Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00188 008700 10442866 na godz. na dobę w sumie
Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości - książka
Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości - książka
Autor: Liczba stron: 376
Wydawca: Septem Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-246-8534-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> relacje międzyludzkie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jak smakuje miłość?

Poznajcie Claire, której życie to pasmo szczęśliwych pomyłek. Była dwudziestoletnią studentką, gdy wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni — wystarczyła jedna noc w towarzystwie mężczyzny, którego właśnie poznała. Gdy nad ranem obudziła się obok niego, uciekła, pozostawiwszy za sobą rodzące się uczucie i zapach czekolady… Kilka miesięcy później na świat przyszedł Gavin.

Po jakimś czasie Claire postanawia spełnić swoje największe marzenie i razem z przyjaciółką otwiera sklep ze słodkościami. Myślami wciąż jednak wraca do mężczyzny, który tak bardzo zmienił jej los. Nie wie, że próbował ją odnaleźć. Życie uwielbia szczęśliwe zbiegi okoliczności i w końcu dochodzi do spotkania...

Bohaterowie, których pokochasz, spora dawka romantycznego humoru i unoszący się nad kartkami zapach czekolady!

 

 

Tara Sivec — amerykańska pisarka, żona, matka. Mieszka w Ohio z mężem i dwójką dzieci. Po kilkunastu latach pracy jako broker chwyciła za pióro z postanowieniem napisania pierwszej powieści. Jest autorką kilku światowych bestsellerów, między innymi serii „Chocolate lovers”, której pierwszy tom, Pokusy i łakocie, właśnie trzymasz w ręku. Książka od razu zyskała uznanie czytelników i zdobyła wiele nagród literackich. 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: Seduction and Snacks Tłumaczenie: Petra Carpenter ISBN: 978-83-246-8534-9 Copyright © June 2012 Tara Siec All rights reserved. No part of this books may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system without written permission from the author, except for the inclusion of brief quotations in a review. Polish edition copyright © 2014 by Helion S.A. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniej-szej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficz-ną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Fotografia na okładce została wykorzystana za zgodą Shutterstock. Wydawnictwo HELION ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: septem@septem.pl WWW: http://septem.pl (księgarnia internetowa, katalog książek) Printed in Poland. • Kup książkę • Poleć książkę • Oceń książkę • Księgarnia internetowa • Lubię to! » Nasza społeczność Dla Madelyn i Drew. Jesteście moim sercem, duszą i sensem życia. Dziękuję Wam za dostarczenie mi pomysłów na milion książek. I bardzo się cieszę, że nigdy nie sprzedałam Was Cyganom. Spis tre(cid:258)ci 1. Ktoś chętny na jesień średniowiecza? .........................................5 2. Piw-pong może być przyczyną ciąży ........................................13 3. Widziałeś może tego dawcę spermy? ........................................25 4. Seks i czekolada ...........................................................................41 5. Zęby, martwe ramiona i snickersowe paluszki ........................57 6. Moja parówka jest wielka ...........................................................69 7. Otworzyć usta, nalać wódki .......................................................87 8. Czekoladowy świr .....................................................................101 9. Zabójcza dziurka Claire ............................................................115 10. Pokusy i łakocie, i… wpadka ...................................................135 11. Pozytywne wibracje ...................................................................157 12. P.O.R.N.O. .................................................................................175 13. Wibrujące lędźwie .....................................................................191 14. Kapitan Narkolepsja .................................................................209 3 Kup książkęPoleć książkę 15. Jestem napaloną suką ................................................................227 16. To się nazywa „sutki” ................................................................253 17. Taśma klejąca na ratunek .........................................................273 18. Tatuś ............................................................................................299 19. Pilna lewatywa dla tej pani .......................................................317 20. Czy jest druh Boruch? ...............................................................339 21. Pink Floydzi, geje i cała reszta .................................................363 4 Kup książkęPoleć książkę 12. P.O.R.N.O. Następny tydzień minąłby jak z bicza strzelił, gdybym nie myślała o Carterze, co zdarzało mi się średnio co pięć sekund. No dobrze, zatem nie minął z bicza, tylko ciągnął się tak, że miałam ochotę wbić sobie zardzewiały widelec w oko. Carter… Chciałam z nim pogadać i usłyszeć, jak się czuje, ale za każdym razem, gdy podnosiłam słuchawkę i wybierałam numer, natychmiast odkładałam ją z powrotem. Niezależnie od niefartownych okoliczności, w których przyszło mu się o wszystkim dowiedzieć — stało się. Jeśli chciałby poznać wię- cej szczegółów, jeżeli miałby jakieś pytania czy wątpliwości albo nawet jeśli po prostu chciałby mnie zabić — piłka była po jego stronie. Wiedział, gdzie pracuję, i gdyby chciał poroz- mawiać, znalazłby mnie bez trudu. Może to przejaw mojego uporu, ale trudno. Jestem kobietą i wolno mi od czasu do czasu tupnąć. Bo tak. W tym tygodniu obsługiwałam dwa spotkania Liz i zebra- łam trzy zamówienia na frykasy dla gości, pod tym względem sprawy wyglądały więc obiecująco. Nawet nie licząc spotkań, i tak miałam co robić. W ciągu dnia pichciłam i doprowadza- łam sklep do ładu, a wieczorami stałam za barem i na dźwięk otwieranych drzwi starałam się nie patrzeć w stronę wejścia z nadzieją, że to Carter. Do czwartku przetestowałam wszystkie wynalazki z czarodziejskiego kuferka Liz i doszłam do wniosku, że faceci mogą się cmoknąć. Zamierzałam się pobrać z Króli- kiem Jackiem. A potem wraz z nim uciec gdzieś w świat i żyć długo i szczęśliwie, robiąc małe króliczki. Był tylko jeden pro- blem: Jackowi musiałyby wyrosnąć ręce i nogi, bo po kilku 175 Kup książkęPoleć książkę latach tego związku nie byłabym w stanie chodzić o własnych siłach. Jack musiałby dosłownie i w przenośni doprowadzać mnie do miasteczka rozkoszy. Jeśli już o czwartku mowa, to spędziłam go głównie w kuchni, robiąc chipsy ziemniaczane w polewie z białej czekolady i pie- kąc snickersowe ciasteczka z niespodzianką na spotkanie, które miałam poprowadzić w sobotni wieczór. Miało to być moje ostatnie spotkanie, jako że na kolejny tydzień planowałam otwarcie sklepu. Teraz, gdy już wiedziałam, w czym rzecz z ero- tycznymi zabawkami, było mi trochę żal. Ale Liz powiedziała, że mogę zatrzymać swoją walizeczkę rozkoszy. Zmusiłam ją do podpisania oświadczenia, w którym w razie skrajnego zagrożenia bądź śmierci niejakiej Claire Donny Morgan Liz zobowiązywała się do usunięcia tegoż kuferka z mojego domu w ciągu piętnastu minut od wystąpienia rze- czonego zagrożenia i/lub śmierci. Uznałam, że warto mieć taki plan awaryjny na wszelki wypadek. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić miny ojca albo babki, którzy jako pierwsi wkraczają na scenę i znajdują stosik moich wesołych zabawek. Do tego po prostu nie wolno dopuścić. Obawiam się, że do oświad- czenia Liz powinnam też dodać przyrzeczenie usunięcia całej historii przeglądarki WWW. Nikt niepowołany raczej nie powinien wiedzieć, że szukało się w Google haseł w rodzaju „orgazm u żółwi” albo świeczek w kształcie penisów na eBayu. Nie osądzaj mnie pochopnie. Po kilku kieliszkach wina Google staje się moim wrogiem. Ja także podpisałam Liz podobny cyrograf, stanowiący, że w razie ewentualnych problemów w ciągu kwadransa zobo- wiązuję się dotrzeć do domu jej i Jima, skasować historię WWW na ich komputerze oraz pozbyć się wszystkich filmów pornograficznych znajdujących się na ich nocnym stoliku, 176 Kup książkęPoleć książkę pod łóżkiem, na górnej półce w szafie, zarejestrowanych na dysku twardym w tunerze TV, ukrytych w garażu (w trzecim pudełku od lewej) oraz w szafce w kuchni, w której znajdują się deski do krojenia. Nie żartuję. Zrobiła mi listę. Maczałam ziemniaczane chipsy w dużej, srebrnej misie z roztopioną białą czekoladą i od czasu do czasu zaglądałam do głównej części sklepu, uśmiechając się na ten widok. Obok okna na brzuchu leżał Gavin i kolorował obrazek. Kiedy pode- szłam do niego kilka chwil wcześniej, zasłonił malowidło i powiedział, że na razie nie wolno mi go oglądać. Podnio- słam kolejny chips, pozwalając nadmiarowi czekolady spłynąć z powrotem do miski, a potem odłożyłam go na arkusz perga- minu obok, gdy usłyszałam, jak otwierają się drzwi dzielące dwie części sklepu: moją i Liz. — Zapomnij — zaczęłam, nawet nie patrząc w tamtą stronę. — Możesz od razu zrobić w tył zwrot i wrócić do swojego przybytku. Po raz ostatni powtarzam, że nie określę ci w skali od „jeden” do „rany boskie”, jak intensywny był mój ostatni orgazm z wibratorem w kształcie motylka. — No cóż, trudno. A może następnym razem będę mógł chociaż popatrzeć? Na dźwięk niskiego, ciepłego głosu Cartera aż podskoczy- łam i oniemiałam zarazem. Dlaczego zawsze wygaduję przy nim takie bzdury? I dlaczego w ogóle on tutaj stoi i śmie wyglądać tak, że mam go ochotę oprawić w ramki? — Ociekasz słodyczą — zauważył. — Doprawdy? — odparłam zapatrzona w jego usta. Carter wskazał palcem miskę, a jego śmiech przywrócił mnie do rzeczywistości. 177 Kup książkęPoleć książkę — Miałem na myśli, że przechyliłaś miseczkę. Czekolada kapie ci na ręce. Spojrzałam w dół i, mamrocząc przekleństwa, odstawiłam miskę, a potem palcami wytarłam słodką maź z krawędzi naczy- nia oraz blatu. Carter podszedł i stanął tuż obok, a jego bliskość — tak jak już kilkakrotnie wcześniej — wprawiła moje tętno w stan prze- dzawałowy. — Wybacz, że cię tak niespodziewanie nachodzę. Liz przy- łapała mnie, gdy wysiadałem z samochodu, i zaciągnęła na swoją stronę, żeby dać mi popalić — wyjaśnił, gdy próbowa- łam się skupić na wycieraniu czekolady i nie zwracać uwagi na bijące od niego ciepło. — Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Czuję się jak świnia, że nie odzywałem się tak długo. Stałam jak idiotka, starając się niczego nie dotykać upa- pranymi w czekoladzie palcami. Obróciłam się do niego, a moja twarz znalazła się o centymetry od jego twarzy. W jego oczach dostrzegłam szczerość i zdałam sobie sprawę, że nie potrafiła- bym się na niego złościć. — Nie ma sprawy. Poważnie. Wiesz, ja miałam naprawdę sporo czasu, żeby do tego przywyknąć. Przykro mi, że spadło to na ciebie znienacka. Przysięgam, że chciałam ci o wszystkim powiedzieć. Nie chcę, żebyś myślał, że próbowałam coś celowo zataić. Przeciwnie, od samego początku zamierzałam wyłożyć kawę na ławę, ale nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać. A potem wszystko potoczyło się tak nagle, że nie sposób było nad tym zapanować — wyjaśniłam. Nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie chcę, żeby się na mnie wściekł. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnę- łam, żeby podołał sytuacji i został z nami. Tydzień zasypiania bez naszych conocnych rozmów przygnębił mnie i rozstroił. 178 Kup książkęPoleć książkę Dopiero za sprawą jego obecności tutaj uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go brakowało. — Myślę, że mamy do omówienia wiele spraw. Nawet nie masz pojęcia, ile pytań kotłuje mi się pod czaszką — powiedział. Pokiwałam głową, lecz nim cokolwiek odpowiedziałam, zmienił temat. — Ale na razie jestem w kuchni z piękną kobietą, która ma pyszne paluszki w czekoladzie — powiedział z zawadiackim uśmiechem. Zanim zdążyłam sięgnąć po ręcznik, złapał mnie w nad- garstku i przyciągnął za rękę do siebie. Wstrzymałam oddech, gdy wsunął oblany czekoladą palec wskazujący głęboko do ust. Najpierw opuszka palca prześlizgnęła się po jego szorstkim języku zgarniającym po drodze słodką czekoladę, a potem cały palec wyślizgnął się z jego ciepłych, wilgotnych warg. Dzyń! Rachunek proszę! — Mamusiu, skończyłem korolować rysunek! Podekscytowany głos i głośne tupanie obwieściły przyby- cie Gavina do kuchni, a zarazem były niczym zimny prysznic na moją rozpaloną głowę. Choć raz posiadanie czteroletniej przyzwoitki do czegoś się przydało. Byłam najwyżej jeden obli- zany palec od przewrócenia Cartera na podłogę i udowodnie- nia mu, że swojej gibkości nie mam nic do zarzucenia. Pospiesznie wytarłam ręce w kuchenny fartuszek, odwró- ciłam się od Cartera i schyliłam do swojego syna. — Mogę teraz zobaczyć twój obrazek? Gavin mocno przycisnął kartkę do siebie i przecząco pokrę- cił głową. — Przepraszam, mamusiu. Ten rysunek jest dla małego chłystka — odparł z powagą. Za plecami usłyszałam chichot Cartera. 179 Kup książkęPoleć książkę — Czy ja dobrze słyszałam, że powiedziałeś „małego chły- stka”? — próbowałam się upewnić. — Ta-ak — przytaknął, robiąc przystanek w środku „a”. — Czy chcę wiedzieć, o kim mówisz? Gavin pokazał palcem stojącego za mną Cartera. — Papa tak go nazwał wtedy, jak go spotkaliśmy. Jęknęłam ze wstydu. Przyjdzie kiedyś taki dzień, że mój ojciec boleśnie zda sobie sprawę z tego, jaką papugą jest Gavin. — Nie podoba mi się twoje imię. Jest dziwne. I wcale nie jesteś mały — powiedział Gavin do Cartera. — Ale i tak nama- lowałem tobie obrazek. Przeszedł obok mnie i podał kartkę Carterowi. Zerknęłam przez ramię na malowidło, które przedstawiało dużą figurkę z kresek, którą mała figurka z kresek wali po tym, gdzie figurki z kresek powinny mieć jaja. — No cóż, teraz przynajmniej mamy zdjęcie upamiętniające nasze pierwsze spotkanie — orzekł Carter ze śmiertelną powagą. — Gavin, a może jednak po prostu będziesz nazywał Car- tera — Carterem? — zapytałam, unosząc pytająco brwi w stronę Cartera, czy ten pomysł mu odpowiada. Pokiwał głową na znak zgody i uśmiechnął się do mnie, a potem usiadł w kucki tak, że obydwoje znaleźliśmy się na wysokości Gavina. — Bardzo dziękuję za portret — powiedział z uśmiechem Carter. Gavin nie był szczególnie śmiały względem nieznajomych, głównie dlatego, że zaszczepiłam w nim głęboki lęk przed obcymi. Jeśli się dobrze zastanowić, wpojenie mu, że wszyscy nieznajomi chcą go zjeść, nie było jedną z moich najbłyskotliw- szych koncepcji wychowawczych. Próba wyjaśnienia grupce zaryczanych dzieciaków stojących w kolejce do świętego Miko- 180 Kup książkęPoleć książkę łaja, dlaczego mój syn drze się na całe gardło „NIE POD- CHODŹCIE DO NIEGO! ON ODGRYZIE WAM PALU- SZKI!”, nie było ani łatwe, ani miłe. Liz odwiodła mnie też od pomysłu zaprowadzenia Gavina do weterynarza i wszczepie- nia za uchem chipa z GPS-em. Zresztą coś mi mówiło, że kto- kolwiek, kto porwałby moje dziecko, w ciągu godziny potulnie odprowadziłby je do domu. Mało kto wytrzyma takie stężenie przekleństw i walenia po jajach. Gavin na ogół nie rozmawiał więc z nieznajomymi, chyba że go o to poprosiłam. Tym bardziej zdumiała mnie łatwość, z jaką przełamał się względem Cartera. — Proszę, Carter. Wiesz, że Papa przychodzi po mnie, żeby mamusia mogła rozdawać ludziom piwo? Papa daje mi oglądać filmy, których mamusia nie pozwala, i mówi, że powinienem mieć ojca, ale ja chciałbym mieć psa. A mój kolega Luke ma dżipa, którym jeździ po podwórku, gdzie walłem się w kolano i się skaleczyłem, a mamusia nakleiła mi plasterek i powiedziała, że mi podmucha, to mi przejdzie i nie będę płakał. A wiedziałeś, że wampiry są świry? — Gavin! — wrzasnął mój ojciec, zanim ja zdążyłam to zrobić. filmu. Wszedł do sklepu w trakcie monologu Gavina i gdy chłopak dotarł do kwestii o wampirach, był już prawie w kuchni. Szybko podniosłam się, oparłam ręce na biodrach i spojrzałam na swo- jego ojca z przekąsem. — Tato, mówiłam ci, że mały nie powinien oglądać tego — Jestem w drużynie Jacoba sukinsyna! — krzyknął Gavin. — Gavinie Allen! Za chwilę zatkam ci usta kostką mydła — skarciłam go. 181 Kup książkęPoleć książkę — Mydło smakuje trochę jak płatki owsiane — wzruszył ramionami chłopak. Na szczęście ojciec pospiesznie wszedł za kontuar i zanim zdążyłam kopnąć Gavina w zadek, zabrał go z zasięgu mojego rażenia. — Przepraszam, Claire. Wampiry i świry akurat leciały wie- czorem w kablówce. I nic innego nie było, na żadnym kanale. Ale podczas wszystkich scen, no wiesz, es-ek-es-u kazałem mu zasłaniać sobie oczy — tłumaczył się ojciec. — Cudownie — westchnęłam. — Widziałem cycki! — podchwycił Gavin wesoło. — No dobrze, może kilka razy rzeczywiście podglądał — przyznał smętnie ojciec po deklaracji Gavina. Jakoś tak się składało, że gdy Gavin zachowywał się jak… jak stuprocentowy Gavin, to musiało się to dziać akurat przy Carterze. Nic dziwnego, że przez kilka ostatnich minut nie pisnął nawet słowa. Zamurowało go na amen. Kątem oka zerknęłam za siebie i zobaczyłam Cartera stoją- cego bez ruchu. Ponad moim ramieniem patrzył na mojego ojca. Odwróciłam się w samą porę, aby przyłapać tatę na tym samym cholernym geście z pokazywaniem oczu dwoma pal- cami, który wcześniej sprzedali Carterowi Gavin i Liz. Kurwa mać, wychodzi na to, że mamy jakiś wspólny, rodzinny salut. — Tato, przestań. Carter, nie miałam okazji oficjalnie cię przedstawić. To jest mój ojciec, George. — To przyjemność pana… — Carter wyciągnął dłoń. — Daj sobie spokój z tymi pi-er-de-a-mi — przerwał mu ojciec w pół zdania. Sylabizowanie „śliskich” słów sprawiało, że nie brzmiał szczególnie groźnie. Co oczywiście mogło się zmienić, gdyby Gavina tutaj nie było. 182 Kup książkęPoleć książkę — Mam na ciebie oko. Byłem w Wu-jet-na-mie i nadal mam w ciele szrapnel po be-o-em-bie. Lubisz zapach napalmu o poranku, synu? — TATO! Już wystarczy! — uciszyłam go. Pochyliłam się i pocałowałam Gavina w policzek. — Do zobaczenia później, mały. Bądź grzeczny dla Papy, Chłopak sięgnął w górę i spróbował pociągnąć skraj mojej dobrze? koszulki. — Pokażesz mi cycki? Złapałam go za rękę, zanim zdążył urządzić mały peep-show dla wszystkich obecnych, i posłałam karcące spojrzenie ojcu, który próbował nie pęknąć ze śmiechu. — No co, ja go tego nie uczyłem! Miłość do cycków najwy- raźniej wyssał z… znaczy, ma wrodzoną. Carter zaczął się śmiać, ale umilkł pod spojrzeniem ojca. — Masz miłość do cycków, Carter? — zapytał podejrzliwie — Ja… to znaczy… ten, nie. Chyba nie. Westchnęłam ciężko i postanowiłam uratować Cartera przed Gavin. Gavinem. — Pożegnaj się z Carterem — powiedziałam chłopcu. — Pa, pa, Carter! — powiedział Gavin z uśmiechem i poma- chał, a potem podreptał za moim ojcem wychodzącym z kuchni. — Papo, a co to jest ten Wu-jet-nam? To jakiś park? Możemy tam iść? — słyszałam jeszcze pytania Gavina, gdy wychodzili na zewnątrz. Z kamiennym westchnieniem odwró- ciłam się do Cartera. — Przepraszam za to wszystko — powiedziałam zażeno- wana. — Zrozumiem, jeśli odwrócisz się na pięcie i uciekniesz gdzie pieprz rośnie. Naprawdę zrozumiem. I nie będę ci miała tego za złe. 183 Kup książkęPoleć książkę — Claire? Przestałam miętosić fartuszek i wreszcie spojrzałam mu w oczy. — Zamknij się — zaproponował z uśmiechem. * * * Gdy mój ojciec z Gavinem wyszli, Carter pomógł mi posprzą- tać kuchnię i wspomnienia niedawnych wydarzeń zeszły na dalszy plan. Wreszcie mieliśmy okazję porozmawiać trochę bliżej niż przez telefon; no i nie musiałam już gryźć się w język, żeby nie palnąć niczego o dziecku. Dowiedziałam się, że Carter trafił na imprezę w akademiku przypadkiem i w ogóle nie studiował na Uniwersytecie Ohio. Miał wyrzuty sumienia, że poświęciliśmy z Liz i Jimem tyle czasu na znalezienie go, a ja czułam się winna, że tamtego ranka wyszłam bez słowa. Zwłasz- cza teraz, gdy okazał się tak czuły i niesamowicie wyrozumiały wobec wszystkiego, co się wokół niego działo. Na razie Carter najwyraźniej nie miał zamiaru uciekać. Ale na dłuższą metę… kto wie? Powiedział, że chce z nami być i że pragnie, aby wszystko było tak, jak być powinno. Ale rzecz jasna, nie miał okazji, aby trochę pobyć sam na sam z Gavinem. Jak to zgrabnie ujął mój syn, tego wieczora miałam rozda- wać ludziom piwo, po zakończeniu porządków Carter odpro- wadził mnie więc do baru, żebyśmy mogli kontynuować poga- wędkę. Pamiętałam, jak lekko i naturalnie rozmawiało mi się z nim pięć lat temu — i teraz także jak nikt inny rozumiał mnie oraz moje poczucie humoru. Czułam się przy nim zupeł- nie swobodnie. Potrafił mnie rozśmieszyć. Wszystko to zna- łam już z naszych telefonicznych rozmów, ale z niektórymi ludźmi łatwiej i z mniejszym skrępowaniem gawędzi się przez telefon niż oko w oko. Tymczasem z nim było wręcz na odwrót — wspaniale było móc obserwować jego reakcje na 184 Kup książkęPoleć książkę moje słowa; choćby na to, co opowiadam o Gavinie. Zaczęłam żałować, że tak wielu rzeczy nie zrobiłam inaczej. Było mi przykro, że ominęła go możliwość uczestniczenia w życiu Gavina od pierwszych chwil. Teraz widział biegającego, roz- gadanego chłopca o niewyparzonej gębie, ale przegapił to, co najlepsze; to, co sprawiało, że dąsy, złe nawyki i charakterek warte były wszelkich wyrzeczeń — pierwszy uśmiech, pierwsze słowa, pierwsze kroki, pierwszy uścisk i pierwsze „kocham cię”. Wszystko to powstrzymywało mnie od sprzedania mojego dziecka na cygańskim targu, na co miałam ochotę średnio codziennie. Carter tego nie doświadczył. Martwiłam się, że może będzie miał zbyt duże oczekiwania. A co, jeśli nie będzie potrafił nawiązać z Gavinem nici porozumienia? Czułam z Car- terem więź, jakiej nie zadzierzgnęłam z nikim innym. Za jego sprawą skosztowałam rzeczy, o których dotychczas jedynie marzyłam. Ale nie potrafiłam myśleć tylko o sobie. Musiałam brać pod uwagę mojego syna i wpływ, jaki mogła na niego wywrzeć cała sytuacja. Na razie — uznałam — chyba powinnam po prostu pozwolić Carterowi wejść do naszego życia i zoba- czyć, dokąd nas to zaprowadzi. Po dotarciu do baru migiem przebrałam się w czarne szorty oraz koszulkę z logo baru Fosterów i po wyjściu z łazienki z zaskoczeniem zobaczyłam Cartera, jak mości się na stołku przy barze. Weszłam za bar i stanęłam naprzeciwko niego. — Myślałam, że zamierzasz iść do domu — zagadnęłam, opierając się na łokciach. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. — Pomyślałem sobie, że w domu czekają na mnie tylko cztery ściany, a tutaj będę mógł przez cały wieczór z bliska patrzeć na fajną laskę. 185 Kup książkęPoleć książkę Poczułam, jak się czerwienię, i pospiesznie zmazałam z twa- rzy kokieteryjny uśmieszek. — Masz pecha. Dzisiaj jestem tu sama. Nie, absolutnie i w żadnym razie nie dopraszam się kom- plementów. — To się dobrze składa, bo jesteś najbardziej czarującą i seksowną kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie, wcale nie… Proszu-proszu, proszu-proszu. Odrobinę pochyliłam się nad barem, aby się do niego zbli- żyć, a on zrobił to samo. Nie dbałam o to, że jestem w pracy; chciałam go pocałować. Zresztą na razie bar świecił pustkami — było jeszcze wcześnie. Usłyszawszy, że cichutko mruknął, przeciągnęłam językiem po spierzchniętych nagle wargach, patrząc na jego usta. Jeszcze trzy centymetry, dwa… i będę mogła je polizać. — AUĆ! Wrzasnęłam i odskoczyłam od Cartera, gdy coś nieoczeki- wanie pacnęło mnie w tył głowy. Rozmasowałam dłonią trafione miejsce i odwróciłam się. Za mną stał T.J., wymachując rękami uniesionymi w geście zwycięstwa. — Bezpośrednie trafienie, Morgan! Kolejny punkt dla mnie! — krzyknął, podbiegł do tablicy ulokowanej po przeciwnej stronie baru i kredą postawił ptaszek obok swojego imienia. — Sukinkot — mruknęłam pod nosem, odwróciwszy się do Cartera. — No dobra, ale o co chodzi? — zapytał Carter ze śmiechem. Zanim zebrałam się na uszczypliwość i zdążyłam wyjaśnić, że chodzi tylko o to, że T.J. to dupek, inkryminowany osobnik rączo podbiegł do mnie i stanął obok, po czym z rozmachem położył na barze przed Carterem pingpongową piłeczkę. 186 Kup książkęPoleć książkę — To, drogi kolego, jest sedno czegoś, co nazywamy P.O.R.N.O. — Hm. Muszę przyznać, że wasza koncepcja porno dość istotnie różni się od mojej — powiedział Carter, biorąc do ręki piłeczkę i obracając ją w dłoniach. — Nie, nie zrozumiałeś. Nie porno, tylko P.O.R.N.O. — przeliterował T.J. Carter wyglądał na zagubionego. — To taka nasza mała gra, którą się tutaj zabawiamy — wyjaśniłam. T.J. jedną dłoń położył na barze, a drugą oparł o biodro. — Claire, nie umniejszaj niezrównanych, rekreacyjnych wła- ściwości P.O.R.N.O. Wydajesz się kompletnie nie doceniać jedynej rzeczy, która sprawia, że nie mam ochoty się pociąć, wychodząc do pracy. Uprasza się o trochę szacunku dla P.O.R.N.O. T.J. przeniósł wzrok na Cartera. — Claire opracowała reguły — powiedział z rozbawieniem, wyjmując spod baru kawałek papieru. — Reguły? — zwątpił Carter. — Zdaje się, że po prostu rzu- cacie w siebie piłeczką? T.J. przesunął na blacie arkusik w kierunku Cartera, aby ten mógł się z nim zapoznać. — Au contraire, drogi kolego. W P.O.R.N.O. zawsze muszą być jakieś reguły. W przeciwnym razie, wiesz, on sięgnie po pi- łeczkę, ona sięgnie po piłeczkę, wszyscy zaczną łapać się za pi- łeczki… zrobi się z tego anarchia. — No dobra, koniec z tym Klubem winowajców, bo za chwilę złamię regułę trzech metrów i wetknę ci tę piłkę do gardła — ostrzegłam T.J. 187 Kup książkęPoleć książkę T.J. posłusznie się oddalił, a Carter z rosnącym rozbawie- niem zaczął na głos czytać reguły gry. „Reguła numer jeden: P.O.R.N.O. jest fajniejsze z przyja- ciółmi. Zaproś ich. Osoby próbujące solowej gry w P.O.R.N.O. wyglądają żałośnie. Reguła numer dwa: w P.O.R.N.O. należy absolutnie wystrzegać się ostrych przedmiotów. Przypadkowe dziabnięcie kogoś w oko oznacza koniec zabawy. Reguła numer trzy: ataki z ukrycia oraz od tyłu muszą być poprzedzone ostrzeżeniem lub uprzednio uzgodnione przez uczestników. Reguła numer cztery: w danej rozgrywce mogą brać udział tylko dwie piłeczki, aby uniknąć wątpliwości, scysji i niedo- mówień. Dopuszczalne są wyjątki od tej reguły, jeśli zostaną uprzednio zaakceptowane przez sędziów. Reguła numer pięć: P.O.R.N.O. kończy się, gdy drugi gracz lub pozostali gracze powiedzą, że wystarczy. W przeciwnym razie ktoś może zostać z całkowicie bezużytecznymi piłeczkami w rękach”. No dobrze, czasami zachowuję się jak nastolatka. Czy ja już prosiłam o wyrozumiałość? — Nie dowiedziałem się jednak, co tak naprawdę oznacza P.O.R.N.O. i w jaki sposób mogę włączyć się do akcji — zapy- tał Carter, znacząco unosząc brwi. — Oficjalna nazwa brzmi: Perwersyjnie Ogólnikowe Reguły Nieobyczajnego Obcowania. Ale czasami po prostu mówimy „obrzucanie się czym popadnie”. Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy podołasz wymogom P.O.R.N.O., Carter. To gra wymagająca zręczności, pomysłowości i determinacji — wyja- śniłam ze złośliwym uśmiechem, zabierając mu z ręki piłeczkę, po czym odwróciłam się i błyskawicznym ruchem posłałam celuloidowy pocisk w tyłek T.J., który pochylał się właśnie nad jakimś stolikiem, pieczołowicie go czyszcząc. — JASNY GWINT! — wrzasnął T.J. 188 Kup książkęPoleć książkę — W gruncie rzeczy liczą się zręczne dłonie — podsumo- wałam, odwróciwszy się do Cartera. Pojęcia nie mam, skąd brały mi się w głowie te głupoty. Miałam wrażenie, jakby przemawiała przeze mnie Liz. — Nie martw się, Claire. Mam spore zaufanie do swoich umiejętności manualnych. Powiem więcej, uważam, że w P.O.R.N.O. wypadłbym doskonale. Mam wrażenie, że to kwe- stia odpowiedniej pozycji, wyczucia oraz ułożenia palców… Czasami trzeba to zrobić łagodnie i powoli, kiedy indziej szybko i gwałtownie. Dlaczego tu jest tak gorąco? Czy ktoś może wezwać strażaka Sama? — Za ile kończysz? W tym tempie za dziesięć sekund. — Siedzę tu do pierwszej. Dziś sama zamykam interes — powiedziałam, zaciskając uda i próbując nie myśleć o pozy- cjach, ułożeniu palców tudzież właściwych proporcjach łagod- ności i gwałtowności… niech go szlag! — Mogę z tobą posiedzieć i popatrzeć, jak pracujesz? Potem pomogę ci zamknąć, pogadamy… albo… w każdym razie zo- baczymy — powiedział Carter, nie spuszczając wzroku z mo- ich ust. TAK! W mordę jeża, TAK! Tak, tak, tak, tralala, tak do cholery! — Jasne, no pewnie — odparłam, wzruszając ramionami, i poszłam się przytulić do lodówki z piwem, żeby ochłodzić rozpalone zmysły. 189 Kup książkęPoleć książkę 190 Kup książkęPoleć książkę
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: