Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00266 004801 14834926 na godz. na dobę w sumie
Podróż - ebook/pdf
Podróż - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 234
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3863-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

'Podróż” jest powieścią dla bardziej wymagającego czytelnika. Rozsypując się początkowo w mozaikę pozornie odrębnych od siebie kolorowych obrazów, ukazuje stopniowo wzajemne powiązania i relacje najdrobniejszych elementów. 'Podróż' prowadzi czytelnika przez świat ludzi i komputerów, ale jak w trakcie każdej podróży dopiero u jej końca można w pełni docenić jej niezwykłe piękno i znaczenie.

Czwórka programistów obsługujących bazę ewidencji ludności kraju, odkrywa anomalie w systemie komputerowym. Starając się je wyjaśnić docierają do niebezpiecznej prawdy, która okazuje się realnym zagrożeniem dla ich życia.

Główny bohater, Marek, po traumatycznych doświadczeniach z przeszłości „leczy się” z nawiedzających go stanów depresyjnych przez wizualizacje. Ma problemy z nawiązywaniem relacji. Gdy jednak poznaje wirtualnie Annę, nawiązuje się między nimi uczucie.

Bieg wypadków łączy w jedno pozornie odrębne od siebie rzeczywistości: duchową i informatyczną. Stając twarz w twarz ze śmiercią, bohaterowie odkrywają swoją własną tożsamość, znaczenie i sens życia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Podróż Każdy dzień jest podróżą, a sama podróż jest domem. Bashō Matsuo (1644–1694) 松尾芭蕉, 1. Agnieszka Agnieszka Łoś patrzyła przez brudną szybę pociągu osobowego. Jej krótko obcięte blond włosy niedbale spadały na opaloną ponad miarę, szczupłą twarz. Wąskie usta wyrażały upór. Błąkał się po nich jakby płomyk szyderstwa. W wytartej dżinsowej kurtce mieścił się jeszcze jej wymięty sweter z brązowej włóczki, a spodnie czy to celowo pocięte, czy z racji zużycia popękane na nogawkach, odsłaniały drobne skrawki skóry jej nóg. Mijany most ciął liniami przęseł obraz rzeki, płynącej przed siebie – gdzieś tam, kogo by to właściwie obchodziło gdzie. Turkot kół mieszał się w jej głowie z niezamawianym tokiem myśli. Jej szesnaście lat było pomieszaniem buntu, goryczy i szukania czegoś więcej, czegoś prawdziwego, czegoś ponadto co jej starzy mieli do zaproponowania w życiu. Wieczne pouczenia, zakazy, obcość. Ojciec robiący swoje interesy, usiłował kupować jej uczucia prezentami świątecznymi. Matka zgorzkniała i zaglądająca do kieliszka, miała zawsze na podorędziu sto pięćdziesiąt pouczeń i przestrogi na pożegnanie. Czuła się jak ptak zamknięty w klatce, z tą różnicą, że zwykła klatka zbudowana jest z prętów, jej zaś nie przepuszczała nawet świeżego powietrza. Nikt jej nigdy nie rozumiał. Nie rozumiał dlaczego dopiero rankiem wróciła z dyskoteki, nie rozumiał że trzeba spróbować czasem życia, bo inaczej życie mija, nie dotknięte, nie przeżyte, bezpowrotnie stracone, w potępieńczo powtarzającej się codzienności. Dobrze, że spotkała Romka. Dużo starszy od niej, ale czuł klimat. Moro i dredy były wystarczające żeby poznać, iż jest nie z tych, mechanicznych ludzi żyjących swoim małym mechanicznym życiem. Zabierał ją teraz do swojej paczki, która miała siedzibę w Kostrzynie. Siedział naprzeciwko niej zatopiony w zużytym egzemplarzu „Ulissesa”. A gdyby chciał się z nią przespać? Gdyby brał ją ze sobą po to, żeby została jego kochanką? Spojrzała na niego spod przymkniętych oczu. W sumie to by nie było nawet takie złe – miał takie szczere oczy i był po prostu męski, nie tak jak te chłystki od niej ze szkoły. – Podoba ci się? – zapytała. – Co? – No jak to co. Książka co ją tak mielesz? Uśmiechnął się szeroko. – No jasne, inaczej bym nie czytał. – I o czym jest? – O... too – przeciągnął samogłoskę jakby się zastanawiając – jest o świadomości. – Jak to o świadomości? – No tak to. Niby wszystko się dzieje jednego dnia, ale rzecz nie jest wydarzeniach. Wydarzenia nie mają tu większego znaczenia. Ta 1 książka to wejście w świadomość bohatera, albo tego który pisze. – I ty wszedłeś w tę świadomość – rzuciła jak wyzwanie. – Trochę – roześmiał się. Patrzyli na siebie ogrzewani uśmiechami swoich ust. – Jeszcze dwie godziny, przekimaj się trochę – zachęcił. Agnieszka wyciągnęła nogi obok niego. Poczuła się wreszcie bezpieczna. Nic jej nie groziło, a czekała przyszłość, życie które zdecydowana była próbować i smakować, pełnymi ustami. *** Gdy pociąg zatrzymał się na ich docelowej stacji, wysiedli chyba jako jedyni pasażerowie. Droga, którą szli stanowiła mozaikę cieni i gasnącego światła dnia. Minęli zabudowania i szli przez las do „siedziby” kumpli Romka. – Daleko jeszcze? – zapytała, nie z niepokojem ale z ciekawością. – Jeszcze trochę – odpowiedział enigmatycznie. – Masz dziewczynę? Przez chwilę milczenie szło razem z nimi. – Nie mam. – A chciałbyś mieć? – spojrzała badawczo. – Ciebie? – Tego nie powiedziałam! Zrobiło się cicho. W miarę upływu drogi i czasu, kroki stawały się cięższe, jakby bardziej wyczerpujące. Jakby wraz z zanikiem światła dnia, powietrze gęstniało, albo piach po którym szli stawiał większy opór. Chwytał podeszwy butów, wciągał je nie chcąc wypuścić. Nie dałaby się za to zabić, ale wydawało jej się, że twarz Romka zmieniła się w jakiś niewytłumaczalny sposób. Ciepło zdawało się wyparowywać niewidocznymi stróżkami z jego włosów, twarz zachodziła jakimś chłodnym cieniem. To na pewno przez zmierzch – pomyślała, albo raczej chciała pomyśleć. – Daleko jeszcze? – zapytała ponownie. W jej głosie zabrzmiała jakby nieco inna nuta. Miejsce rozbawienia i nadziei, zajął jakiś nie do końca wypowiedziany niepokój, albo przynajmniej wątpliwość. – Za tym wzgórzem – rzucił sucho. – Coś tak się zmienił? Chcesz mnie nastraszyć czy co? Jego oczy znów wyrażały opiekuńczość i ciepło. – No co ty, to pewnie ty byś mnie łatwiej nastraszyła. Oboje się roześmieli. Boże jak to dobrze mieć przyjacielską duszę przy sobie. Kogoś z kim można normalnie rozmawiać, komu można mówić co się myśli, bez zastanawiania się z czym zaraz wyjedzie, bez litanii napomnień i zrzędzenia. Świat jednak nie musi być taki zły. Tak beznadziejnie zamknięty jak w jej rodzinnym Szumowie. Można znaleźć życie inne, życie ludzkie, życie normalne, ku któremu krok za krokiem właśnie zmierzała. Brak widoku zapowiadanego obozowiska ponownie wprowadził w jej wnętrze jakieś usztywnienie. Jakiś dzwon bijący w jej podświadomości, gdzieś poza myślami, których była świadoma, nie pozwalał jej na zupełne rozluźnienie. Była już zmęczona. 2 – Przepraszam, pomyliłem się albo się już wynieśli – powiedział Romek wyjmując bukłak z ciepłą herbatą. Odkręcił kubek i podał jej nalany. – Napij się, po prostu wrócimy i znajdziemy gdzieś miejsce do spania. Przepraszam. Dobrze, że nie chciał jej ciągnąć jeszcze dalej. Ale chyba wszystko w porządku. Swoją drogą to słyszała, że podają czasem w winie jakieś środki oszałamiające, myślała o tym przełykając płyn. Obraz przed jej oczami nagle pochylił się, jakby lustro w którym go oglądała doznało jakiegoś gigantycznego zgięcia. Poczuła ciążenie wzdłuż ramion i szyi. – Coo, cooo jessst? Obraz Romana z ciemną linią lasu za nim przesunął się w lewo i stanął w miejscu. Walczyła o utrzymanie równowagi, albo raczej przytomności. Mimowolnie jej oddech stał się krótki. Krew w żyłach jakby nagle nabrała ciężaru, a szczęki zaczęły się zaciskać. Gdy ramiona Romana pozwoliły jej delikatnie usiąść przy drodze wciąż była świadoma wszystkiego co się wokół niej dzieje. Poczuła jakiś ból. Nie fizyczny, który rozrywa skórę, albo promieniuje pulsowaniem. Psychiczny. Poczuła choć nie była sobie w stanie tego uświadomić, że całe jej wymarzone życie, cały obraz przyszłości jaka powinna być, okazuje się być jakąś potworną kpiną. Jakimś szyderstwem. A może on chce po prostu mnie przerżnąć? Głuptas, zamiast poprosić. Patrzyli sobie w oczy. Z oczu Romana nie pozostało już zupełnie nic z tego co w nich widziała do tej pory. Na przeciwko niej, widniały, albo raczej ziały, dwa ciemne otwory, nie poruszające się, nie mrugające, nieruchome. – Coo jeest? Łzy upokorzenia i lęku napłynęły jej do oczu. Nagle z chcącej smakować życie samodzielnej dziewczyny, stawała się na powrót znienawidzonym małym dzieckiem, bezbronnym, przestraszonym, szukającym schronienia. – Nic kochanie – odpowiedział ujmując jej głowę swoimi dłońmi. – Czego ty chcesz ode mnie? – rzuciła prawie szlochem. – Ja? – powiedział przeciągle – niczego. Ale inni... całej ciebie. – Pozwól mi iść. – Już za późno. Nie była w stanie określić, czy to z dłoni Romana, czy to z jego oczu do jej wnętrza zaczął wpływać jakiś ciemny chłód. Widziała jego usta szepczące jakieś niewidzialne słowa, z każdym z nich zapadała się głębiej w ciemność, czarną jak smoła, która wydawała się nie mieć końca ani granic. Jakby zanurzała się bezwolnie w jakiejś cieczy czy otchłani. Ostatnie myśli jak kosmyki snów, opuszczały jej głowę umieszczoną w chłodnych dłoniach Lucjana. Była łatwa. Żeby nie powiedzieć standardowa. Miała swój smak, jak każdy towar, który dostarczał. Wybierał go zawsze starannie, 3 nigdy jak przedsiębiorca czy rzemieślnik, zawsze jak artysta. Bo sprawa duszy to nie była sprawą rzemieślnicza. Czuł jej myśli, fale jej życia przepływające przez swoje dłonie. Widział jak tonie w obezwładniającej ciemności, którą preparował w jej umyśle. Narkotyk jedynie ułatwiał i usprawniał cały proces. To nie chemia zabierała jej zmysły. To on, albo to co nim było, przez niego obejmowało ją, odsuwając ją w niebyt. Sprawdził puls. Temperatura w normie – zauważył metodycznie. Dwadzieścia metrów dalej za kępą krzewów stał zaparkowany jego czarny mercedes GL. Ciało było lekkie, tak że przerzucił je sobie przez ramię i ruszył w stronę samochodu. Reflektory zapłonęły, silnik miarowo zamruczał, kolorowe światła wskaźników zdawały się ilustrować muzykę poważną, sączącą się z głośników we wnętrzu samochodu. Czy chciałby jej dla siebie? Czy chciałby ją mieć wyłącznie dla siebie? Próbował raz tego. Musiał czekać. Musiał być posłuszny. Musiał iść drogą. Drogą prowadzącą do jaskini smoka, do źródła życia. Jeszcze nie teraz. Teraz przyniesie to, czego od niego oczekiwano. 4 2. Medytacja Na białej stronie książki porozrzucane leżą słowa. Czarne kształty namalowane czcionką drukarską, brakiem światła, znaki w których ktoś kiedyś zamknął myśli. Czujesz jej dotyk na opuszkach palców. Biel strony i porządek ciemnych szeregów słów, pozwalają ci bez wysiłku wejść w myśli w nich zawarte. Wejść w świat, w którym czujesz się bezpiecznie, który jest żywy, który możesz teraz, coraz bardziej, podziwiać od środka. Każde słowo jest jak stopień schodów, prowadzących cię ku większemu odprężeniu, większemu relaksowi. Dostrzegasz, że nawet sygnały z zewnątrz sprzyjają tylko wejściu w treść słów, w żywy otwierający się przed tobą materiał wyobraźni. Równość zdań, układ akapitów są dla ciebie bramą, która prowadzi cię do nowego pięknego świata, który widzisz, dotykasz, oglądasz. Który staje się teraz - doświadczaną przez ciebie – rzeczywistością. Dostrzegasz, że stoisz na trawie. Czujesz jej dotyk swoimi stopami. Jej miękki ciepły dotyk. Zgadujesz, że jest lato, bo powietrze wokół ciebie jest nasycone ciepłem i słońcem. Gdzieś w oddali słyszysz brzęczenie pszczół. Czujesz ciepło słońca, na swoich ramionach, barkach, twarzy, całym tułowiu. Lekko mrużysz oczy robiąc głęboki wdech i rozglądając się wokół. Delikatny ciepły wiatr omywa twoje policzki. Widzisz, że znajdujesz się na niewielkim i łagodnym wzniesieniu, pokrytym zieloną trawą. Twoje ubranie odpowiednie na tą porę roku swobodnie przepuszcza kojące ciepło słońca, powiew wiatru. Powietrze jest lekkie, jakby naładowane świeżością i energią życia. Nieopodal, po prawej swojej stronie widzisz drzewo. Jego rozłożysta korona mieni się wszystkim kolorami zieleni, liście łagodnie szumią na tle błękitu nieba. Słońce dotyka pnia. Podchodzisz teraz do tego drzewa. Słyszysz wyraźniej szum jego liści. Ten szum działa na ciebie uspokajająco, kojąco. Stoisz tuż przed nim. Czujesz jego zapach. Zapach drzewa ogrzanego słońcem. Zapach liści, przez które płyną ożywcze soki tego drzewa. Robisz ostatni krok, dzielący cię od niego. Jesteś tuż przy nim. Dokładnie widzisz jego korę, wszystkiej jej odcienie i załamania, wszystkie kolory wydobywane przez słońce, 5 które jednocześnie ciepłem dotyka twoich pleców. Kładziesz na nim prawą dłoń. Czujesz drobne nierówności i jednocześnie ciepło pnia. Dotykając go rozumiesz, że dotykasz żywej istoty a przez to natury, która przez to drzewo się wyraża. Obejmujesz go teraz drugą dłonią i lekko przytulasz się do niego. Przykładasz ucho do jego kory. Słyszysz rytm drzewa. Rytm dni i nocy, rytm pór roku, rytm lat, w których Ziemia porusza się dookoła najbliższej gwiazdy. Słyszysz albo raczej czujesz przepływ jego wewnętrznych soków. Przepływ energii, która płynie przez jego słoje, korzenie oparte w nagrzanej ziemi, promieniuje przez trzepoczące na wietrze liście. Szum tych liści łączy się z taktem życia drzewa, który teraz słyszysz, którego teraz doświadczasz. Obejmujesz je mocniej. Opowiadasz w ten sposób drzewu swoją historię. Historię tego kim jesteś. Twoja opowieść miesza się z sokami drzewa, z życiem płynącym przez jego pień. Obejmując je czujesz się częścią natury, pulsującej życiem, odradzającej się i żyjącej, ucieleśniającej miłość. Pozwalasz swoim myślom, emocjom, odczuciom, być na chwilę z tym drzewem, płynąć z jego sokami. Czujesz jak jego energia, wpływa w twe ręce, przepływa przez ramiona, wzdłuż kręgosłupa, bioder, poprzez silne nią nogi, aż do stóp, przez które wibrując i wypełniając je poczuciem dotknięcia jakby tysiąca delikatnych igieł, spływa do ziemi. Czujesz jak spokój rytmu pór roku przenika cię, sprawiając że twój oddech staje się głębszy i pełniejszy. Uwalnia uśmiech, który teraz właśnie pojawia się na twojej twarzy, naturalnie, po prostu, w miejscu zawsze mu przeznaczonym, jak kwiat na słonecznej łące. Odpoczywasz czując jak przenika cię spokój i siła tego drzewa. Spokój i siła natury płynącej przez to drzewo. Naprawiającej co złamane, leczącej co zranione, zawsze budującej, bo będącej częścią bezkresnego życia. Przeciągasz swoje plecy. Głęboko oddychasz. Uśmiechając się, wyrażasz wdzięczność temu drzewu za to, że pozwoliło ci bliżej odczuć, to czym naprawdę jesteś, naturę, życie, to skąd pochodzisz, to co cię otula, napełnia, osłania, rozpościera się przed tobą. Dostrzegasz jakie zmiany następują w twoim wnętrzu. W twoim ciele, w twoim sercu. Jak witalność drzewa przepływając przez ciebie leczy wszystkie rany, które były twoim udziałem. Jak życie pulsujące w jego pniu odnawia twoje emocje, twoją energię. Jak zmienia twoje patrzenie na świat, reakcje i uczucia. Ściskasz to drzewo na pożegnanie. Dziękujesz mu. Dziękujesz mu za spotkanie, za uświadomienie sobie, że życie nie ma granic, że jest zawsze, zawsze płynie przez ciebie, co teraz właśnie – odczuwasz i 6 przeżywasz. Odrywasz dłonie od ciepłego pnia drzewa. Przeciągasz ramiona. Czujesz lekkość i wibrowanie energii w całym swoim ciele. Wiesz, że gdy za chwilę wrócisz do siebie te wszystkie uczucia nadal będą w tobie, niosąc z tobą pokój i siłę. Idziesz ponownie na wzniesienie. Z każdym krokiem wchodzisz wyżej. Zatrzymujesz się na nim, zamykasz oczy. Powoli dostrzegasz przed sobą jasną stronę książki. Ciągi liter układające się w zdania, słowa, znaki interpunkcyjne. Wracasz do rzeczywistości. Orientujesz się w odgłosach dochodzących z zewnątrz dookoła ciebie. Widzisz przedmioty i otoczenie. Uśmiechasz się. *** Marek oderwał się od klawiatury. Popatrzył jeszcze raz na napisaną wizualizację. Dotknął ekranu laptopa i zamknął go. Za oknem, krzyk ptaków rozdzierał stalowoszare zimowe niebo. 7 3. Program Gdyby nie odstające uszy, to grube ciemnofioletowe oprawki okularów, nie miały by oparcia na ogolonej dokładnie czaszce Grzegorza. Pedantyczny do przesady w dziedzinie higieny, pachniał czystością białej koszuli i sterylnością depilacji. Higiena to podstawa – mawiał i myślał. Jego ciemnobrązowe oczy przebiegały powierzchnię ekranu, muskając wzrokiem pojawiające się na nim kształty i obrazy. Wypielęgnowane dłonie o obciętych paznokciach, wynurzające się z idealnej bieli mankietów, dotykały klawiatury jak czegoś bezbrzeżnie znajomego, tak że sam dotyk, jawił się jako prosta konsekwencja myśli, a nie jakaś czynność czy realizowane zadanie. Pięćset siedemdziesiąt linii kodu – czy można głupiej pisać programy – zastanawiał się spoglądając na metodę napisaną kiedyś przez Jerzego. Matko, co on chciał w ten sposób osiągnąć – irytacja Grzegorza łączyła się w niewytłumaczalny sposób z napięciem jego karku oraz zmęczeniem oczu, które zza ciemnej oprawki okularów lustrowały kod programu implementującego zmiany w rekordach bazy danych. Obyś tak cudze programy poprawiał – powtórzył w myśli przekleństwo wszystkich programistów i pozwolił swojemu analitycznemu umysłowi zabrać się za rozbiór napisanej w Javie funkcji na części pierwsze. Już bez udziału jego komentującego wszystko ja, poszczególne sekwencje rozkazów i poleceń jakby samoczynnie umieszczały się we właściwych miejscach konstrukcji, którą kiedyś projektował Jurek. Uzupełniając się wzajemnie, warunkując i wspierając, tworzyły pewną zamkniętą myśl, koncepcję, pogląd, sposób który kiedyś w umyśle programisty zaistniał, a potem przez jego dłonie opisujące szybkimi ruchami klawiaturę, zamienił się w trwały, komputerowy zapis. Gdy Grzegorz pisał, świat obok jakby zapadał się w niewiadomą, jakby przestawał istnieć. Istniała tylko myśl, ujęta w reguły i formy, myśl która przed nim się tworzyła albo odsłaniała, myśl która posiadała immanentne piękno i elegancję, albo wręcz przeciwnie, raziła siermiężnością, pośpiechem jakby ulepiona na poczekaniu z intelektualnych odpadków. – Auć – poczuł uderzenie papierowej kulki w kark. Marek i Tomasz zapatrzeni w swoje monitory w podejrzany i beznadziejnie nieudolny sposób pozorowali zatopienie się w pracy. Marta dzwoniła właśnie łyżeczką w szklance od herbaty i z lekceważeniem spoglądała na te gówniarskie dowcipy, których przecież nie mogli się w żaden sposób wyrzec, „żeby nie zwariować” – jak mawiał Tomasz. – Bardzo śmieszne – mruknął pod nosem Grzegorz. – Następnym razem zróbcie to z jakiejś gołej babki. Marta wydęła usta z pogardą. 8 – Przecież twoich zdjęć nie mają – Grzegorz spojrzał znacząco na – Może twoje mają – odpowiedziała. Grzegorz popatrzył z niepokojem na Tomasza i Marka. – Wiesz co... – powiedział ściszonym głosem – jak chcesz to ci – Pff – wydęła wargi Marta – goń się zboczeńcu. – Jaki zboczeńcu? Jestem normalny i mam całkiem w porządku Martę. pokażę. ciało! – W święta znowu przytyjesz – rzucił Marek znad ekranu monitora. – Wszyscy przytyjemy – odpowiedział Grzegorz. – Tak nas kształtuje nasza kultura. Święta to okazja do wielkieeego żarcia. Żremy, żremy, żremy bez końca. No i oczywiście śpiewamy. – I pijemy – dorzucił Tomasz. – No właśnie – może byśmy się gdzieś wybrali po robocie – zaproponował Grzegorz. – Pff – wydęła wargi Marta. – Pff – wydął wargi Marek, a Tomasz zarechotał lekkim śmiechem. – Gońcie się – rzucił zrażony Grzegorz i zatopił się ponownie w labiryncie myśli. Myśli, które miały kształt, wyraz, cel i funkcję. Funkcję, którą musiał teraz poznać, zrozumieć i właściwie zinterpretować. Zawsze irytowały go zdziwione twarze bliskich, gdy wyjaśniał, że praca programisty jest bardzo ciężka i stresująca. „Przecież wy sobie siedzicie tylko przed tymi ekranami i stukacie w klawisze” – mawiała ciocia Cecylia. „Tak taaaak” – odpowiadał zrezygnowany Grzegorz, bowiem jedną z pierwszych reguł życia jakie odkrył było „Nie spieraj się z kobietami”. Do pokoju zajrzała Cisza, rozkoszując się stukiem klawiszy i wibracjami pulsujących myśli. Litery i cyfry na ekranach przesuwały się to w tę, to z powrotem, odsłaniając treść leżącą poza ich kształtem, obrazem. Czwórka programistów klepała w klawisze, jak tego chcą laicy, albo tworzyła myśli jak chcą artyści, albo zarabiała na życie pielęgnując oprogramowanie czuwające nad bazą danych ludności całego kraju, prowadzoną przez firmę Stanton. Zarówno ich praca jak i jej efekty, pozostawały w sferze niematerialnej. Jej uwiecznienie na twardych dyskach, w pamięciach komputerowych, na wstęgach papierowych wydruków, było jedynie namacalną ilustracją tej niematerialności, ilustracją myśli. Oczywiście o wiele doskonalszą aniżeli ilustracja wyrażona językiem potocznie używanym między ludźmi. Językiem, którego pełni znaczeń nikt nie może być pewien, i którego nieokreśloność jest naturalną cechą. Języki programowania zupełnie inaczej, w skończony i doskonały sposób opisują wyrażane w nich myśli ludzkie. Nie ma w nich dwuznaczności, lub co gorzej wieloznaczności. Nie ma ulotności, ani tego momentu, gdy z wiadomych znaczeń i słów, myśli przechodzą do czegoś niewiadomego, czegoś co same słowa wyrazić nie są w stanie, ale ku czemu mogą zaprowadzić, niczym przewodnik górski, który 9 niedoświadczonego turystę ranem, prowadzi na skraj grani. Gdy tam dotrą i słońce otwiera się w ich oczach, rozpościerając się bezmiarem nad poszarpanymi górskimi szczytami, mówi – „patrz!”. Czy człowiek jest w stanie określić wówczas co widzi? Czy jest w stanie opisać językiem co dokładnie staje się jego doświadczeniem? Czy też inaczej, wiadoma droga prowadzi go do momentu, gdy doświadczenie jest już niewyrażalne słowami, ale wciąż pozostaje doświadczane, bezpośrednio, głęboko, na wskroś. – Jest! – powiedział Grzegorz klaszcząc w dłonie. Znaki na ekranie monitora zamigotały i pojawił się komunikat o poprawnym wykonaniu programu. – No... to teraz – na zasłużony .... – zawiesił głos. Twarze pozostałej trójki, pozostały skupione, jakby zawieszone pomiędzy jego słowami a toczącym się w ich głowach procesem syntetyzacji myśli. – Jeszcze trochę – rzucił znad monitora Marek nie odrywając od *** niego wzroku. – Jak chcecie. Grzegorz pełen satysfakcji zaczął porządkować biurko. Zatrzymał jeszcze na chwilę wzrok na ramionach Marty. „Marta Marta – grzechu warta” – powtarzał jak mantrę, jak wyraz utęsknienia i rezygnacji, bowiem pozostawała - umiejscowioną przez obyczaje poza jego zasięgiem - żoną kolegi, siedzącego obok niej. Marek zmęczony kliknął przycisk „Zapisz”. Zauważył, że Grzegorz już wyszedł. Wystarczy na dzisiaj. Zdawkowe pożegnanie, zebranie rzeczy, jeszcze drzwi, winda i zimowy wieczór otulił go chłodem na ulicy. Samochód przymilnie zamrugał światłami gdy dotknął autopilota. Wsiadł. Lubił ten dotyk kierownicy. Nie twardy ale zdecydowany. Emanowała z niego jakaś pewność, jakaś stanowczość, której w żaden sposób w życiu nie mógł odnaleźć. Przekręcił kluczyk. Motor zamruczał przyjaźnie i cicho. Światła ulicy zaczęły się przesuwać, swobodnie i delikatnie. Droga rozwijała się przed kołami samochodu szaroczarną wstęgą. Tu zakręcającą, tam wznoszącą się ślimakiem trasy łazienkowskiej. Cisza. Cenił w samochodzie ciszę. Cisza była sygnałem, oznaczeniem, zwiastunem komfortu i bezpieczeństwa, ciepła ogrzewania, miękkości fotela. Kierownica, jego bezwiedne manewry, prowadzące go drogą do domu, do miejsca schronienia. 10 4. Pusty dom Płatki śniegu to spadały, to wznosiły się w świetle ulicznych latarni. Kręciły się wirując, tańcząc jakby wielki taniec, tworząc niezwykłe przedstawienie, symfonię światła i ruchu. Zatopione w zimowym wieczorze wyspy połączonych ze sobą budynków spoglądały na to wszystko ciepłymi żółtymi światłami okien, za którymi ludzie zasiadali do stołu, zapadali w fotele, snuli plany czy wreszcie szukali schronienia jak Marek, który właśnie dojeżdżał do swojego domu. Automatyczne drzwi do podziemnego parkingu otworzyły się bezgłośnie. Cicho wjechał w paszczę tego stwora, który osłaniał i ochraniał czterdzieści rodzin w tym jego samego, rodzinę jednoosobową, a może dwu osobową, jego i jego wiecznego przyjaciela, lęk, strach, smutek. Tyle imion potrafiłby wymienić, tyle imion codziennie pracowicie zapominał: niespełnienie, brak, poczucie winy. Wcisnął przycisk z cyfrą cztery. Delikatny nacisk na nogi przypomniał mu o rzeczywistości. Winda łagodnie się zatrzymała i pożegnała go mruganiem cyferek na panelu kontrolnym. Jeszcze tylko dwa kroki, powitanie zamka z kluczem, dłoni z klamką, przesunięcie się nad progiem i wreszcie objęła go przyjazna ciemność mieszkania. Nie zapalał oświetlenia. Przez okna wpadało światło z ulicy, odbite setki razy przez śnieg, potęgowane reflektorami przejeżdżających aut. Powiesił cicho ubranie i podszedł do okna. Samochody jak paciorki nanizane na niewidoczne nici przesuwały się po wstęgach dróg, pracowicie przenosząc swoją zawartość z miejsca na miejsce. Nieruchome światła latarni wyznaczały architekturę przestrzeni, linie proste, przecinające się aleje ulic, obramowania placów. Zagubiona para dreptała w śniegu, nie zmierzając donikąd. Zadra w sercu Marka na chwilę dała o sobie znać, gdy patrzył na nachylone ku sobie postaci. Położył dłonie na szybie, lekko chłodnej teraz. Jego oczy zlały się z zimowym krajobrazem za oknem. Bezwiednie podążały za samochodami, tańczyły wraz z płatkami śniegu, rozświetlały się strumieniami jasności z osiedlowych latarni. W takich chwilach nie musiał myśleć. Jego ciemny przyjaciel odchodził wraz z koncentracją i samoświadomością. Marek stawał się zimą, śniegiem, światłem, ruchem. Dość, trzeba zrobić coś do jedzenia – pomyślał i odszedł od okna włączając światło. Niewielka kuchnia patrzyła na niego jak zawsze z wyrzutem, lodówka i mikrofala jak zwykle zgłaszały gotowość do wsparcia go w błyskawicznym przyrządzaniu posiłku. Piwo dopełniało reszty, czasem zielona herbata. Czy to mieszkanie było jego schronieniem, czy pułapką w której dopadała go ciemna przeszłość? Czy chciał się tu schować czy z niego uciekać? Nigdy do końca nie był tego pewien. Laptop zapalał się kolorowym światłem tapety Gnome, przez słuchawki w uszach 11 płynęło „Need You Now”. Litery mknęły przez ekran, strumienie myśli, zimna nieobecność, pustka pośród wielości, obcość w pozorach rozmów, samotność w wirtualnym erzacu tego co dawno utracił, czego wspomnienie wyrywało wciąż z jego serca, ostatnie strzępy ciepła. „I Need You Now” – but... for nothing – dodał w myślach. Wciąż pamiętał tamtą drogę dziesięć lat temu, lato, śmiech Kasi, zarys najeżdżającej ciężarówki, trzask niosący ciemność i śmierć, z której tylko jego na przekór wszystkiemu wyrwali lekarze w jakiś sobie tylko znany sposób. Otrząsnął się. Wspomnienie tego co się z nim wówczas działo jak zawsze przeszywało go zimnem. Anna_3: – Hej – pokazało się na ekranie okienko czata. – Hej – Skąd jesteś? – Z krzywych dupek – odpowiedział. Szczerze nienawidził idiotek dopytujących się o miejsce zamieszkania. Po jaką cholerę im to potrzebne? Pieprzyć się chcą? – nie był tego ciekaw. – Nie jesteś zbyt miły. – Nie jestem – odpowiedział z zimną satysfakcją. – A dlaczego? Coś cię ugryzło? Kolejna pani psycholog – westchnął. – Nie, nie lubię jak ktoś zadaje to pytanie. – Ale wszyscy o to pytają. – Właśnie dlatego tego nie lubię! – napisał z wykrzyknikiem. – A co lubisz? Pstro – chciał napisać ale nie zrobił tego. – Nie wiem. Czy to ważne? – Nie, po prostu pytam. – Lubię zieloną herbatę. I i lubię zimę. – Ja lubię lato. Lubię jak jest słońce. Nie lubisz lata? – Lubię. – Lubisz i zimę i lato? Matko.... – westchnął znowu. – Tak, w każdej porze roku jest coś takiego co lubię. – A mnie lubisz? – Hmm... jeszcze nie – napisał ale uśmiechnął się. Nie była pierwszą lepszą idiotką, której podstawowy wywiad sprowadzał się do pytania o miejsce zamieszkania i wiek. – A ty co lubisz – zapytał. – Lubię jak ktoś mnie lubi. – I... nie masz takiego? – W tej chwili nie. – Na pewno znajdziesz. – Tak myślisz? – No pewnie. Zapytasz paru facetów skąd klikają i zaraz będzie git. – Kiedy mi się jakoś podoba ten, który odpowiada, że jest z Krzywych Dupek. Marek roześmiał się. 12 – Przepraszam. – Przyjmuję przeprosiny. – O czym porozmawiamy? – zapytał. – A o czym chcesz? – Nie wiem. Wiesz co... głupia sprawa uśmiecham się do ciebie. – Wiesz co... głupia sprawa ja też :) – Jesteś tam sama? – Mhmm całkowicie. – Możesz mi opisać jak wygląda to miejsce gdzie jesteś? – Niewielki pokój. Ściany malowane na jasny błękit. Teraz nie widać bo noc i na biurku pali się tylko lampka. Na biurku mam szklankę z herbatą, za oknem noc. A ty? – Podobnie. – Po prostu podobnie? – Mhmm, po prostu :) Spojrzał na ekran komputera. W jakiś niewytłumaczalny sposób, okno które wyrzucało linijki tekstu wydało mu się oknem..., nie mógł tego uściślić. Może oknem, przez które mógłby komuś przez chwilę – na moment oczywiście i pod wieloma warunkami, i tylko być może – pozwolić zajrzeć. Zajrzeć do swojego wnętrza. Do środka, w którym chłód i ciemność już tyle lat rozgościły się i w żaden sposób nie chciały się z nim rozstać. – U ciebie też tak chłodno? – zapytał. – Mhmm. Uśmiechnął się z tego „Mhmm”. – Jaki masz kolor oczu? – Oho pan się zainteresował! Uśmiechnął się ponownie. – Tak tylko zapytałem. Nie musisz przecież odpowiadać. – Niebieski. – Ja mam piwne. – Co ty nie powiesz. Ja mam ładniejsze. – No pewnie – przyznał i sięgnął po herbatę. – Zagramy w skojarzenia? – zaproponował. – A co to za gra? – Normanie, ja piszę jakieś słowo a ty piszesz jak najszybciej pierwsze skojarzenie jakie ci się nasuwa. Potem możemy się zamienić. – Ok, zaczynaj. – Zima – zaczął. – Śnieg – Noc – Chłodno – Dom – Bezpieczeństwo – Futro – Luksus – Szklanka 13 – Wino – Stół – Kolacja – Łóżko – Sen – Świeca – Uśmiech – Dłonie – Ciepło – Usta – Pocałunek – Kwiaty – Wdzięczność – Zmęczenie – Pot – Wysiłek – Praca – Ludzie – Rozmowy – Bliskość – Objęcie – Cisza – Spokój – Sen – Marzenia – Szczęście – Miłość – ... – Wystarczy – Wystarczy? Fajnie było! – zareagowała aplauzem. – Wystarczy – muszę się położyć, jutro mam ciężki dzień. – A porozmawiamy jeszcze kiedyś? To znaczy umówisz się ze mną? – Jasne – odpowiedział. Na przykład pojutrze. – O 20? – O 20. Klik. Okno się zamknęło. Patrzył jeszcze przez chwilę na ekran komputera. Jakieś niejasne uczucie przemykało jakby nieproszone przez jego myśli. Czy mogłoby to być...? Nie mogło. Zamknął klapę. Poczuł pod palcami gładką powierzchnię plastiku. To po prostu odreagowanie – tłumaczył sobie, jeszcze jeden sposób by utrzymać się na powierzchni. Jeszcze jedna metoda by depresja nie zatopiła w nim swoich wiecznie głodnych kłów, by żal nie zalał do końca jego serca tym wszystkim czego nigdy nie wypłakał, nie wypowiedział, bo to było nie do wypowiedzenia, bo łzy już dawno wyschły w jego oczach, bo nauczył się je oszukiwać. Bo im zaprzeczył, bo chciał już tylko ciepła, ciepła, ciepła. 14 5. Kod Stanton tętniło życiem od wczesnych godzin rannych. Jego odziały budziły się do życia około ósmej. Windy zaczynały szybciej kursować, drzwi częściej się uchylały, portier częściej się uśmiechał odpowiadając zdawkowym dzień dobry na rzucane w pośpiechu pozdrowienia. Sieci elektryczne i informatyczne budziły się do życia strumieniami elektronów, zwiększając przepustowość z każdą chwilą. Telefony w nocy milczące odzywały się miganiem kontrolek, echem dzwonków, pierwszymi słowami rozbrzmiewającymi w słuchawkach. Ludzie zajmowali swoje miejsca w trybach informatycznej machiny odciskającej swoje piętno na bilionach informacji, na wiedzy zaklętej w krzemie i polach elektromagnetycznych. Począwszy od siedemnastej rozpoczynał się proces odwrotny. Spadało natężenie przesyłanych informacji, malał pracowity ruch, ci którzy byli jeszcze w pracy i na stanowiskach mieli za sobą szczyt aktywności. Grzegorz Mielcarski patrzył na kod implementujący metody kontroli danych. Linie programu harmonijnie poukładane, jak książki albo produkty świeżo dostarczone do hipermarketu. Bierzesz, wybierasz, używasz, odstawiasz – pomyślał. Właściwie to mamy najpiękniejszą pracę pod słońcem, bo nie wytwarzamy niczego materialnego. Zajęcie, które produkuje wyłącznie myśli. Myśli oczywiście zapisane w formie bitów i bajtów, ale to tylko postać elektroniczna. Artysta na przykład musi opanować technikę pracy z kamieniem, płótnem, obrazem. No może poza literatami, ci podobni są do programistów w tym sensie, że produkują myśli, które ktoś później odczytuje, albo odszyfrowuje, z gąszczu słów, z plątaniny zdań, z gajów budowanych łagodnymi metaforami, ze zboczy wartkich paraboli, z urwisk paradoksów. Myśli sformułowane w postaci programu żyją dla odmiany samodzielnie, nie muszą być nawet czytane by zaistnieć, bo istnieją urządzenia, które potrafią je czytać. Dla przeczytania wiersza albo książki niezbędny jest jakiś inny człowiek, który będzie się biedził i przedzierał przez zasypane literami pola kartek papieru, albo ekran monitora. Myśli programistów zapisane w postaci kodu, w języku programowania, odpalają rakiety balistyczne, naprowadzają głowice atomowe na cel, którym są tysiące i miliony istnień ludzkich. Opiekują się chorymi w szpitalu śledząc parametry pracy ich organizmów. Sterują pracą wind, pralek automatycznych, fabryk wytwarzających samochody. Myśli człowieka zanotowane w postaci programu żyją własnym życiem, już od człowieka niezależnym a konsekwencje błędów w takim myśleniu – czy to zamierzonych czy nieumyślnych... – nigdy nie mogły być większe jak dzisiaj. W kodzie napisanego programu niczym w piśmie odręcznym odbija się też charakter człowieka. Jedni piszą niekończące się 15 tasiemce poleceń jakby nie mogli powstrzymać słowotoku albo oderwać się od wątku, który raz zajął ich uwagę. Inni śmiecą instrukcjami, brakiem konsekwencji. Powtarzają się nieustannie bez ładu i składu. Cud, że taki kod w ogóle działa. Jeszcze inni, wyrafinowani perfekcjoniści, tworzą tak abstrakcyjne budowle, że odgadnąć ich konstrukcji nie sposób bez przeprowadzenia uciążliwego dochodzenia, wyjaśniającego punkt po punkcie zależności i oddziaływania pozornie oderwanych od siebie elementów. Grzegorz był wyznawcą minimalizmu. Oszczędności w słowach i myśleniu. Nie cierpiał baroku, gadatliwości i marnowania czasu. Prawda jest prosta, inaczej już dawno by ją wszyscy pojęli – zwykł powtarzać ulubioną sentencję. Ludzie przywykli tworzyć fantazmaty, fikcyjne teorie tłumaczące rzeczywistość. Śmieci, śmieci i jeszcze raz śmieci. Oto co wpychamy do swoich głów i brzuchów i oto co produkujemy – skonstatował z gorzką jasnością. To co przed nim leżało na chłodnej tafli ekranu, to były właśnie śmieci. Śmieci, które Jurek tworzył onegdaj w zastraszającym tempie, i które teraz trzeba było poprawiać, bo okazywało się, że przestają do siebie pasować a Jurka zabrakło. Widniejąca przed jego oczami metoda, przetwarzała informacje o pracy bazy danych. Liczby różnych zmian, momenty odczytywania danych, przeglądania raportów. Wywołana do życia, przesuwała swoimi oczami po kształcie i historii tego tworu jakim był baza danych o wszystkich mieszkańcach kraju. Wyszukiwała interesujące ją informacje, dodawała, mnożyła, odejmowała. Przerzucała, zapisywała, porównywała, by wreszcie udostępnić człowiekowi efekt swojej pracy w czytelnym dla niego wydruku. – Co za bałagan? – nie wierzył własnym oczom Grzegorz. Już wcześniej spodziewał się, że nie wszystko było w porządku, bo raporty z używania bazy były czasem niezgodne ze sobą i niespójne. Tyle, że nikt na to naprawdę nie zwracał uwagi. Góra przyjęła, że to normalne, iż część danych się najzwyczajniej w świecie nie zgadza. Starała się utrzymać jedynie niski procent owych niezgodności, nie wchodząc w przyczyny zakładając najprawdopodobniej, że w tajemnych procesach przetwarzania tak już musi być. Zresztą – uśmiechnął się sam do siebie – od czasu gdy w bazie państwowego ubezpieczyciela było dwa razy więcej ubezpieczonych niż ludności kraju to i tak przecież niebagatelny sukces. ich powstawania, Jurek w swojej procedurze odczytywał dwie liczby zapytań o ludzi. Jedna liczba była sumą ilości wpisów do rejestru zapytań, druga pochodziła z enigmatycznej komórki XPQ17. Problem polegał na tym, że ta druga komórka zawierała większą liczbę zapytań. Co to za XPQ17, po co Jurek ją u siebie odczytywał i co właściwie zawierała? – zastanawiał się Grzegorz poprawiając grube okulary. Pozostali programiści w milczeniu wpatrywali się w ekrany, wpisywali polecenia, analizowali problemy. Siedzący z tyłu Marta i Tomek w skupieniu, Marek, którego miał po prawej ręce jak zwykle luźno 16 rozłożony w swoim obrotowym fotelu. Przez większość czasu ich pracy w pokoju zalegała cisza, wypełniana wibracjami ich myśli, nasycana skupieniem, huśtana szukaniem pomysłów i rozwiązań. – Taaak, ty będziesz mi notował wszystkie aktualizacje tego XPQ17 – pomyślał Grzegorz, gdy jego palce połączone z inną częścią jego mózgu przenosiły w świat impulsów elektrycznych jego koncepcję i przepis na kontrolę odczytywania informacji z bazy danych. Najniżej zagrzebany, nikomu nieznany detektyw sprawdzi co się dzieje. Enter – zapisane. Człowiek i maszyna w jakiś sposób zaczynają stanowić jedność w procesie programowania komputerów. Program staje się przedłużeniem intencji człowieka, a komputer materializuje posłusznie te intencje. Myśl istnieje równocześnie w umyśle człowieka i w komputerze. Być może jesteśmy po prostu komputerami przetwarzającymi nasze własne programy – Grzegorz zatrzymał się na chwilę. To spostrzeżenie jakby niespodziewana tafla szkła zdziwiło go swoją przeźroczystością. – Ale przecież wówczas, nie bylibyśmy ludźmi, tylko maszynami! Więc może mamy komputer w sobie? Może to nasz umysł jest rodzajem komputera? Komputera, który produkuje ciągle dla nas myśli i emocje. A my? Kim jesteśmy my? – zdawał sobie pytania. – Zdawaniem sobie sprawy z istnienia? Świadomością, która ma komputer do pomocy? Tylko co z programami naszego komputera? Skąd się one biorą? Czy zakładają one wolną wolę? Po szybie okna, nieco na skos spływała kropla wody. Rysowała swoją ścieżkę będącą pochodną jej ciężaru, przyczepności do szkła i kierunku wiatru. Ten z kolei powstający w wyniku różnicy ciśnień, przepływając chłodził policzki przechodzących na zewnątrz ludzi, szronił szyby pozostawionych samochodów, niósł tu i ówdzie zapodziane krople śniegu z deszczem. Cała ta rzeczywistość, której na chwilę (na chwilę?) przestał być świadomy Grzegorz, żyła swoim własnym obiektywnym życiem, nie narzucając mu się swoją obecnością. Otrząsnął się. Rozejrzał się po pokoju. Biurka Marka, Tomasza i Marty wyrzucały mu nadgorliwe przesiadywanie w pracy. Udające dostojność swoją drewnopodobną okleiną drzwi milczały lekceważąco, jakby postać Grzegorza i jego przebywanie w pustym prócz niego pokoju nic a nic ich nie obchodziło. Dosyć – pomyślał i zamknął okno edycji programu. Bezwiednie kliknął na przeglądarkę. Irytowała go kołtuńska hipokryzja kolegów. Nie wolno, nie wypada. Ekran zajęła figura nie odzianej w nic modelki. Oczy Grzegorza przebiegały po nienagannie zbudowanych piersiach, udach. Czyste piękno – pomyślał – wszędzie ten „Paint Shop”. Kolejne kolorowe obrazki przemykały się przez ekran komputera. Mniej i bardziej perwersyjne wypełniały jego świadomość, zaspokajały potrzebę piękna i czegoś jeszcze. Zaaferowana para pozowała do zdjęcia w charakterystycznej pozie. Irytowała go umowność. Umowność i fałsz. Przecież nikt nie zachowuje się naturalnie w takiej sytuacji gdy 17 wymierzona jest w niego wścibska lufa aparatu fotograficznego czy bezczelne oko kamery. Zamknął przeglądarkę. Zamek plecaka z netbookiem zasunął się z charakterystycznym cichym dźwiękiem informującym o tym, że jakiś etap został zakończony. Drzwi milczące jak poprzednio, zupełnie obojętnie przyjęły jego wyjście. Świeże powietrze dotknęło jego twarzy. Ruszył w kierunku metra. By zlać się ze strumieniem ludzi. Rzeką myśli. By być jej częścią, raz jeszcze. 18 6. Marta Marta miała trzydzieści jeden lat. Szatynka o wydatnych ustach i smagłej twarzy. Nigdy nie grała piękności w otoczeniu, choć jej ciało pasowało do najlepszych wzorców pod tytułem atrakcyjna kobieta dla mężczyzny. Nie cierpiała stereotypów, zawsze chciała być silna i niezależna. Nigdy nie była zdecydowana, jakiego mężczyzny by chciała. Małżeństwo z Tomkiem wyszło jakby z rozpędu, albo z zapomnienia. Ciąg zdarzeń, wir życia uniósł ich po prostu ze sobą i swego czasu uczynił mężem i żoną. Nie była pewna czy te pojęcia nie straciły już teraz swojej treści. Bo co właściwie oznaczały? Dwoje ludzi, którzy mieszkają razem, czasem ze sobą śpią i ciągle mają problem z porozumieniem? Ciągle spierają się ze sobą o najprostsze sprawy, których Tomasz nigdy nie chciał zrozumieć? Wiecznie uciekający w swój wyimaginowany świat? – Zgłupiejesz do reszty od tego grania – powiedziała zaglądając do pokoju. Tomasz nie odpowiadał. W kąpieli kolorów szerokiego ekranu pojawiały się kolejne zakładane przez niego miasta. Rzeki przecinały niebieskimi wstęgami zielono-żółte kontynenty, robotnicy zakładali winnice i budowali drogi. Pracował teraz nad kolejnymi wynalazkami usprawniającymi tworzoną przez niego cywilizację. Popatrzyła na niego z wyrzutem. – A może byś tak śmieci wyniósł? – Potem – odpowiedział wpatrzony w ekran. Muzyka Beethovena dostosowana do etapu gry, niosła ze sobą piękno i porządek, który zakwitał w tworzonym przez niego świecie. – Kiedy potem? Talerze też umyjesz potem? Cień zachmurzenia przemknął przez twarz Tomka. – Czego się do cholery czepiasz? – Bo się do niczego nie nadajesz tyko do tego grania! Ścisnęło go w gardle. Już chciał rzucić „odpierdol się”. Do niczego się nie nadaję – powtórzył w myśli. Jakieś ostrze przeszyło go gdzieś w środku, pojemność płuc jakby się zmniejszyła, kolory stały się szare dokoła niego. – Odwal się – burknął i skupił się znów na grze. A przecież chciała tylko żeby zwrócił na nią uwagę, żeby zajął się domem. A on zawsze nieobecny, zawsze bujający w obłokach, zawsze raniący ją brakiem doceny, zainteresowania i pomocy. Przecież całe życie żebrała tylko o to, żeby być zauważona, żeby być doceniona, aby wreszcie docenił to co ona uważała za ważne. Ale wobec wszystkiego musiała stawać sama, zawsze musiała być samodzielna. Remonty podłóg i pokoju, nowa kuchnia. On nigdy nie był zainteresowany. To ona musiała wszystko organizować o wszystko zabiegać i zmuszać go wręcz by jej pomógł. Dopiero po niekończących się kłótniach raczył brać się do roboty, zrobić jakiś 19 sensowny użytek z tych swoich rąk. Właściwie całe ich życie spadało na nią, wszystkie obowiązki, wszystkie starania. A on traktował ją jako przyrząd do spraw domowych, albo jeszcze gorzej, jak psa, który na niego ujada. Nic go tak naprawdę nie obchodziła, obchodził się sam, jego gry, jego świat, zamknięty i sztuczny. Poczuła się zraniona. Bezradna i opuszczona. Zacisnęła zęby patrząc na jego obróconą w kierunku ekranu głowę. Taki obcy. Taki obcy był jej czasami ten człowiek, za którego wyszła za mąż. Ale takie było życie. Dobrze o tym wiedziała. Nie mogła od niego niczego więcej oczekiwać. Trzeba rwać pazurami, trzeba walczyć o swoje, inaczej inni podepczą to co w tobie najlepsze. Życie było w sumie okrutną walką o byt, o siebie, o to co jest jej drogie. Nie mogła tej walki definitywnie wygrać, bo i tak, kiedyś starość i słabość staną się jej przeznaczeniem. Ale mogła nie ustępować, mogła walczyć o prawo do samej sobie, do szacunku dla siebie, do należytego traktowania. – Wyniesiesz te śmieci czy nie? – stanęła tuż za nim biorąc się pod Usta Tomasza wygięły się w łuk zwrócony ku górze. – Odwal się! – niemal krzyknął. – To ty się odwal od tego komputera i rusz tyłek i weź się za coś boki. wreszcie! Wszystkie kolory w umyśle Tomasza nagle zgasły jakby zabrał je ze sobą wodospad brudnej wody. Jakby jednym chluśnięciem napełnił jego wnętrze i spływając do gardła, nasycał je odpychającym smakiem. – Czego ty ode mnie chcesz, powiedziałem że wyniosę! – Chcę żebyś teraz wyniósł! – nie ustępowała. Ty piz... – nie dokończył myśli. Nie cierpiał tych dni kiedy Marta „wchodziła na falę”. Zawsze wymuszała na nim wszystko, nigdy nie mogło być tak jak on chciał. Nigdy nie brała pod uwagę – jego samego. Właściwie jego życie upływało pod stałą presją, no... może z małymi przerwami, gdy coś w niej pękało, i znikała ta bezbrzeżna niechęć i nacisk. Żądania, żądania, żądania. Czy on musi się kiedyś zbuntować? Kiedyś rzucić to wszystko? Gdy dochodziło już do sytuacji na ostrzu noża, albo gdy było mu wszystko jedno, jej przechodziło i godzili się, i znów było dobrze. Do czasu – dodał w myśli. Wstał milcząc i czując jak mu się żołądek w środku skręca. Jakby jakiś cień spadał na jego ramiona, barki, spływał po twarzy. Pochylił się do schowka pod zlewem. Sięgnął po kosz. Stopy poczuły kilka kroków, które przeniosły go przez próg drzwi. Nieczynny zsyp, winda, zimowe powietrze, śmietnik. Stał czując przenikające go zimno. Nie myślał. Kontemplował gorycz, szukał rozwiązania, odpowiedzi. Przełknął ślinę. Poczuł, że za chwilę zacznie kaszleć. Pan Tadeusz jak zwykle wyszedł ze swoim czarnym ulubieńcem z klatki schodowej. – Dzień dobry – uchylił kapelusza trzymając drugą ręką smycz. – Dzień dobry – odpowiedział Tomasz, niezręcznie chwytając plastikowy kosz na śmieci i ruszając w stronę wejścia. 20 Budynek objął go swoim wnętrzem. Nie zapalał światła. Szedł po schodach w ciemności. W ciemności mniej widać, mniej czuć. Marta zajęta w swoim pokoju coś przeglądała na komputerze. Wstawił kosz pod zlewozmywak, umył ręce. Cisza wydawała się być niemym świadkiem, albo zbiornikiem przechowującym minione emocje, które przemieszczały się w niej i unosiły niewidoczne, ciągle jednak dające się wyczuć. Jakby posiadały jakiś zapach, albo ton. Cisza czasami od takich emocji stawała się gęsta, czasem dusząca, a czasem obca, jakby chciała wyrzucić człowieka ze swojego wnętrza. Usiadł przed komputerem. Założył słuchawki. Cisza znikła. Jej miejsce zajęły kolory zarysów lądów i otaczających je mórz. Muzyka znów tworzyła miłą atmosferę. Zajął się analizą rozwoju sytuacji. Wreszcie coś od niego zależało. Sprawdził rozwój sąsiednich państw. Postanowił zbudować Tadż Mahal. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Podróż
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: