znosi (ewentualnie: których ma dość), a nie pójdzie do nieco droższej, ale wciąż taniej knajp‑ ki na doskonały obiad, to już ma powód do namysłu. 253 A ile to kosztuje? Warunkiem koniecznym, by uznać dane zachowanie za skutek SChO, jest to, że wybrana opcja wcale ChOP ‑owi nie sprawia przyjemności, a lep‑ sza — ale droższa — istnieje i mieści się w zasięgu jego możliwości finanso‑ wych. Drugim stadium SChO jest negacja. W celu zaoszczędzenia pienię‑ dzy ChOP rezygnuje z różnych rzeczy. Przyjedzie do Agry, ale Tadż Mahal obejrzy przez płot. Nie pójdzie na piwo wieczorem, mimo iż jest szalenie gorąco i przydałoby się przepłukać gardło. Nie przejedzie się na słoniu, bo za drogo. Znów charakterystyczny jest fakt, że na to wszystko obiektywnie ChOP ma pieniądze i ochotę, zwycięża po prostu chęć zaoszczędzenia. Trzecim, już poważnym stadium, jest agresja i egzaltacja. Oszczę‑ dzanie zaprząta głowę ChOP ‑a w tym stopniu, że trudno jest mu myśleć o czymkolwiek innym. Robi się agresywny: każdy tubylec w jego oczach staje się potencjalnym naciągaczem i oszustem; zawarcie każdej transak‑ cji — wynajęcie pokoju w hotelu czy taksówki — walką o uzyskanie ko‑ rzystnej ceny, grą o sumie zerowej, w której musi być wygrany i przegra‑ ny; każdy żebrak — niezależnie w jak nędznej sytuacji — zamachowcem na jego pieniądze. ChOP w tej fazie z pogardą patrzy na innych turystów, frajerów, którzy zapłacili za coś więcej niż on. W każdych negocjacjach minimum, o które walczy, jest ceną dla miejscowych, ale satysfakcję przy‑ nosi dopiero cena niższa. W tej fazie choroby ChOP nie powstrzyma się od stosowania brudnych sztuczek — wślizgnie się do muzeum bez biletu, posłuży się sfałszowaną legitymacją studencką w pociągu, rzuci taksów‑ karzowi mniejszą kwotę niż umówiona i oddali się szybkim krokiem czy — w skrajnym przypadku — umknie cichcem z hotelu bez zapłacenia. Oczywiście zawsze znajdzie sobie wytłumaczenie — rząd jest drański, bilet za drogi, taksiarz żądał za dużo, hotel nie był wart swojej ceny. Jeśli ChOP pisze relację ze swojego wyjazdu w internecie, łatwo rozpoznać trawiącą go chorobę. Większość bloga zajmuje bowiem opis toczonych przez ChOP ‑a bojów — udanych i nieudanych negocjacji, prób oszustwa z jednej i z drugiej strony, wypisy wszystkich możliwych cen. Jeśli za coś ChOP zmuszony był zapłacić (przynajmniej w jego mniema‑ niu) niesprawiedliwą cenę, nawet jeśli chodziło o przepłacenie 20 groszy za herbatę, lament z tego tytułu zajmie przynajmniej pół strony. SChO to straszna choroba. W zaawansowanym stadium może całkowicie zabić przyjemność podróżowania, uniemożliwia spojrzenie na otaczającą rzeczywistość przez jakikolwiek inny pryzmat niż wydawa‑ nych pieniędzy. Strzeżcie się więc, bracia i siostry, nie dajcie się jej złapać! Bo szalenie łatwo wpaść w jej sidła. I jest okrutnie zaraźliwa!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Podręcznik Przygody Rowerowej
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: