Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00142 007924 15038564 na godz. na dobę w sumie
Pół godziny Tadeusza Kościuszki. Katastrofa w Lesie Kabackim - ebook/pdf
Pół godziny Tadeusza Kościuszki. Katastrofa w Lesie Kabackim - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-945444-0-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dobranoc, do widzenia! Cześć! Giniemy!

9 maja 1987 roku, samolot pasażerski Ił-62M Tadeusz Kościuszko Polskich Linii Lotniczych LOT rozbił się na podejściu do awaryjnego lądowania w pobliżu lotniska Okęcie. Załoga przegrała półgodzinną walkę o życie 183 osób. Ostatnim podanym przez pilota komunikatem były słowa: „Dobranoc, do widzenia! Cześć! Giniemy!”

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

PÓŁ GODZINY TADEUSZA KOŚCIUSZKI Katastrofa w Lesie Kabackim 2 ©Copyright by Aleksander Sowa 2018 ©Copyright by Aleksander Sowa 2013 Okładka: Aleksander Sowa Skład: Aleksander Sowa Redakcja i korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl ISBN: 978-83-945444-0-9 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowa- nie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, marzec 2018 r. 3 I. 9 maja 1987 roku. Godzina 10.07. Okęcie. Jest piękna pogoda, trwa przygotowywanie Tade- usza Kościuszki do startu. Każdy lot tym samo- lotem to wydarzenie. Cena za bilet jest ogrom- na, a jego zakup zazwyczaj wiąże się z życiową decyzją: emigracja. Do USA, Kanady, za Atlantyk. Tak czy inaczej za wielką kałużę. Wielu pasażerów lecących tym samolotem nig- dy do Polski nie wracało. Tym bardziej tamtego ranka Janina Szulc-Tomaszewska jest wściekła. – Zobaczysz, będziesz miała kłopoty – matka proroczo mówiła jej rano. Kobieta przyjeżdża spóźniona z Łomży, nie ma czasu, by zgłosić futro. Staje w kolejce dla tych, którzy nie mają nic do oclenia. Tym- czasem celnik ma problem. Chciałby kogoś zatrzymać. Zależy mu bardzo. Koleżanka chce lecieć do USA, a w samolocie brak miejsc. Ty- 4 puje ofiarę. Jest nią Szulc-Tomaszewska. W torbie ma futro z norek. Bingo! – Panie kapitanie – pytają zaczepione przez Szulc-Tomaszewską stewardesy – czy możemy poczekać na tę pasażerkę? – Możemy piętnaście minut – mówi ka- pitan, patrząc na Janinę. – Lećcie, tę panią muszę zatrzymać – celnik mówi do kapitana. Zygmunt Pawlaczyk, lat 59, były pilot wojskowy, w Polskich Liniach Lotniczych LOT pracuje od 32 lat. Za kilka miesięcy ma odejść na emeryturę. Wylatał łącznie niemal 20 000 godzin, w tym w ciągu 12 lat 5500 na samolo- tach Ił-62. Na szyi zawsze nosi złoty łańcuszek z krzyżykiem. Na tamten lot go nie zabiera. – Okęcie Ground – zaczyna kilka minut potem. – Dzień dobry. LOT 5055 na siedemna- stce. Hotel na pokładzie, pushback prosimy i zapuszczanie silników. – 5055, dzień dobry, zapuszczajcie – odparł suchy głos kontrolera. – Zero sześć zero siedem, już czas. Jaki kierunek do startu chce- cie? – Trzy-trzy. – Trzy-trzy. Zrozumiałem. To najdłuższa droga startowa na war- szawskim lotnisku. Pas o długości ponad trzech i pół kilometra o azymucie 015° na północ w kierunku Warszawy i 330° w stronę odwrot- ną, na Las Kabacki. Drogi startowe są numero- 5 wane zgodnie z kierunkiem magnetycznym. Pas na kierunku 015° nazywany jest jeden-pięć, a pas na 330° – trzy-trzy. Każdy umożliwia start i lądowanie z jednego albo drugiego końca pasa. Zależnie od kierunku wiatru. – Okęcie Ground, LOT 5055. I kołowa- nie prosimy – po próbie silników kapitan zgła- sza gotowość do manewrowania w kierunku drogi startowej. – 5055, kołujcie alfą na trzy-trzy – od- powiada kontroler z wieży. – Przed dwa- dziewięć zgłoście się. – OK, alfą do trzy-trzy, przed dwa- dziewięć zgłosimy – dowódca załogi potwier- dza zgodę na kołowanie z nakazem kontaktu z wieżą przed przecięciem drogi startowej dwa- dziewięć. – 55 – pilot kończy, skróciwszy oznaczenie swojego lotu o dwie pierwsze cyfry. Samolot nieśpiesznie toczy się po asfal- tobetonie niczym gigantyczna ważka z na wpół złożonymi skrzydłami w akompaniamencie niskiego pomruku czterech silników i błyskach czerwonych świateł. Jest piękna. Smukła i o nowoczesnej sylwetce. Od dziobu, w kie- runku ogona maszyny, dodatkowego szyku na- daje jej wąski, niebieski pas wzdłuż rzędu okrągłych okienek na białym tle kadłuba i ogromne litery. LOT. – 5055, można przekołować dwa- dziewięć – odzywa się wieża. 6 – Zrozumiałem – kapitan potwierdza. – Możemy ciąć dwa-dziewięć. Dziękuję. Tuż przed drzwi widnieje podobizna przywódcy powstania, Tadeusza Kościuszki. Samolot to Ił-62M, czterosilnikowy odrzuto- wiec dalekiego zasięgu zaprojektowany w biu- rze konstrukcyjnym Iljuszyna. Pierwszy tego typu samolot produkcji radzieckiej. Samolot potrafi latać z prędkością ponad 820 kilome- trów na godzinę, 13 kilometrów nad ziemią. Wraz z brytyjskim Vickers VC-10 jest jedyną maszyną tej wielkości na świecie, w konstrukcji której silniki umieszczono w części ogonowej kadłuba, po dwa z prawej i lewej strony. Pra- cowano nad tym samolotem od lat 50. Pod wie- loma względami jest przełomową konstrukcją. Dolnopłat, całkowicie metalowy, z ciśnieniową, hermetyzowaną i klimatyzowaną kabiną, może latać bardzo szybko, bardzo wysoko i bardzo daleko. W PRL, od wiosny 1972 roku, gdy Pol- skie Linie Lotnicze zakupiły te samoloty, każdy pilot marzył, by latać na sześćdziesiątych dru- gich. Dla pasażerów wygodny i cichy, dla pilo- tów – stabilny w locie i o mocnej konstrukcji. – LOT 5055 – kapitan ponownie zgła- sza. – Przed trzy-trzy jesteśmy. – Możecie przeciąć trzy-trzy i zapiszcie zgodę z Warszawy do Nowego Jorku drogami planowymi – podaje zgodę kontroler. – Wcho- dzić i utrzymywać poziom dwa-osiem-zero ze zmianą na trasie. Po starcie w lewo na kurs 7 Tango Mike November. Do TMN-u macie przeciąć poziom sto osiemdziesiąt lub wyżej, squok siedemnaście-zero-trzy. Stopa jest niespełna jedną trzecią częścią metra. 280 to poziom lotu w setkach stóp. 280 razy 30 metrów oznacza lot na pułapie 8400 metrów. – LOT 5055. Gotowi do zajęcia pasa. – 5055, możecie zająć pas i startować – zezwala kontroler. – Zrozumiałem. Możemy na pas trzy- trzy i startować. Dziękuję. – 5055. Po starcie kurs pasa na razie utrzymujecie i przyspieszone wchodzenie do poziomu czterdziestego, do przecięcia poziomu czterdziestego. Poziom 40. 4000 stóp. 1200 metrów. Przestrzeń nad terytorium państwa jest podzie- lona na kontrolowaną i niekontrolowaną, zależ- nie od wysokości nad poziomem morza. W Pol- sce statek powietrzny, niezależnie od tego, nad jakim miejscem na mapie aktualnie się znajdu- je, powyżej poziomu 95 (2850 m) wchodzi w obszar kontrolowany. W obszarze tym jest zapewniona służba kontroli ruchu lotniczego. Dodatkowo w pobliżu lotnisk, lotniczych baz wojskowych i poligonów przestrzeń poniżej poziomu 95 również jest kontrolowana. Im bli- żej lotniska, tym coraz niższe poziomy są obję- te kontrolą, aż do samej ziemi. Dzięki temu unika się zderzeń w powietrzu i innych niebez- 8 piecznych sytuacji, a kontrola zbliżania może precyzyjne śledzić ruch lotniczy. Oczywiście służba wspomaga załogę przy starcie i lądowa- niu. Po wyjściu z rejonu lotniska załoga wznosi się na określony poziom lotu korytarzem po- wietrznym i kontynuuje lot bez obawy o kolizję z innym samolotem. Jeśli nawet coś leci w po- bliżu, samoloty miną się na różnych wysoko- ściach. Ruch samolotu na lotnisku i w odległo- ści kilku kilometrów od niego oraz kilometr nad nim śledzi kontroler lotniska. Dalej, w re- jonie do 100 kilometrów od lotniska – ruch śle- dzi kontroler zbliżania, a po trasie – kontroler obszaru. Polska jest podzielona na kilka obsza- rów według największych miast: Gdańska, Po- znania, Olsztyna, Warszawy oraz Krakowa. – LOT 5055. Zrozumiałem. – 50, startujemy. – Zgoda. – Pilot słyszy po chwili i Ko- ściuszko startuje do kilkugodzinnego lotu nad Atlantykiem. Dźwięk silników niesie w sobie oczeki- wanie. Po chwili przechodzi w zakres coraz wyższych częstotliwości. Samolot rusza. Toczy się z wychylonymi w maksymalne położenie klapami i wolno nabiera szybkości. Pas znika pod jego kołami, a maszyna wciąż sunie po nim, przekroczywszy prędkość dwustu kilome- trów na godzinę. Gdy w sercach patrzących na start samolotu na tarasie widokowym zaczyna 9 się rodzić niepokój, samolot wciąż jeszcze się rozpędza. Kiedy niepokój przeradza się w ner- wowy lęk, tuż przed końcem pasa ogromna maszyna płynnie podnosi koła przednie podwo- zia, zaraz potem koła główne i podnosząc swe wydłużone cielsko ku górze, zaczyna płasko wznosić się ku bezchmurnemu niebu. Jest 10.18. W powietrze właśnie uniosło się 167 ton masy startowej. Kapitan rozpoczyna wznosze- nie w kierunku Grudziądza zgodnie z instrukcją kontroli żeglugi powietrznej. Koła zginają się w kierunku kadłuba i znikają gdzieś pod skrzy- dłami. Sylwetka Kościuszki zmniejsza się z każdą sekundą w akompaniamencie grzmotu. – Warszawa, zbliżanie. Dzień dobry – pilot wywołuje następnego kontrolera. – LOT 5055 po starcie z trzy-trzy. – Czołem, 5055! – kontroler odpowiada Pawlaczykowi. – Widzę po starcie. W lewo skręćcie kurs dwa-dziewięć-zero, wchodząc do poziomu dwa-osiem-zero, TMA sto osiemdzie- siąt lub wyżej – mówi wpatrzony w radar. Maszyna mozolnie pnie się ku górze. Kapitan powinien wznosić swój samolot na 28 000 stóp w kierunku radiolatarni w miej- scowości Góra w pobliżu Płońska. Radiolatar- nia jest naziemnym urządzeniem nawigacyj- nym, przydatnym w ruchu lotniczym, szczegól- nie gdy brak widoczności. Działa na podobnej zasadzie jak latarnia morska, tyle że zamiast 10 światła wysyła sygnał radiowy odbierany przez samolot. Będąc nad nią, Tadeusz Kościuszko po- winien lecieć 18 000 stóp nad ziemią na pułapie 5400 metrów. Dramat rozpocznie się 23 minuty później. – 5055, do TMN-u pozostało dziesięć kilometrów – Osiem minut po starcie kapitan słyszy w słuchawkach. – Czy panowie w prze- ciągu dziesięciu kilometrów przetniecie poziom sto osiemdziesiąt? – Nie, dokładnie sto osiemdziesiąt nie będzie, ale tak sto siedemdziesiąt w górę. – Wchodźcie do poziomu sto sześćdzie- siąt – poleca bezosobowy głos kontrolera. – Utrzymujcie ten poziom aż do Grudziądza. – No, my lecimy do Nowego Jorku – protestuje kapitan – może zdążymy przeciąć te sto osiemdziesiąt? – Panowie! Już nie zdążycie, bo do TMN-u pozostało tylko pięć kilometrów – kon- troler rzuca w eter z cieniem wyrzutu. – Już na samym początku mówiłem, że clearance był w TMA sto osiemdziesiąt lub wyżej. Latają woj- skowe samoloty i ja, niestety, nie mam z nimi łączności, żeby panów separować. Clearance delivery to informacje dla pi- lotów podawane przez kontrolera lotniska przed startem na temat procedury startu i opuszczania pobliża lotniska. – Zrozumiałem. Zrozumiałem. 11 – Utrzymujcie poziom sto sześćdziesiąt – poleca kontroler. – Już dochodzicie do TMN- u. Dalsze wchodzenie będzie od obszaru. Na razie na częstotliwość sto trzydzieści cztery coma osiemdziesiąt siedem. Kłaniam się. Do usłyszenia. – Zrozumiałem. Do miłego. Do usłysze- nia – odpowiada kapitan. – LOT 5055 – kończy korespondencję z kontrolerem. Z każdą sekundą nabierają 16 metrów, lecąc z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę. – 5055, wchodźcie na trzysta dziesięć – zgłasza się jakiś czas później kontroler obszaru – i błyskawicznie sto siedemdziesiąt przecięcie. – 5055, zgłosimy – potwierdza kapitan. – Do trzysta dziesięć wchodzimy. – Błyskawicznie. Błyskawica to ma być. Pilot kiwa głową w kierunku swojego mechanika pokładowego. Mężczyzna siedzi w kabinie pomiędzy kapitanem a drugim pilo- tem. Jest 23. minuta lotu. Mechanik zwiększa obroty silników na pełną moc startową. 30 se- kund potem śmierć zajrzy im w oczy. Przez następne pół godziny będzie im towarzyszyć. Aż do końca. Minuta po minucie będą umierać, aż do ostatniej sekundy. II. 12 Jest 28 sekund po 10.41. Słyszą wybuch. Słyszy go cała załoga, personel pokładowy i 170 pasa- żerów. W kabinie odzywa się przerywana syre- na. Wyłączył się autopilot. Piloci czują ból w uszach. Kabina jest rozhermetyzowana. Ci- śnienie powietrza na zewnątrz samolotu jest tak niskie i zawiera tak mało tlenu, że pozostanie na tej wysokości grozi śmiercią w ciągu naj- bliższych dwóch minut. – Ej, hermetyzacja! – krzyczy Pawla- czyk. Dwie sekundy później włącza się ciągły sygnał. Dzwonek. – Czy pożar? – kapitan pyta, spoglądając na kokpit. – Co jest? – Pewnie pożar – odpowiada Leopold Karcher. Lat 54, pracuje w LOT od równo 20 lat. Były pilot wojskowy, jako drugi pilot na Ił- 62 wylatał niemal 2400 godzin, ogółem jego nalot to ponad 10 000 godzin. Znajdują się w rejonie miejscowości Warlubie, na wysokości 8200 metrów. Tempe- ratura na zewnątrz wynosi prawie 50° Celsjusza poniżej zera. Do macierzystego lotniska mają 250 kilometrów. – Silnik? Wyłączyć! – rozkazuje Pawla- czyk. – Wyłączyć! – krzyczy mechanik. – Ten pierwszy płonie! Pożar! – Warszawa? Pawlaczykowi odpowiada cisza. Tamte- go dnia miał wolny dzień, zgodził się polecieć 13 na prośbę LOT-u. Jako drugi pilot miał lecieć Marian Nowotnik, lecz jego syn szedł do ko- munii i zamienił się w grafiku lotów z kolegą z pracy. – Rozhermetyzowanie. Dwa silniki po- szły! – zgłasza mechanik. Włącza się kolejny sygnał akustyczny, tym razem ciągły. Oznacza pożar silnika. – Dwa silniki poszły! – Wyłączyć! Zawracamy! Pożar! – Dwa silniki poszły! – Mężczyzna wi- dzi, że bliźniaczy silnik numer 1 również sy- gnalizuje awarię. – Niebezpieczeństwo! Warszawa radar LOT! Warszawa radar! – nadaje kapitan. – Co jest? Ej! – dodaje po chwili, bo nie wie, co dzieje się z jego maszyną. – Dwa silniki poszły! – Opuszczamy w niebezpieczeństwie – Pawlaczyk podaje dodatkowe informacje przez radio, starając się oddać sterownicę. – Nie mamy sterów! – Podajcie swój – wreszcie słyszą głos z Warszawy – call sign. To oznaczenie lotu stosowane przez przewoźników. Dla przykładu lot samolotów Lufthansy numer 3171 oznaczony będzie call signem LH 3171. Tamtego dnia rejs Tadeusza Kościuszki to LOT 5055. – Dwa silniki oberwało! – zgłasza kapi- tan. – Dwa silniki obcięło! 14 – Czy to zderzenie? – pyta kontroler. – Nie wiemy, co się stało! Dwa silniki obcięło – głos Pawlaczyka jest rzeczowy, pra- wie spokojny. – Opuszamy się. – LOT 5055, zrozumiałem. Nie wiedzą, co dzieje się z samolotem. Ale wątpliwości nie ma. Jest ciężko uszkodzo- ny. Od wybuchu upłynęły 52 sekundy. – Ale nie możemy! – Musimy na razie wziąć… – Ale trzeba… Trwa gorączkowa narada w kabinie. Muszą szybko zejść na pułap 4000 metrów, w przeciwnym razie pasażerowie zginą bez tlenu. Załoga zdaje sobie jednak sprawę, że kontroler wspominał o lotach wojskowych ma- szyn pod trasą ich lotu, na poziomie 180, to jest 5,4 kilometra. Mija minuta od eksplozji w tyl- nej części samolotu. – Trza coś zrobić! – Powiedziałeś, że zawracamy? – Co? Nie wiedzą, co się stało. Nie mają poję- cia, co było przyczyną eksplozji. Przypuszczają przez chwilę, że przez przypadek mogli dostać w stery rakietą omyłkowo wystrzeloną przez wojskowy samolot albo że się z czymś zderzyli. – Tak. Awaria. Podwozie w dół! – kapi- tan zwraca się do mechanika. – Trzeba wyłączyć! – krzyczy mechanik. – Trzeba wyłączyć! 15 Wskaźniki cieśnienia oleju oraz ciśnie- nia paliwa i obrotomierze wskazują, że silniki jeden i dwa są uszkodzone. Migają ostrzegaw- cze tabliczki „pożar silnika”. Mechanik widzi, że sytuacja z silnikiem numer 1 jest zła. – Dobra. Wyłącz i koniec! – drugi wyda- je polecenie mechanikowi. Ten natychmiast przestawia metalowy wyłącznik zewnętrznego silnika z lewej strony kadłuba. Przesuwa też dźwignię przepustnicy, ujmując ciągu. Kapitan tymczasem błyskawicznie ana- lizuje sytuację samolotu, którym dowodzi. – Następny! Następny ma awarię! – …tak, jest. Półtorej minuty. – Awaria… – mruczy Pawlaczyk. – No, mówiłem, bo wiesz… – Dobrze to! – Stop! Stop! – Wiem, to dobrze, że jest… – Warszawa radar! – kapitan wywołuje kontrolera obszaru. – Jeszcze raz 5055. Jego głos jest spokojny, ostatnią cyfrę kapitan akcentuje z manierą pilotów. Niemal jak podczas rutynowej korespondencji. Widać, że stara się opanować sytuację. – Pierwszy i drugi silnik wyłączony, mamy awarię i schodzimy – dodaje. – Kręcimy w prawo. Tymczasem siedzący w tylnej części kabiny widzą z lewej strony pasażerowie 16 iskry. Załoga zdaje sobie sprawę, że w gondo- lach silników jest umieszczona automatyczna instalacja przeciwpożarowa. Po przekroczeniu określonej temperatury termopary spowodują spracowanie gaśnic. Jeśli pożar zostanie uga- szony, w kokpicie przestanie wyć syrena i mi- gać ostrzegawcza tabliczka. – Zrozumiałem. Obserwuję skręt. Co dalej zamierzacie robić? W tle kabiny kapitanowi odpowiada głos mechanika pokładowego: – Zaraz przejdziemy na awaryjną szynę. – No, wracamy do Warszawy – rzuca kapitan. – Zawracamy – chwilę później przeka- zuje ostateczną decyzję kontrolerowi. – OK. Czy zamierzacie wracać do War- szawy? Jaka wysokość? W ściągniętej twarzy kontrolera odbija się fioletowy blask monitora. – Zlewamy paliwo. – …awaryjny mówi. W kabinie wciąż nakładają się gorącz- kowe głosy kilku członków załogi. Mimo to zachowują spokój. – Mamy problem. Właśnie upływa 160. sekunda lotu uszkodzonym samolotem. Nie ma wątpliwości. Piloci doskonale wiedzą, że lądowanie awaryj- ne jest nieuniknione. 17 – Będziemy zlewać paliwo. Wracamy do Warszawy. Schodzimy. Pięć tysięcy czterysta metrów mamy. Schodzimy do czterech tysięcy. – Zrozumiałem. Czy w tym miejscu bę- dziecie zrzucać? – Po wyprowadzeniu ze skrętu będziemy zrzucać paliwo! – Zrozumiałem. Samolot jest przygotowany na wielogo- dzinny lot przez Atlantyk. W skrzydłach i sta- teczniku pionowym jest jeszcze zgromadzone 70 ton nafty, bo w powietrzu są dopiero 27 mi- nut. Paliwo to prawie połowa masy całego sa- molotu. Lądowanie w tej sytuacji groziłoby w najlepszym wypadku połamaniem podwozia i skrzydeł. Od tarcia o płytę lotniska mogłoby dojść do samozapłonu albo wybuchu, dlatego nafta musi być zlana przed lądowaniem przez elektrycznie uruchamiane zawory na końcach skrzydeł i stateczniku pionowym. Operacja jest bezpieczna wyłącznie w czasie lotu po prostej, w przeciwnym razie mgła paliwowa może za- palić się od spalin. – Mieliśmy pożar. Pożar ugaszony i krę- cimy w prawo. Ale to nie jest prawda. – Proszę? Cisza. Trzaski, szumy i piski. Wycie. – No i proszę podać rejon do zlewania paliwa. – Zrozumiałem, 5055. 18 Po wyjściu z zakrętu o 180° lecą w kie- runku Warszawy po prostej. To da im czas na bezpieczne pozbycie się nadmiaru paliwa. Na szczęście samolot jest sterowny na boki, działa- ją lotki i ster kierunku. Nadal jednak nie działa ster wysokości. Pawlaczyk zniża samolot w zakręcie, korzystając z trymera. Jest dużo mniej skuteczny niż ster wysokości, ale pozwa- la panować nad lotem. Właściwie zaś służy do wyważenia samolotu w ustalonym locie. – Rozpoczynamy zrzut – mówi kapitan. – Zrozumiałem. Jest 10 sekund po 10.45 – 222. sekunda od eksplozji. Niecałe cztery minuty. Mechanik przesuwa metalowe przełączniki nad podsufitce pomiędzy fotelami pilota i kapitana. – Jaką mamy wysokość? – (…) do (…) metrów. – Wstrząsy pła- towca zakłócają pracę rejestratora Mars. – Co to? Pożar był? Tak? – Pawlaczyk zwraca się do drugiego. – …pożar. – LOT 5055, Warszawa. – Znów słyszą głos kontrolera obszaru. – Słuchamy. Pawlaczykowi znów odpowiada cisza. Na jedną straszliwą chwilę, w dotąd pełnej gło- sów kabinie, zalega mrożące krew w żyłach milczenie. Doskonale wiedzą, że to właśnie tak się umiera. 19 – 5055 – kapitan przerywa milczenie, wznawiając korespondencję – słuchamy. – 5055, wysokość utrzymujecie, tak? – pyta kontroler. – Cztery tysiące mamy – mruczy drugi. – Tak, cztery tysiące – potwierdza Paw- laczyk. – Trzy osiemset – poprawia drugi. – OK. – Dziewczyny poproś. – Gdzie był ten pożar? – pyta drugi. – Nie w kadłubie, a w kabinie, idziemy zobaczyć – odpowiada mechanik. – Naprawdę nie dociągniemy do War- szawy – kapitan głośno się martwi. Opadają. Nie sposób opisać tego słowa- mi – byłaby w nich tylko bezsilna rozpacz. W ich tragedii tylko jedno zdaje się niemym pocieszeniem: oni do końca będą wierzyć, że może się udać. Niemal do ostatnich sekund bę- dą walczyć, nieświadomi tego, że zginą, po- nieważ przyczyny techniczne to tylko rozpo- znawalne oznaki tego, co już się stało. Tego, że los lotnika, los człowieka w powietrzu, został już przypieczętowany. A to zawsze pozostanie poza granicami umysłu ludzkiego. Żaden po- kładowy przyrząd nie może tego obliczyć. – Ale ich tam nie ma! Utrzymanie poziomego lotu tak obcią- żonej maszyny jest niemożliwe. Kapitan zdaje sobie z tego sprawę. Szukają innego wyjścia. 20 – Niech, ale zgadzamy się, by do War- szawy – słychać w kabinie. – Lądujemy w Rębiechowie. – Hm… Tak! Niech powiadomi Okęcie. Ale do Gdańska nie zdążą zrzucić pali- wa. Nie można. Rębiechowo odpada. Nie ma czasu, trzeba decydować. – Lecimy do Warszawy – Pawlaczyk nadaje kontrolerowi. – 5055. – 5055, przyjąłem – potwierdza kontro- ler. – Dziękuję. – Wyłącz dzwonek – odzywa się drugi. – Niech pan będzie uprzejmy podać stan do koordynacji i VER-y – zgłasza się radio. Po chwili ostrzegawczy dźwięk cichnie. – Już wszystko podane. – Serdeczne dzięki. – To jest na maksymalnym – za ich ple- cami znów słychać mechanika. Mówi o ciągu pozostałych dwóch silników. – Daj nominalną. – Do tysiąca pięćset metrów… – Tysiąc pięćset! – Odbija się jak echo. – To możesz trzymać sto czterdzieści – drugi mówi o kierunku lotu – on nas skieruje. – Ale tam coś jest ze sterami! – martwi się pierwszy. – Wiesz? – Tak, myśmy się z czymś zderzyli! – potwierdza drugi. – No, bo stery mi nie działały. Trymer działa. 21 – Ze sterami. – Trzeci też jest wyłączony – mówi me- chanik. – Wyłączony. – Czwarty nie ma obciążenia – mecha- nik dodaje z tyłu. – Nie pokazuje. Jeden, tylko jeden pokazuje. – Bo stery, rozumiesz – ciągnie kapitan, jakby nie słyszał mechanika – wziąłem na sie- bie, a on na nie reagował – mówi do drugiego pilota – wziąłem wolant, rozumiesz, na siebie, a on nic nie reagował. – Panowie! Na jednym generatorze le- cimy – rzuca głośniej mechanik. Zauważa, że działa tylko jeden z czte- rech generatorów prądu. Brak trzech pozosta- łych oznacza ogromne problemy z funkcjono- waniem większości zasilanych prądem instala- cji samolotu. – Co mówisz? – Na jednym generatorze jesteśmy! – powtarza. – Trzeba teraz zbędne bebechy po- wywalać. – To już ja wyłączam. – Nie wyłączaj radiokompasu – ostrzega Pawlaczyk. Mija siódma minuta lotu od uszkodze- nia. Pół godziny po starcie. W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, kiedy nie żąda się już niczego. Nie liczy się ciepło, miłość, 22 pieniądze ani czas. Wystarczy, że gra toczy się o życie. – Stery nie działają – potwierdza drugi. – No wiem o tym – odpowiada zdener- wowany kapitan. – Zlane? – pyta mechanika o paliwo. – Nie jeszcze. – No to zlej to wszystko. Zlewaj. – Świeci się, ale nie zlewa – Chmielew- ski się denerwuje. On widzi sygnalizator działania elektro- zaworów do zlewania paliwa. Zegar wskazuje poprawne działanie, ale jednocześnie mechanik nie zauważa ubytku nafty. Wie, że to oznacza awarię. – Paliwo zlane? – Nie, nie, nie, nie! – mechanik się de- nerwuje. – Nie, jeszcze? To, w jakim stanie znajduje się maszyna, piloci czują. Są z samolotem zespoleni dłońmi na sterownicach i stopami na orczyku. Odczu- wają drgania powierzchni sterowych, kontrolu- ją jej lot i niemal czują, jak ślizga się na powie- trzu wciąż posłuszna ich woli, choć teraz ciężko uszkodzona niczym śmiertelnie zranione zwie- rzę. Ale nie mechanik. On widzi lot samolotu, jego kondycję i rany na zegarach jak lekarz wpatrzony w kreskę elektrokardiogramu albo wsłuchany w stetoskop. Jest w sytuacji o wiele gorszej, bo nie kontroluje tego, co dzieje się 23 z ogromnym Iljuszynem. Może tylko prawie bezsilny patrzeć na własną agonię. – Nie wiem, dlaczego nie zlewa. – Schodzimy niżej – informuje drugi. – Powiedz, że schodzimy niżej, bo nie utrzymu- jemy. Nie utrzymujemy prędkości i schodzimy niżej! – mówi do kapitana. Jego głos jest metaliczny. Bez strachu, lecz bezlitosny, bez cienia obietnic, żalu albo wahania. Ich sytuacja z każdą chwilą robi się coraz groźniejsza. Samolot nie daje się utrzy- mać w powietrzu. Opada z każdą sekundą. Mu- szą bezzwłocznie lądować. Ponad 50-metrowej długości kolos, pusty i bez paliwa, waży 67 ton. To nie szybowiec – nie wyląduje w kukurydzy albo na łące. Konieczne jest duże lotnisko z długim i utwardzonym pasem. – Powiedz, niech nas na Modlin skieru- ją. I to szybko! – nagle wypala drugi. – Ej! Te! – kapitan uspokaja drugiego. – Pomału, pomału, nie denerwuj się. Kapitan walczy. Stara się utrzymać prędkość maszyny tylko za pomocą trymera. Trymer, inaczej klapka wyważająca, to nie- wielkie urządzenie na sterze wysokości, nor- malnie zmniejszające siłę potrzebną pilotowi do sterowania samolotem. Działa odwrotnie niż ster i jest dużo mniej skuteczne. – Ster wysokości nie działa? – upewnia się drugi. – Zameldować?! – Powiedz! 24 – Ster ci nie działa, czy… – Nie… – W ster wysokości coś musiało uderzyć – mówi kapitan. – To było uderzenie jak… – Tak! – wyręcza go mechanik. – Ude- rzenie takie jak cholera. – 5055, Warszawa – odzywa się kontro- ler obszaru. – Słuchamy. – To były które silniki? Pierwszy i dru- gi? – Pierwszy i drugi, ale mamy kłopoty ze sterowaniem bez steru wysokości. – Rozumiem. Na razie utrzymujecie wy- sokość? – Nie! Niżej schodzimy, bo tylko tryme- rem utrzymujemy wysokość. – Rozumiem, a ilu pasażerów na pokła- dzie? – Sto siedemdziesiąt jeden plus infant – drugi mówi o półtorarocznej Yvette Victorii Trubisz. Infant to dziecko w wieku do dwóch lat, bez prawa do przewożenia bagażu oraz miejsca na pokładzie. Podróżuje na kolanach rodziców. Dziewczynka zginie. – Rozumiem. – …do Warszawy… – Kadłubem znów targają wstrząsy. – …trzeba popatrzeć… – Do Warszawy jest sto osiem? – anali- zują sytuację. – Do Warszawy jest sto osiem? 25 – Tak. Do najbliższego… – Może Modlin po drodze? – kapitan przychyla się do pomysłu swojego zastępcy. – No nie ma innego, nie ma – odpowia- da Karcher. – Nie ma innego – mechanik kiwa głowa wpatrzony w zegary. – A Modlin jest po drodze – kapitan za- stanawia się głośno. – Zlewa się? Cisza. Stoją przed poważnym wyborem. – Modlin po drodze może, nie? – Pawla- czyk spogląda na drugiego pilota. – No to jest… – Chyba… – odpowiada mechanik. – Zamawiamy Modlin? – pyta kapitan. – Tak. Tak. – Karcher, kiwając głową, widzi szansę. – Co mówisz? Kapitan nie wydaje się przekonany. Ma wątpliwości. Chce poznać opinię drugiego, za- nim podejmie ostateczną decyzję. – Na Modlin są dane? – pyta drugi. – A jaki tam pas jest? – Długi! Płaski idealnie! – drugi odpo- wiada kapitanowi zachęcająco. – Krótki! – protestuje mechanik. – Jaki długi! – Można by było – zastanawia się Paw- laczyk z nadzieją, że drugi pilot pomoże w pod- jęciu decyzji – można by było na Modlin. 26 Od tej decyzji może zależeć życie ich i 172 pasażerów. Faktycznie lotnisko w Modli- nie jest położone na płaskim terenie, bez więk- szych przeszkód terenowych w pobliżu i znaj- duje się zdecydowanie bliżej niż Okęcie. Ale nie jest portem lotniczym, a lotniskiem woj- skowym. Nie podlega kontroli cywilnego ruchu lotniczego i nie jest przygotowane do ewentu- alnej akcji ratowniczej dla tak dużej cywilnej maszyny. – Lepiej byłoby, gdyby można było na długim – dodaje mechanik. – Ale nie można utrzymać wysokości – argumentuje Karcher. – To tym bardziej Modlin – zdaje się do takiego rozwiązania skłaniać Pawlaczyk. – Czekaj, może, może… – Aktualnie poziom sto dziesięć – kapi- tan chwilę potem podaje wysokość. – Zrozumiałem, sto dziesięć. I możecie utrzymywać wysokość? – No nie bardzo, nie bardzo. Wciąż opadają. Zeszli już na cztery ki- lometry, aby można było oddychać, ale nie utrzymują lotu poziomego. Są około 3200 me- trów nad gruntem. – Rozumiem. – Nie możemy zlewać paliwa, pozacina- ło się coś! – Chmielewski mówi z przeraża- niem, spoglądając ze strachem na podsufitkę. Już wie, nie ma wątpliwości. 27 – Raczej trudno… – Nie możemy zlewać paliwa – mówi kapitan. – Kran nam się zaciął. Też nie schodzi paliwo. – Rozumiem. – A tamto nie? – Wszystkie! Lecą w uszkodzonej maszynie 10 minut. – Tego nie wyłączaj, nic! – zabrania ka- pitan. – Czekaj, może coś zrobię – mechanik szuka wyjścia z opresji. – Czekaj, czekaj, czekaj. Pomału, no! Tylko nie szarp! – zwraca uwagę drugi. – Przy- gotowania do Modlina i cześć! Nie? – mówi do kapitana. – No można by było, można by było siadać w Modlinie, no. Pawlaczyk jednak nie do końca jest przekonany o słuszności wyboru lotniska w Modlinie. Ma swoje argumenty. Mechanik jest całkowicie przeciwny takiemu wyborowi, drugi pilot zdaje się przychylać do takiego wyjścia z opresji. Kapitan jest jednak dowódcą. – Spytaj – wydaje polecenie drugiemu – do Modlina jak daleko i czy może nas skiero- wać. – Co? – Spytaj, czy może nas skierować na Modlin –powtarza. 28 – Tu Wisłę przecież widać… – zauważa mechanik, jakby widokiem rzeki chciał przefor- sować powrót na lotnisko, skąd wystartowali do felernego lotu. – To co mi to da? – 50. Warszawa. Radar – drugi wreszcie wywołuje kontrolę obszaru. – Czy może nas pan skierować na Modlin? Bo wysokość nam ciągle spada, jest coraz niżej. – Chwilę! Będę załatwiał. Moment. – Dziękuję. – Coś jest z prądem – mruczy mechanik. – Ale trymer działa, tak? Samolot jest niczym łoś ciężko poszar- pany przez sforę wilków. Ucieka zraniony, zna- cząc śnieg plamami krwi. – Szyny! Szyny nie działają! Nie, nie działa szyna! – Nie zlejesz! Nie ma co. Szyna nie działa jedna! Wyładowało bezpieczniki! – Szu- ka przyczyny kapitan. Dla niego sprawa jest jak najbardziej oczywista. Ryszard Chmielewski, lat 54, jest in- struktorem, mechanikiem pokładowym. W po- wietrzu na samolocie Ił-62 spędził niemal 7000 godzin z ogółem 10 500 wylatanych. W LOT pracuje od 1965 roku. Wciąż nie potrafi pozbyć się z samolotu zbędnego paliwa. Właśnie od- krywa przyczynę. 29 – Tylko spokojnie, panowie – uspokaja ich drugi. –To nic nie da… – Rysiu! Nic nie zlejesz paliwa? – Nie wiem. – Ale zlewa się trochę czy nic? – pyta. – Nic się nie zlewa – Chmielewski od- powiada zdenerwowany. – Nic się nie zlewa, nie działa… – No i klap nie będzie? – zastanawia się drugi. – …klapy są… – Powyłączać trzeba – mówi drugi – co niepotrzebne. – Czekaj, ja to też wyłączę. To wszyst- ko? – Tak! Wyłącz! – potwierdza kapitan. – Kierują nas na Modlin? Aktualnie? Jedynym źródłem prądu w samolocie jest jeden z czterech generatorów. Oprócz tego instalacja elektryczna samolotu w większości jest uszkodzona. Przypuszczają, że paliwo nie zlewa się, ponieważ elektrozawory prawdopo- dobnie nie są zasilane. Piloci wyłączają więc zbędne urządzenia, aby oszczędzić energię dla ważniejszych w tej sytuacji elektrozaworów. – Radar wyłącz – kapitan mówi do Chmielewskiego. – Niepotrzebny! – Wiem, wiem, widzę. – Czy możecie nas skierować na Mo- dlin? – kapitan łączy się z kontrolerem. 30 – Czekamy na decyzję wojska! Sekund- kę! – Trzymaj wysokość – drugi zwraca uwagę kapitanowi. – Trzy tysiące. – Co trzymaj, jak nie można! – denerwu- je się Pawlaczyk. – Przecież prędkość spada, czego chcesz? Kapitan wciąż walczy z opadającym samolotem. Do dyspozycji ma tylko koło try- mera, stara się utrzymać prędkość największej doskonałości, ale mimo pracujących dwóch prawych silników samolot wciąż opada niczym szybowiec. – Ale stabilizator, kurka wodna, jest? Przy sterownicy jest przycisk zmieniają- cy kąt wychylenia całego statecznika poziome- go maszyny. Jeśli nie działa ster kierunku, to gdyby wychylić statecznik tylko o kilka stopni, pozwoliłby on na nieco bardziej efektywne kontrolowanie spadania. Na pulpicie jest jesz- cze jeden przycisk zabezpieczony cienkim dru- tem. To awaryjne przestawienie stabilizatora. Kapitan już próbował. Wie, że nie działa. Opa- dają, bo lecą obciążeni na połowie ciągu. Prawa fizyki są nieubłagane. – Stabilizatora nie ma co ruszać – od- powiada zamyślony. Wciąż jednak mają szansę. Gdyby tylko udało się im dociągnąć do lotniska… To ich jedyna szansa. – Halo, Warszawa?! 31 Znów cisza. W chwilach, kiedy śmierć jest blisko, tak blisko, że czuć niemal jej obec- ność, jest ona bardziej przerażająca niż najgor- szy dźwięk. – No, niech pan coś zrobi, bo przecież jesteśmy w sytuacji naprawdę przymusowej, no! – kapitan nadaje w kierunku kontroli. – Maksymalnie szybko musimy siadać – w jego głosie jest coś ostatecznego. – 5055, będzie wszystko załatwione i już w tej chwili – natychmiast odpowiada kontroler obszaru – jeszcze tam z wojskiem się dogadują. – Szybko! Niech nas kieruje na Modlin! – drugi niepotrzebnie ponagla kapitana. Sekundę później piloci czują bardzo sil- ne szarpnięcie na sterownicach. Ogromna siła podrzuca samolot. W kabinie odzywa się ten sam ostrzegawczy dźwięk. – Eksplozja na silniku! – Chmielewski natychmiast podaje prawdopodobną przyczynę. – 5055 – odzywa się znów kontroler – będziecie siadać na Modlinie. Jak was tylko zbliżanie zobaczy, będzie was podprowadzać – mówi. – Awaryjnie siadać i kurka! Tymczasem próbują opanować niespo- dziewanie pogarszającą się sytuację. – Co? – OK. – Eksplozja była na silniku! – krzyczy mechanik. 32 – Prawdopodobnie jest dziura w kadłu- bie – mówi Karcher. Wstrząs jednak nie oznacza wybuchu silnika, jak przypuszczają. Nie wiedzą tego jeszcze, ale przewód paliwa łączący zbiorniki skrzydłowe ze zbiornikiem w stateczniku pio- nowym już wcześniej rozszczelnił się i teraz w ogonie wybuchły opary spuszczanej z niego nafty. Od tej chwili za samolotem ciągnie się warkocz czarnego dymu i ognia. Płoną. Czarny warkocz dymu jest jak ślad krwi na śniegu. Stewardesy to zauważają. – …ale iskry z tyłu samolotu… – Sły- chać głos którejś z nich. – Eksplozja na silniku! – mówi mecha- nik. – O Jezu! – Kierunek niech nam da! – kapitan za- chowuje zimną krew. – Szybko! – Co jest? – dziwi się nagle mechanik. Samolot wciąż leci na dwóch sprawnych silnikach. Zegary nie wykazują spadku oleju, ciągu czy obrotów, jakie powinny nastąpić po jakiejkolwiek awarii silnika. Wie, że w takim razie to nie silnik wybuchł. – Macie zgodę na Modlin – niespodzie- wanie informuje kontroler. – OK. Na Modlin. – kapitan potwierdza. – Gdzie jest Modlin? – pyta drugi. – Nie wiem – denerwuje się mechanik. – Czy nam w ogóle podwozie wyjdzie? 33 On jeden zdaje sobie sprawę z bezna- dziejności ich położenia, choć oczywiście nie w pełni. Jego obawy są jednak uzasadnione. – W Modlinie już na was czekają – mel- duje kontroler. – OK. Dziękuję. – Widzisz? – pyta drugi, wskazując prędkość. – Co mówisz? – kapitan po chwili doda- je. – Wiem, wiem. – Czterysta. Będzie coś z tego? Widzą swoją szansę. Gdyby udało im się bezpiecznie posadzić uszkodzony samolot na ziemi, nawet jeśli jest to wojskowe lotnisko, prawdopodobnie udałoby się uratować więcej ludzi. – Pan jest z radarem, to niech nas pan skieruje tam w stronę Modlina – kapitan prosi kontrolę obszaru. – Na razie kurs TMN trzymajcie. – Na co? – dziwi się drugi pilot. Nie rozumieją. Coś jednak dzieje się po- za nimi. I tak jest w istocie. Nie wiedzą o rze- czywistym uszkodzeniu samolotu, ale też o tym, że kontrolerzy próbują przeforsować na wojskowych lądowanie cywilnej maszyny. – OK – potwierdza Pawlaczyk. – TMN. Milczą. Każdy z nich z osobna wędruje myślami gdzieś poza kabinę. Do żon, matek, do dzieci. Do życia. 34 – Z tym że cały czas – mówi kapitan – schodzimy z wysokości. Dlatego że nie jeste- śmy w stanie z tym ciężarem utrzymać tamtej na dwóch silnikach. To prawda, samolot leci tylko na silni- kach numer 3 i 4 z prawej strony kadłuba. Ich moc jest niewystarczająca do kontynuowania lotu poziomego, tym bardziej że samolot jest wypełniony bagażem, a w zbiornikach paliwa wciąż zalega około 35 ton nafty. Załoga nie wie jednak, że pozostałe nieczynne dwa lewe silniki i ogon samolotu się palą. pasażerami, – Rozumiem. – TMN jest na pierwszym radiokompa- sie. Na pierwszym radiokompasie będzie. Jest 10.55. Od niemal kwadransa walczą o życie w zranionej przez niewidocznego wroga maszynie. Walczą, choć ich życie kończy się z każdą następną, przerażającą w swej grozie i nieuchronności końca, minucie. – Panie kapitanie – pyta stewardesa – czy dacie informację dla pasażerów? – Że co? – Kapitan nie słyszy, zajęty utrzymaniem wysokości. – Czekaj. Ma znacznie ważniejsze sprawy na gło- wie. W tej chwili działa w stanie wyższej ko- nieczności. – Dziewczyny się pytają – podpowiada drugi. 35 – …co zrobimy, jak nam radio wysią- dzie – mechanik się martwi – …radio wysią- dzie. – Wszystko, wszystko będzie w zależno- ści od sytuacji – Pawlaczyk podtrzymuje załogę na duchu. – Oczywiście. – No, ale z wiatrem nie będziemy siadać – kapitan analizuje warunki na lotnisku w Mo- dlinie. – Jak jest silny wiatr… – Co jest? Tył? – mówi drugi. – Tył? – Trzeba się odchylić będzie w lewo. – 5055 – słychać głos kontrolera – w kierunku na TMN i utrzymujecie kurs? – Musisz teraz trzymać się, bo… – Utrzymujemy, utrzymujemy – spokoj- nie odpowiada kapitan. – Rozumiem, że szybkość spadnie… – Bo to jest od TMN-u z lewej strony, leciutko na wschód – dodaje kontroler. – OK. Dziękuję. – Nie więcej jak pięćset – ostrzega dru- gi. – Trzeba by tu wyłączyć – zwraca uwa- gę mechanik – bo trzeba wypuścić podwozie. Wie, że aby wypuścić podwozie, nie- zbędny będzie prąd, którego nie mają. Muszą wyłączyć kolejne urządzenia, żeby nie lądować na brzuchu. – Trzeba coś wyłączyć – Kłosek powta- rza głośniej. 36 – Ten generator to będzie chodził? – A od czego teraz pokazuje? Dla mechanika wskazanie oznacza, że urządzenie żyje. – Ten generator pokazuje! – Obciążenie – mówi. – Ten generator, co… nic nie pokazuje! – drugi wskazuje inny przyrząd. – Tak! Później to będzie dobre, ale… – Później to będzie dobra. – Kurwa wodna! Obciążenia nie ma – denerwuje się drugi. – Obciążenia nie ma! – Tu nie ma prędkości też tak samo… – Za mała prędkość! – krzyczy drugi. – LOT 5055, straciłem kontakt radiowy z wami – tymczasem informuje kontroler. – No mamy – odpowiada kapitan – dwa tysiące sześćset metrów. – Rozumiem, ale straciłem w tej chwili kontakt z wami. – Siedemdziesiąt dwie mile do Piasecz- na mamy stąd – kapitan podaje dystans od lot- niska. – Pięćdziesiąt dwie mile. Przyjąłem. – Siedemdziesiąt jeden – poprawia Paw- laczyk. – Siedemdziesiąt jeden! Siedemdziesiąt jeden, siedemdziesiąt jeden mil do Piaseczna! – Rozumiem. – Kierunek trzysta dwadzieścia. – 5055? 37 – Tak, słuchamy, 5055 – odpowiada ka- pitan. – Dalsza częstotliwość – kontroler poda- je wojskową częstotliwość lotniska – trzysta dziesięć Alfa Tango. Alfa Tango trzysta dzie- sięć. – Dziękuję bardzo. – Kierunek pasa dwa-sześć-dwa – po- wtarza – dwa-sześć-dwa, kierunek pasa. Nie mogą tego wiedzieć, ale zostało im tylko około 1000 sekund. 1000 razy raz. 1000 ruchów wskazówki zegara, tylko o milimetr, tylko o sekundę. – E, poczekaj. Leszek, słyszałeś, trzy- sta… Lesław Łykowski, nawigator, lat 57, na- lot 9500 godzin, w tym na Ił-62 3100 godzin. Siedzi w drugiej części kabiny załogi, za pilo- tami i mechanikiem. Dotąd głównie milczący. – Czterdzieści Alfa – Łykowski nawigu- je w kierunku radiolatarni – bliższa Alfa, bliż- sza sześćset czterdzieści Alfa. – Czterysta cztery, sześćset czterdzieści przez trzysta dziesięć dalsza – powtarza głos z lotniska w Modlinie – i sześćset czterdzieści bliższa. – Tak. – Ile? – nawigator chce się upewnić. – Sześćset czterdzieści on tam… powie- dział – powtarza drugi. 38 – Dziękuję, dziękuję – potwierdza pro- wadzący korespondencję kapitan – sześćset czterdzieści Alfa. – Trzysta dziesięć i sześćset. – Kierunek pasa dwa-sześć-dwa. Dwa- sześć-dwa kierunek pasa – jak mantrę powtarza kontroler. – Dwa-sześć-dwa. Dziękuję – odpowia- da kapitan. – Na drugim radiokompasie masz Modlin! – dodaje w kierunku nawigatora. – Nie mam z wami kontaktu radarowego – mówi kontroler. – Przejdźcie w tej chwili na zbliżanie sto dwadzieścia osiem przecinek osiem. – Na drugim radiokompasie masz Mo- dlin! – Dziękuję. Przechodzimy na sto dwa- dzieścia osiem przecinek osiem. Dziękuję. Zbliżanie. Dzień dobry. Jeszcze ponownie 5055. – 5055. Kłaniam się – odzywa się inny głos. – Widzę panów dwadzieścia cztery kilo- metry przed TMN-em. Słucham. – Aktualnie wysokość osiemdziesiąt pięć, ciągle opadamy – informuje kapitan. – Nie możemy utrzymać wysokości i na Modlin kierujemy. – Zrozumiałem. Proszę kontynuować na tym kursie – kontroler wydaje dyspozycję do lądowania w Modlinie – schodzić do sześciuset pięćdziesięciu metrów. Ciśnienie na Okęciu jest 39 na razie siedem-cztery-dziewięć. Pas w Modli- nie ma trzy tysiące pięćdziesiąt metrów. Bę- dziecie lądowali na kierunku dwa-sześć-dwa. Na razie proszę schodzić do sześciuset pięć- dziesięciu metrów. Lecą na wysokości już tylko 2550 me- trów, są niewiele więcej niż kilkanaście kilome- trów od Modlina. Okęcie jest cztery razy dalej. Lądowanie na pasie 262 oznacza, że będą mu- sieli podejść do lotniska od wschodu, wykonu- jąc zakręt przed Narwią. – Będziemy próbować. Decydują. Kolorowe pola pod skrzy- dłami samolotu żłobią coraz krótsze bruzdy cienia zbliżającego się gdzieś od wschodu, za horyzontem. – OK, do sześćset pięćdziesiąt metrów – powtarza Pawlaczyk – kierunek w Modlinie dwa-sześć-dwa. To niech pan nas skieruje tam. Odpowiada im cisza. Znów ta przeraża- jąca cisza, w której wśród tykania chronometru jeży się ich własna śmierć. – A on nie może, bo nieczynne? – stara się ją wyjaśnić drugi pilot. – Spróbuję panów wprowadzić – odpo- wiada po chwili kontroler. – Nie wiem na razie, gdzie tam jest próg pasa. Po prostu musimy to ustalić, jaki tam jest kierunek wiatru, jakie tam ciśnienie. Na razie nie ma żadnych danych. Wiem tylko, że długość pasa wynosi trzy tysią- ce pięćdziesiąt metrów. 40 – Co? Sytuacja staje się dużo bardziej skom- plikowana. Zatem podane warunki dotyczą Okęcia, a co jeśli wiatr jest inny? Trzeba zde- cydować, co dalej. – Okay. Dziękuję bardzo i za to. Modlin? To nie jest już takie oczywiste. Są w punkcie wyjścia. W kabinie wybucha kłótnia. Każdy ma swoje argumenty. – Ale z wiatrem nie możemy siadać! Człowieku, no?! – kapitan argumentuje. – …nie uszkodzić! – …paliwa – krzyczy mechanik. – …w drugą stronę… – No przecież myślę, no. – Paliwo! – Leszek! Sześćset dziesięć dalsza? – Tak! – Czterysta cztery, sześćset czterdzieści przez trzysta dziesięć dalsza i sześćset czter- dzieści bliższa. – Tak. – Awaryjnego podwozia… – Posłuchaj… – …ty słuchaj, o stój tu tak, bo ja tutaj będę musiał zobaczyć, żeby nie… – Nie lepiej by było do Warszawy le- cieć? – nagle spokojnie, rzeczowo odzywa się mechanik. Cisza. Pozostałe silniki pracują miaro- wo, buczeniem przyprawiając o spokój. W dali, 41 za ciemniejącym złowieszczo pod nimi lasem, daleko i sennie rysuje się miasto. Z tej perspek- tywy nieszkodliwe, ale dla nich oznacza śmierć. – Tu siadamy? – upewnia się drugi. – Lecimy na drugi radiokompas! – Nie lepiej w Warszawie? – znów mó- wi mechanik. – Lepiej by było w Warszawie, bo tam jest… – mówi kapitan. – Bo tam chyba, wiesz, obstawa lepsza. – Ja wiem, ale… – Prawdopodobnie, że lepiej jest w War- szawie – dodaje Karcher. Minęła 11.00. 750 sekund do Lasu Ka- backiego. 12 minut. – Sto dwadzieścia stopni… – Ja bym leciał do Warszawy – mecha- nik naciska. – Też bym leciał do Warszawy – drugi wreszcie zajmuje stanowisko. – Schodź poma- łu. Ja mu powiem, że do Warszawy lecimy. – Tak, spróbujemy – kapitan podejmuje ostateczną decyzję. – Tak, bo to nam nic spe- cjalnie nie da – mówi o lądowaniu w Modlinie. – Zbliżenie 5055. Decyzję podejmuje- my, lecimy do Warszawy – mówi drugi pilot przez radio. – W Warszawie lepsza będzie ob- stawa dla nas. – Zrozumiałem – odpowiada kontroler zbliżania. – Kurs proszę na Piaseczno. – Kurs na Piaseczno. 42 – Dziękuję. Chyba że chcecie prosto z trasy na jeden-jeden? – Z prostej? – dziwi się drugi. – Nie – kapitan zdecydowanie odpowia- da kontrolerowi. – Za duży wiatr będzie. Sto trzydzieści pięć kontynuujemy. – Zrozumiałem. W takim razie mogę podprowadzić na jeden-pięć, no i trzy-trzy zo- staje. – Jaka siła wiatru i kierunek? – pyta ka- pitan. – Trzysta dwadzieścia stopni, dwadzie- ścia dwa kilometry na godzinę. – Wolę na trzy-trzy – decyduje. – Trzy-trzy, tak? – Tak. Zgadza się. – Będzie trzy-trzy, kontynuujcie do sześćset pięćdziesięciu metrów. Samolot leci od północnego zachodu. Najprościej byłoby wylądować na pasie 11, z tzw. prostej lub 15, ale wtedy lądowanie od- bywałoby się z wiatrem bocznym albo niemal dokładnie wiejącym w ogon maszyny. Lądo- wanie i start tymczasem powinno odbywać się z zasady pod wiatr i każda droga startowa to umożliwia, o ile łoże wiatru wieje wzdłuż pasa. Podejście z wiatrem rodzi konieczność zwięk- szenia prędkości, a to w ich sytuacji byłoby dodatkową niesprzyjającą okolicznością. – OK. Kontynuujemy do sześćset pięć- dziesiąt – kapitan podejmuje decyzję. 43 Okrążą lotnisko i podejdą do lądowania dokładnie pod wiatr na najdłuższym pasie. Są na wysokości około 2000 metrów. Do Okęcia pozostało im 90 kilometrów. – …tak, tak, my pomału tak schodzimy – potwierdza przez radio drugi. – Tam nic pod wami nie ma. – Dziękuję. Z tym że jest możliwość, że będziemy siadali na gruncie, bo – kapitan wzdycha – mamy w ogóle z wszystkim tutaj kłopoty, i z elektrycznością, i w ogóle wszyst- kim tak. Głos kapitana staje się niemal niezrozu- miały – grzęźnie wśród trzasków, pisków i szumów. – Jak nam nie wyjdzie podwozie, kadłub jest uszkodzony – Pawlaczyk zdaje relację. – Jak nie wyjdzie podwozie i ten, jak się nazywa – widać, że jest skrajnie zmęczony – klapy, no to trzeba będzie siadać na gruncie. – Przyjąłem. Zbliżanie. – I jeszcze dla informacji, nie mamy ste- rowania sterem wysokości. – Zrozumiałem. Kiedy umierasz, ludzie zaczynają cię wreszcie słuchać. Już nie czekają, aż powiesz coś, by móc wyrazić swoje zdanie, ale po raz pierwszy słuchają naprawdę. Bo dalej już nie istnieją żadne słowa, żadna prawda nie jest prawdziwa poza tą, która zmaterializuje się za- 44 raz w ciszy, jaką śmierć nieuchronnie pociąga za sobą. – Aha – przypomina sobie kapitan – dziewczyny niech powiedzą, że… – Mają przyjść? – pyta drugi. – Tak, dziewczyny, niech one przyjdą. Tak. Zawołać dziewczyny. Dla stewardesy latanie na iłach-62 było nobilitacją. Pokład tych samolotów obsługiwały tylko najbardziej doświadczone z nich. Marzyły o tym, by latać tym samolotem. – Jest pani kierowniczka, panie kapitanie – mówi jedna z nich. Do kabiny wchodzi Maria Berger- Senderska, lat 39, szefowa personelu pokłado- wego. Pracuje w LOT od 13 lat. Na pokładach samolotów spędziła 6300 godzin. – Słucham, panie kapitanie? – szepce. – Niech wszyscy – kapitan poleca jej twardym głosem – będą przygotowani, przygo- towani wszyscy do awaryjnego… do awaryjne- go opuszczenia samolotu. Wszystkie czynności, tak jak powinno być, a wy wszędzie tam, gdzie powinniście być. Kobieta zakrywa usta dłonią. Zdawała sobie sprawę, że nie jest dobrze, lecz głos do- wódcy jest dla niej jak ostateczne potwierdze- nie najgorszych obaw i najstraszniejszych przypuszczeń. 45 – Nie denerwuj się! Nie denerwuj się, Maryś! Wszystko będzie w porządku! – Chmie- lewski ją uspokaja. Ale się myli. Nie może myśleć inaczej, wciąż przecież walczą. Ale nie wie też, że za niecałe osiem minut przegrają. – Uważaj, uważaj, bo… – Coś się dzieje? – pyta kobieta. – No dzieje się – mówi drugi. – To wi- dać, że się dzieje przez cały czas. Z prądem coś się dzieje. – Wisła – mruczy kapitan. – O, Wisłę masz! – wskazuje mechanik. – Jeszcze mamy jakieś trzydzieści pięć mil – dodaje Pawlaczyk. Chwilę później Maria Berger-Senderska ociera łzę. Stara się uspokoić i zachować profe- sjonalizm. Od niej zaskakująco wiele zależy. Bierze mikrofon do ręki. Są 55 kilometrów od upragnionego lotniska. – Proszę o uwagę – zaczyna – kapitan poinformował nas, że z przyczyn technicznych zmuszeni będziemy do lądowania awaryjnego. Należy liczyć się z koniecznością szybkiego opuszczenia pokładu. Proszę pozostać na miej- scach, zachować spokój i dokładnie – kobieta akcentuje ostatnie słowo – wykonywać polece- nia personelu pokładowego. Jedna z pasażerek, Halina Domeracka, pisze na egzemplarzu Pisma Świętego datę, 46 swoje nazwisko, adres i słowa: „Awaria w sa- molocie, co będzie, Boże?”. Ma 59 lat. Kobieta nie wie, tak jak nikt na ziemi i przede wszystkim na pokładzie, w jak tragicznym położeniu się znajdują. W tej właśnie chwili przypomina sobie katastrofę innego Iła. Siedem lat wcześniej Mikołaj Ko- pernik pogrzebał 87 istnień ludzkich, rozbijając się w fosie obok fortu Okęcie. – Proszę zdjąć buty. – Słyszy głos ste- wardesy. – Przypomnę procedurę awaryjną. Usiądź głęboko w fotelu. Zapnij ciasno pas. Pochyl tułów jak najniżej. Obejmij kolana rę- koma. Stopy mocno oprzyj o podłogę. Kobieta pomiędzy żółte kartki wsadza 400 dolarów i 10 000 złotych oraz kwit z ban- ku. – Trzydzieści pięć ton paliwa mamy – informuje tymczasem w kabinie mechanik. – Ile? – Trzydzieści pięć ton paliwa – powta- rza. – Znów się włączył prąd. Paliwo idzie teraz – mówi. – Ja to widzę. Czuję po trymerze, wiesz – kapitan zwraca się do drugiego. – 5055. Zmienił się wiatr – podaje kon- troler zbliżania. – Wynosi w tej chwili dwieście dziewięćdziesiąt stopni. Dwadzieścia dwa ki- lometry na godzinę. – Trzy-trzy, trzy-trzy! 47 Już nie ma odwrotu. Kapitan już zdecy- dował o pasie do lądowania. Są przecież coraz niżej. – Nie, trzy-trzy, już decydujemy… – OK. Będzie trzy-trzy – wyjaśnia kon- troler – tylko podaję, że się zmienił wiatr. A reszta jest bez zmian. Ciśnienie siedem-cztery- dziewięć i CAVOK. CAVOK to skrót od „Cloud and Visibi- lity OK”. Oznacza widzialność 10 km lub wię- cej, brak chmur poniżej 1500 metrów nad zie- mią, brak chmur burzowych i opadów. – Dziękuję. – Minęliśmy Wisłę. – Tak. Potwierdzam – mówi kontroler. – Cały czas obserwuję. 55, do dołu. – Tylko stabilizatora, cholera, nie mamy – martwi się kapitan. – Zrzut paliwa się uda, nie? – Więcej nie będziemy schodzić, bo tam trzęsie, wiesz – kapitan informuje o turbulencji drugiego. – No na razie, na razie tyle. Trzymam prędkość. – Też ta prędkość będzie… – Tak, tak, tak. – Trzydzieści dwie tony w tej chwili mamy – mówi mechanik. – Resztę zlało się. – Trzydzieści dwie tony, sto siedemdzie- siąt jeden plus infant – analizuje zagrożenie kapitan. – No daj… Nie możesz? 48 200 litrów na każdego człowieka. 200 li- trów ognia. 200 litrów, by umrzeć w piekle. – Bogdan, wywalamy resztę. – I szyby też wyłączyć? – I szyby też! Radiooperator wykonuje polecenia kapi- tana. Kolejno wyłącza urządzenia wskazane przez Pawlaczyka. – Nie! – ten po chwili dodaje. – Szyby nie, bo zaparować mogą. – Aha. No dobra, dobra, dobra. Chwila ciszy. Jest czas na ostateczne in- strukcje. – No jak bym siadał – dowódca mówi do drugiego pilota – to mi sto pięćdziesiąt daj, ale widzisz, cholera jasna, dwadzieścia dwa na go- dzinę wiatr. – No właśnie. Kapitan przekazał instrukcję na temat prędkości w milach. Chodzi o 240 kilometrów na godzinę. To o 20 kilometrów więcej niż mi- nimalna prędkość, z jaką ich Ił-62M potrafi jeszcze utrzymać lot. Lecz jest to prędkość względem strugi powietrza, nie względem zie- mi. Ponieważ zdecydowali o lądowaniu pod wiatr, a ten wieje około 20 kilometrów na go- dzinę, w przeciwnym do ich lotu kierunku, za- tem faktyczna prędkość samolotu względem ziemi będzie wynosić tyle co minimalna pręd- kość maszyny. 220 kilometrów na godzinę. 49 Widzą przed sobą Wisłę, widzą Okęcie, a po lewej Warszawę. Są w powietrzu prawie 27 minut od fatalnego wybuchu silnika. Zginą za niecałe cztery. – Gdzie jest lotnisko? Widać? Nagle pilot traci z oczu wielką literę iks krzyżujących się przed nim pasów lotniska. – Co? – Ile jest do lotniska? – denerwuje się pi- lot. – Nie wiem – odpowiada drugi. – Ster wysokości pracuje czy nie? – dopytuje się kapi- tana. – Nie. Nie! No nie wiem, bo lotniska nie… – ten bezskutecznie próbuje odzyskać orientację wzrokową. Komenda straży pożarnej w Warszawie otrzymuje informację, że samolot Ił-62M bę- dzie awaryjnie zrzucał paliwo. – Nie ma Hanki, no! – Słyszą nagle z ty- łu głos Marii Berger-Senderskiej. Kobieta zdaje sobie sprawę, że jej kole- żanka Hanna Chęcińska może już nie żyć. Nie ma jej na pokładzie. – Gdzie jest właściwie? – pyta drugi. – Boję się, że stało się coś strasznego. – Nie denerwuj się, Maryś. – Brakuje stewardesy – wyjaśnia me- chanik – bo przecież nam drzwi wyrwało! To oczywiste. Wszyscy wiedzą, co to może oznaczać. Hanna Chęcińska, lat 35, star- 50 beju gwałtownie sza stewardesa. W LOT pracuje od 1972, ma wylatane 8300 godzin. Myślą, że w chwili pierwszego wybuchu została wyssana na ze- wnątrz samolotu. Prawdopodobnie jednak stało się coś innego. W chwili wybuchu kobieta zna- lazła się w tylnej części kadłuba, w przedziale technicznym (beju). W momencie wybuchu ciśnienie w spadło i uniemożliwiło Hannie Chęcińskiej wydostanie się stamtąd. Bez tlenu straci przytomność, a potem prawdopodobnie zginie w płomieniach. Ciało nigdy nie zostanie odnalezione. Jej śmierć zostanie tajemnicą na zawsze. W miej- scu katastrofy mąż znajdzie potem obrączkę żony z wygrawerowaną datą ślubu. Po katastro- fie wiele stewardes LOT-u rezygnuje z pracy. A matka kobiety, odwiedzając codziennie jej grób na Powązkach, już zawsze będzie zadawać sobie to samo pytanie przez długie lata. Jak to było naprawdę? – Ojej, do lotniska jest blisko! Widzę Raszyn – nagle mówi kobieta. – Okęcie już widać! – potwierdza kapi- tan z ulgą. – Już można schodzić pomału – dodaje drugi. – Pytać radar? – Poczekaj, poczekaj. – Zbliżenie – sam podaje przez radio. – Schodzimy, 55. – Słucham pana. 51 – Ja chciałem łączność sprawdzić, bo ta- ka cisza w eterze, tylko szum… Nagle odzywa się złowieszczy ciągły dzwonek sygnalizujący pożar. Jego dźwięk przypomina budzik. – Gdzie? – krzyczy kapitan. – Na czym? Wyłączaj… – Cały czas obserwuję – kontroler zbli- żania mówi spokojnie – i słyszę pana na piątkę. Nic się, jak na razie, nie popsuło. – Wyłączam… – krzyczy mechanik. – Na co wyłączasz? – pyta drugi. – A u nas pożar jest znów – kapitan niemal zrezygnowanym głosem odpowiada kontrolerowi. – Na czym? – kontroler jest przerażony. – Palicie się? Samolot pali się jednak od dawna. Cią- gnie warkocz ognia i dymu od kilku minut, znacząc swoje ostatnie minuty na niebie. Zoba- czy go chwilę później świadek katastrofy. Po- żar zostaje wykryty dopiero teraz, bo przez czujniki umieszone w kadłubie. Te w ogonie, w miejscu pożaru, zostały uszkodzone przy pierwszym wybuchu i nie zadziałały. – Pożar mamy! – krzyczy Chmielewski. – Palicie się? – Chyba tak – odpowiada kontrolerowi kapitan. – Gdzie jest lotnisko? W którym miej- scu? – mówi już do załogi. 52 – Siadamy z pożarem – argumentuje Chmielewski. – No to siadamy na jeden-pięć – mówi o pasie najbliżej. Na wprost. Z wiatrem. – Ale gdzie masz? Gdzie jest lotnisko? – krzyczy kapitan. Nie widzi lotniska. – …Warszawa? – rzuca w eter. – Z któ- rej strony jest lotnisko? Ej! Kontroler odpowiada, ale koresponden- cja nakłada się, w efekcie czego nikt się nie słyszy. W lotnictwie stosuje się simplex, czyli nadawanie lub odbiór. Gdy nadaje się jedno- cześnie, nie słychać nikogo. Chwilę później jest już za późno na lądowanie z prostej na najbliż- szej drodze startowej. – …palimy się! – Mechanik lokalizuje pożar. – Jest w bagażniku… – Ale gdzie my jesteśmy? Kurde-mol, no?! – kapitan traci orientację. Musi teraz przelecieć z wiatrem na po- łudnie od Raszyna i zwrócić o 180° przed Pia- secznem. Nie ma wyjścia. – W lewo! – podpowiada mu drugi. – W bagażniku! W bagażniku jest… – krzyczy mechanik. Wie, że pali się w bagażniku numer 4, pod podłogą, w tylnej części kadłuba. Na pokładzie wybucha panika. Pasażerowie prze- suwają się w kierunku dziobu maszyny, ucieka- jąc od ognia. Zmienia się wyważenie maszyny. Samolot jest coraz mniej sterowny. 53 Wieża kontroli ruchu lotniczego przeka- zuje
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pół godziny Tadeusza Kościuszki. Katastrofa w Lesie Kabackim
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: