Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00358 007260 14258479 na godz. na dobę w sumie
Podwójna intryga - ebook/pdf
Podwójna intryga - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 345
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8433-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, XIX wiek

John Elliot, markiz Granville, doświadczony wykonawca tajnych misji angielskiego rządu, zdobywa informację, kto stoi za tragedią jego krewnych. To Bernard Leggit, który wzbogacił się na podejrzanych transakcjach, jest winny śmierci kuzyna i kuzynki markiza oraz traumy, którą przeżyła ich córeczka. John postanawia uwieść młodą i piękną żonę Leggita, po czym ujawnić romans. Uważa, że okrycie niesławą aspirującego do arystokratycznych kręgów nuworysza będzie na początek  najlepszą zemstą. Hattie, zmuszona szantażem do małżeństwa z Bernardem Leggitem, porzuciła marzenia o miłości. Z trudem znosi obecność bezwzględnego, dużo starszego od niej mężczyzny, który zagroził, że puści z torbami jej rodziców, jeśli ona nie zgodzi się na ślub. Hattie żyje nadzieją, że kiedyś zdoła uciec od męża. Gdy poznaje uprzejmego i przystojnego markiza Granville`a, rozumie, że oto los podsuwa jej szansę… 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Stella Cameron Podwójna intryga Tłumaczyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska Tytuł oryginału: A Useful Affair Pierwsze wydanie: Mira Books, 2004 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak ã 2004 by Stella Cameron ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25 Skład, łamanie: COMPTEXT Ò, Warszawa ISBN 978-83-238-8433-0 Stella Cameron jest autorką kilkudziesięciu po- wieści współczesnych i historycznych, z których więk- szość trafiła na listy bestsellerów ,,New York Timesa’’, ,,USA Today’’ oraz ,,Washington Post’’. Książki te, prze- tłumaczone na wiele języków, sprzedały się w łącz- nym nakładzie ponad ośmiu milionów egzemplarzy. Pisarka, mająca duże wyczucie językowe, umiejętność kreowania wyrazistych postaci oraz skomplikowanej intrygi, w pełni zasłużyła na liczne nagrody, którymi wyróżniono jej twórczość. ,,Pierwszorzędnie napisany, dowcipny i zmysłowy romans’’. ,,Romantic Times’’ o powieści ,,About Adam’’ ,,About Adam’’ to ogromnie wciągająca kontynua- cja popularnej serii autorstwa Cameron’’. ,,Booklist’’ ,,W pełnej zaskakujących zwrotów akcji powieści Stelli Cameron roi się od interesujących, niebanalnych postaci’’. ,,Publishers Weekly’’ o książce ,,More and More’’ ,,Powieści Stelli Cameron, rozgrywające się przy Mayfair Square 7, są gwarantem dobrej lektury, a ostat- nia z nich jest chyba najbardziej zajmująca’’. ,,Midwest Book Review’’ o powieści ,,7B’’ ,,Najnowsza książka Cameron mocno trzyma w na- pięciu i jest napisana spójnie’’. ,,Publishers Weekly’’ o książce ,,The Orphan’’ ,,Stella Cameron ponownie napisała przebój, pełen humoru typowego dla serii o Mayfair Square’’. ,,Romantic Times’’ o książce ,,The Orphan’’ ,,Druga część z serii o Mayfair Square z pewnością romansów historycz- usatysfakcjonuje wielbicielki nych’’. ,,Publishers Weekly’’ o powieści ,,All Smiles’’ Rozdział pierwszy Do diaska z wdzięcznością! Natychmiast po opuszczeniu nieszczęsnej trumny zamierzał zesko- czyć z karawanu, powożonego przez ich, pożal się Boże, wybawcę, i pięścią wymierzyć mu sprawied- liwość. Pytanie tylko, czy zdoła wyjść z tego żywy. A niech to czarci! – zaklął w duchu na następnym wertepie. Jeśli miał umrzeć, to przynajmniej znalazł się w odpowiednim miejscu o właściwym czasie. Wzdrygnął się w ciemnościach, kiedy koła pod- skoczyły na kolejnej nierówności. Pojazd zatrząsł się tak mocno, jakby lada moment miał się rozpaść na drobne kawałki, grzebiąc pod sobą Johna Elliota, markiza Granville, wraz z jego małą kuzynką. Było słychać szum zacinającego deszczu i donośne za- wodzenie porywistego wiatru. Wielki, czarny kara- wan ciągnęły konie, których kopyta hałaśliwie stukały na kamieniach. Przytulona do piersi markiza dziewczynka ner- 8 wowo przycisnęła dłonie do uszu. John wiedział, że musi za wszelką cenę uchronić kuzynkę przed obra- żeniami, które jej groziły podczas podróży tak niefor- tunnym środkiem transportu. Nie wolno mu było dopuścić do wyziębienia Chloe, a przecież oboje byli przemoknięci po przymusowej kąpieli w kanale La Manche, omal nie zakończonej ich utonięciem. John objął Chloe w nadziei, że dzięki temu mała zdoła się uspokoić i nie wybuchnie płaczem. Musie- li zachowywać się jak najciszej, gdyż nieustannie groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo. – Chloe? – wyszeptał jej do ucha. – Wujek John obiecuje, że niedługo będziemy bezpieczni. Zaufaj mi i trzymaj buzię na kłódkę. John Elliot i Chloe Worth, jego sześcioletnia kuzynka, trafili do morza z winy pewnego bezlitos- nego przemytnika, a następnie pod osłoną mgły zostali wyciągnięci z wody przez wyjętego spod prawa marynarza, samozwańczego herszta innej przemytniczej bandy. Młodzian ten, wysoki i chudy jak patyk, przedstawił się jako Albert i oznajmił im, że najlepszym sposobem ocalenia skóry jest udawa- nie trupa. Gdyby John był sam, po wyjściu na brzeg natychmiast salwowałby się ucieczką, lecz w zaist- niałych okolicznościach wolał nie narażać dziecka na dodatkowe niebezpieczeństwo. Albert zostawił niedoszłych topielców, lecz pręd- ko powrócił i obiecał, że ich uratuje. Był przekona- ny, że nikt poza nim nie wie o tym, iż John i jego podopieczna nadal żyją. Przetransportował ich wo- zem do gospody na uboczu, gdzie kazał im położyć 9 się w załadowanej na karawan trumnie i oświadczył tubalnym głosem, że ,,nikt nie ośmieli się zatrzymać umarłego w drodze na cmentarz’’. Trumna wydawała się niewymiarowa. Co praw- da, John był ponadprzeciętnie wysoki i mocno zbudowany, a na dodatek podróżowało z nim dziecko, nie mógł jednak wyobrazić sobie, by którykolwiek znany mu dorosły wygodnie zmieścił się w tej skrzyni. Po krótkim namyśle przyszło mu do głowy, że tę nietypowo głęboką trumnę zbito zapewne z myślą o niezwykle ciężkiej niewieście. W drodze Albert nieustannie mamrotał bez sensu o tym, jak to niejaka Śnieżynka da mu nauczkę, bo nie przytaknął innym, kiedy twierdzili, że ,,cholerny stary Leggit’’ zrobił, co trzeba. W pewnej chwili karawan wyraźnie zwolnił i mocno się zakołysał. – Stój! Stój, powiadam! – rozległ się agresywny męski głos i dodał coś, czego nie dało się zrozumieć. Tyle tytułem poszanowania majestatu śmierci, pomyślał John. Karawan zatrząsł się ponownie, koła zazgrzytały na wybojach, a John poczuł, że pod dnem trumny przetaczają się jakieś ciężkie przedmioty. Czyżby to były beczułki z przemyconym alkoholem? Przeklęty Albert! Najwyraźniej przy okazji ratowania Johna i Chloe postanowił skorzystać ze sposobności i przeszmuglować część towaru. Jego chciwość mogła przekreślić szanse dwójki uciekinierów. John dopiero teraz uświadomił sobie coś, co powinno być oczywiste od początku. Trumna była 10 niezwykle głęboka po to, żeby pod jej dnem dało się przewozić kontrabandę. Nic dziwnego, że Albert zaproponował im właśnie tę drogę ucieczki. Drgnął, słysząc huk wystrzału, i mocniej przytulił kuzynkę. – Kazałem stać, do diaska! – ryknął nieznajomy głos. – Następnym razem poślę ci kulkę między oczy, nie nad głową! – Nie masz szacunku dla zmarłych?! – zawołał Albert. – Z drogi! Z drogi, człowieku! – Kogo tam wieziesz, czyżby króla Jerzego z Bo- żej łaski? John delikatnie przycisnął głowę małej do swojej szyi. – Cichutko – szepnął. – Bądź cicho i nie płacz. Dziecko zachowywało się wyjątkowo spokojnie, nawet nie pisnęło, odkąd znaleźli się na brzegu w jakimś nieokreślonym miejscu w południowej Anglii. John nie miał pojęcia, gdzie są teraz. – Dobrze, że król cię nie słyszy – odezwał się Albert. – Lepiej nie kpij sobie z najjaśniejszego pana, bo pożałujesz. Zresztą, ja tam nie wiem, kto odszedł na łono Abrahama, tylko powożę. Krewni w żałobie czekają i dopiero dadzą mi do wiwatu, jak się spóźnię. Na pewno po mnie poślą – Młody człowiek wymownie zawiesił głos. – Skoro szanowny pan sobie życzy, to niech zajrzy, trumna jeszcze nie zabita gwoździami. John uśmiechnął się półgębkiem, podziwiając tupet Alberta. Pistolet zgubił w wodzie, więc w razie problemów mógł jedynie udawać trupa, a następnie 11 ,,powstać z martwych’’, wyjąc ile sił w płucach. Liczył na to, że jeśli do tego dojdzie, element zaskoczenia zadziała na jego korzyść. Chloe rozluźniła i ponownie zacisnęła drobne palce na koszuli Johna, który niezdarnie pogłaskał dziewczynkę po włosach i zaczął szeptać uspokaja- jące słowa. Deszcz tłukł o przesłonięte kirem okna karawanu, lecz mimo to usłyszał, jak ktoś zeskakuje z konia na ziemię. – Przemyślałem to i zrobię tak, jak mówisz, przyjacielu – oświadczył nieznajomy. – Oddam honory temu, który odszedł z tego świata. Powiem ci jeszcze, że nigdy w życiu nie widziałem tak dziwacznego konduktu pogrzebowego. Nie ma sznura powozów, a ze służby jest tylko jeden młodzian, co to mu się ledwie wąs sypie. John poruszył się i ułożył tak, jak w jego mniema- niu powinien spoczywać trup. – Nawet nie drgnij – wyszeptał bez przekonania do Chloe. Wiedział, że nic ich nie uratuje, jeśli jego podej- rzenia okażą się słuszne i karawan wypełniony jest beczułkami z przemytu. Rozległ się stukot kroków, po chwili drzwi z tyłu skrzypnęły i John zrozumiał, że wszystko zależy od niego. Był aż nadto świadom, że w grę wchodzi wyłącznie siłowe rozwiązanie. Ułożył się wygodnie na boku i lekko uniósł kolano, dotykając nim wieka trumny. Modlił się, by nie zabrakło mu sił w nogach, gdyż bardzo jej potrzebował, żeby raptownie wy- skoczyć ze skrzyni i obezwładnić przeciwnika. 12 – Albercie! – rozległ się kobiecy krzyk. – Zaraz mi się będziesz tłumaczył z tego, co wyprawiasz. Czyś ty postradał zmysły? Pozwalasz jakiemuś nic- poniowi zakłócać spokój zmarłego? Trafisz prosto do piekła, a ja nieszczęsna razem z tobą. Ejże, ty tam! Stój, człowieku! Ty... Ty hieno cmentarna, czarci pomiocie, ty... – Śnieżynko... – wykrztusił bezradnie Albert, który ani na moment nie opuścił kozła. – To nie miejsce dla ciebie, ptaszyno... – Trzymaj język za zębami i siedź, gdzie siedzisz, Albercie Parkerze – nakazała kobieta zwana Śnie- żynką. – A ty, złoczyńco, trzymaj się z dala od karawanu. Mów, jak cię zwą, tylko nie kłam i nie kręć, bo mój ojciec i jego ludzie jadą tuż za mną i zjawią się lada moment. Spojrzą na twoją facjatę i od razu zapragną drzeć z ciebie pasy, zobaczysz... – Nie musisz znać mojego imienia, dobra kobie- to – przerwał jej nieznajomy. – Wiedz jednak, że pracuję jako wysłannik kapitana statku, napadniętego przez wyjętego spod prawa zbiega, który zwie się John Elliot. Za jego głowę wyznaczono zacną nagrodę. Śnieżynka zamilkła, a John westchnął z rezygna- cją. Rzecz jasna, nie był winien żadnego przestęp- stwa. Cisza się przedłużała, nawet poczciwy Albert nie odzywał się ani słowem. Intuicja podpowiadała Johnowi, że Albert i Śnieżynka zachodzą teraz w głowę, czy przypadkiem nie połakomić się na nagrodę za jego schwytanie. Nagle drgnął, słysząc rżenie podenerwowanego konia. Rozległy się odgłosy szamotaniny, ktoś 13 wskoczył na konia, który ponownie zarżał, a zaraz potem pogalopował wraz z jeźdźcem. – Śnieżynko! – krzyknął Albert. John drgnął i mocniej przytulił Chloe. – Coś ty zrobiła, ptaszyno? Jak sobie dałaś radę? – Nie zadawaj pytań, Albercie Parkerze, a nie usłyszysz kłamstw. Wścibski jesteś jak nie wiem co! Tamten dżentelmen uznał, że powinien udać się do ważniejszych osób niż my. Powiesz mi wreszcie, co się tutaj dzieje? – To na pewno robota Leggita, wspominałem ci już o nim – odparł Albert. – Ponoć zainwestował pieniądze w ten statek, co się dziś na niego na- tknąłem. Pewnie płaci też za inne statki i zgarnia majątek. Kapitan ,,Gratki’’ to człowiek Leggita i te- raz trzęsie portkami ze strachu, bo widać już wie, że John Elliot żyje i wcale nie utonął. Z Leggita niegodziwiec nie lada, i w dodatku majętny. – Albercie... – Powiedz mi, co to było, Śnieżynko. Uczyniłaś coś koniowi, że uciekł? – Może tak, może nie. Ruszaj z tą zawalidrogą i ukryj ją wśród drzew, łamago, a potem jazda do domu. – Muszę dopilnować, żeby oni... Obiecałem, że będą bezpieczni. Powiedz lepiej, jak mnie znalazłaś? – Dowiedziałam się od jednego z twoich oprysz- ków, że będziesz jechał tą drogą, i to bynajmniej nie sam, ale ze zbiegiem. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby cały świat wiedział, którą trasę obrałeś. Ukryj karawan za domem Locka, a konie zostaw w jaskini. 14 – Już się robi – odparł Albert potulnie. John zamknął oczy i przygotował się na jeszcze mniej komfortową jazdę niż dotychczas, z dala od utartego szlaku. Po kilku minutach podskoków na wybojach drzwi z tyłu powozu się otworzyły, a porywisty wiatr trzasnął nimi o boki karawanu. John zamarł, gdy wieko trumny zaczęło się wolno przesuwać. – Tylko spokojnie i ani słowa – usłyszał głos Śnieżynki. – Rób pan, co mówię, a nikomu nie stanie się krzywda. Wieko osunęło się na podłogę, a trumnę wypeł- niło cudownie świeże powietrze. – Wyłazić i milczeć. – rozkazała Śnieżynka. – Nie ma czasu do stracenia. Musimy stąd zniknąć, nim tamten błazen postanowi wrócić. John ostrożnie uniósł głowę i pomyślał, że wcale by się nie zdziwił, gdyby ktoś mu ją od razu odstrzelił. – Pan wyłazi, szybko! – Chodź, Chloe, wychodzimy – powiedział jak najspokojniej. – Poznamy parę osób, które nam pomogą. Poruszył zdrętwiałymi kończynami i ostrożnie wygramolił się z trumny. Jego wcześniejsze podej- rzenia od razu się potwierdziły na widok beczułek z brandy, które wysunęły się z krępujących je sznurów. John wziął kuzynkę na ręce, odsunął na bok kontrabandę i wyskoczył z pojazdu prosto w błoto aż po kostki. Noc była ciemna, bezksiężycowa, ale zdołał dostrzec krętą dróżkę do lasu. Po obu jej 15 stronach wznosiły się wysokie drzewa, z których skapywał deszcz. Panował przenikliwy chłód, a przecież zziębnięta i mokra Chloe bezwzględnie musiała się ogrzać. – Och, a co tu robi ta kruszyna? – zdziwiła się Śnieżynka, młoda kobieta tak niewysoka i krucha, że sama wyglądała jak dziewczynka. – Albercie, jesteś niemożliwie beznadziejny! Dlaczego nie po- wiedziałeś, że wieziesz dziecko? – Próbowałem ukryć ich przed wrogiem, kwia- tuszku – usprawiedliwiał się. Śnieżynka ściągnęła z siebie pelerynę i otuliła nią Chloe. – Już, wskakujcie na konia – zakomenderowała. – Przecież nie odbiorę pani wierzchowca – za- uważył kurtuazyjnie John. Drobna, blada istota odrzuciła czarne włosy na plecy i z politowaniem spojrzała na markiza. Kiedy gwizdnęła, zza drzew natychmiast przygalopował koń, a Śnieżynka bez zwłoki dosiadła go na oklep. – W drogę – rzuciła, poganiając zwierzę. John nie potrzebował dodatkowej zachęty. Posa- dził Chloe na siwku, na którym przyjechała Śnieżyn- ka, wdrapał się na niego i ruszył w głąb lasu. Mamrocząc pod nosem, Albert pozostał przy kara- wanie, by posłusznie wykonać rozkazy Śnieżynki.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Podwójna intryga
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: