Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00201 006095 13097155 na godz. na dobę w sumie
Poezje zebrane - ebook/pdf
Poezje zebrane - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 318
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8064-116-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Tom zawiera wszystkie poezje Andrzeja Juliusza Sarwy jakie powstały od jego debiutu w roku 1975 do roku 2015, a więc w ciągu 40 lat. Są to zarówno teksty autorskie, jak i niektóre przekłady, takie jak np. obszerny fragment arcydzieła średniowiecznej poezji anglosaskiej „Beowulf”, fragmenty wierszy Marksa i Stalina oraz kilkanaście rubajatów Omara Chajjama.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Andrzej Juliusz Sarwa Andrzej Juliusz Sarwa Poezje zebrane Poezje zebrane Armoryka Armoryka Andrzej Juliusz Sarwa Poezje zebrane Andrzej Juliusz Sarwa Poezje zebrane Poezje zebrane Armoryka Sandomierz 2015 Projekt okładki: Juliusz Susak Na pierwszej stronie okładki: Zimowy wieczór (2012), fot. Elżbieta Sarwa Na czwartej stronie okładki: Andrzej Sarwa z kundliczką Rudzią i kotem Włóczkiem (2012), fot. Elżbieta Sarwa Copyright © 2015 by Andrzej Juliusz Sarwa Wydawnictwo Armoryka Sandomierz 2015 ISBN 978­83­8064­116­7 Zostało mi po tobie... Pamięci mojej Żony Eli. Zostało mi po tobie uśmiechnięte zdjęcie i w gardle skurcz bolesny i ciągłe czekanie że może we drzwiach staniesz jak co dnia przez te blisko lat czterdzieści... W głuchym oknie niejasne odbicie mojej twarzy wpatrzonej w tę ciemność i pustkę co ciszą się rozpełzła od zmroku do świtu dusznych nocy samotnie liczących sekundy... Tyle niedopowiedzeń a był czas po temu żeby nic nie dzieliło a łączyło wszystko tyle skier z kropel rosy słonecznych plam tyle mgieł i szarug jesiennych gdzieś odeszło... i pies sąsiadki już cię nie pamięta... Zostało mi po tobie uśmiechnięte zdjęcie i w gardle skurcz bolesny i ciągłe czekanie 5 że może we drzwiach staniesz jak co dnia przez te blisko lat czterdzieści... Ale w szafie ubrania zamknięte w komplecie i tylko buty rządkiem stoją gotowe do wyjścia... I moje też gotowe tylko... nieposłuszne serce ciągle bije... i bije... zatrzymać się nie chce... 12. 11. 2014 6 POCHODY Gdybym był królem, zakładałbym katedry, żeby nauczać milczenia. Lope de Vega Pochody Idą, idą dalekie i srebrne niosą, niosą na stopach grudy zapomnianej ziemi skrzypią drzewca sztandarów powiewają pąsowe i złote płachty klaszczą na wietrze płachty drą się z trzaskiem. Odejdźcie czym prędzej truchła do spróchniałych trumien niech was przytrzasną wieka na następne wieki po cóż nam wytykacie iżeśmy nie lepsi po cóż nam wytykacie żeśmy tacy sami? Idą, idą z daleka skąd? Któż wie to? Idą, idą z daleka dokąd idą? Któż wie to? 9 Pobrązowiały liście w wawrzynowych wieńcach zaśniedziałe królewskie korony z brzękiem toczą po bruku przydeptują stopami ci, którzy ciągle wierzą iż lepsi od królów. Przepróchniałe na oścież drzwi do końca świata do dnia sądu co straszyć będzie trąbami i morem. Szarość i mgła od skał odbite powracają echa cierpki wieczoru smak chłód rosy na stopach. Migocą, migocą złociste i srebrne daleko, daleko do gwiazd... A potem znów dmą w trąby a potem znów wykrzykują słowa których nikt nie rozumie choć rozumieć by pragnął. Sypią się dnie jeden po drugim wyłuskują z wieczności chwile zamyślenia powroty 10 nieme bunty upojenia rozkosze i żal... A wszystko, wszystko dla nas a wszystko, wszystko na próżno nie zostawcie nas przecie pośród drogi wiodącej donikąd. Nie czekajcie aż słowa których wciąż jest nam mało napęcznieją urosną pozlepiają ze sobą. Na cokołach poważni święci o pokaleczonych twarzach czasem wyciągają ręce ku niebu, a czasem kryją je wstydliwie. Zapatrzeni w korony drzew. Oprószeni śniegiem, albo drżący gdy listopad siecze zimnym dżdżem. Na cokołach poważni święci z tamtych czasów co nie były naszymi czasami chociaż bez nich nie byłoby nas... Palce biegają po klawiaturze Bach omywa sklepienie katedry z niedojrzałych modlitw 11 Spłukuje grzechy z krat konfesjonałów gdzie przylgnęły cuchnące i lepkie. Madonny ze starych obrazów z bizantyjskich ikon nie znają uśmiechu ich smutek wtóruje nam co dzień od nowa i od nowa... Chryste gotycki o bolesnej twarzy proszę unieś powieki! Nie możesz wciąż milczeć. Otwórz usta starczy że otworzysz. Nawet słowa są zbędne niepotrzebne gesty jeżeli zobaczymy poruszenia warg opuchniętych od uderzeń pięści... A oni ciągle idą nie ustają w drodze kiedyż my dołączymy do owego orszaku bez końca? A oni ciągle niosą podarte sztandary 12 choć ręce już omdlały i zgrabiały palce smagane wiatrem zimnym ustawicznych zim. Pąki na drzewach pęcznieją sokami nie dla nich przecie pęcznieją nie dla nich! Tamte pąki niegdysiejszych wiosen dawno się już rozwiły i pożółkłymi osypały liśćmi... A przecież przyjdzie jedna taka chwila że orszak się zatrzyma – przewodnik przyklęknie splugawioną koronę otrze połą płaszcza oczyści z kurzu obetrze z plwociny obręcz błogosławioną dla której przeszłe pokolenia nie miały nic prócz klątw i szyderstwa. I wówczas precz odrzucą pąsowe i złote potargane na wichrach sztandary. 13 I wówczas precz odrzucą drzewce nadjedzone czasem dawno sfałszywiałych prawd. Tymczasem jednak ciągle jeszcze idą chociaż sami nie wiedzą jak daleka droga... Tymczasem jednak rytm wybijają stopami. Tymczasem jednak znaczą ślady w kurzu wijących się dróg... Tymczasem jednak wciąż powiewają pąsowe i złote... A przecież się zdawało że starczy zaprzeczyć wszystkiemu w co wierzyli od lat i stuleci. A przecież się zdawało że żyć będzie prościej jeśli nikt prócz nas samych nas samych nie będzie mógł krzywdzić... Śród supernowych czerwonych karłów w zamęcie mgławic coś nas za gardło 14 chwyta i dławi usta zasnuwa sieci pajęczej cieniuchną nicią i chociaż w piersi krzyk straszny wzbiera – nie krzyczą... Rozbijcie sarkofagi przepróchniałe kości wydobądźcie z ruiny pozaprzeszłych dni. W życiodajnym omyjcie je winie przyodziejcie w pancerze osłońcie hełmami... Ciągle czekamy cudu, a cud nie nadchodzi – nie nadchodzi bo przecież nie jesteśmy godni żeby niebo dawało nam znak... Noc rozpełzła nad światem ciemna i milcząca jedna z wielu lecz przecie nie taka jak inne. Nienasycona noc! Tymczasem jednak czy doprawdy warto 15 w pośrodku owej nocy oczekiwać cudu?... Przestańmy wierzyć że niebo nad nami opustoszało i milczą umarli przestańmy czekać błyskawicy onej która rozpali w nas dusze zduszone przestańmy wołać za zblakłym majakiem w oczekiwaniu że się urealni... Nie ma w nas duszy? Otóż nie! – jest dusza! Nie ma w nas wiary? A gdzież się podziała, ta hołubiona, ta umiłowana? Przestańmy czekać tej sprawiedliwości, od której gęby popuchły głoszenia zbądźmy się wreszcie owej naiwności która nam czekać wciąż czekać kazała... 16 Dlaczego już nocami nie słychać szmeru korników? Dlaczego świerszcz za piecem oniemiał na dobre? Dlaczego dni utraciły podobieństwo do snów? Dlaczego zobojętnieliśmy na codzienne deszcze? I dlaczego nie starcza czasu na codzienny rachunek sumienia?... Każdego dnia gdy pytamy (nie ważne o co o cokolwiek) ów zwierz o strasznej twarzy uczłowieczonego anioła zagląda przez szybę i prosi. Jego głos nie dociera do naszych uszu. Z ruchu warg odgadujemy że prosi i wówczas nasze pytania stają się nieważne. 17 A ten spoza szyby ciągle porusza wargami jakby próbował odmawiać modlitwę... Tymczasem oni idą rytm wybijają stopami dołączmy do pochodu niegdysiejszych widm które idą dalekie i srebrne niosąc, niosąc na stopach grudy zapomnianej ziemi. Skrzypią drzewca sztandarów powiewają pąsowe i złote płachty klaszczą na wietrze płachty drą się z trzaskiem... Pobrązowiały liście w wawrzynowych wieńcach zaśniedziałe królewskie korony z brzękiem toczą po bruku przydeptują stopami ci którzy już nie wierzą iż lepsi od królów... 18 TARNINA Świat cały nie ukazał oczom twym nic a nic, Za nic wszystko, co mówiłeś, i coś słyszał za nic... Omar Chajjam (przeł. A. Gawroński) My Od dziecka niepotrzebnych wyuczeni rzeczy z mlekiem matki wysysający nieufność do świata po plemniku dziedziczący nieziszczalne marzenia stukamy sennie po chodnikach poszukując odpowiedzi na niezadane pytania potrafimy być zakłamani albo święci w zależności od nastroju i z rozpaczą bronić człowieczeństwa wbrew jego dewaluacji my nie dowodzimy słuszności kwaśnym piwem którego los nawarzył gdy byliśmy embrionami narażonymi na ręce z zewnątrz nasze pragnienia są nietrwałe jak miłość motyla – ale mamy też poczucie odrębności od pustych słów niesionych przez wiatr 21 Współcześni Odyseusze w tłoku ulic zagubieni chodnikami się toczą współcześni Odyseusze wstępują do hadesu na małe piwko i wtedy kopnięty Argos ucieka z podkulonym ogonem Ich Penelopy nie tkają i nie rozdzierają szat ich Itaki są odleglejsze od archipelagów i gwiazd Peloponezu ale od czasu do czasu w zakamarkach serc uwiera cierń niespełnionych snów 22 Niobe Zatraciłam się w tumanie światowej elokwencji zdradziłam święte wbrew charyzmatom dzieciństwa (nieudana transplantacja) pogardziłam strawą podaną na dłoni tylko oczy stały się twarde niby głazy leżące na dnie przepaści 23 Tezeusz W labiryncie konfliktów szukam swojego Minotaura w zawikłaniu mrocznych korytarzy echo kroków wzywa pomocy ale kamieniom wypiętrzonym w ściany zoperowano mózgi i nie rozumieją słów odbijających się od ich uschłych uszu Ariadno, czemu mi dałaś zetlałą nić? 24 Cezar promieniu co przez listowie starego dębu spływasz promieniu którego nie dostrzeże nikt prócz mnie i ducha mieszkającego w rozwalinach twierdzy cieniu czuwający nad moim snem cieniu niosący na swych stopach początek jesieni kobieto bez której może mógłbym schwytać dojrzałe jabłko albo odnaleźć słodkość w plastrze miodu nawet purpura nie skryje świtów pełnych lęku może sen lub sokiem wezbrana kiść winogron albo gładkość skóry natartej oliwą albo ja i nic więcej wszyscy? Tu nie ma nikogo! 25 Orfeusz Żadnej posady nie zagrzałeś twój śpiew demoralizował chłoporobotników i nie można cię było przeliczyć na roboczogodziny. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy gdy Eurydyka ugrzęzła słonecznym promykiem w twoich oczach i sercu. Odtąd milczący nie odróżniając dnia od dnia pochylałeś się nad maszyną wykrawając z twardej stali skibki chleba rzadko smarowane masłem... 26 Ślepiec białą laską śledząc przestrzeń głosy w zaszyfrowanej księdze miasta obok mgławic nieznanych doznań obojętny z poderżniętymi oczami przepłynął 27 * * * Rozwartymi szeroko oczyma śledząc kształty ciemności iluzje nocy bezsennych – milczysz Oczyma katowanego psa wpatrzony w usta tych co o szczebel wyżej zapominając przysiąg młodości – milczysz Nagi na prosektoryjnym stole otwierając sezam mózgoczaszki – milczysz 28 Zapatrzenie Błysk się rozległ po twarzy jak klaśnięcie pistoletowy wystrzał w imię miłości – A pola były bezkresne mówił i nie miały horyzontów – Panie o czym pan opowiada? Pyta wyrośnięty krasnoludek metr osiemdziesiąt wzrostu który się nim opiekuje – A pola były bezkresne i nie miały horyzontów Słowa sypiące się sznurkiem przez grzędy pól zaoranych i wrony lecące nad polem ściągają mu głowę z ramion Gdyby mógł to by powiedział: jaki sens ma opieka nad chorym umysłem który nie chce być uleczony? – A pola były bezkresne – powtórzył i nadstawił drugi policzek... 29 Epitafium goniąc cienie snów i uporczywie czepiając się życia żył przekonany że wszystko jest jawą lecz kiedy odkrył tajemnicę bezsensu znieruchomiał centaurem zatrzymanym w pędzie 30 Romałe, Romałe1 I. W tym taborze bez powietrza bez duszy bez nieba połamano skrzydła ptakom wędrownym oskubano dzikie gęsi z ich piór zrobiono poduszki puchowe II. na rogach zmokniętych ulic w kwietnych kieckach czekają otoczone kolczastym drutem niewidocznego horyzontu sinymi dłońmi przewracają zatłuszczoną talię kart głodne leśnej głuszy czasem głaszczą włosianego diabełka ukrytego w pustej kieszeni w pustym sercu 1 cyg.: Cyganie, Cyganie. 31 * * * urodzeni pod złymi gwiazdami nie umiemy odszukać drogi ku jutru błądzący po krętych ścieżkach wiodących donikąd okradamy samych siebie z serc naszym dzieciom rabujemy dzieciństwo żyjący w atomowej erze erze podboju gwiazd podbici i pobici na głowę bez celu i sensu biegnący ku śmierci przez samych siebie oszukani... 32 * * * każdy embrion zarodek lepszego jutra czeka swojej chwili czasu narodzin swojego czasu my przeobrażeni nie potrafimy czekać nasz czas się skończył zbyt późno zrobiliśmy krok do przodu 33 Mój synek mój synek który nigdy się nie narodzi już się rozchuliganił oplątał się marzeniami na gwiazdkę czyha betlejemską niepoprawny jak ojciec który go nigdy nie spłodzi inne dzieci pluszowym misiem bawią się w parku a ty synku gdzieś na gwiazdce cholernie się nudzisz mógłbyś wreszcie zejść obłoczkiem małym uradować ojca... 34 * * * nie będziemy splatać kunsztownych rymów o miłości dziś się upijemy zmrok i aniołowie uciekający spod latarni i ten niesmak i to wielkie nic szczęście mieszka w matczynych rękach w nieogolonej twarzy ojca w suszonych śliwkach i świątecznej choince i czasem jeszcze w wielkanocnym baranku alleluja te same drzewa te same domy tylko my be piania dalekich kogutów... 35 * * * poderwać panią? nie ja, zagubiony w kasjopeach i aldebaranach majowym wieczorem proszę się nie uśmiechać pani nie rozumie, że nic mi nie może ofiarować? te trochę tkliwości wolę zachować dla gwiazd i kwitnących sadów 36 Codzienność 1. piszą nas przez kalkę jak rachunki w sklepach państwowych wytwarzają w seryjnej produkcji różnimy się tylko indywidualną oceną wartości pieniądza 2. gdy wypijemy małą wódkę jesteśmy poetami gdy wypijemy dużą wódkę jesteśmy rewolucjonistami a kim jesteśmy po pięciu dużych wódkach? nawet mróz nie ma do nas dostępu 3. zazdroszczę schizofrenikom schizofrenii świętym świętości obnażony przez swoje upodobanie do mistyfikacji tajemniczy w swoim obnażeniu 37 Codzienność 2 1. z pajęczyny utkane nasze życie nie dostrzegając piękna odliczamy kroki ku wieczności każdego dnia ubożsi o jeden dzień 2. dzikie bzy rozrosłe na mogiłach oczy umarłych opętane żądzą zmartwychwstania i my obojętni na czas spijający z nas rosę na nowo budzących się poranków 38 Codzienność 3 dzień w przełyku gorzkość w oczach gorzkość starsza pani czeka autobusu relacji ona-nikąd (a niebo jest błękitne jak nigdy a na łące żółto od kaczeńców) jakiś pan nerwowo liczy chodnikowe płytki ładnej dziewczynie wiatr rozwiewa włosy w bezmiarze nieba drzewa pienią się kwieciem pusto... 39 * * * jesteśmy sami cisza wydzwania jak skowronek przez cały dzień dźwigamy nasze szczęście od czasu do czasu przystajemy wypatrując wieczoru radośni jak dzieci w bezrozumnej galopadzie mijamy brzaski i mielizny konstelacje gwiazd nie mów mi że nie warto żyć... 40 * * * my i noc i gorycz w ustach my i świt i ostry smak przemijania my i dzień i jeszcze jedno słońce nie-Opatrzność nas zaopatrzyła w serca tętna i krew i żal wieczorami na żytnich snopach uroszeni płynący w chłodzie wierzby z nas kręcą fujarki by grać – przegrać 41 * * * wymazując z pamięci zapis przeszłych zdarzeń tkasz całun nie-dziewiczy welon haftujesz złotą nicią promieniem wydartym słonecznej koronie obrazy przeszłych – – przebrzmiałych wydarzeń Eurydyko zdradzona Arachne zmieniona w słowika ciągle czekasz że los spłynie w nowe łożysko ciągle czekasz na bolesny skurcz macicy na płód który przeżyje twoje zapomnienie... ...nie oczekuj 42 Opętanie Noc rozbłysła zębiskami gwiazd, krwi utoczy krwi słonawej posmakuje wargami, szpon księżyca wbije między oczy, szeptem mroku omami otumani. I będzie drzeć bebechy rozszarpie wątrobę, z parującej ciepłej wyssie żółć. I co dalej? Skostniejesz w mrozie życia, w oddechu ostatnim, który jeszcze się żarzy jeszcze tli... Jaki spokój aniołowie in excelsis deo, wszystko płynie ku lepszemu jutru, twoja łódź bez żagli bez steru, spokojniutko wędruje po falach, i nadzieja i miłość i wiara, w ich płomieniu grzejesz serce, obracasz je w dłoniach, białe gęsi pasą się na błoniach, 43 białe gęsi-radości skubią trawę, rozkosz – prężysz ciało syty, mocny boży, słowo staje się ciałem, w twoim tchnieniu, i w żar wielki się zmienia, rozpłomienia wybucha. Leszczyna prószy złotym pyłkiem, pierwszy motyl skrzydła wystawia ku słońcu, brudny śnieg się ukrył w rozpadlinach, zakwitają pierwsze stokrotki. Wiatr – ciepły wiosenny podmuch ścina krew. Gdybyś mógł gdybyś tylko mógł, ostry nóż ostry lśniący nóż – wbić mu w gardziel, leżącemu nawtykać kopniaków, rozbić czaszkę i wytrząsnąć mózg. Nie chcę kaczeńców, nie chcę dzwonków liliowych, nie chcę róż, ani nawet gałęzi jaśminu. Chcę jutrzenki, gwiazdy porannej, w fiołkowym twoim oddechu, jaśniejszego od słońca, pragnę grzechu. Pragnę ciebie, 44
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Poezje zebrane
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: