Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00318 007526 13277292 na godz. na dobę w sumie
Poradnik dyktatora czyli o politycznych zaletach niegodziwości - ebook/pdf
Poradnik dyktatora czyli o politycznych zaletach niegodziwości - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 378
Wydawca: Polski Instytut Spraw Międzynarodowych Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-64865-42-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> zdrowie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Napisaliśmy Poradnik dyktatora aby przybliżyć logikę sprawowania władzy, dobrej i złej polityki. Nie jest żadnym odkryciem, że każdy przywódca dąży do tego aby zredukować do minimum swoją zależność od masowego poparcia. Nic w tym dziwnego: łatwiej jest zaspokoić wąską grupę popleczników niż szerokie rzesze zwolenników o zróżnicowanych potrzebach i aspiracjach. Rozwinięta w naszej książce teoria selektoratu dotyczy wszystkich form rządów, a nawet wszystkich form organizacji. Każdy przywódca, tak polityki, jak i biznesmen, myśli najpierw o zdobyciu władzy, a następnie dąży do jej możliwie jak najdłuższego utrzymywania. Jak to robi, dlaczego stosuje takie, a nie inne metody staraliśmy się wyjaśnić w naszej książce.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Cieszymy się, że polski czytelnik otrzymuje Poradnik dyktatora. Mamy nadzieję, że teorie w nim przedstawione przyczynią się do lepszego zrozumienia mechanizmów rządzących dobrą i złą polityką. A także pomogą polskim obywatelom zrozumieć, jak wielką ponoszą odpowiedzialność za kształt swojego demokratycznego państwa, jego instytucji i praw politycznych, które wywalczyli przez dziesięciolecia niewoli i ucisku. Poradnik dyktatora ma przybliżyć logikę sprawowania władzy, dobrego i złego rządzenia. Nie jest żadnym odkryciem, że każdy przywódca dąży do tego, by zredukować do minimum swoją zależność od masowego poparcia. Nic w tym dziwnego: łatwiej jest zaspokoić wąską grupę popleczników niż szerokie rzesze zwolenników o zróżnicowanych potrzebach i aspiracjach. Rozwinięta w książce teoria selektoratu dotyczy wszystkich form rządów, a nawet wszystkich form organizacji. Każdy przywódca, tak polityczny, jak i biznesmen, najpierw myśli o zdobyciu władzy, a następnie dąży do jej jak najdłuższego utrzymywania. Jak to robi, dlaczego stosuje takie, a nie inne metody, starają się wytłumaczyć autorzy Poradnika. Przedstawione wyjaśnienia mają największą wartość praktyczną dla obywateli państw przechodzących transformację ustrojową. Oczywiście, także państwa o ugruntowanej demokracji, jak Wielka Brytania czy Szwajcaria, nie są wolne od problemów. Ale dzięki tradycji instytucjonalnej rządzący w tych państwach mają świadomość, że choćby się nie wiadomo jak starali, wcześniej czy później stracą władzę w wyniku decyzji wyborców. Dlatego dokładają starań, aby zadowolić większość obywateli, a zwłaszcza własny elektorat. Państwa w okresie transformacji charakteryzują się młodą tradycją instytucjonalną, mają wiele atrybutów demokracji, lecz rzeczywista odpowiedzialność rządu przed wyborcami dopiero się kształtuje. Istnieje na przykład wiele nominalnie demokratycznych państw, w których odbywają się pozornie konkurencyjne wybory, z tym że o wyniku tych wyborów przesądzili z góry ludzie już będący u władzy. Takie rządy często zależą od „plastycznych” konstytucji, pozwalających łatwo zmienić procedury wyboru przywódcy. Wszystko po to, by osadzić autokratyczne rządy w „ustawionym” środowisku sprzyjającym interesom nielicznych, na których polegają przywódcy. Tymczasem dobro większości społeczeństwa schodzi na drugi plan. Poradnik powstał po to, by dobro społeczeństwa miało większe szanse przetrwać w tym starciu. PORADNIK DYKTATORA PORADNIK DYKTATORA CZYLI O POLITYCZNYCH ZALETACH NIEGODZIWOŚCI BRUCE BUENO DE MESQUITA ALASTAIR SMITH PRZEKŁAD ELŻBIETA GOŁĘBIOWSKA POLSKI INSTYTUT SPRAW MIĘDZYNARODOWYCH WARSZAWA 2017 Tytuł oryginału: The Dictator’s Handbook: Why Bad Behavior is Almost Always Good Politics Copyright © Bruce Bueno de Mesquita i Alastair Smith 2011 All rights reserved Copyright for the Polish translation © Polski Instytut Spraw Międzynarodowych 2017 Przekład wykonany przez wydawcę polskiego nie podlegał weryfikacji wydawcy oryginału Na okładce wykorzystano grafikę: Nerthuz/shutterstock.com Projekt okładki i redakcja techniczna: Dorota Dołęgowska Indeks: Dorota Dołęgowska, Katarzyna Staniewska Redakcja tekstu: Aleksandra Zieleniec Korekta: Katarzyna Staniewska 978-83-64895-42-5 Polski Instytut Spraw Międzynarodowych ul. Warecka 1a, 00-950 Warszawa tel. (+48) 22 556 80 00 pism@pism.pl, www.pism.pl Druk i oprawa: Centrum Poligrafii Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 53, 02-232 Warszawa Naszym bardzo łaskawym dyktatorkom – Arlenie i Fionie „Tu liczy się kasa. Przywódca potrzebuje pieniędzy, złota i diamentów. Ma przecież do utrzymania setki zamków i tysiące kobiet, musi kupować samochody dla milionów lizusów, których trzyma pod butem, musi wzmacniać lojalne wojsko. No i musi zostać trochę drobnych dla niego, do zdeponowania na anonimowych kontach w Szwajcarii”. Mobutu Sese Seko, prezydent Zairu (przypuszczalnie cytat apokryficzny) Mwalimu Nyerere: How I Weep for Arusha Declaration!, „Arusha Times” z 8 października 2005 r., s. 390 „Są w życiu tym chwile, w których przeznaczeń swych panem jest człowiek. Jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli, to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina”. W. Szekspir, Juliusz Cezar, tłum. Leon Urlich (akt I, scena II) Spis treści Zrozumieć dyktatora. Poradnik dla analityka i świadomego obywatela Wstęp. Reguły rządzenia 1 Reguły polityki 2 Dochodzenie do władzy 3 Utrzymanie władzy 4 Zabierać ubogim, dawać bogatym 5 Gromadzenie i wydawanie 6 Jeśli korupcja wzmacnia władzę, * * * to korupcja absolutna wzmacnia władzę całkowicie 7 Pomoc zagraniczna 8 Zbuntowany naród 9 Wojna, pokój i ład światowy 10 Co robić? 9 21 43 65 97 129 159 189 229 269 305 333 Indeks 367 Zrozumieć dyktatora Poradnik dla analityka i świadomego obywatela Od prawie dwudziestu lat zajmujemy się zawodowo ana- lizą polityki – głównie zagranicznej i międzynarodowej. Współpracując z decydentami politycznymi, nieustannie wę- drujemy między światami teorii i praktyki. W refleksji eksperc- kiej, czasami akademickiej, poszukujemy wciąż nowatorskich podejść i interpretacji. Mimo całej naszej wiedzy o polityce nie możemy się równać z praktykami w rozumieniu bieżących uwarunkowań, w których funkcjonują. Praktycy jednak często ulegają złudzeniu, że sytuacja, w której się znaleźli, jest wyjąt- kowa. Znajomość politycznych teorii niejednokrotnie poma- gała nam pokazać decydentom szerszy, systemowy kontekst. Oczywiście, nigdy nie urządzaliśmy politykom wykładów z teorii polityki. Doprawdy, decydenci nie muszą znać poglądów Hansa Morgenthaua (realizm), Kennetha Waltza (neorealizm), Roberta Keohane’a (instytucjonalizm), Immanuela Wallersteina (teoria systemu światowego) czy Alexandra Wendta (konstruktywizm), aby trafnie odczytywać polityczne intencje innych polityków i motywy działań podejmowanych przez nich w polityce zagra- nicznej. Eksperci – wspierający decydentów w procesie decyzyj- nym – taką wiedzą dysponować już wszakże powinni. Nie można bowiem wykluczyć, że przynajmniej część naszych zagranicz- nych partnerów może się do proponowanych przez wybitnych 10 ZROZUMIEĆ DYKTATORA myślicieli i stosowanych przez nich kategorii odwoływać, nawet w sposób nieuświadomiony. Dla nas teorie są przede wszystkim instrumentami pozwala- jącymi dostrzec lub lepiej zrozumieć różne aspekty politycznej rzeczywistości. Nasze doświadczenia w analizie polityki zagra- nicznej i relacji międzynarodowych sprawiły, że nie jesteśmy przywiązani do jakiejś jednej teorii. Przeciwnie, doceniamy i wy- korzystujemy w naszej pracy różne paradygmaty intelektualne, traktując je bardzo instrumentalnie. Każdy z nich co innego nam mówi o rzeczywistości otaczającej nas i decydenta politycz- nego, z którym współpracujemy. To trochę jak z mikroskopem i teleskopem. Oba te instrumenty zbudowane są z soczewek, ale każdy z nich służy do obserwacji różnych, niewidocznych gołym okiem, aspektów otaczającego nas świata. Tak właśnie korzysta- my z teorii. Na prace Bruce’a Bueno de Mesquity i Alastaira Smitha natrafiliśmy rozczarowani interpretacjami geopolitycznymi, a także tymi postrzegającymi politykę międzynarodową jako permanentną rywalizację sił/potęg, motywowaną „interesami narodowymi”. Agresję Rosji na Ukrainę i dokonanie w jej na- stępstwie aneksji Krymu w 2014 r. można oczywiście tłumaczyć, powołując się na „niezmienne prawa geopolityki”, rzekomą przynależność Ukrainy do jakiejś „tradycyjnej” rosyjskiej stre- fy wpływów, ale naszym zdaniem więcej w tym publicystyczne- go żargonu lub taniej politycznej propagandy niż precyzyjnej analizy. Geografia polityczna coś tam tłumaczy – na przykład to, że Ukraina może być ofiarą rosyjskiej agresji motywowanej dążeniem do zawładnięcia częścią jej terytorium, Belgia zaś już nie. Ale czy tego rodzaju konkluzja rzeczywiście przybliża nas do zrozumienia procesu decyzyjnego, który doprowadził do tej decyzji, katastrofalnej zarówno dla Ukrainy, jak i dla Rosji? Dla decydenta z państwa trzeciego, który musi zdefiniować własną politykę wobec użycia przez Rosję siły zbrojnej jako instrumen- tu polityki zagranicznej, konstatacja odwołująca się do geografii politycznej jest niewystarczająca. Taki decydent interesuje się motywami politycznymi swoich rosyjskich odpowiedników, gdyż ZROZUMIEĆ DYKTATORA 11 tylko wobec takich motywów może zająć stanowisko, uwzględ- niając otaczający go kontekst ustrojowy. Zwolenników koncepcji liberalnych również nie uważamy za w pełni przekonujących. Choć poszukiwanie wyjaśnień decyzji polityków w sprawach polityki zagranicznej w ich indywidual- nym położeniu determinowanym przez politykę wewnętrzną jest nam zdecydowanie bliższe, to optymizm idealistów co do kierun- ku rozwoju i losów świata zawsze wydawał nam się nadmierny. Bruce Bueno de Mesquita i Alastair Smith w Poradniku dykta- tora oferują interpretację polityki, która również dla rozumienia spraw międzynarodowych może być bardzo pomocna. Więcej uwagi tej problematyce poświęcili jednak w swoich pracach teo- retycznych. Weryfikowali między innymi teorię demokratycz- nego pokoju, według której, najogólniej rzecz biorąc, państwa o ustroju demokratycznym nie toczą ze sobą wojen, a także w ogóle rzadziej angażują się w konflikty zbrojne. Gdy zaś zo- staną napadnięte, są trudniejszym przeciwnikiem do pokonania niż autokracje. Nie ma tu miejsca, aby przedstawiać szczegóło- we wyniki badań Bueno de Mesquity i Smitha w tym zakresie. Trzeba jednak stwierdzić, że obaj autorzy, stosując swoją „teorię politycznego przetrwania” do weryfikacji tez zwolenników teo- rii demokratycznego pokoju, wykazali, że przywódcy stojący na czele „dużego selektoratu” / „wielkich koalicji” nie tylko mniej chętnie sięgają po siłę w polityce zagranicznej, ale i – gdy już zdecydują się na wojnę – są bardziej od przywódców autokra- tycznych stojących na czele „małych koalicji” zdeterminowani do jej wygrania. Przegrana bowiem niemal zawsze oznacza dla nich utratę władzy. Dla autokratów klęska wojenna niesie dużo mniejsze ryzyko takich konsekwencji. Poradnik dyktatora powinien być lekturą obowiązkową nie tylko dla analityków polityki. Politycy oraz zwykli obywatele również znajdą w niej wiele obserwacji, które pomogą im lepiej funkcjo- nować w życiu publicznym, lepiej rozumieć decyzje podejmowa- ne przez polityków. Dlaczego tak uważamy? Cóż, zawsze nas zastanawiało, jak dokonuje się zmiana po- lityki. Dlaczego decydent zmienia zdanie i własną politykę wobec jakiegoś problemu? Owszem, zmieniają się polityczne 12 ZROZUMIEĆ DYKTATORA uwarunkowania czy poglądy społeczeństwa na tę kwestię, ale co sprawia, że w stosunkowo krótkim czasie decydent może zająć stanowisko diametralnie różne od tego, którego z wielką deter- minacją bronił tylko chwilę wcześniej? Wszyscy wiemy z prakty- ki, że politycy są zdolni do takich zachowań niezależnie od swo- ich ideologicznych preferencji. A skoro wszyscy politycy są tacy sami, to dlaczego mimo to prowadzą tak różne polityki? Bruce Bueno de Mesquita i Alastair Smith oferują interesu- jącą odpowiedź na nasze pytania. Poziom zaufania do elit poli- tycznych w państwach demokratycznych od lat systematycznie maleje. Rośnie liczba osób przeświadczonych, że świat polityki jest z natury podszyty cynizmem i brakiem zasad, by nie rzec – nikczemnością. Dostaje się przede wszystkim tradycyjnym siłom politycznym obarczanym odpowiedzialnością za ów stan rzeczy. Na popularności zyskują ruchy antyestablishmentowe, budujące swoją pozycję na obietnicy bliżej nieokreślonej zmiany, choć cho- dzi raczej o pozbycie się przedrostka anty-. Taki obraz rzeczy- wistości pozwala na wytyczenie wyraźnej linii podziału na „ich” i „nas”; na tych, którzy się podobno zasadom „sprzeniewierzyli”, i tych, którzy chcą powrotu wyimaginowanego raju utracone- go. Taki obraz sprzyja też przywódcom państw niedemokratycz- nych, którzy korzystają z tej okazji, by podkreślić, że wartości w polityce to ułuda i hipokryzja. W głębi ducha chcieliby bo- wiem wierzyć, że wszyscy politycy są „tacy sami”, czytaj: równie niegodziwi, a różni ich tylko jakość gry aktorskiej i makijażu. Na pierwszy rzut oka Bruce Bueno de Mesquita i Alastair Smith w Poradniku dyktatora zdają się, z jednej strony, podsycać frustrację rozczarowanych obywateli Zachodu, z drugiej – pod- wyższać samoocenę autokratów spragnionych jak kania dżdżu równości w nikczemności. Głębsza lektura jednak owo wrażenie zaciera. Co piszą o polityce amerykańscy badacze? Kanapowi teore- tycy nie będą zadowoleni, a być może nawet prychną pogar- dliwie, zniesmaczeni zbyt mało wyrafinowaną propozycją. Nie znajdziemy tu rozbudowanej analizy tuzina różnorodnych defi- nicji polityki, każdej ponoć niezbędnej do zrozumienia zjawiska. Nie będzie więc zgoła nic o Arystotelesowskiej sztuce rządzenia ZROZUMIEĆ DYKTATORA 13 w imię dobra wspólnego, kategorii nazbyt ezoterycznej dla au- torów. Dowiemy się za to trochę o Weberowskim dążeniu do udziału we władzy albo do wywierania wpływu na podział wła- dzy. Przeczytamy sporo o makiawelicznej sztuce zdobywania, zachowywania i umacniania władzy, ale nie dajmy się zwieść recenzentom, którzy dostrzegli w Poradniku współczesną wersję Księcia. Nie będzie natomiast żadnych dywagacji na temat ujęcia formalnego, behawioralnego, funkcjonalnego czy konstruktywi- stycznego. Spragnieni takich analiz mogą zajrzeć do dowolnego punktowanego czasopisma z artykułami na temat teorii poli- tyki, w których co drugi z autorów teoretyków czuje się zobo- wiązany do podania zgrabnej definicji i wysublimowanej teorii. Wiadomo, „stwórz własną definicję lub giń!”. Oto przykład przewijający się przez uczelniane sylabusy: „polityka to działalność polegająca na przezwyciężaniu sprzecz- ności interesów i uzgadnianiu zachowań współzależnych grup społecznych i wewnątrz nich, służąca kształtowaniu i ochronie ładu społecznego korzystnego dla tych grup stosownie do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów” – z litości nie odeślemy w tym miejscu do przypisu. Chęć znalezienia od- powiednio uogólnionej formuły sprawiła, że definicja jest peł- na pojęć wymagających w istocie odrębnych definicji (interesy, współzależność, siła, pozycja ekonomiczna, ład społeczny). Czy zacytowana definicja, gdy uporamy się już z rozbiorem logicz- nym zdania, przybliży nas do zrozumienia jakiegokolwiek frag- mentu rzeczywistości społecznej? Propozycja Bueno de Mesquity i Smitha jest inna. Punktem wyjścia analizy politycznej powinien być przywódca. W każdym państwie siłą napędową polityki są bowiem działania rządzą- cych motywowane ich własnym interesem. Lider zasypia z jed- nym zasadniczym pytaniem na ustach: czy zrobiłem wszystko, co trzeba, by zachować i umocnić władzę? Aspirujący do władzy z kolei zastanawia się, czy zrobił wszystko, by przybliżyć moment jej zdobycia. Badacze idą dalej, twierdząc, że motywacja ta jest wspólna dla wszystkich jednostek dążących do przejęcia kontroli nad dowolną organizacją, i pokazują to na licznych przykładach. Państwo nie jest żadnym wyjątkiem, nawet jeśli chcielibyśmy, aby 14 ZROZUMIEĆ DYKTATORA tak było. Politykę uprawia nie tylko prezydent, premier czy mini- ster, ale również dyrektor firmy, przewodniczący związku zawo- dowego, prezes organizacji pozarządowej, dyrektor w urzędzie państwowym, szef federacji piłkarskiej i ojciec chrzestny mafii. Nie chodzi w ich działaniach ani o altruistyczne dążenie do do- bra wspólnego, ani o nikczemne nękanie rządzonych przez rzą- dzących, ale jedynie o jak najdłuższe sprawowanie skutecznej kontroli nad zbiorowością. Interesy mają więc ludzie, a nie państwa, co w zasadzie czyni kategorie takie jak interes narodowy, dobro wspólne czy równo- waga sił nieistotnymi przypisami do gry politycznej. Ta obser- wacja szczególnie nam się podoba. Sygnalizowaliśmy już nasze znudzenie paradygmatem geopolitycznym. Z trudem daje się on zastosować do relacji międzypaństwowych, a przecież politykę i zachowania polityczne spotkamy w wielu innych dziedzinach naszej społecznej aktywności. Ba, można powiedzieć, że znacznie częściej niż w sprawach międzynarodowych. Ludzie nie formu- łują przecież interesów, opierając się na enigmatycznych, uku- tych przez akademików kategoriach, gdy rywalizują o pozycję w firmie, na uczelni, w biurze, ministerstwie, państwie czy na świecie. Posiedzenia zarządów firm nie różnią się zasadniczo od narad rządowych. W obu przypadkach ścierają się jednostki wal- czące o wsparcie i lojalność innych. Zbiorowości są przedmiotem polityki inicjowanej i prowadzonej przez jednostki, które kierują się swoimi interesami. Skoro w tych rozgrywkach często naginamy zasady, aby ko- goś przekonać lub wygrać z nim konkurencję, to dlaczego ży- wimy nierealistyczne oczekiwania wobec przywódców państw? Czy jesteśmy tacy jak oni? I tak, i nie – odpowiadają Bueno de Mesquita i Smith. Tak, bo również kierujemy się własnym intere- sem, planując działania, co nie znaczy, że ów egoizm musi ozna- czać szkodzenie innym. Nie, bo odróżnia ich od nas posiadanie siły sprawczej pochodzącej z wyborów, nominacji, namaszczenia, prawa do sukcesji czy zamachu stanu, dającej możliwość ustana- wiana praw korzystnych dla nich samych. Polityka w ujęciu Bueno de Mesquity oraz Smitha jest pro- sta i rządzi się kilkoma regułami, których zlekceważenie grozi ZROZUMIEĆ DYKTATORA 15 utratą przywództwa. Różny jest jedynie poziom złożoności kie- rowanej organizacji, wpływający na dobór metod rządzenia. Istota procesu sprawowania władzy pozostaje jednak niezmien- na. Powtórzmy, chodzi w nim nie o powszechny dobrobyt, ale o zdobycie i utrzymanie władzy politycznej. To wymaga odpo- wiednich środków potrzebnych do zarządzania lojalnością klu- czowych stronników. Krajobraz polityczny z perspektywy przy- wódcy dzieli się na trzy grupy: selektorat nominalny (wymienni), rzeczywisty (wpływowi) i zwycięską koalicję (niezbędni). Te trzy grupy stanowią dla autorów fundament wszystkiego, ich pro- porcje determinują działania przywódcy i definiują właściwości systemu politycznego. Takie podejście ma czytelnika wyzwolić od machinalnego po- sługiwania się pojęciami demokracji, autokracji czy dyktatury, w zamian oferując ogromną różnorodność systemów politycz- nych ciągle ewoluujących dzięki nieustannym przepływom mię- dzy wspomnianymi grupami. Atrakcyjność takiego spojrzenia jest funkcją prostoty zastosowanych kryteriów oceny przy jednocze- snym uniknięciu pułapki etykietowania, czyli wrzucania państw do pojemnych worków z napisami: demokracja (parlamentarna, prezydencka, deliberatywna, pośrednia, bezpośrednia), auto- kracja, monarchia (absolutna, konstytucyjna), dyktatura i hy- bryda (autorytaryzm wyborczy bądź konkurencyjny). Każde z tych określeń oferuje pewną wartość, rzucając światło na jeden element danego systemu bądź kilka z nich. Stosując jednak kry- teria z Poradnika dyktatora, można uciec od tych trywia lizujących rzeczywistość społeczną, choć wygodnych konwencji. Analizując system pod kątem znaczenia wymienionych grup i ich udzia- łu w sprawowaniu władzy, otrzymujemy trójwymiarowy obraz, na którym możemy umieścić każde państwo bądź organizację. Taki zabieg pokazuje na przykład, dlaczego systemy bardzo od- mienne (Szwecja i Stany Zjednoczone) mogą doskonale spełniać kryteria demokracji. Różnice w postępowaniu ich przywódców wynikają bowiem z odmiennych bezwzględnych i względnych wielkości wymiennych, wpływowych i niezbędnych. Lista oferowanych przez autorów porad dla przywódcy, który chce osiągnąć sukces w dowolnym systemie, wygląda 16 ZROZUMIEĆ DYKTATORA następująco: 1) ogranicz zwycięską koalicję do minimum; 2) mak- symalizuj wymiennych, aby szachować pozostałe grupy interesu; 3) kontroluj przychody; 4) płać za lojalność tyle, ile trzeba; 5) nie wyciągaj poplecznikom pieniędzy z kieszeni w imię poprawy sy- tuacji ogółu. To by było na tyle. Chciałoby się rzec: nihil novi, ale zagłębienie się w drobiazgową analizę każdej z tych reguł, podpartą fascynującymi ilustracjami, oferuje czytelnikowi świe- ży punkt odniesienia. I, co ważne, badacze metodycznie niszczą epistemologiczne mury między badaniami różnych dziedzin ży- cia społecznego. Ich podejście pozwala na zastosowanie jedno- rodnej siatki pojęciowej do analizy zagadnień z takich obszarów, jak rządzenie w demokracji i autokracji, polityka zagraniczna, polityka podatkowa i polityka redystrybucyjna, zadłużenie, po- moc rozwojowa, walka (bądź jej brak) z korupcją czy zarządzanie korporacją i wielu innych. Nie jest to oczywiście uniwersalny klucz, który otworzy na oścież każde drzwi. Nie jest to teoria wszystkiego, choć takiego miana się doczekała (zarówno ze strony zwolenników, jak i kry- tyków). Autorzy lekceważą na przykład wpływ ideologii, kultu- ry, historii, pamięci zbiorowej, widząc w nich jedynie narzędzia służące realizacji politycznego celu przetrwania. Podejście ta- kie wyrasta z teorii racjonalnego wyboru, widzącej w jednostce podmiot nieustannie analizujący otoczenie, przetwarzający po- zyskiwane dane i wyciągający z nich racjonalne wnioski. Każdy przywódca prowadzi więc swoistą księgę rachunkową minionych i potencjalnych politycznych strat oraz korzyści. Każde działa- nie bądź każde zaniechanie jest podyktowane analizą kosztów politycznych i przybliża do zrozumienia istniejącej w umyśle li- dera struktury wymiennych, wpływowych i niezbędnych. A tym samym pozwala antycypować przyszłe ruchy, dając narzędzia prognostyczne. Odrzucenie jednak warstwy idei, wartości czy norm budzi pewne wątpliwości, bo przecież kalkulacja nie jest dokonywana w próżni, ale wyrasta z określonego światopoglądu i wieloletnie- go procesu internalizacji pewnych norm przez jednostkę i zbio- rowość, do której przynależy. Aby więc zwiększyć szanse na zdo- bycie władzy nad tą zbiorowością, musimy do naszych równań ZROZUMIEĆ DYKTATORA 17 wprowadzić zmienne ideowe. Jeśli nawet założyć, że każdy poli- tyk (a naprawdę w to wątpimy) instrumentalizuje wartości w dą- żeniu do politycznego celu, to czyni tak, odpowiadając na realnie istniejące zjawisko, czyli światopogląd tych, o których wsparcie zabiega. Skłonność wielu państw i organizacji do odwoływania się do propagandy i próby zaszczepiania pewnych koncepcji w zbiorowej świadomości wskazują, że idee mogą mieć większe znaczenie, niż autorzy Poradnika sugerują. Próba zrozumienia, czy i jaką rolę warstwa aksjologiczna odgrywa w dążeniu do władzy w różnych ustrojach, innymi słowy w różnych konfigu- racjach wymiennych, wpływowych i niezbędnych, mogłaby być ciekawym rozszerzeniem analizy Bueno de Mesquity i Smitha. Polityka przedstawiona w Poradniku dyktatora jest pozbawio- na ornamentyki charakterystycznej dla rozbudowanych teorii polityki, teorii stosunków międzynarodowych i zainfekowanej geopolityką publicystyki. Autorzy jak ognia unikają abstrakcyj- nych i mglistych pojęć, ironicznie widząc w nich twory „uczelnia- nych mędrców”, niemające wiele wspólnego z realną polityką. Odrzucają też podręcznikową Realpolitik rozumianą jako kalku- lacja siły i interesów narodowych. Polityka międzynarodowa nie jest zjawiskiem wyjątkowym, unikatowym, rządzącym się szcze- gólnymi prawami. Jest również prosta i pozbawiona metafizyki. Nikt nigdy nie rządzi sam. Zawsze potrzebuje popleczników. Oczywiście, im mniej ich potrzebuje, tym lepiej, bo środki na ku- powanie lojalności zawsze są ograniczone. I tu właśnie ujawniają się różnice między demokracją a autokracją, by wrócić do tych wygodnych pojęć. Demokracje charakteryzują liczni wymienni, liczni wpływowi i liczni niezbędni, o których względy należy za- biegać. Grupy różnią się oczywiście liczebnością, ale w relatywnie niewielkim stopniu, przynajmniej w porównaniu z krajami nie- demokratycznymi. To dlatego częściej niż w innych systemach demokracja generuje dobra publiczne, bo rządu po prostu nie stać na nagradzanie poszczególnych jednostek. Zbankrutowałby, chcąc zadowolić każdego stronnika z osobna, a więc musi dbać o interesy zbiorowości, różnych grup interesu. Znajdujący się na przeciwległym krańcu osi autokrata opiera się na wąskiej grupie niezbędnych lojalistów, których względy może zaskarbić prostą 18 ZROZUMIEĆ DYKTATORA dystrybucją przywilejów. Toteż usilnie dba, by proporcje nie zo- stały zachwiane i nawet gdy w sąsiednim, blisko powiązanym kra- ju, pojawia się widmo systemowej zmiany w postaci upodmioto- wienia większych grup społecznych, woli interweniować zbrojnie i ponosić związane z tym koszty, niż ryzykować, by niebezpieczny proces wzrostu liczebności wpływowych i niezbędnych przekro- czył granice państwa. Przyjęcie założenia, że fundamentalne motywacje demokra- tów, autokratów i dyktatorów są tożsame, rodzi wiele problemów aksjologicznych. Nie po to przecież różnicujemy i wartościujemy systemy władzy, by teraz sprowadzić wszystkich do wspólnego mianownika. Jakże wspaniała byłaby to wieść dla wszystkich po- litycznych niegodziwców, którzy od dawna wskazują, że cały de- mokratyczny Zachód to wygodna fasada, za którą kryją się bru- talne frakcyjne walki o kontrolę nad społeczeństwem. Nie w tym rzecz jednak. Owszem, Bueno de Mesquita i Smith rysują pesymistyczny obraz jednostki u władzy, ale wychodzą ze słusznego założenia, że dążyć do poprawy świata można wyłącznie poprzez zrozu- mienie, a nie pudrowanie rzeczywistości. Proponowana przez nich wędrówka intelektualna często wymaga zawieszenia utar- tych przekonań i wiary w ludzi w imię zgłębienia mechanizmów skutecznego rządzenia. To nie jest przyjemne doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto właśnie w naturze ludzkiej, lub w in- żynierii społecznej czy też płciowej, widzi nadzieję na lepszą politykę. Problem w tym, że dobra polityka z pozycji obywatela i oddalonych od władzy grup społecznych nie musi być, nie jest, a często nie może być tożsama z dobrą polityką w oczach przy- wódcy. Ale, wbrew pozorom, autorzy nie zniechęcają do norma- tywnej analizy polityki; twierdzą jedynie, że musi ona uwzględ- niać rzeczywiste motywacje i kalkulacje, jakimi kierują się osoby stojące u władzy. Prowadząc przez meandry logiki politycznego przetrwania, zmuszają czytelnika do zadania sobie pytania, czy byłby zdolny walczyć o władzę bez odwoływania się do logiki nik- czemnego postępowania. Książka Bruce’a Bueno de Mesquity i Alastaira Smitha stano- wi prowokacyjne i niepozbawione kontrowersji wprowadzenie ZROZUMIEĆ DYKTATORA 19 do nauki o polityce, napisane w sposób zrozumiały i przejrzysty, dostępny i dla politycznych profesjonalistów, i dla amatorów. Za lekkim i żartobliwym stylem kryje się masa intrygujących obser- wacji. Choć, by zrobić z nich użytek, trzeba wyjść poza pewne wygodne schematy myślowe. Zamiast podtrzymywać iluzję, że gdzieś tam istnieją mężowie stanu pozbawieni egoistycznych po- budek, lepiej zdać sobie sprawę z rzeczywistych reguł gry. Nie należy bynajmniej popadać w polityczną apatię, tylko patrzeć na działania władz przez pryzmat kosztów politycznych związanych z dbaniem o lojalność i liczebność wymiennych, wpływowych i niezbędnych. Po lekturze trudno się zresztą oprzeć chęci za- stosowania zaproponowanych przez autorów metod do analizy ewolucji systemów rządów poprzez badanie zmiany proporcji wspomnianych grup. Zjawiska takie jak zmiany w dystrybucji dóbr publicznych i prywatnych, koncentracja różnych gałęzi go- spodarki w rękach państwa, fałszowanie wyborów, pozorowanie walki z korupcją, podwyższanie pensji pracownikom sektora pu- blicznego, obniżanie podatków, rozdawanie stanowisk w zarzą- dach spółek państwowych i wiele innych mogą być analizowane pod kątem chęci kształtowania optymalnej struktury tych grup. Książka kierowana przekornie do dyktatora jest w isto- cie zbiorem rad dla obywatela, dając mu narzędzia do oceny kierunku zmian politycznych zachodzących w jego otoczeniu. Powinna uczulać na przypadki, gdy spada frekwencja wyborcza (czyli liczba wpływowych), partie zaczynają reprezentować gru- py oligarchiczne, a nie swoich sympatyków, parlament staje się maszynką do głosowania, a nie miejscem toczenia realnego po- litycznego sporu i politycznej deliberacji, grono odpowiedzialne za podejmowanie decyzji (niezbędni) zaczyna się kurczyć, nie- formalne uzgodnienia zyskują przewagę nad formalnymi, a kli- ki nad instytucjami. Pojawia się wówczas powód do niepokoju, który należy przekształcić w impuls do obywatelskiego tłumie- nia dyktatorskich zapędów tkwiących w każdym przywódcy. Być może lektura ostatecznie grzebie wiarę w zbożne cele liderów, ale oferuje w zamian obraz świata bliższy rzeczywistości, możli- wy do lepszego zrozumienia, a tym samym współkształtowania 20 ZROZUMIEĆ DYKTATORA przez obywateli świadomych znaczenia logiki politycznego przetrwania. Czytelników zainteresowanych tą naukową teorią odsyłamy do fundamentalnej dla tej szkoły teoretycznego myślenia o poli- tyce monografii, której Bueno de Mesquita i Smith są współau- torami: The Logic of Political Survival1. Wszystkich, którzy poszu- kują zaś tylko syntezy tej teorii, zachęcamy do lektury Poradnika dyktatora. Jego wartość polega na tym, że mieści w sobie i porad- nik obywatela, i poradnik politycznego analityka. Jesteśmy prze- konani, że książka wzbogaci jakość i precyzję naszego polskiego myślenia o polityce. Głęboko wierzymy, iż może się stać warto- ściową inspiracją dla wszystkich rozważających czynny udział w polityce. Kierując się tymi motywacjami, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych oddaje Poradnik dyktatora polskiemu czytel- nikowi. Życzymy fascynującej lektury! Sławomir Dębski, Ernest Wyciszkiewicz 1 B. Bueno de Mesquita, A. Smith, R.M. Siverson, J.D. Morrow, The Logic of Political Survival, The MIT Press, Cambridge, London 2003. Wstęp Reguły rządzenia Jakich niezwykłych łamigłówek dostarcza nam polityka! Codziennie nagłówki gazet szokują nas i zaskakują. Każdego dnia słyszymy o oszustwach, matactwach i przekrętach szefów korporacji, o nowych kłamstwach, kradzieżach i okrucieństwach szefów rządów, a nawet popełnianych przez nich morderstwach. Niepodobna nie zastanawiać się, jakie błędy kultury, religii i wy- chowania lub jakie okoliczności historyczne wyniosły do władzy tych złowrogich despotów, chciwych bankierów z Wall Street i obłudnych potentatów naftowych. Czy miał rację szekspirowski Kasjusz, mówiąc, że „to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina”, lub – bardziej konkretnie – wina tych, którzy nam przewodzą? Większość z nas zadowala się tym tłumaczeniem, choć jest ono dalekie od prawdy. Nazbyt często przyjmujemy za dobrą monetę opinie hi- storyków, dziennikarzy, mędrców oraz poetów i nie drążymy w poszukiwaniu głębszych prawd, które nie wskazują ani na gwiazdy, ani na nas samych. Światem polityki rządzą reguły. Władca na tyle nierozsądny, by ich nie przestrzegać, niedługo pozostanie u steru. Dziennikarze, autorzy i naukowcy usiłują wyjaśniać politykę poprzez opisy przypadków. Badają, dlaczego ten czy inny przy- wódca przejął władzę; jak doszło do tego, że ludność dużego kraju zbuntowała się przeciwko rządowi; dlaczego jakaś polity- ka zainaugurowana w ubiegłym roku diametralnie zmieniła losy milionów. Wyjaśniając te przypadki, dziennikarz albo historyk na ogół potrafią powiedzieć, co się zdarzyło, komu, a może nawet 21 22 WSTĘP dlaczego. A przecież za szczegółami wielu politycznych relacji i historii kryją się pytania – niekiedy głębokie, niekiedy pozornie mało istotne, ale wszystkie uporczywie powracające: jak to się dzieje, że tyrani tak długo utrzymują się u władzy; a skoro już o tym mowa, dlaczego kadencje przywódców demokratycznych, z powodzeniem sprawujących rządy, trwają tak krótko? Czym wyjaśnić to, że państwa prowadzące błędne i skorumpowane po- lityki gospodarcze mimo wszystko trwają? Dlaczego tak często się okazuje, że państwa narażone na klęski żywiołowe były nieprzy- gotowane na nadejście kataklizmu? Jak to możliwe, że na zie- miach zasobnych w bogactwa naturalne ludność żyje w nędzy? Równie dobrze można by się zastanawiać, dlaczego szefowie spółek z Wall Street cierpią na tak daleko posuniętą głuchotę po- lityczną, że pogrążając światową gospodarkę w kryzysie, zarazem wypłacają sobie miliardowe premie? Dlaczego o najwyższym kierownictwie korporacji, na którym spoczywa wielka odpowie- dzialność, decyduje tak nieliczne gremium? Dlaczego szefów nieudaczników trzyma się na stanowiskach i sowicie opłaca, na- wet wtedy, gdy akcjonariusze spółki tracą ostatni grosz? Pytania o polityczne zachowania powracają w takiej czy innej formie. W każdej interpretacji, w każdej relacji przywódca – wi- nowajca i jego (lub jej) błędne decyzje są traktowane jak jedno- razowy przypadek. Tymczasem w politycznym zachowaniu nie ma nic unikalnego. Relacje o niegodziwościach polityków czy szefów biznesu mają pewien przewrotny urok, ponieważ pozwalają nam wie- rzyć, że gdyby nadarzyła się sposobność, my sami postępowa- libyśmy inaczej. Możemy więc winić niedoskonałego osobnika, który z jakichś trudnych do wyjaśnienia powodów zdobył wła- dzę, umożliwiającą mu podejmowanie monumentalnych – i do tego gigantycznie złych – decyzji. Jesteśmy przekonani, że nigdy nie zrobilibyśmy tego, co przywódca libijski Muammar Kaddafi, który bombardował własne społeczeństwo, aby utrzymać się przy władzy. Słysząc o olbrzymich stratach, jakie ponieśli pracowni- cy, emeryci i udziałowcy Enronu pod kierownictwem Kennetha Laya, myślimy: nie jestem taki jak Lay. Każdy taki przypadek uważamy za anomalię, a przecież łączy je logika polityki, reguły rządzące władcami. WSTĘP 23 Znawcy polityki i prominenci mediów informacyjnych pozosta- wiają nas w nieświadomości tych reguł. Zadowalają się obwinia- niem czyniących zło i nie dociekają, dlaczego świat polityki i bizne- su wspiera niegodziwców albo zmienia przyzwoitych ludzi w drani. Oto dlaczego ciągle zadajemy sobie te same pytania. Nadal zaska- kuje nas to, że trzy i pół tysiąca lat po tym, jak faraonowie wymyślili sposób składowania ziarna, w Afryce brakuje żywności z powodu suszy; ciągle szokują nas zniszczenia wywołane trzęsieniami ziemi i tsunami w Haiti, Iranie, Republice Związku Mjanmy i Sri Lance oraz dziwi pozornie mniejsza intensywność tych klęsk żywiołowych w Ameryce Północnej i Europie. Wciąż niepokoją nas przyjazne uściski rąk i porozumiewawcze mrugnięcia wymieniane przez przywódców demokratycznych z tyranami, gdyż ci pierwsi w jakiś sposób usprawiedliwiają władzę tych drugich. W niniejszej książce wskażemy logikę nikczemnego postępo- wania, jakie cechuje wielu (kto wie, może większość?) przywód- ców rządów i liderów biznesu. Chcemy wyjaśnić dobre i złe po- stępowanie bez uciekania się do argumentów ad hominem i w tym celu zamierzamy rozwikłać sposób rozumowania i motywy kryją- ce się za tym, jak nami rządzą i jak się organizujemy. Obraz, jaki namalujemy, nie będzie ładny. Nie umocni naszej nadziei na ludzką życzliwość i altruizm. Wierzymy jednak, że bę- dzie prawdziwy i wskaże drogę ku jaśniejszej przyszłości. Jeśli nawet polityka jest tylko grą przywódców, to – opanowawszy jej reguły – właśnie my możemy z niej wyjść wygrani. Wszak aby ulepszyć świat, wszyscy musimy zacząć od porzu- cenia wiary w utarte prawdy. Pozwólmy się prowadzić logice i dowodom, a otworzą się nam oczy na przyczyny takiego, a nie innego działania polityki. Wiedzieć, jak się sprawy mają i dlacze- go, to pierwszy krytycznie ważny krok w uczeniu się, jak dopro- wadzić do zmiany na lepsze. Afera w mieście Bell W polityce, jak w życiu, wszyscy mamy pragnienia i zmagamy się z przeszkodami na drodze do ich spełnienia. Na przykład 24 WSTĘP swobodę działania ograniczają nam przepisy wprowadzone przez rząd. Będący u władzy różnią się od reszty: mogą ustana- wiać korzystne dla siebie reguły, dzięki którym łatwiej osiągną cel. Zrozumieć, czego ludzie chcą i jak realizują swoje pragnie- nia, to ważny krok ku wyjaśnieniu, dlaczego rządzący wielokrot- nie popełniają złe uczynki. W istocie niegodziwość najczęściej jest dobrą polityką. To dictum odnosi się do rządzenia mieściną, rodzinną firmą, megakorporacją czy globalnym imperium. Zacznijmy od historii małomiasteczkowej kliki chciwych, za- chłannych, nienasyconych łajdaków, bo ona pozwoli nam zro- zumieć, jak wygląda świat z perspektywy przywódcy. Nie wolno jednak zapominać, że w tej narracji chodzi nie o cechy osobo- wości, lecz o politykę. Bez względu na to, czy bohaterowie tej historii stanowili szajkę zdemoralizowanych drani, czy nie, tak naprawdę liczy się jedno: cenili władzę i umieli ją zdobyć oraz utrzymać. Wkrótce przekonamy się, że ta opowieść o haniebnym postępowaniu powtarza się na każdym szczeblu polityki oraz za- rządzania korporacją i że w niezwykłej aferze miasta Bell w sta- nie Kalifornia nie ma nic szczególnego. Robert Rizzo był zarządcą miasta Bell, liczącego około 36 600 mieszkańców. Większość mieszkańców tego ubogiego przedmieścia Los Angeles ma pochodzenie południowoame- rykańskie. Dochód per capita wynosi, według różnych szacun- ków, od zaledwie 10 tys. dolarów aż do 25 tys. dolarów, lecz, tak czy inaczej, plasuje się znacznie poniżej średniej kalifornij- skiej i krajowej. Ponad jedna czwarta ciężko pracujących miesz- kańców miasta egzystuje poniżej granicy ubóstwa. Niełatwo się żyje w Bell. Mimo to społeczność Bell jest dumna ze swoich osiągnięć, rodzin i perspektyw. Wbrew licznym przeszkodom Bell kon- sekwentnie wyprzedza inne gminy w Kalifornii pod względem niższych od średniej wskaźników przestępstw z użyciem prze- mocy oraz przeciwko mieniu. Strona internetowa miasta poka- zuje, że jest to kwitnąca, szczęśliwa wspólnota, oferująca swoim członkom liczne letnie kursy, biblioteczne imprezy, sporty wod- ne i atrakcyjne wycieczki rodzinne. Poza tym Bell robi wraże- nie miasta zaangażowanego. Na przykład osobom spełniającym WSTĘP 25 pewne podstawowe kryteria zamieszkania i wysokości dochodu oferuje dotacje na remonty domków jednorodzinnych z fundu- szu inwestycji mieszkaniowych i rozwoju miasta1. Nie ulega wątpliwości, że Robert Rizzo, który pełnił funk- cję zarządcy miasta przez 17 lat, z dumą wspomina ten okres. W 2010 r. ówczesny burmistrz Bell Oscar Hernandez (później skazany na karę więzienia za korupcję) powiedział, że w 1993 r., gdy Rizzo (także oskarżony o korupcję) obejmował stanowisko, miasto stało praktycznie na skraju bankructwa, natomiast przez następnych 15 lat, pod kierownictwem Roberta Rizza, który ustąpił w 2010 r., miało zrównoważony budżet. Hernandez uwa- ża, że Rizzo doprowadził do wypłacalności miasta, a następnie pomagał utrzymać ten stan2. To nie bagatela! Bez wątpienia i on, i ojcowie miasta, z którymi współpracował, zasługiwali na po- chwały i wymierne nagrody za dobrą służbę mieszkańcom. Za tą idylliczną fasadą kryje się jednak historia, która uosa- bia rzeczywisty mechanizm działania polityki. Otóż Robert Rizzo został zatrudniony w 1993 r. z wynagrodzeniem 72 tys. dolarów rocznie, a pod koniec urzędowania, latem 2010 r., gdy zmuszo- no go do odejścia, zarabiał oszałamiającą kwotę 787 tys. dolarów rocznie. Spójrzmy na tę sytuację z pewnej perspektywy. Gdyby jego wynagrodzenie było jedynie indeksowane do poziomu inflacji, w 2010 r. wynosiłoby 108 tys. dolarów, a nie siedmiokrotnie wyższą kwotę, jaką pobierał. Przez długie lata niskiej inflacji to wynagrodzenie wzrastało, licząc procentem składanym, o po- nad 15 rocznie, niemal dokładnie według tej samej stopy, jaką obiecywał swoim naiwnym inwestorom Bernie Madoff, mistrz piramidy finansowej. Jak ma się pensja Rizza jako zarządcy miasta do wynagro- dzenia na innych odpowiedzialnych stanowiskach rządowych? 1 Dane na temat lokali mieszkalnych i mieszkańców miasta Bell w stanie Kalifornia dostępne są na stronie: www.city-data.com/housing/houses-Bell-California.html. 2 Bell Council Seeks Resignation of 3 City Officials, „Los Angeles Times” (Local Section) z 21 lipca 2010 r., www.latimes.com/news/local/la-me-721-bell-20100721,0,3475382. story. 26 WSTĘP Prezydent Stanów Zjednoczonych pobiera 400 tys. dolarów3, gu- bernator Kalifornii – nieco ponad 200 tys. dolarów i mniej więcej tyle samo burmistrz Los Angeles, „o rzut beretem” od Bell. Rzecz jasna, pensja Roberta Rizza daleko odbiega od najwyżej opłaca- nych pracowników instytucji publicznych w Kalifornii. Tu palmę pierwszeństwa – podobnie jak w większości stanów – dzierży tre- ner uniwersyteckiej drużyny futbolowej, UC Berkeley. Zarobił on w 2010 r. około 1,85 mln dolarów, ale też prawdopodobnie przysporzył o wiele więcej wpływów niż Rizzo4. Roberta Rizza chwalono za znaczne usługi oddane miastu, lecz czy rzeczywiście były one aż tak cenne? Wygląda na to, że był najwyżej opłaca- nym zarządcą miasta w całych Stanach Zjednoczonych (chyba że gdzieś jest kolejna, nieodkryta jeszcze afera w stylu Bell). Nasuwa się naturalnie myśl, że Robert Rizzo musiał kraść pieniądze, robić przysłowiowe „skoki na kasę”, wyprowadzać miejskie fundusze albo popełniać inne niemoralne i niezgodne z prawem czyny. Jerry Brown, który latem 2010 r., gdy wybuchł skandal z Bell, piastował urząd prokuratora generalnego stanu Kalifornia (i był kandydatem Partii Demokratycznej na guberna- tora) obiecał wszcząć dochodzenie w sprawie ewentualnego na- ruszenia prawa. Przesłanie było jasne: nikt nie płaciłby zarządcy małego miasteczka blisko 800 tys. dolarów rocznie. Tymczasem prawda jest bardziej skomplikowana. Mamy tu do czynienia ze sprytną (i niegodziwą) manipula- cją polityczną, po cichu usankcjonowaną przez wyborców z Bell i reprezentujących ich członków rady miasta, z dodatkiem zale- dwie szczypty złodziejstwa. Miasta porównywalne z Bell płacą członkom swoich rad miejskich średnio 4800 dolarów rocznie. Tymczasem czterech z pięciu radnych Bell pobierało blisko 100 tys. dolarów rocznie dzięki prostemu mechanizmowi: każdy otrzymywał, oprócz na- leżnego (minimalnego) wynagrodzenia radnego, blisko 8 tys. dolarów miesięcznie za zasiadanie w radzie nadzorczej któregoś z organów miejskich. Tylko radny Lorenzo Velez nie załapał się, 3 Trener drużyny futbolowej Army zarabia znacznie więcej niż prezydent, mimo że w ostatnich latach drużyna przeżywa na boisku i wzloty, i upadki! 4 Zob. www.coacheshotseat.com/JeffTedford.htm. WSTĘP 27 nieborak, na te korzyści. Zarabiał zaledwie 8076 dolarów rocznie – mniej więcej tyle, ile jego koledzy z rady pobierali miesięcz- nie. Jak można wyjaśnić te różnice, nie mówiąc już o szokujących pensjach i emeryturach, przyznanych nie tylko Rizzowi, lecz tak- że zastępcy zarządcy miasta i szefowi policji w Bell (ostatecznie wszyscy zostali skazani na kary więzienia za korupcję)? Tajemnica leży w sprytnym manipulowaniu terminem wybo- rów. Przywódcy miasta pokierowali sprawami tak, by sprawo- wanie przez nich władzy i możliwość ustalania ich wynagrodzeń zależały od bardzo małej liczby wyborców. Aby zobaczyć, jak to się stało, że biedna społeczność mogła tak hojnie wynagradzać przywódców miasta, trzeba zacząć od referendum z 2005 r., któ- re przekształciło Bell z „miasta funkcjonującego na podstawie przepisów ogólnych” w „miasto funkcjonujące na podstawie wła- snego statutu”. Zapytasz, czytelniku (między jednym ziewnię- ciem a drugim), czym się różnią te przepisy od własnego statutu? Tym, czym dzień od nocy: w miastach funkcjonujących na pod- stawie przepisów ogólnych decyzje zapadają otwarcie, w świetle dziennym, a w miastach funkcjonujących na podstawie statutu – często niejawnie, za zamkniętymi drzwiami. System zarządzania tym pierwszym opiera się na prawie federalnym lub stanowym, natomiast tym drugim – jak sama nazwa wskazuje – na własnym statucie miasta. W 2005 r. parlament Kalifornii pracował nad ustawą o puła- pach wynagrodzeń radnych w miastach, w których obowiązują przepisy ogólne. Gdy legislatura stanowa przystąpiła do wpro- wadzania owych limitów, kreatywni politycy miasta Bell – niektó- rzy utrzymują, że przewodził im Robert Rizzo – znaleźli sposób, by zabezpieczyć się przed fanaberiami Sacramento. Przy popar- ciu wszystkich pięciu radnych rozpisano referendum w sprawie przekształcenia Bell w miasto z własnym statutem. Głównym atutem tej zmiany miało być zwiększenie autonomii Bell wobec decyzji podejmowanych przez urzędników stanowych. Wszak władze lokalne najlepiej wiedzą, co jest dobre dla danej społecz- ności, lepiej niż odlegli politycy, którzy nie orientują się w lokal- nych warunkach – dowodzili przywódcy Bell. 28 WSTĘP Referenda na temat kwestii technicznych – takie jak to, czy stać się miastem z własnym statutem, czy pozostać przy przepi- sach ogólnych – mało interesują zwykłego wyborcę. Oczywiście, gdyby rozpisano je w kontekście ważnych wyborów powszech- nych lub choćby stanowych, zapewne wielu potencjalnych wy- borców przyjrzałoby się bliżej temu projektowi, lecz stało się inaczej – bez wątpienia zgodnie z politycznym planem. W refe- rendum, niepowiązanym z głosowaniem nad innymi sprawami, wzięło udział niespełna 400 osób (336 za, 54 przeciw) w mieście liczącym 36 tys. ludności. W ten sposób przyjęto statut, który oddawał garstce ludzi prawo do rozdzielania przychodów mia- sta i konstruowania miejskiego budżetu – i to na posiedzeniach niejawnych. O ile nam wiadomo, statut nie wprowadzał jakich- kolwiek innych istotnych zmian w sposobie rządzenia miastem. Służył jedynie temu, by wąskiemu gronu przyznać szeroką swo- bodę decydowania o podatkach i wydatkach. Jak się okazało, de- cydenci stanowili także o własnych wynagrodzeniach. Tym, którzy uznają, że radni Bell byli nie tylko sprzedajni, lecz i głupi, przypominamy, jak sprytnie maskowali swoje działa- nia. Każdy członek rady zapytany, jakie wynagrodzenie pobiera za pracę wykonywaną w niepełnym wymiarze czasu, mógł odpo- wiedzieć szczerze i uczciwie, że otrzymuje grosze – kilkaset dola- rów miesięcznie. Jak już się przekonaliśmy, lwią część ich płacy – tę, której odmówiono Lorenzo Velezowi – stanowiło wynagro- dzenie za zasiadanie w radach nadzorczych organów miejskich. Może to właśnie stało się ich piętą achillesową. W czasie, gdy powstaje ta książka, wszyscy główni aktorzy afe- ry Bell odbywają karę więzienia, lecz bynajmniej nie za swoje sowite apanaże. Te, choć oburzające, były w pełni zgodne z pra- wem. Zostali skazani za pobieranie wynagrodzenia za udział w posiedzeniach, które w ogóle się nie odbyły. Wygląda na to, że biorąc ciężkie pieniądze, jakoś nie pamiętali o obowiązku uczest- niczenia w sesjach. Inaczej mówiąc, może się okazać, że szczodrze opłacani menedżerowie miasta Bell wpadli na tym, co można by nazwać technicznym aspektem prawa. Szokujące wynagrodze- nia? – w porządku; pobieranie zapłaty za udział w posiedzeniach, w których nie uczestniczyli? – a to już nie w porządku! Trudno WSTĘP 29 nie zadać sobie pytania, od ilu urzędników państwowych wy- maga się przestrzegania tej normy. Na przykład ilu senatorów i kongresmenów pobiera pełne wynagrodzenie, a zarazem od- puszcza sobie posiedzenia Senatu czy Izby Reprezentantów, by zamiast tego zbierać fundusze na kampanię wyborczą, wygłaszać przemówienia czy uprawiać turystykę pod pretekstem oficjal- nych podróży? Aż dziw bierze, że w tak małym mieście jak Bell udawało się równoważyć budżet (co stanowiło jedno z istotnych osiągnięć Roberta Rizza), a zarazem płacić tak wysokie pensje. (Naszym zdaniem istnieje duże prawdopodobieństwo, że po uporząd- kowaniu sposobu rządzenia Bell wydatki przewyższą wpły- wy i zamiast zrównoważonego budżetu pojawi się zadłużenie). Pamiętajmy: przywódcy miasta mogli decydować nie tylko o spo- sobie wydawania pieniędzy, lecz i o wysokości podatków – i na- kładali na swoich wyborców podatki, że hej! Oto co „Los Angeles Times” pisał o podatkach od nieruchomości w Bell: Stawka podatku w Bell wynosi 1,55 – blisko półtora raza więcej niż w zamożnych enklawach, takich jak Beverly Hills, Palos Verdes Estates oraz Manhattan Beach, i znacznie więcej niż prawie wszędzie indziej w hrabstwie Los Angeles według dokumentacji dostarczonej przez Urząd Rewizyjny na prośbę redakcji. To znaczy, że w Bell właściciel domu wycenionego na 400 tys. dolarów płaci rocznie około 6200 dolarów po- datku od nieruchomości. Właściciel takiego samego domu w Malibu, gdzie stawka podatku wynosi 1,1 , zapłaciłby za- ledwie 4400 dolarów5. Mówiąc wprost, podatek od nieruchomości w Bell był o około 50 wyższy niż w sąsiadujących miejscowościach. Rzecz jasna, przy tak wysokich podatkach zarządca miasta i rada mogli płacić wysokie pensje, zachowując równowagę budżetową, a przy tym sami się bogacić i wysoko opłacać najważniejszych kolesiów. A teraz, gdy już opowiedzieliśmy historię Bell, popatrzmy na jej podtekst. Stanowiska w radzie miejskiej obsadza się w drodze 5 Zob. http://latimesblogs.latimes.com/lanow/2010/07/bell-paid-huge-salariesresidents -paid-huge-tax-bills-records-show.html. 30 WSTĘP wyborów, chociaż do 2007 r. przez wiele lat urzędujący radni nie mieli rywali. To znaczy, że radni mają zobowiązania wobec wyborców – co najmniej wobec tych, których poparcia potrzebo- wali, by zdobyć mandat. Przed 2007 r. takich wyborców prawie nie było, bo nie było walki wyborczej. Okazuje się, że od 2007 r., w warunkach wyborów konkurencyjnych, do zdobycia man- datu radnego nadal wystarczało niewiele głosów. Na przykład w 2009 r. w Bell na listach wyborczych zarejestrowało się oko- ło 9400 osób, z których głosowało zaledwie 2285, czyli 24,3 . Wyborca mógł oddać głos na dwóch spośród sześciu kandyda- tów na radnych. Dwoje zwycięzców, Luis Artiga i Teresa Jacobo, otrzymało odpowiednio 1201 i 1332 głosów, lecz wcale nie po- trzebowało aż tyle do wygranej. Według najbardziej wspaniało- myślnej interpretacji wybrano ich dzięki poparciu zaledwie oko- ło 13 zarejestrowanych wyborców. Mówimy wspaniałomyślnej, ponieważ w 2009 r. do zdobycia mandatu radnego wystarczyło uzyskanie jednego głosu więcej od liczby głosów trzeciego z ko- lei kandydata. Pamiętamy: wybierano dwóch. Kandydat numer trzy otrzymał tylko 472 głosy, a zatem już 473 głosy – czyli oko- ło 5 zarejestrowanych wyborców, nieco powyżej 1 populacji miasta i około jednej piątej frekwencji wyborczej – wystarczy- ły, by wygrać wybory. Bez względu na przyczyny takiego, a nie innego rozkładu głosów między sporą liczbę kandydatów jest oczywiste, że do uzyskania mandatu potrzebne jest poparcie drobnego ułamka populacji pełnoletnich mieszkańców Bell. To w znacznym stopniu wyjaśnia politykę podatków i wydatków prowadzoną przez władze miasta. Jednego możemy być pewni: radni na pewno nie chcieli, by rywale (a nawet Velez zasiadający wraz z nimi w radzie miasta) poznali prawdę o ich pakietach wynagrodzeń. Zarządca miasta Rizzo musiał utrzymywać zaufanie rady miasta, aby zachować posadę, radni zaś potrzebowali jego poparcia, by pozostać na swoich stanowiskach. Gdyby Rizzo ujawnił, jak hojnie czerpią z ciężko zarobionych pieniędzy obywateli, musieliby się poże- gnać ze stołkami (jak teraz). Naszym zdaniem praktyki ujawnio- ne w Bell i stosowane w polityce w ogóle mają korzenie w potrze- bie wzajemnej lojalności. Rizzo robił to, co kazał burmistrz i rada WSTĘP 31 miasta, a oni z kolei byli na rozkazy małej grupki obywateli Bell – swoich głównych popleczników wśród znacznie większego po- tencjalnego elektoratu. Bez poparcia radnych Rizzo wyleciałby z pracy (co się w końcu stało), chociaż z fantastyczną emeryturą szacowaną na 650 tys. dolarów rocznie. Jak mógł najskuteczniej zadbać o ich lojalność? To było łatwe: wystarczyło lansować spo- soby przekazywania członkom rady wielkich korzyści prywat- nych w formie hojnych pakietów wynagrodzeń6. Oczywiście, gdyby wszystko odbywało się jawnie, gdyby Bell pozostało miastem funkcjonującym według przepisów ogólnych, a wynagrodzenia podlegały kontroli organów w Sacramento, Rizzo nie mógłby zorganizować koegzystencji z radnymi na za- sadzie „ręka rękę myje”. Kiedy utrzymanie się przywódcy u wła- dzy, czyli jego polityczne przetrwanie, zależy od wąskiej koalicji popleczników (pamiętamy, jak nikły procent głosów wystarczył do zdobycia mandatu radnego), droga do długiego sprawowa- nia urzędu prowadzi przez zapewnianie im prywatnych nagród. Rizzo piastował swoje stanowisko przez 17 lat. Co więcej, gdy taką wąską koalicję tworzy się, czerpiąc ze stosunkowo obfitego zasobu potencjalnych kandydatów (w 2009 r. koalicję stanowiło zaledwie pięciu radnych wybranych na podstawie statutu miasta ratyfikowanego przez zaledwie 354 wyborców spośród zareje- strowanych 9395), wówczas skuteczną formą rządzenia stają się nie tylko prywatne korzyści, lecz i szeroki margines uznaniowo- ści w działaniach w sferze budżetowej i podatkowej, stwarzający „tym na górze” liczne okazje (z których nie omieszkają skorzy- stać) do przyznawania sobie hojnych wynagrodzeń. Z afery Bell płynie nauka o regułach rządzenia. Po pierwsze, w polityce chodzi nie o powszechny dobrobyt, czy o „My, na- ród”7, lecz o zdobycie i utrzymanie władzy politycznej. Po drugie, 6 Oni z kolei mogą przekazywać nagrody własnym niezbędnym wyborcom. Ciekawe, czy beneficjenci świadczeń, np. dotacji mieszkaniowych, stanowili więk- szość głosujących na radę miejską. Tajność głosowania nie pozwala tego stwierdzić, chociaż, gdyby sporządzić listę wyborców w Bell w rozbiciu na osiedla, prawdopo- dobnie okazałoby się, że istnieje związek między poparciem wyborczym a perspekty- wą uzyskania specjalnych nagród, takich jak dotacje mieszkaniowe. 7 (przyp. tłum.). „My, naród” – pierwsze słowa preambuły do Konstytucji Stanów Zjednoczonych 32 WSTĘP najlepszą gwarancją politycznego przetrwania jest oparcie się na nielicznym gronie wówczas, gdy zabiega się o zdobycie i utrzy- manie władzy. Z tego wniosek, że dyktatorzy, którzy zależą od wąskiego grona kolesiów, mają znacznie lepsze widoki na utrzy- manie się na stanowisku przez kilkadziesiąt lat – czy wręcz do- żywotnio – niż demokraci. Po trzecie, gdy garstka kolesiów wie, że za kulisami czekają chętni do ich zastąpienia w kolejce do pu- blicznego koryta, najwyższe kierownictwo według uznania decy- duje o sposobie wydawania przychodów i wysokości podatków. Wpływy z podatków i swoboda decyzji prowadzą wielu przywód- ców do kleptokracji, a tylko nielicznych – do realizacji progra- mów służących dobru społeczeństwa. Poza tym dają dłuższy czas pozostawania u władzy. Po czwarte, zależność od wąskiej koalicji umożliwia przywódcom nakładanie wysokich podatków, tak jak w Bell. Wysokie stawki podatków mają to do siebie, że rodzą nie- bezpieczeństwo powszechnego buntu, co miało miejsce w Bell. Oczywiście, mieszkańcy Bell mogli podnieść bunt i położyć kres rządom Rizza, ponieważ mają podstawowe swobody: prawo do nieskrępowanej wypowiedzi i do gromadzenia się. Zobaczymy, że różnice w posiadanych prawach wynikają ze struktury rzą- du i funkcjonowania gospodarki. Od nich z kolei zależy to, czy ludzie wyjdą na ulice i czy uda się im doprowadzić do zmiany, co obserwowaliśmy niedawno w niektórych częściach Bliskiego Wschodu, czy nadal będą znosić ucisk, jak gdzie indziej. Przekonamy się, że sprawa Bell to niemal doskonały sce- nariusz rządzenia w sytuacji, w której zachowanie stanowiska zależy od garstki osób, zwłaszcza gdy są to osoby wybrane spo- śród wielu. Politycy z Bell intuicyjnie rozumieli reguły polityki. Przywódca, który wiernie przestrzega tych reguł, może się utrzy- mać na szczycie bez konieczności „czynienia dobra” poddanym. Rządzący Bell bardzo długo pozostawali u władzy, aż zewnętrz- ne dochodzenie zdemaskowało ich metody. Zobaczymy, że to, co dobre dla tych na górze, zazwyczaj jest niekorzystne dla tych na dole – stąd szok i zdumienie, gdy z pierwszych stron gazet dowiadujemy się o występkach tak wielu na wysokich stanowi- skach. Sposób rządzenia w strukturach takich jak w Bell (a w ten sposób rządzi się w większości miast, państw i firm) przygnębia. WSTĘP 33 Przerobimy ważną lekcję: jeśli w grę wchodzi polityka, nie mają większego znaczenia ideologia, narodowość i kultura. Im wcześniej oduczymy się rozumowania kategoriami „Stany Zjednoczone powinny”, „naród amerykański chce” czy „rząd Chin powinien”, tym lepiej zrozumiemy rząd, biznes i wszystkie inne formy organizacji. Musimy się przyzwyczaić, że w polityce trzeba myśleć i mówić nie o mglistych ideach, takich jak interes narodowy, wspólne dobro i powszechny dobrobyt, lecz o działa- niach i interesach konkretnych, wymienionych z imienia przy- wódców. Gdy przeanalizujemy, co pomaga przywódcom zdobyć i utrzymać władzę, pojawią się także pomysły na naprawę poli- tyki. W polityce, jak zawsze w życiu, chodzi o dążenie jednostek do własnego – nie cudzego – dobra. O tym właśnie opowiada historia Roberta Rizza z Bell w stanie Kalifornia. Wielcy myśliciele wprowadzają zamęt Jak widać z historii Roberta Rizza, polityka nie jest szczegól- nie skomplikowana, a mimo to najbardziej poważani filozofo- wie nie najlepiej ją objaśnili. Faktem jest, że Niccolò Machiavelli, Thomas Hobbes, James Madison i Monteskiusz – nie zapomina- jąc o Platonie i Arystotelesie – myśleli o rządzeniu przede wszyst- kim w wąskim kontekście własnej epoki. Hobbesa w poszukiwaniu najlepszej formy rządów zaślepia- ły doświadczenie angielskiej wojny domowej, dojście Cromwella do władzy i strach przed rządami mas. Obawiając się mas, wi- dział w monarchii naturalną drogę do ładu i dobrych rządów. Wierzył, że łaskawość jest konieczną cechą przywódcy absolutne- go, Lewiatana, a zatem doszedł do wniosku, że „Żaden bowiem król nie może być bogaty, sławny ani bezpieczny, jeśli poddani są albo biedni, albo godni wzgardy, albo zbyt słabi wskutek niedo- statku czy też niezgody, by podjąć wojnę z wrogami”8. Z całym szacunkiem dla niuansowości filozofii Hobbesa nie- podobna nie zastanawiać się, jak to możliwe – w świetle jego tez 8 Th. Hobbes, Lewiatan, czyli materia, forma i władza państwa kościelnego i świeckiego, Fundacja Aletheia, Warszawa 2009. 34 WSTĘP – że Robert Rizzo zgromadził takie bogactwa, podczas gdy ubó- stwo jego podwładnych, obywateli Bell, rzucało się w oczy. Machiavelli, bezrobotny polityk/urzędnik państwowy, liczący na stanowisko przy rodzie Medyceuszów (można powiedzieć – Robert Rizzo swoich czasów), napisał Księcia, aby wykazać swo- ją wartość jako doradcy. Zapewne nie zrobił na Medyceuszach szczególnego wrażenia, bo posady nie dostał. Naszym zdaniem lepiej niż Hobbes rozumiał mechanizmy kształtowania się prak- tyk wywyższania się, takie, jakie pięć wieków później uprawiano w Bell. Pisząc Rozważania, zauważył, że każdy, kto dąży do usta- nowienia rządów opartych na wolności i równości, nie urzeczy- wistni swojego zamiaru, „zanim nie wyróżni pewnej liczby ludzi o ambitnych i niespokojnych umysłach i nie uczyni ich szlach- tą nie tylko z nazwy, ale i w rzeczywistości, nadając im zamki, bogactwa i majątki wraz z poddanymi. Otoczony tymi ludźmi oprze on na nich władzę, oni zaś posłużą się nim dla zaspokoje- nia swej ambicji”9. Robert Rizzo powinien był studiować dzieła Machiavellego, w nich bowiem znalazłby najlepsze źródło obrony przed publicz- nym potępieniem. Przez długie lata pozostawał u władzy dzięki temu, że zaspokajał żądzę władzy i stanowisk swoich lojalnych popleczników w radzie miasta Bell, oni zaś istotnie byli jedyny- mi, których poparcia potrzebował. James Madison, rewolucjonista, który usiłował wprowadzić w życie swój rodzaj polityki, podobnie jak Hobbes oglądał re- wolucję własnymi oczami, jemu jednak, w przeciwieństwie do Hobbesa, podobało się to, co widział. W pracy Federalist 10 roz- ważał problem, który miał dręczyć obywateli Bell ćwierć tysiąc- lecia później: które republiki: małe czy wielkie najlepiej sprzy- jają wyborowi odpowiednich strażników dobra wspólnego. Odpowiedź wyraźnie wypadła na korzyść tych drugich10. Je
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Poradnik dyktatora czyli o politycznych zaletach niegodziwości
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: