Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00413 006548 19986674 na godz. na dobę w sumie
Północ przeciw Południu. Część 2 - ebook/pdf
Północ przeciw Południu. Część 2 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 236
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-53-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-18%), audiobook).

Jesteśmy w 1862 roku. Wojna secesyjna, która trwa od dziesięciu miesięcy, wydaje się oszczędzać stan Florydy, chociaż jest sygnalizowane zbliżanie się oddziałów Nordystów. James Burbank, bogaty gospodarz z okolic Jacksonville, nie ukrywa jego abolicyjnych przekonań, co ściąga na niego nienawiść Texara, Hiszpana o wątpliwej przeszłości. Podejrzewany o różne akty rozboje nigdy nie zostaje skazany, ponieważ zawsze dostarcza niezbite alibi. Z powodu wyzwania Burbank ogłasza uwolnienie swoich niewolników. Texar, który obalił władze { miasta, decyduje wtedy, by wypędzać nowo wyzwolonych. Atakuje oraz podpala plantację i korzysta z zamieszania, by porwać Dianę, córkę Burbanka i jego mamka, Zermah. Gilbert, starszy syn Burbanka, oficer marynarki federalnej, powraca potajemnie chcąc zobaczyć swoich rodziców. Odjeżdżając, zostaje schwytany przez Południowców podczas gdy Marsowi, jego służącemu, udaje się uciec i dotrzeć do kanonierek Nordystów. Młodzieniec i ojciec oskarżeni o szpiegostwo mają zostać rozstrzelani następnego, jeżeli okręty federalne, zablokowane przez barierę na rzece, nie zdążą na czas zdobyć portu. Podczas nocy opatrznościowa burza pozwala kanonierkom przeskoczyć przeszkodę. Burbankowie zostają uwolnieni, a z kolei zamknięty Texar, oskarżony o porwanie dziecka, ma się znaleźć przed trybunałem. Ale łotr jeszcze raz przedstawi alibi, że jest które całkowicie niewinny i Burbank musi uwolnić człowieka, który więzi jego córkę w nieznanym miejscu. Rzeczywiście, Diana i jej mamka były zostały zabrane w głąb bagien Everglades, do tajnej kryjówki Texara. W tym miejscu Zermah przypadkowo niewiarygodną machinację: Texar ma brata bliźniaka i, dzięki temu doskonałemu podobieństwu, może sobie tworzyć niepodważalne alibi. Odważna Metyska ucieka z dziewczynką, ale jeden z dwóch braci ją ściga. Podczas gdy udaje się mu je schwytać, przybycie Burbanka w towarzystwie marynarzy z obozu Północy odwraca sytuację. Postanowiony i oskarżony o zbrodnie wojenne, Texar staje przed plutonem egzekucyjnym. Wtedy dołącza jego brat bierze część odpowiedzialności na siebie. Dwaj mężczyźni, trzymając się za ręce, zostają rozstrzelani. Po powrocie na plantację rodzina Burbanków przedsięweźmie działania, by podnieść ją z ruiny, a Gilbert poślubi Alice Stannard, jego przyjaciółkę z dzieciństwa.

Seria wydawnicza 'Biblioteka Andrzeja' zawiera ponad 55 powieści Juliusza Verne'a i z każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich i przypisy. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Juliusz Verne PÓŁNOC PRZECIW POŁUDNIU Juliusz Verne PÓŁNOC PRZECIW POŁUDNIU część druga Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Siedemdziesiąta ósma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: Nord contre Sud © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2020 85 ilustracji, w tym 9 kolorowych i mapka: Léon Benett (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2020 ISBN 978-83-66268-51-7 (całość) ISBN 978-83-66268-53-1 (część druga) CZĘŚĆ DRUGA Rozdział I Po porwaniu T exar!”. Takie nienawistne nazwisko rzuciła Zermah w ciem- ności w chwili, gdy pani Burbank i miss Alice dotarły nad brzeg zatoczki Marino. Dziewczyna rozpoznała nikczemnego Hiszpana. Nie można więc było podawać w wątpliwość, że to on był sprawcą porwania, któremu także osobiście przewodził. Faktycznie, to był Texar, któremu towarzyszyło z pół tuzina lu- dzi, jego kompanów. Hiszpan już od dawna przygotowywał tę wyprawę, w wyniku której miało dojść do dewastacji Camdless Bay, splądrowania Cas- tle House, zrujnowania Burbanków oraz porwania lub śmierci głowy rodziny. Właśnie w tym celu rzucił swoje hordy rabusiów na plan- tację, jednak nie stanął na ich czele, pozostawiając kierowanie nimi swoim najgwałtowniejszym zwolennikom. To tłumaczy, dlaczego John Bruce, który wmieszał się w bandę napastników, mógł zapew- nić Jamesa Burbanka, że między nimi nie ma Texara. Aby go spotkać, trzeba było udać się do zatoczki Marino podziem- nym tunelem połączonym z Castle House. W przypadku gdyby dom został zdobyty, to właśnie tą drogą ostatni obrońcy próbowaliby się wycofać. Texar wiedział o istnieniu tunelu, dlatego też wsiadłszy w Jacksonville do łodzi, której towarzyszyła druga ze Squambo i dwo- ma niewolnikami, dotarł do zatoczki, by pilnować tego miejsca, z które- go najpewniej James Burbank będzie próbował ucieczki. Nie pomylił się, a zrozumiał to, gdy zobaczył jedną z łodzi z Camdless Bay ukrytą w trzcinach zatoczki. Murzyni, którzy jej pilnowali, zostali zasko- czeni, zaatakowani i zarżnięci. Teraz nie pozostawało nic innego jak tylko czekać. Wkrótce pojawiła się Zermah, a wraz z nią dziewczyn- ka. Gdy Mulatka zaczęła krzyczeć, Hiszpan, obawiając się, by ktoś ~ 242 ~ nie przybył na ratunek, natychmiast pchnął ją w ramiona Squambo. Kiedy pani Burbank i miss Alice pojawiły się na brzegu, Mulatka właśnie w tej chwili była uwożona rzeką w łodzi Indianina. Co się działo dalej, wszyscy wiemy. Jednakże po dokonanym porwaniu Texar nie uznał za stosowne dołączyć do Squambo. Ten człowiek, który był mu całkowicie oddany, wiedział, do jakiej nieprzeniknionej kryjówki mają być odprowadzone Zermah i mała Dy. Dlatego też w chwili, gdy padły trzy wystrzały z działa odwo- łujące napastników bliskich zdobycia Castle House, Hiszpan znik- nął, przecinając na ukos St. Johns. Dokąd się udał? Tego nie wiadomo. W każdym razie nie wrócił do Jacksonville w nocy z trzeciego na czwartego marca. Pojawił się dopiero dobę później. Co się z nim działo podczas tej niewytłuma- czalnej nieobecności, której nawet nie starał się wyjaśniać? Nikt tego nie wiedział. Tymczasem było całkiem naturalne, że może zostać skompromitowany, gdyby został oskarżony o udział w porwaniu Dy i Zermah. Zbieżność między porwaniem a jego zniknięciem mogła tylko obrócić się przeciw niemu. Jakkolwiek było, wrócił do Jack- sonville rankiem piątego marca, by podjąć przedsięwzięcia niezbędne dla obrony południowców – by zdążyć, jak było widać, zastawić pu- łapkę na Gilberta Burbanka i przewodniczyć komitetowi, który skazał młodego oficera na śmierć. Jedno było pewne: Texara nie było w łódce prowadzonej przez Squambo, unoszonej w ciemnościach przypływem w górę rzeki, po- wyżej Camdless Bay. Zermah, zrozumiawszy, że jej okrzyki nie zostaną już usłyszane na pustych brzegach St. Johns, zamilkła. Usiadła w tyle łodzi i ściskała w ramionach małą Dy. Przerażona dziewczynka nie wypowiedziała ani jednej skargi. Przytuliła się do piersi Mulatki, schowała się w fałdach jej mantyl- ki. Jedynie raz czy dwa z jej ust wydostało się kilka słów: – Mamo…! mamo! Dobra Zermah, boję się…! boję się! Chcę zobaczyć mamę…! Texar dotarł do zatoczki, by pilnować tego miejsca, z którego najpewniej James Burbank będzie próbował ucieczki. ~ 244 ~ – Tak… moja umiłowana…! – odpowiedziała Zermah. – Znowu ją zobaczymy…! Nic się nie bój…! Jestem przy tobie! Dokładnie w tej chwili przerażona pani Burbank biegła prawym brzegiem rzeki, na próżno szukając łodzi, która zabrała jej córkę na drugi brzeg. Panowały głębokie ciemności. Pożary wzniecone na terenie po- siadłości zaczynały przygasać z hukiem podobnym do eksplozji. Z zebranych na północy dymów wyłaniały się rzadkie wybuchy pło- mieni, które odbijały się na powierzchni rzeki jak szybkie błyska- wice. Później wszystko stało się milczące i ciemne. Łódź płynęła korytem rzeki, której brzegów nie można było dostrzec. Nie byłaby bardziej odosobniona, gdyby znalazła się sama na pełnym morzu. Ku jakiej małej zatoczce kierowała się łódka, którą kierował Squambo, trzymając ster w ręce? Tego przede wszystkim należało się dowiedzieć. Nic by nie dało wypytywanie o to Indianina, dlatego Zermah próbowała się zorientować – trudna rzecz w takich ciem- nościach, dopóki Squambo nie porzuci środka rzeki. Fala przypływu ciągle rosła i przy użyciu pagajów dwóch Mu- rzynów szybko podążało na południe. Jakże jednak byłoby potrzebne, żeby Zermah zostawiała ślad swe- go przejścia, by ułatwić swemu panu poszukiwania! Otóż na samej rzece było to niemożliwe, ale na lądzie jakiś skrawek jej mantylki upuszczony przy krzaczku mógłby stać się pierwszą wskazówką na tropie, który raz odkryty, doprowadziłby poszukiwaczy aż do celu. Tymczasem na co by się zdało powierzenie prądowi jakiegoś przed- miotu należącego do dziewczynki albo do niej? Czy można było mieć nadzieję, że przypadek sprawi, iż wpadnie on w ręce Jamesa Bur- banka? Trzeba było porzucić ten plan i ograniczyć się jedynie do roz- poznania, w jakim punkcie St. Johns łódź przybije do brzegu. Godzina minęła w tych okolicznościach. Squambo nie wypowie- dział jednego słowa. Dwaj Murzyni w milczeniu pracowali pagajami. Żadne światełko nie pojawiło się na brzegach, ani w domach, ani w lesie, którego masa niewyraźnie rysowała się w mroku. Zermah, rozglądając się na prawo i na lewo, gotowa w każdej chwili zapamiętać jakąś wskazówkę, jednocześnie rozmyślała o nie- ~ 245 ~ bezpieczeństwach, jakie zagrażały dziewczynce. Tymi, które jej samej mogły grozić, nawet się nie zajmowała. Wszelkie jej obawy koncen- trowały się na dziecku. Tym, kto jej porwał, na pewno był Texar. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Rozpoznała Hiszpana, który zaczaił w zatoczce Marino, czy to zamierzając dostać się przez tunel do Castle House, czy też oczekując na jego obrońców w chwili, gdy będą próbowali uciec tym wyjściem. Gdyby Texar tak bardzo się nie spieszył, teraz w jego rękach znajdowałaby się także pani Burbank i Alice Stannard. Jeśli osobiście nie kierował milicją i łupieżcami, to dlatego, iż uważał, że łatwiej będzie dorwać rodzinę Burbanków przy zatoczce Marino. W każdym razie Texar nie mógłby zaprzeczyć, że brał bezpośredni udział w porwaniu. Zermah wykrzyczała jego nazwisko, a pani Bur- bank i miss Alice z pewnością je usłyszały. Później, kiedy nadejdzie godzina sprawiedliwości, kiedy Hiszpan będzie odpowiadał za swoje zbrodnie, to tym razem nie będzie mógł się uciec do jednego z tych niewytłumaczalnych alibi, które tak bardzo mu do tej pory pomagały. Jaki los gotował on teraz swoim dwom ofiarom? Czy wyśle je na bagniste tereny Everglades, leżące poza źródłami St. Johns? Pozbędzie się Zermah jako niebezpiecznego świadka, którego zeznania pewnego dnia mogłyby obarczyć go winą? Takie pytania zadawała sobie Mu- latka. Chętnie złożyłaby ofiarę ze swego życia, byleby tylko uratować zabrane razem z nią dziecko. Lecz kiedy nie będzie żyła, co się stanie z Dy w rękach Texara i jego towarzyszy? Ta myśl sprawiała jej tortury i powodowała, że jeszcze silniej przyciskała dziewczynkę do piersi, jakby Squambo miał zamiar wyrwać małą z jej ramion. W tym momencie Zermah zdołała stwierdzić, że łódka zbliżała się do lewego brzegu rzeki. Czy była to jakaś wskazówka? Nie, po- nieważ nie wiedziała, że Hiszpan mieszka w głębi Czarnej Zatoki, na jednej z wysepek tej laguny, czego nie wiedzieli nawet stronnicy Texara, skoro nikt do tej pory nie był dopuszczany do blokhauzu, który zajmował ze Squambo i Murzynami. Istotnie, to właśnie tam Indianin miał dostarczyć Dy i Zermah. W głębinach tej tajemniczej okolicy będą dobrze ukryte przed wszel- kimi poszukiwaniami. ~ 246 ~ Mała zatoka była nieprzenikliwa, że tak powiem, dla nikogo, kto nie znał położenia jej przesmyków i rozmieszczenia wysepek. Ofero- wała tysiące kryjówek, w których więźniowie mogli być tak dobrze ukryci, że nie było możliwości natrafienia na ich ślady. Gdyby James Burbank próbował przeszukać ten niedającą się rozwikłać sieć prze- smyków i wysepek, byłoby dość czasu, by przewieźć Mulatkę i dziecko aż na południowy kraniec półwyspu. Wtedy jednak znikną wszelkie szanse odnalezienia ich pośród rozległych przestrzeni, gdzie rzadko docierają florydzcy pionierzy i tylko nieliczne grupy Indian przemie- rzają ich niezdrowe równiny. Szybko pokonano czterdzieści pięć mil, jakie dzielą Camdless Bay od Czarnej Zatoki. Około jedenastej łódź znajdowała się na zakręcie rzeki St. Johns, położonym jakieś dwieście jardów poniżej zatoki. Teraz należało rozpoznać wejście do laguny. Manewr ten utrudnia- ły głębokie ciemności panujące na lewym brzegu rzeki. Tak więc Squambo, chociaż bardzo dobrze znał tę okolicę, wahał się przez chwilę, gdy trzeba było skręcić sterem w ten sposób, by przeciąć na ukos prąd rzeki. Niewątpliwie manewr byłby łatwiejszy, gdyby łódź mogła pły- nąć wzdłuż tego brzegu, który jest wydrążony przez nieskończoną ilość małych zatoczek, najeżonych trzcinami lub trawami wodnymi. Tymczasem Indianin obawiał się osiąść na mieliźnie. Ponieważ zaś odpływ miał niedługo ściągać wody St. Johns w kierunku ujścia, miałby bardzo duży kłopot, gdyby tak się stało. Musiałby czekać na kolejny przypływ, to znaczy blisko jedenaście godzin, więc jakże zdołałby uniknąć dostrzeżenia go za dnia? Rzekę zwykle przemie- rzało wiele łodzi. Obecne wydarzenia zachęcały nawet do nieustan- nej wymiany korespondencji między Jacksonville i St. Augustine. Jeśli członkowie rodziny Burbanków nie zginęli w ataku na Castle House, niewątpliwie przedsięwzięliby następnego dnia najaktyw- niejsze poszukiwania. Squambo, zapędzony na mieliznę przy jednym z brzegów, nie mógłby uciec przed pościgiem, którego byłby przed- miotem. Sytuacja stałaby się bardzo niebezpieczna. Z tych wszystkich powodów chciał pozostać w głównym nurcie St. Johns, a nawet, gdy- ~ 247 ~ by było to konieczne, zakotwiczyć w środku prądu. Potem, o świcie, pospieszyłby się z rozpoznaniem przesmyków Czarnej Zatoki, gdzie nikt inny nie był w stanie do ścigać. Tymczasem łódź nadal posuwała się wraz z przypływem. Przez ten czas Squambo ciągle oceniał, że jeszcze nie znalazł się na wy- sokości laguny. Nadal więc starał się płynąć w górę rzeki, kiedy w pobliżu roz- legł się jakiś dźwięk. Były to głuche uderzenia kół rozchodzące się po powierzchni wody. Prawie natychmiast na zakręcie przy lewym brzegu pojawiła się ruchoma bryła. Był to steam-boat, który płynął pod małą parą, rzucając w mrok białe światło latarni okrętowej. Po niespełna minucie powinien się znaleźć koło łodzi. Jednym gestem Squambo wstrzymał pagaje dwóch Murzynów i ruchem steru skierował się ku prawemu brzegowi, by nie tylko nie znaleźć się na drodze steam-boatu, ale także nie zostać spostrzeżonym. Jednak wachtowi burtowi już zasygnalizowali łódź. Przez tubę rozkazano jej przybić do statku. Squambo zaklął straszliwie, ale nie mogąc nie posłuchać tego formalnego rozkazu i uciec, musiał mu się podporządkować. Chwi- lę później ustanowił łódź wzdłuż prawej burty steam-boatu, który oczekując na nią, zastopował maszyny. Zermah natychmiast się poderwała. W zaistniałej sytuacji dostrzegła niejaką szansę ocalenia. Czy nie mogła krzyknąć, dać znać, zażądać pomocy i w ten sposób umknąć Squambo? Indianin stanął przy niej. W ręce trzymał duży bowie knife1. Drugą ręką chwycił dziewczynkę, którą Zermah na próżno starała się mu wyrwać. – Jeden okrzyk – syknął – a zabiję tę małą! 1 Bowie knife (nóż Bowiego) – rodzaj amerykańskiego noża myśliwskiego, spopula- ryzowany w początkach XIX wieku przez słynnego pioniera, żołnierza i legendar- nego bohatera rewolucji teksańskiej, zabitego w bitwie o Alamo Jamesa „Jima” Bo- wiego, (1796-1836); nazwę zaczęto z czasem stosować w odniesieniu do wszystkich dużych, ciężkich noży o szerokiej głowni. ~ 248 ~ Gdyby chodziło tylko o jej życie, Zermah by się nie zawahała. Ponieważ jednak nóż Indianina groził dziecku, zachowała milcze- nie. Z pokładu parowca nie było zresztą widać nic z tego, co się działo w łodzi. Steam-boat przybywał z Picolaty, skąd zabrał oddział milicji zdążający do Jacksonville, by wzmocnić wojska południowców, które miały nie dopuścić do zajęcia rzeki. Jeden z oficerów wychylił się z mostka kapitańskiego i zaczął wy- pytywać Indianina. Oto słowa, jakie między nimi padły: – Dokąd płyniesz? – Do Picolaty. Zermah zachowała w pamięci tę nazwę, jednocześnie myśląc so- bie, że w interesie Squambo wcale nie leżało powiedzenie prawdy. – Skąd płyniesz? – Z Jacksonville. – Słychać coś nowego? – Nie. – Nic o flotylli Du Ponta? – Bez zmian. – Nie ma żadnych wieści o ataku na Fernandinę i Fort Clinch? – Nie. – Żadna z kanonierek nie przepłynęła przesmykami St. Johns? – Ani jedna. – Skąd się wzięły te błyski, które widzieliśmy, a także huk, któ- ry dochodził z północy, podczas gdy staliśmy na kotwicy, czekając na przypływ? – Dzisiejszej nocy to był atak przypuszczony na Camdless Bay. – Przez nordystów…? – Nie…! Przez milicję z Jacksonville. Właściciel chciał się oprzeć – Dobrze…! dobrze…! Chodzi o tego Jamesa Burbanka… zacie- rozkazom komitetu… kłego abolicjonistę…! – Dokładnie tak. – I co z tego wyniknęło? Jeden z oficerów wychylił się z mostka kapitańskiego i zaczął wypytywać Indianina. ~ 250 ~ – Nie wiem… Tylko przepływałem w pobliżu… Wydawało mi się, że wszystko stało w płomieniach! W tej chwili z ust dziecka wyrwał się cichy okrzyk… Zermah położyła dłoń na ustach dziewczynki w momencie, gdy palce In- dianina zbliżyły się do jej szyi. Oficer stojący wysoko na pomoście kapitańskim steam-boatu nic nie usłyszał. – Czy Camdless Bay ostrzeliwano z działa? – zapytał. – Nie sądzę. – Skąd zatem pochodziły te trzy detonacje, które usłyszeliśmy dolatujące od strony Jacksonville? – Nie umiem na to odpowiedzieć. – Zatem St. Johns jest jeszcze wolna od Picolaty po swe ujście? – Całkowicie wolna, i możecie nią płynąć, nie obawiając się ataku kanonierek. dalej. – Doskonale. W drogę! Rozkaz został przekazany do maszynowni i steam-boat ruszył – Czy mogę o coś spytać? – rzekł nagle Squambo do oficera. – O co? – Noc jest bardzo ciemna… Nie za bardzo umiem się rozeznać… Może mi pan powiedzieć, gdzie jestem? – Na wysokości Czarnej Zatoki. – Dziękuję. Kiedy łódka Indianina znalazła się kilkanaście sążni1 od statku, jego koła łopatkowe zaczęły bić powierzchnię rzeki. Steam-boat pogrążał się powoli w mroku, zostawiając za sobą wodę wzburzoną uderzeniami potężnych kół. Squambo, będąc teraz sam na rzece, usadowił się w tyle łód- ki i kazał Murzynom wiosłować. Znał swoją pozycję, więc skręciw- 1 Sążeń – miara długości równa długości rozstawionych ramion, także miara używa- na przy pomiarach głębokości wód; we Francji rozróżniało się sążeń (toise) jako miarę długości, wynoszącą 1,95 m, oraz sążeń morski (brasse), równający się 1,63 m; sążeń angielski (fathom) wynosi 1,83 m; za pomocą tych dwóch miar określano głębokość wód; J. Verne użył w tym miejscu wyrazu brasse. ~ 251 ~ szy na prawą burtę, płynął w stronę wcięcia brzegu, w głębi którego otwierała się Czarna Zatoka. Zermah nie miała żadnych wątpliwości, że Indianin chce się ukryć w tym trudno dostępnym miejscu, ale ta wiedza nic jej nie dawała. W jaki sposób mogła zawiadomić swego pana i jak dałoby się zor- ganizować poszukiwania pośród tego nieprzeniknionego labiryntu kanałów? Czy poza tą zatoką, w przypadku gdyby Jamesowi Bur- bankowi i jego bliskim udało się wedrzeć do laguny, lasy hrabstwa Duval nie oferowały łatwej możliwości udaremnienia pościgu? Ta część zachodniej Florydy nadal pozostawała dzikim krajem, w któ- rym prawie niemożliwe było odszukać jakikolwiek trop. Ponadto za- puszczanie się tam byłoby bardzo nierozważnym posunięciem. Te zalesione i bagniste tereny nadal przemierzali straszliwi Semi- nolowie, ciągle wzbudzający strach. Byli skorzy do rabowania po- dróżnych, którzy wpadli im w ręce, a nawet ich mordowali, gdy ci próbowali się bronić. Nie tak dawno w górnej części hrabstwa, na północny zachód od Jacksonville, doszło do dziwnego wydarzenia, o którym dużo mówiono. Otóż dwunastu Florydczyków udających się na wybrzeże Zato- ki Meksykańskiej zostało pochwyconych przez plemię Seminolów. Jeżeli nie wyrżnięto ich aż do ostatniego, to jedynie dlatego, że nie stawiali żadnego oporu, co zresztą nie miałoby żadnego sensu, gdyż na każdego z nich przypadało dziesięciu wrogów. Ci poczciwi ludzie zostali zatem sumiennie przeszukani i obra- bowani ze wszystkiego, co posiadali, nawet z ubrań. Ponadto powie- dziano im, aby pod groźbą śmierci nigdy nie pojawiali się ponownie na tych terytoriach, do których Indianie nadal rościli sobie prawo pełnej własności. Aby ich rozpoznać, w przypadku gdyby naruszyli to polecenie, wódz tej bandy zastosował bardzo prosty sposób. Kazał wytatuować na ich ramionach wykonany sokiem rośliny barwierskiej za pomocą ostrza igły dziwny znak, którego nie dało się już usunąć. Następnie Florydczycy zostali zwolnieni, nie doznawszy już dalszych szykan, choć wrócili na plantacje na północy w dość kiepskim stanie – ostemplowani, że tak powiem, herbem indiańskiego plemienia, a po- ~ 252 ~ nadto nie chcąc, co zrozumiałe, ponownie wpaść w ręce Seminolów, którzy tym razem bezlitośnie by ich wymordowali, aby uszanować swój szczególny podpis. W innym czasie milicja hrabstwa Duval nie pozostawiłaby bezkar- nie takiego zamachu. Rzuciłaby się w pościg za Indianami. W obecnej chwili miała jednak zupełnie co innego do roboty niż organizować nową wyprawę przeciwko koczownikom. Wszystko zdominowała obawa przed opanowaniem terenów przez oddziały federalistów. Prze- de wszystkim chodziło o to, by przeszkodzić im w opanowaniu St. Johns, a wraz z tą rzeką obszarów, które ona nawadnia. Tak więc nie można było osłabiać sił południowców rozmiesz- czonych od Jacksonville aż po granicę z Georgią. Później będzie czas, by przedsięwziąć kampanię przeciwko Seminolom, rozzuchwalonym przez wojnę domową do tego stopnia, że ośmielali się pojawiać na terenach położonych na północy, o których mniemano, że na zaw- sze zostali z nich usunięci. Wtedy nie zadowolono by się zepchnię- ciem ich na bagna Everglades, ale spróbowano by wyniszczyć plemię do ostatniego człowieka. Tymczasem niebezpiecznie było zapuszczać się na terytoria po- łożone na zachodzie Florydy i gdyby James Burbank kiedykolwiek miał prowadzić tam swoje poszukiwania, byłoby to nowe zagroże- nie dodane do wszystkich tych, jakie niosła za sobą tego rodzaju eks- pedycja. Tymczasem łódka dobiła do lewego brzegu rzeki. Squambo, wie- dząc, że znajduje się na wysokości Czarnej Zatoki, którą tworzą wody St. Johns, już się nie obawiał, że ugrzęźnie na jakiejś mieliźnie. Dlatego też pięć minut później łódź wpłynęła pod ciemne skle- pienie drzew, w jeszcze większych ciemnościach niż te panujące na powierzchni rzeki. Jakkolwiek Squambo był przyzwyczajony pływać po pętlach i przesmykach laguny, w takich warunkach nie potrafiłby temu podołać. Dlaczego jednak, nie będąc już widziany przez ob- cych, nie miałby oświetlać sobie drogi? Z drzewa rosnącego nad brze- giem ucięto więc żywiczną gałąź, którą podpalono i umieszczono na dziobie łódki. Jej przytłumione światło musiało wystarczyć wyćwi- Z drzewa rosnącego nad brzegiem ucięto więc żywiczną gałąź, którą podpalono i umieszczono na dziobie łódki. ~ 254 ~ czonemu wzrokowi Indianina, by się rozeznać w labiryncie prze- smyków. Przez około pół godziny podążał krętymi torami wodnymi i wreszcie dobił do wysepki, na której stał blokhauz. Wtedy Zermah musiała wysiąść na ląd. W jej ramionach spała dziewczynka, pokonana przez zmęczenie. Nie obudziła się nawet wówczas, kiedy Mulatka przeszła przez bramę małego fortu i zo- stała zamknięta w jednym z pomieszczeń przylegających do central- nej reduty. Dy, owinięta w derkę, która poniewierała się w kącie, została uło- żona na czymś w rodzaju nędznego posłania. Zermah czuwała, sie- dząc tuż przy niej. Rozdział II Osobliwa operacja azajutrz, trzeciego marca o ósmej rano, do pomieszczenia, w któ- N rym nocowała Zermah, wszedł Squambo. Przyniósł trochę je- dzenia: chleb, kawałek zimnej dziczyzny, owoce, dzbanek mocnego piwa, dzban wody oraz różne naczynia stołowe. W tym samym cza- sie jeden z Murzynów ustawiał w kącie stary mebel mający służyć za komodę i toaletę, a w nim trochę bielizny, pościel, prześcieradła i inne drobne przedmioty, z których Mulatka mogła zrobić użytek dla siebie i dziewczynki. Dy jeszcze spała. Zermah gestem błagała Squambo, by jej nie Kiedy Murzyn wyszedł, Zermah powiedziała cichym głosem do budził. Indianina: – Co chcesz z nami zrobić? – Nie wiem – odpowiedział Squambo. – Jakie rozkazy otrzymałeś od Texara? – Czy one pochodzą od Texara, czy od kogoś innego – odparł Indianin – lepiej zrobisz, gdy się do nich zastosujesz. Jak długo bę- dziesz tu przebywać, ten pokój będzie należał do ciebie, natomiast na noc będziecie zamykane w reducie forteczki. – A w dzień…? – Będziecie mogły chodzić wewnątrz ogrodzenia. – Jak długo tu będziemy…? – zapytała Zermah. – Mogę wie- dzieć, gdzie jesteśmy? – Tam, gdzie miałem rozkaz was zaprowadzić. – I pozostaniemy tu…? – Powiedziałem to, co miałem powiedzieć – odrzekł Indianin. – Nie ma sensu mnie wypytywać, gdyż nic więcej nie powiem. ~ 256 ~ To powiedziawszy, Squambo, który rzeczywiście musiał się ogra- niczyć do tej krótkiej wymiany zdań, opuścił izbę, zostawiając Mulat- kę samą z dzieckiem. Zermah popatrzyła na dziewczynkę. W jej oczach pojawiły się łzy, które jednak natychmiast obtarła. Po przebudzeniu Dy nie po- winna zobaczyć, że płakała. Chodziło o to, żeby dziecko powoli przyzwyczajało się do nowej sytuacji – być może bardzo groźnej, gdyż ze strony Hiszpana wszystkiego można było się spodziewać. Zermah rozmyślała o tym, co wydarzyło się od poprzedniego dnia. Widziała dobrze, że pani Burbank i miss Alice szły w górę rzeki wzdłuż brzegu, podczas gdy łódka oddalała się od niego. Do jej uszu doleciały ich rozpaczliwe wołania i rozdzierające krzyki. Ale czy udało im się dotrzeć z powrotem do Castle House, dostać się do tunelu, wejść do oblężonego domu, powiadomić Jamesa Burbanka i jego towarzyszy o nowym nieszczęściu, które na nich spadło? Czyż ludzie Hiszpana nie mogli ich porwać, uprowadzić daleko od Camdless Bay, a może nawet zabić? Gdyby tak się stało, James Burbank nie wiedziałby o porwaniu córeczki i Zermah. Mógłby my- śleć, że jego żona, miss Alice, dziecko i Mulatka wsiadły do łodzi w zatoczce Marino i dotarły do kryjówki przy Cedrowej Skale, gdzie byłyby zupełnie bezpieczne. W takim razie nie zarządziłby na- tychmiastowych poszukiwań w celu ich odnalezienia…! Zakładając, że pani Burbank i miss Alice zdołały powrócić do Castle House, że James Burbank został o wszystkim powiadomio- ny, to czy nie należało się obawiać, że dom został opanowany przez napastników, splądrowany, podpalony i zniszczony? W takim przy- padku co mogło się stać z jego obrońcami? Zostali więźniami albo zginęli w walce, a wtedy Zermah nie mogła oczekiwać żadnej po- mocy z ich strony. W tym stanie rzeczy, nawet gdyby nordyści opanowali rzekę St. Johns, ona i tak będzie zgubiona. Gilbert Burbank i Mars nigdy się nie dowiedzą, że siostra jednego z nich, a żona drugiego są więzio- ne na wysepce w Czarnej Zatoce! – Co chcesz z nami zrobić? ~ 258 ~ Gdyby więc tak było, Zermah nie mogła liczyć na nikogo jak tylko na siebie i na to, że nie opuści jej energia. Będzie się starała uratować to dziecko, które może w tej chwili tylko ją miało na świecie. Jej życie skoncentruje się tylko na jednej myśli: uciekać! Nie upłynie ani jedna godzina, w której nie będzie przygotowywała sposobów ucieczki. Czy jednak było możliwe wydostać się z forteczki strzeżonej przez Squambo i jego towarzyszy, ujść dwom dzikim ogarom krą- żącym wokół ogrodzenia, uciec z tej wysepki zagubionej w niezli- czonych meandrach laguny? Tak, to było możliwe pod warunkiem, że uzyskałaby potajemne wsparcie jednego z niewolników Hiszpana, który znałby doskonale przesmyki w Czarnej Zatoce. Dlaczego przynęta w postaci dużej nagrody nie miałaby skłonić któregoś z tych ludzi do pomocy w uciecz- ce…? Właśnie w tym kierunku miały zmierzać wszelkie usiłowania Zermah. Tymczasem mała Dy zaczynała się budzić. Pierwsze słowo, ja- kie wymówiła, było przyzwaniem matki. Następnie rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu. Powróciły wspomnienia z poprzedniego dnia. Dostrzegła Mulat- kę i podbiegła do niej. się… boję się…! – Dobra Zermah! Kochana Zermah…! – wyszeptała. – Boję – Nie trzeba się bać, moja kochana! – Gdzie jest mama…? – Przyjdzie… wkrótce…! Byłyśmy zmuszone uciekać… dobrze o tym wiesz… Teraz jesteśmy w bezpiecznym miejscu… Nie masz się czego obawiać…! Jak tylko pan Burbank otrzyma pomoc, będzie się starał do nas dołączyć…! Dy popatrzyła na Zermah, jak gdyby chciała powiedzieć: „Czy to prawda?”. – Tak! – odparła Zermah, za wszelką cenę chcąc uspokoić dziec- ko. – Tak, pan Burbank polecił, byśmy tu na niego zaczekały…! ~ 259 ~ – Ale ci ludzie, którzy zabrali nas do swej łodzi…? – zapytała dziewczynka. – To są służący pana Harveya, moja najdroższa…! Wiesz, pan Harvey to przyjaciel twego tatusia, mieszkający w Jacksonville…! Jesteśmy w jego domku w Hampton Red. – A mama i Alice, które były z nami, dlaczego ich tu nie ma…? – Pan Burbank zawołał je w chwili, gdy miały wsiadać do ło- dzi… Przypomnij sobie…! Jak tylko ci źli ludzie zostaną wypę- dzeni z Camdless Bay, zaraz po nas przybędą…! Poczekajmy… nie płacz…! Nie bój się, moja najdroższa, choćbyśmy miały pozostać tu nawet przez kilka dni…! Jesteśmy tu tak dobrze ukryte…! A teraz chodź, trochę cię umyję i uczeszę… Dy nie przestawała wpatrywać się uporczywie w Zermah i po- mimo słów Mulatki z jej ust wyrwało się ciężkie westchnienie. Nie mogła, nie potrafiła uśmiechnąć się jak zwykle po przebudzeniu. Teraz przede wszystkim należało ją czymś zająć. Zermah przyłożyła się do tego z najczulszym staraniem. Toaleta dziewczynki została zrobiona równie starannie, jak gdyby Dy znaj- dowała się w swoim miłym pokoiku w Castle House, a równocze- śnie Mulatka próbowała zabawiać ją historyjkami. Potem Dy trochę zjadła, a Zermah towarzyszyła jej przy tym pierwszym śniadaniu. – Teraz, moja droga, jeżeli zechcesz, to przejdziemy się… w ob- rębie ogrodzenia… – Czy domek pana Harveya jest ładny? – zapytało dziecko. – Ładny…? Nie… – odpowiedziała Zermah. – Myślę, że to sta- ra rudera. Ale są tu drzewa, strumyki, jest gdzie się przechadzać! Zresztą zostaniemy tu tylko kilka dni, a jeśli nie będziesz się za bardzo nudziła, jeśli będziesz mądra, twoja mama będzie zadowolona! – Tak, dobra Zermah… tak! – odparła dziewczynka. Drzwi pokoju nie były zamknięte na klucz. Zermah wzięła dziecko za rękę i obie wyszły. Najpierw znalazły się w mrocznej reducie, lecz już po chwili spacerowały w pełnym świetle pod osłoną listowia wielkich drzew, przez które przebijały się promie- nie słońca. ~ 260 ~ Ogrodzony teren nie był rozległy, gdyż miał powierzchnię oko- ło jednego akra, z czego blokhauz zajmował sporą jej część. Pali- sada, która go otaczała, nie pozwalała Zermah rozeznać się w poło- żeniu wysepki w tej lagunie. Wszystko, co zdołała dojrzeć przez starą bramę, to jedynie dość szeroki kanał o mętnych wodach, któ- ry oddzielał ją od sąsiednich wysepek. Trudno byłoby więc uciec kobiecie i dziecku. Nawet gdyby Zermah udało się zdobyć łódkę, jak zdołałyby się wydostać z tych niekończących się kanałów i meandrów? Kobieta nie wiedziała także, że jedynie Texar i Squambo znają rozmiesz- czenie przesmyków. Murzyni będący na służbie Hiszpana nigdy nie opuszczali ma- łego fortu i nigdy z niego nie wychodzili. Nawet nie wiedzieli, gdzie są trzymani przez swego pana. By dotrzeć do brzegu St. Johns, by dostać się do bagien graniczących od zachodu z tą zato- ką, trzeba byłoby zdać się na los szczęścia. A czy zdanie się tylko na przypadek nie byłoby podążaniem w stronę pewnej zguby? Zresztą w ciągu kolejnych dni Zermah, zorientowawszy się w sytuacji, zobaczyła, że prawdopodobnie nie może liczyć na żadną pomoc ze strony niewolników Texara. Byli to w większości na wpół zezwierzęceni, niebudzący zaufania Murzyni. Chociaż Hisz- pan nie trzymał ich w łańcuchach, to nie cieszyli zbyt wielką wol- nością. Dostatecznie żywieni płodami wysepki, lubiący silne trun- ki, których nie szczędził im Squambo, przeznaczeni głównie do strzeżenia i w razie potrzeby obrony blokhauzu, nie mieli żadnego interesu w zmienianiu swego dotychczasowego żywota na inny. Kwestia niewolnictwa, która rozstrzygała się kilka mil od Czar- nej Zatoki, zupełnie ich nie obchodziła. Odzyskać wolność? Po co? Jaki z niej zrobić użytek? Texar zapewniał im utrzymanie, Squ- ambo niezbyt ostro się z nimi obchodził, chociaż był to człowiek, który rozwaliłby głowę pierwszemu, który ośmieliłby się ją pod- nieść – o czymś takim nawet nie myśleli. Były to bydlęta stojące poniżej dwóch ogarów, które krążyły wokół małego fortu. Naprawdę nie było żadnej przesady w stwierdzeniu, że te zwierzęta przewyż- Już po chwili spacerowały w pełnym świetle pod osłoną listowia wielkich drzew, przez które przebijały się promienie słońca. ~ 262 ~ szały ich inteligencją. Psy znały całą zatokę, pływały bowiem mnogi- mi przesmykami, przebiegały od wysepki do wysepki wiedzione cudownym instynktem, który nie pozwalał im zabłądzić. Czasami ich naszczekiwania rozlegały się nawet na lewym brzegu rzeki, a potem, wraz z zapadnięciem zmroku, same wracały do blokhauzu. Żadna łódź nie była w stanie wniknąć w Czarną Zatokę, nie będąc natychmiast sygnalizowana przez tych straszliwych dozorców. Wy- jąwszy Squambo i Texara, nikt nie mógł opuścić małego fortu, nie ryzykując, że zostanie pożarty przez tych dzikich potomków psów karaibskich. Kiedy Zermah zauważyła, jak pilnie strzeżona jest forteczka, kiedy zrozumiała, że nie może oczekiwać żadnej pomocy od tych, którzy jej pilnowali, to każda inna kobieta, mniej odważna i mniej energiczna od niej, straciłaby całą nadzieję. Tymczasem nic takiego się nie stało. Albo pomoc nadejdzie z zewnątrz, a w tym przypadku mogła nadejść jedynie ze strony Jamesa Burbanka, jeśli będzie mógł swobodnie działać, albo od Marsa, gdyby ten się dowiedział, w jakich okolicznościach zniknęła jego żona. W braku takiej pomocy, by ocalić dziewczynkę, musiała liczyć na samą siebie, i na pewno dobrze wy- kona to zadanie. Zermah, zupełnie odosobniona w głębi laguny, widywała obok się- bie tylko dzikie twarze. Jednakże dostrzegła, że jeden z Murzynów, jeszcze młody, spoglądał na nią ze współczuciem. Czy należało upa- trywać w nim nadziei? Czy mogłaby mu zaufać, wskazać położenie Camdless Bay, namówić go do ucieczki i udania się do Castle House? Było to wątpliwe. Zresztą Squambo musiał spostrzec te oznaki zainte- resowania niewolnika, ponieważ ten był trzymany z dala od Zermah. Już więcej go nie spotkała podczas swych przechadzek we wnętrzu małego fortu. Minęło kilka dni bez żadnej zmiany sytuacji. Od rana do wie- czora Zermah i Dy mogły poruszać się swobodnie w obrębie pali- sady. Nocą, chociaż Squambo nie zamykał ich w pokoju, nie wolno im było opuszczać centralnej reduty. Indianin nigdy się do nich nie odzywał, dlatego też Zermah przestała zadawać mu pytania. Także ~ 263 ~ ani na chwilę nie opuścił wysepki, i wyczuwało się, że nieustannie je dozoruje. W tej sytuacji Zermah całą swoją uwagę skupiła na dziecku, które usilnie pragnęło zobaczyć się z matką. – Przybędzie…! – odpowiadała jej Mulatka. – Miałam od niej wiadomości…! Twój tato także się pojawi, moja droga, razem z miss Alice… Po takiej odpowiedzi nie wiedziała, co jeszcze wymyślić. Wysi- lała cały swój intelekt, by rozerwać dziewczynkę, która wykazywa- ła się większym rozumem, niżby wskazywał na to jej wiek. Tymczasem upłynął czwarty, piąty i szósty dzień marca. Mimo że Zermah nasłuchiwała, czy odległe huki nie obwieszczą obecno- ści floty federalnej na wodach St. Johns, nie dotarł do niej żaden tego rodzaju dźwięk. W Czarnej Zatoce panowała zupełna cisza. Należało z tego wnosić, że Floryda nie znalazła się jeszcze w rękach żołnierzy Unii, co w najwyższym stopniu niepokoiło Mulatkę. W przypadku gdyby James Burbank i jego przyjaciele zostali pozbawieni możno- ści działania, czy przynajmniej nie mogła czekać na interwencję Gil- berta i Marsa? Jeśli kanonierki opanują rzekę, oni na pewno przeszu- kają jej brzegi i potrafią dotrzeć aż do wysepki. Przecież pierwsza lepsza osoba z personelu Camdless Bay niewątpliwie powiadomi ich o tym, co się wydarzyło. Jednak nic nie wskazywało na to, że na rzece toczy się walka. Poza tym dziwne było także to, że Hiszpan jeszcze ani razu nie pokazał się w forteczce czy to za dnia, czy też w nocy. Przynajmniej Zermah nie spostrzegła nic, co mogłoby potwierdzić jego obecność, choć prawie wcale nie sypiała i długie bezsenne godziny upływały jej na wsłuchiwaniu się – do tej chwili, na próżno. Zresztą co mogłaby uczynić, gdyby Texar przybył do Czarnej Zatoki i gdyby ją do siebie przywołał? Czy wysłuchałby jej błagań albo gróźb? Czy bardziej należało się obawiać obecności Hiszpana niż jego nieobecności? Otóż wieczorem szóstego marca Zermah tysiączny raz o tym rozmyślała. Dochodziła jedenasta. Mała Dy spała spokojnym snem. Pokój, który obu służył za celę, był pogrążony w kompletnych ciemnościach. Wewnątrz panowała zupełna cisza, przerywana cza- ~ 264 ~ sami gwizdaniem wietrzyka wdzierającego się przez spróchniałe dyle ścian blokhauzu. W tym momencie Mulatce wydawało się, że słyszy kroki we- wnątrz reduty. Z początku przypuszczała, że może to być Indianin, który wracał do swego pokoju umieszczonego naprzeciwko jej celi po zwyczajowym obejściu całej ogrodzonej warowni. Wtedy Zer- mah zaskoczyło kilka słów, jakie wymieniły między sobą dwie osoby. Podeszła do drzwi, zaczęła nasłuchiwać i rozpoznała głos Squambo oraz prawie natychmiast głos Texara. Przeszył ją dreszcz. Co o tej godzinie Hiszpan robił w forteczce? Chodziło o jakąś nową machinację powziętą przeciw niej i dziecku? Czy miały zostać wyprowadzone z pokoju, przewiezione do jakiejś innej kryjówki, jeszcze bardziej ukrytej, jeszcze bardziej niedo- stępnej niż Czarna Zatoka? W jednej chwili te wszystkie przypusz- czenia przemknęły przez umysł Zermah… Zdołała się jednak opa- nować, przysunęła się do samych drzwi i nasłuchiwała. – Nic nowego? – mówił Texar. – Nic, panie – odparł Squambo. – A Zermah? – Nie odpowiadałem na jej zapytania i prośby. – Czy po sprawie w Camdless Bay czyniono jakieś próby dosta- nia się tutaj? – Tak, ale żadna się nie udała. Po tej odpowiedzi Zermah zrozumiała, że ktoś prowadził po- szukiwania, ale kto? – Jak się o tym dowiedziałeś? – zapytał Texar. – Kilka razy udałem się na brzeg St. Johns – odparł Indianin – i parę dni temu zauważyłem, że jakaś łódź krążyła u wejścia do Czarnej Zatoki. Doszło nawet do tego, że dwaj ludzie wysiedli na jedną z wysepek. – Kim byli ci ludzie? – James Burbank i Walter Stannard. Zermah z trudem zdołała powstrzymać emocje. To byli James Burbank i Stannard! Zatem nie wszyscy obrońcy zginęli w czasie ~ 265 ~ ataku na plantację. A jeśli zaczęli poszukiwania, znaczyło to, że wie- dzieli o porwaniu jej i dziecka. Jeśli wiedzieli, to by znaczyło, że pani Burbank i Alice zdołały im o tym powiedzieć. Tak więc obie także żyły. Obie zdołały powrócić do Castle House po usłyszeniu ostatnie- go okrzyku Zermah, wzywającej pomocy przeciw Texarowi. Tak więc James Burbank wiedział o wszystkim, co się wcześniej wydarzyło. Znał nazwisko nędznika. Może nawet domyślał się, w jakim miej- scu zostały ukryte jego ofiary. Jeśli tak było, to potrafi je odnaleźć! Cały ciąg powiązanych faktów w jednej chwili przesunął się w my- ślach Zermah. Opanowała ją ogromna nadzieja – nadzieja, która prawie zaraz zniknęła, kiedy usłyszała odpowiedź Hiszpana. – Tak, niech sobie szukają, ale nic nie znajdą! Zresztą za kilka nie trzeba już będzie się obawiać Jamesa Burbanka! Co znaczyły te słowa, tego Mulatka nie potrafiła pojąć. W każdym razie w ustach człowieka, któremu podlegał Komitet w Jacksonvil- le, musiała to być straszliwa groźba. – Teraz, Squambo, potrzebuję cię na jakąś godzinę – odezwał się znów Hiszpan. dianina. – Jestem na rozkazy, panie. – Chodź ze mną! Chwilę później obaj wyszli do pokoju zajmowanego przez In- Co chcieli tam robić? Czy nie chodziło o jakiś sekret, który później mógłby przynieść Zermah korzyść? W tym położeniu nie powinna zaniedbać niczego, co mogłoby się jej przydać. Jak wiemy, drzwi od pokoju Mulatki nie były zamykane nawet w nocy. Taka ostrożność była zbyteczna, ponieważ redutę zamyka- no od wewnątrz i sam Squambo trzymał klucz przy sobie. Nie było więc możliwości opuszczenia blokhauzu, a w konsekwencji spró- bowania ucieczki. Dlatego Zermah mogła otworzyć drzwi pokoju i iść na palcach, powstrzymując oddech. ło się słabe światełko. Panowała głęboka ciemność, tylko z pokoju Indianina wydostawa- ~ 266 ~ Zermah podeszła do drzwi i popatrzyła przez szparę w dylach. To, co zobaczyła, było na tyle dziwne, że nie mogła zrozumieć zna- czenia tej sceny. Chociaż pokój oświetlał jedynie ogarek żywicznej świecy, tyle światła wystarczało Indianinowi, zajętemu w tej chwili dość delikat- ną robotą. Otóż przed Indianinem siedział Texar rozebrany ze swojej skó- rzanej kurtki, z lewem ramieniem obnażonym i wyciągniętym na stoliku tuż pod światłem padającym ze świecy. Na wewnętrznej stro- nie przedramienia rozpostarty był kawałek dziwnego w kształcie papieru z niewielkimi dziurkami. Squambo cienką igłą nakłuwał mu skórę w miejscach naznaczonych dziurkami na papierze. Była to operacja tatuowania, w której Indianin, jako Seminol, musiał być bardzo biegły. Rzeczywiście robił to z wielką zręcznością i bardzo delikatnie, aby koniec igły tylko nakłuwał naskórek, tak aby Hisz- pan nie doznawał żadnego bólu. Kiedy Indianin skończył, zdjął papier i wziąwszy kilka liści ro- śliny, którą przyniósł Texar, potarł nimi przedramię swego pana. Sok tej rośliny, wprowadzony w nakłucia, wywołał silne swędzenie, ale Hiszpan nie był człowiekiem skarżącym się na byle drobiazg. Kiedy cała operacja dobiegła końca, Squambo przybliżył świeczkę do tatuażu. Wtedy na skórze przedramienia Texara pojawił się czer- wonawy rysunek. Rysunek ów dokładnie odtwarzał to, co dziurki zrobione igłą ufor- mowały na papierze. Kopia została wykonana z idealną dokładno- ścią. Był to szereg przecinających się linii, przedstawiających jedną z symbolicznych postaci z wierzeń seminolskich. Ten znak już nigdy nie mógł zostać usunięty z ramienia, na któ- rym Squambo go wycisnął. Zermah widziała wszystko, lecz jak już zostało powiedziane, nic z tego nie rozumiała. Jaki interes mógł mieć Texar w ozdobieniu się tym tatuażem? Po co był mu potrzebny ten „znak szczególny”, używając słowa umieszczanego zwykle w paszportach? Czyżby chciał uchodzić za Indianina? Przecież nie pozwalały mu na to ani cera, ani ~ 267 ~ charakter jego osoby. Czy nie należało raczej widzieć korelacji po- między tym znakiem a tymi, które zrobiono przemocą owym kilku podróżnym z Florydy, którzy wpadli w ręce pewnego szczepu Se- minolów na północy hrabstwa? Czy Texar nie zamyślał czasem udo- wodnić w ten sposób swego zagadkowego alibi, co mu się już nieraz tak dobrze udawało? A może także była to w istocie jedna z tajem- nic nierozerwalnie związanych z jego życiem, którą przyszłość za- pewne ujawni? W umyśle Zermah zrodziło się jeszcze inne pytanie. Czyżby Hisz- pan przybył do blokhauzu tylko po to, by skorzystać ze zręczności Squambo w materii tatuowania? Czy po ukończonym zabiegu opu- ści Czarną Zatokę, by wrócić na północ Florydy, niewątpliwie do Jacksonville, gdzie jego stronnicy nadal byli panami sytuacji? Czy też jego zamiarem było raczej pozostać w blokhauzie aż do nasta- nia dnia, nakazać Mulatce, by się przed nim stawiła, podjąć jakąś nową decyzję względem swoich więźniarek? Pod tym względem Zermah szybko się uspokoiła. Błyskawicz- nie wróciła do pokoju w chwili, kiedy Hiszpan wstawał, by powró- cić do reduty. Tam, przywarłszy skulona przy drzwiach, podsłuchiwała rozmo- wę prowadzoną między Indianinem a jego panem. – Czuwaj baczniej niż kiedykolwiek wcześniej – polecił Texar. – Dobrze – odparł Squambo – ale gdybyśmy zostali mocniej osa- czeni przez Jamesa Burbanka w Czarnej Zatoce? – Powtarzam ci, że za kilka dni już nie będziesz musiał się obawiać Jamesa Burbanka. Zresztą gdyby to okazało się konieczne, wiesz, gdzie należy zaprowadzić Mulatkę i to dziecko… Tam, gdzie póź- niej do was dołączę… – Tak, panie – odpowiedział Squambo – ale ponieważ należy przewidzieć także przypadek, że Gilbert, syn Jamesa Burbanka, i Mars, mąż Zermah… – Za dwie doby oni będą w mojej mocy – stwierdził Texar – a gdy ich będę miał… męża i dla Gilberta. Zermah nie dosłyszała zakończenia tego zdania, groźnego dla jej ~ 268 ~ Texar i Squambo wyszli z blokhauzu, którego drzwi zamknęły się za nimi. Kilka chwil później skif prowadzony przez Indianina opuszczał wysepkę i kierując się pomiędzy mrocznymi krętościami laguny, dobił do łodzi, która oczekiwała na Hiszpana przy wylocie zatoki na wody St. Johns. Wtedy, wydawszy ostatnie polecenia, Texar rozstał się ze Squambo. Następnie Hiszpan, niesiony odpływem, szybko po- dążał w kierunku Jacksonville. Dopłynął tam o świcie, w sam raz na czas, by wprowadzić swo- je plany w czyn. Rzeczywiście, kilka dni później Mars zniknął pod wodami St. Johns, a Gilbert Burbank został skazany na śmierć. Chcesz przeczytać dalszą część? Zapraszamy do księgarni!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Północ przeciw Południu. Część 2
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: