Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00058 008366 15046364 na godz. na dobę w sumie
Poślizgiem pod choinkę - ebook/pdf
Poślizgiem pod choinkę - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 96
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-1-908780-01-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Święta to wspaniały czas zbliżający ludzi, zmniejszający dystans, otwierający serca.
Dla niektórych to szczególny moment, wypełniony radością i szczęściem.
Nadzieją na lepszy Nowy Rok.
Gorzej, kiedy ktoś ich nie znosi, nie obchodzi i nie wierzy w ich przesłanie.
Dla Simona Carsona 'wpadnięcie' na Tyrona Flechera było szokiem w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu. Wypadek choć niewielki, przynosi konsekwencje jakich obaj mężczyźni się nie spodziewają.
Starcie wierzeń, przekonań i osobowości, posyłające iskry w powietrze. Czasem jednak człowiek nie ma zwyczajnie szans, kiedy znajdzie się na liście Świętego Mikołaja.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Christmas Story 2 DreamLandPress POŚLIZGIEM POD CHOINKĘ By AkFa Wszystkie Prawa Zastrzeżone ©AkFa 2011 Anglia DreamLandPress© Grudzień2011 Wydanie pierwsze polskie Betowanie i edycja: Xavier Tacyt Korekta: Jessica Jung Okładka: LittleLady ISBN 978–1–908780–01–0 3 Kopiowanie, rozpowszechnianie, sprzedawanie, udostępnianie całości lub fragmentów tego eBooka jest surowo zabronione i będzie traktowane jak przestępstwo. Kupujący ma prawo tylko do jednego egzemplarza i jednaj kopii zapasowej zakupionego eBooka. Nie ma prawa do pożyczania czy udostępniania tego egzemplarza osobom trzecim, co stanowi piractwo i podlega karze. Ostrzeżenie: Tekst zawiera graficzny język, sceny namiętnego seksu pomiędzy pełnoletnimi mężczyznami i jednoznaczne poglądy anty–homofobiczne. Proszę o przechowywanie tekstu rozsądnie, gdyż nie jest odpowiedni dla osób niepełnoletnich. Wszelkie podobieństwa do osób, miejsc czy sytuacji obecnych lub przeszłych jest przypadkowe. Opowiadanie w całości jest fikcyjne i takie też przedstawia wydarzenia. Kontakt: AkFa.Dreamland@gmail.com DreamlandPressX@gmail.com Chciałabym życzyć wszystkim moim czytelnikom, znajomym i rodzinie jak najszczęśliwszych świąt Bożego Narodzenia i hucznego Nowego Roku. Dużo pomyślności, radości i spełnienia marzeń w ten wspaniały świąteczny czas. Dołączam również szczególne podziękowania dla Xaviera za nieocenioną pomoc. Bez ciebie nie byłoby tej historii, dziękuję. AkFa Więcej informacji o autorce można znaleźć na jej blogu i stronie internetowej: www.akfa–dreamlandpress.blogspot.com www.myspaceintheworld.wordpress.com Facebook: AkFa DreamLandPress Twitter: AkFa_Dreamland Zapraszam PROLOG - 2 - Jingle bell, jingle bell, jingle all the way… tra la la la–la–la …tra la la la–la la… samo płynęło dźwięcznie i naturalnie, jakby z wewnątrz jego ciała, wypełniając go radością i świątecznym nastrojem. Simon nie mógł i nie chciał się oprzeć pokusie nucenia pod nosem, mimo że ledwie dawał radę balansować stertą paczek i pakunków chybocących mu się niebezpiecznie na rękach. Nie do końca też widział drogę przed sobą, a mimo to, od czasu do czasu podrygiwał w takt płynących z każdego zakątka pasażu handlowego świątecznych ballad. Cienka warstewka śniegu pokrywająca lód przyjemnie skrzypiała mu pod stopami. To było jak instynkt. Radosny nastrój przedświątecznych przygotowań i krzątaniny udzielał mu się co roku i czuł, jak endorfiny krążą mu w żyłach w czystej postaci szczęścia i radości. Jego pierś rozpierało to szczególne uczucie, które niemal unosiło go w powietrzu. Był tak zadowolony i uradowany, że chyba nic nie było w stanie popsuć mu humoru. Ani mróz szczypiący go w czubek nosa i uszy, ani perspektywa samotnych świąt. Znów… Szybko i skutecznie Simon wyrzucił z głowy sprzeczkę ze swoim przyjacielem. Nie będzie o tym myślał, bo i tak to nie miało sensu. Nic nie mógł poradzić na upór i krótkowzroczność Drew Hall’a, przeżywanie na nowo ich rozmowy było tylko jak rozdrapywanie starej rany. Po Nowym Roku, kiedy Drew wróci ze Szwajcarii, będą musieli to załatwić raz na zawsze. Teraz jednak nie była na to ani pora, ani miejsce. Chciał czerpać radość i optymizm ze zbliżających się świąt. To był czas dla niego. Na odzyskanie sił, na odzyskanie nadziei. Dziecinada? Może, ale nie obchodziło go, jak jest postrzegany przez innych. Raźnym krokiem przemierzył dziś niezliczoną ilość sklepów, oglądając wystawy świąteczne i piękne dekoracje, ale wcale nie czuł się zmęczony. Może dlatego, że zawsze wtedy czuł się wewnętrznie naelektryzowany. Sam zapach świerku i aromatycznych przypraw sprawiał mu przyjemność. Miał ochotę stanąć, zamknąć oczy i wdychać świąteczną atmosferę. Zawsze było tak samo. Przez ostatnie cztery lata, gdy nadchodził ten czas, szalał po sklepach, bo zwyczajnie nie potrafił się powstrzymać przed kupowaniem prezentów i upominków. Jego znajomi i przyjaciele spędzali święta z rodzinami, ale na wymianę podarków zawsze znajdowali dla niego czas. Mieli już wypracowany system i każdy czerpał maksimum przyjemności przy minimum problemów. To wystarczyło, aby jego święta były radosne i szczęśliwe. Musiało… Marszcząc jasne brwi, Simon rozejrzał się rozkojarzony. Jego jasne włosy opadały mu na oczy i musiał dmuchnąć parę razy, aby uparta grzywka wreszcie przestała przysłaniać mu widok. - 3 - Ludzie spieszyli we wszystkich kierunkach. Popychając się, ślizgając, rozglądając na wszystkie strony. Komunikat o zamknięciu sklepów w ciągu najbliższej pół godziny nie tylko go zaskoczył, ale też uświadomił mu, jak wiele czasu stracił na błądzeniu bez celu, przyglądając się choinkom i dekoracjom. Zawsze miał do nich słabość i ulegał im bez skrupułów. Niestety nierzadko przez to tracił poczucie czasu, dokładnie tak jak dziś. Starając się jak najszybciej odtworzyć w pamięci listę „Absolutnie koniecznie kupić!”, przyśpieszył trochę. Jego pakunki, choć nie były bardzo ciężkie, to jednak niesamowicie nieporęczne. Piękne opakowania jednak były w jego opinii połową przyjemności w dawaniu prezentów i zawsze starał się, aby jego upominki były perfekcyjne. Zdał sobie jednak sprawę z tego, że z całym tym ładunkiem nie da rady wejść do choćby jeszcze jednego sklepu. Musiał więc szybko zadecydować, co robić. Mógł dokończyć zakupy w inny dzień, a mógł zwyczajnie zostawić zakupy w samochodzie i wrócić. Przy odrobinie szczęścia zdąży po ostatni prezent i na kubek gorącego kakao z pianką sprzedawanego przy wyjściu z pasażu, cały dzień wabiącego go zapachem cynamonu. Nawet teraz czuł słodkawo–pikantny smak na języku, sprawiający, że niemal się ślinił. Wydawać by się mogło, że sam zapach go ogrzewał. Przyjemny dreszczyk przeleciał mu po plecach. Z zadowoleniem, tym razem nucąc nawet trochę głośniej, Simon przyśpieszył kroku. Skupiając się na stawianiu ostrożnych kroczków, ruszył do wyjścia na parking. Każdy mięsień w jego ciele był napięty jak cięciwa, kiedy raz po razie jego stopy ślizgały się na pokrytym cieniutką warstwą lodu chodniku. Bawiło go to i śmieszyło, bo chyba nic bardziej nie mogło mu się kojarzyć ze świętami, niż śmiesznie stawiający kroki ludzie, opatuleni w ciepłe szale i rękawiczki. Dźwigający tony pakunków w kolorowych opakowaniach. Widząc znaczek kierujący go na właściwą część parkingu, odetchnął zadowolony i odwrócił się w tę właśnie stronę, niezręcznie poprawiając coraz to nowe ześlizgujące się pakunki. Kolorowy papier może i był ładny, ale cholernie niepraktyczny. Niemal biegnąc, ruszył w kierunku, gdzie przypuszczalnie powinno się znajdować jego auto. Miał nadzieję, że uda mu się całą tę stertę do tego czasu dotrzymać. Rokrocznie niemal bowiem zdarzało mu się lądować ze stosem pakunków u stóp w tłumie współczująco patrzących na niego ludzi. Ze wstrzymanym oddechem skupił się na ostrożnym balansowaniu, gdy – nie wiedzieć czemu – nagle jego świat zawirował. Impet zderzenia wyrzucił w powietrze jego zakupy, a on sam, pozbawiony solidnego oparcia pod stopami, czuł, jak upada. Przez sekundę świat przed jego oczyma był białą rozmazaną plamą. W ostatnim ryzykownym odruchu, z sercem szaleńczo bijącym w gardle, Simon spróbował zamortyzować upadek, podpierając się ręką. Świat mignął mu przed oczyma. Następną rzeczą, którą pamiętał, był przeszywający jego głowę i prawą rękę ból, oraz wielki, - 4 - głośno klnący brunet pochylający się nad nim. ~`*`~`*`~`*`~ Tyron miał ochotę trzasnąć drzwiami od sklepu, ale w ostatnim, w którym to zrobił, ekspedientka zagroziła, że wezwie policję i będzie musiał płacić za ewentualne szkody. Na dodatek miała minę, jakby był co najmniej Grinchem1 we własnej osobie. Ludzie są dziwni. Przecież do cholery nie każdy musi lubić święta! Tłok, mróz, wszyscy się pchają. Biegają, wydają pieniądze, których nie mają, i przesadzają z kupowaniem jedzenia, którego nie są w stanie zjeść. Masakra. Jak on nie znosił okresu przedświątecznego! Święta same w sobie nie byłby jeszcze takie złe. Przynajmniej kilka dni wolego od pracy. Jednak cała ta otoczka przyprawiała go o ból głowy. Dekoracje, choinki, światełka. Paranoja. Im więcej „za dużo” wszystkiego, tym lepiej. I te wszystkie biegające dzieci. Masowo, w każdym kierunku, kłócąc się i bijąc. Domagając się coraz to nowszych rzeczy i zabawek. Można by tego wariatkowa przecież nie wytrzymać nerwowo, a ich matki wydawały się to przyjmować ze stoickim spokojem, znikając za drzwiami coraz to nowego sklepu, dodając sterty nowych pakunków do tych już przez nie mozolnie dźwiganych. Od samego patrzenia człowiek czuł się zmęczony. Po godzinie bezowocnego chodzenia po sklepach, wciąż bez prezentów dla swojej siostry i jej dzieci, Ty poddał się. Ze szwagrem sprawa zawsze była prosta: co roku dostawał butelkę jakiejś przedrożonej, przereklamowanej szkockiej i wszyscy byli zadowoleni. No, przynajmniej on i jego szwagier Mike byli. Inną opinię na ten temat miała jego siostra Tory, ale ostatecznie nie liczy się prezent, a gest, prawda? W tym roku szczęście sprzyjało mu choć pod jednym względem, bo tym razem mógł mieć trochę wymarzonego spokoju. Udało mu się bowiem uniknąć wspólnego spędzania świąt ze swoją siostrą i jej rodziną, gdyż teściowie Tory, stęsknieni za wnukami, zaprosili ich do siebie. Po katastrofie, jaką było spotkanie Ty’a z Teściami, wszyscy zgodnie uznali, że jego „wymówka” jest wystarczająco dobra, aby nie pojechał z nimi. Nadal otrząsało go na wspomnienie momentu, w którym teściowa Tory z szokowaną miną, tonem posyłającym lód po kręgosłupie człowieka, 1 “Grinch – Świąt nie będzie” : http://www.filmweb.pl/film/Grinch+ C5 9Bwi C4 85t+nie+b C4 99dzie-2000-1429  - 5 - oświadczyła, iż ma nadzieję, że szybko przejdzie mu ta fanaberia, jaką jest homoseksualizm, bo jej wnuki nie powinny być narażane na takie wpływy. Tyron do dziś miał niemiłe podejrzenie, że jego siostra przyjęła to dużo gorzej niż on. Szwagier Mike był za to po prostu zażenowany i zły na swoja matkę, a Ty’a długo jeszcze przepraszał przy niemal każdym spotkaniu. Wszyscy doszli jednak do obopólnego porozumienia, że dystans będzie służył im wszystkim najlepiej. Co jak do tej pory sprawdzało się wspaniale. Poza tym Tyron był zapracowanym człowiekiem. W końcu prowadził kafeterię i kręgielnię, miał obowiązki. W okresie świątecznym przypadało największe zainteresowanie kawiarniami, gdzie każdy mógł znaleźć chwilę wytchnienia między jednymi zakupami a kolejnymi. Nawet nie wspominając o nieocenionym miejscu, gdzie uwielbiali się chować zagubieni mężowie w trakcie wielogodzinnych sprawunków. Kręgielnia to przecież było takie niewzbudzające niczyich podejrzeń miejsce. Zły i zmęczony, choć jak zawsze nawet nie potrafił pojąć po czym, wyminął kolejną kobietę z niezliczoną ilością rzeczy oraz skaczących i wrzeszczących wokół niej dzieci, i niemal biegiem rzucił się do wyjścia na parking. Nie chciał utknąć w tłumie pośpiesznie zmierzającym do sklepów na kilka minut przed ich zamknięciem. Jakby to, do cholery, miał być ostatni dzień na świecie! Co robili te wszystkie godziny, chodząc w tę i z powrotem, że dopiero teraz z paniką przypomnieli sobie o całej długaśnej liście rzeczy do kupienia? Tyron nie potrafił tego pojąć i nie zamierzał nawet próbować zaczynać. Miał zamiar wydostać się stąd jak najszybciej i na serio zaczął rozważać, czy nie podarować siostrze tłustego czeku, żeby kupiła sobie „to, czego pragnie”. Co prawda już od dawna nie dawała się nabrać na ten numer i nieraz nieswojo czuł się pod jej drwiącym spojrzeniem, nie mniej jednak rozwiązywało to jego dylemat z kupowaniem prezentu od serca. Przyśpieszył kroku, manewrując między stoiskami i kolejnymi grupkami ludźmi. Poczuł falę ulgi, zalewającą go na widok znaku kierującego go do jego sektora na parkingu. Przemarznięty pomimo grubej skórzanej kurtki, wcisnął dłonie do kieszeni i rozejrzał się dookoła, aby sprawdzić, czy nie zdoła się przemknąć między wyjeżdżającymi licznie z parkingu autami. Do kolejnego było jeszcze kilka metrów, ruszył więc, decydując, że spokojnie zdąży, a kiedy nadarzy się kolejna taka luka w ciągu aut, lepiej było nie sprawdzać. Grube gumowe podbicia w jego butach zapewniały mu stabilizację, wiec błyskawicznym truchtem znalazł się po drugiej stronie ulicy. Odwracając głowę, ocenił, że do nadjeżdżającego - 6 - auta został jeszcze spory kawałek. Z uśmieszkiem satysfakcji wskoczył na krawężnik, wciąż zerkając przez ramię. Huk, łomot i cios w splot słoneczny pozbawiły go tchu na kilka sekund. Znacznie dłużej zajęło mu połapanie się, co się właściwie stało. Starając się utrzymać na nogach i jednocześnie wyciągając nagle uwięzione dłonie z kieszeni kurtki, patrzył na cały wypadek jak w zwolnionym tempie. Wielka sterta pakunków pofrunęła w powietrze, a szczupły mężczyzna pod nią padł jak długi z okrzykiem zaskoczenia i bólu na ustach. Tyron skrzywił się wewnętrznie na odgłos uderzenia głowy o oblodzony chodnik, a serce stanęło mu w gardle. Wyszarpnął w końcu dłonie z kieszeni i z niedowierzaniem spojrzał na wyglądającego na nieprzytomnego mężczyznę, leżącego u jego stóp. Bardzo przystojnego nieprzytomnego mężczyznę. Tyron prawie natychmiast otrząsnął się z otępienia i zaskoczenia. Zastąpiła je złość. Cholerne Święta! I jeszcze zabiłem jakiegoś cholernego faceta!!! Nawet nie zdając sobie sprawy z potoku przekleństw płynących z własnych ust, Tyron pochylił się nad nieruchomą postacią i ze wstrzymanym oddechem przyłożył palce do jego szyi. Puls był silny i regularny. Fala ulgi, jaka go zalała, objawiła się tylko kolejnymi przekleństwami. Przez krew intensywnie szumiącą mu w uszach usłyszał wreszcie płacz dzieci i jazgot jakiejś kobiety. Rzucił szybkie spojrzenie wokół siebie. Ze słuchawki telefonu przyłożonej do jej ucha i raczej gorączkowego tonu wywnioskował, że albo dzwoni na policję, albo po karetkę. To chyba nawet dobrze, bo on nie miał bladego pojęcia, co miał robić. Cichy jęk zwrócił jego uwagę i prawie z obawą spojrzał na nadal leżącego człowieka. Wielkie niebieskie oczy otwarły się z wahaniem i zamrugały parokrotnie. To były największe i najśliczniejsze krystalicznie niebieskie oczy, jakie Ty kiedykolwiek widział. A on nie znosił ślicznych. Mężczyzna poruszył się niepewnie, oblizując wargi i krzyknął z bólu, podrywając z miejsca kilkoro osób zebranych wokół nich, włącznie z Tyronem. – Żyjesz człowieku? – zapytał w końcu, bo czuł, że wypada. Presja wydawała się nie do zniesienia. Wszystko w nim drżało, choć nie potrafił do końca określić dlaczego. Przecież to nie jemu coś się stało, tylko temu leżącemu biedakowi, blademu niczym śmierć na chorągwi. Ofiara jednak, zamiast odpowiedzieć, skrzywiła się tylko, niepewnie rozglądając na boki. Każdy ruch wywoływał grymas na twarzy leżącego i, aby stłumić ciche jęki, przygryzał pełną dolną wargę do krwi. – Może rozbił sobie głowę? – podsunął ktoś usłużnie, a Tyronem wstrząsnęło na wspomnienie głuchego uderzenia, jakie wydała głowa poszkodowanego w momencie zderzenia z chodnikiem. - 7 - – Nie powinno się go ruszać… – dodał ktoś inny. No, on nie zamierzał go dotykać, to na pewno. Po pytaniu: „Czy będzie żył?” Tyron miał ochotę kogoś zdzielić. Mężczyzna znów się lekko poruszył, niekontrolowanie drżącą lewą ręką wolno sięgnął do czoła, a później do tyłu głowy, palcami przeczesując swoje jasne włosy. Grymas bólu wykrzywił całą jego twarz, gdy lekko dotknął potylicy, kiedy jednak spróbował unieś drugą rękę, jego nagły wrzask po raz kolejny poderwał wszystkich z miejsc. Tyron, z sercem w gardle po raz drugi tego dnia, miał ochotę warknąć, żeby ich nie straszył, ale jego wzrok w tym momencie padł na prawą rękę mężczyzny. Leżała wygięta pod dziwnym kątem i nawet patrzenie na nią bolało. Była złamana, co do tego nie było cienia wątpliwości, nawet dla Tyrona. Cholera, cholera, cholera, …co robić? Tylko spokojnie... – Karetka będzie za minutę, bo są w pobliżu – zawołała kobieta, przezornie jednak się nie zbliżając. Jeszcze by musiała pomóc albo coś. – Powiedzieli, żeby go nie ruszać i okryć. Ty z niejakim poczuciem ulgi zdjął szybko kurtkę i klękając przy leżącym, położył ją na nim. – Ok, spokojnie. Nie ruszaj się – wymamrotał, tonem w swoim mniemaniu uspokajającym, ale mężczyzna spojrzał się tylko na niego podejrzliwie. Może dlatego, że był ciągle jeszcze lekko nieprzytomny? – Za chwilę będzie ktoś, kto się tobą zajmie. Wszystko będzie dobrze. Chyba tak się mówi w takich sytuacjach, prawda?, zastanawiał się gorączkowo Ty. Mężczyzna zaczął drżeć i pojękiwał lekko. – Boli… – wyjęczał, a Tyronowi włoski zjeżyły się na karku. No raczej, że boli… – Lekarze się tym zajmą, nie ruszaj się, to już nie potrwa długo… – obiecał, rozglądając się za sygnałem szybko zbliżającej się do nich karetki. Wyżej też podciągnął kurtkę na ciele niekontrolowanie drżącego z zimna mężczyzny. – Jak masz na imię? – zapytał, choć nie wiedział, dlaczego. Zły, nielekko wstrząśnięty całym wydarzeniem i urzeczony jego urodą, Ty nie miał zamiaru zbliżać się do leżącego mężczyzny na krok, a co tu dopiero mówić o poznawaniu go. Pytanie wiec zaskoczyło go i miał ochotę dać sobie mentalnego kopa. - 8 - –S–s–s–imon – padła odpowiedź ledwie słyszalna pomiędzy stukotem zębów. Tyron sam drżał z zimna, a leżenie na oblodzonym chodniku było prawdopodobnie koszmarem. Bał się jednak go ruszać czy podnosić. – Boli… – Wiem. Zaraz wszystko będzie dobrze i wszystkim się zajmiemy… – odparł z ulgą, zerkając nad podjeżdżającą karetkę. Nawet nie zdawał siebie sprawy z tego, że przez cały czas kurczowo zaciskał dłonie na swojej kurtce, którą przykrył poszkodowanego. Chyba każdy mięsień w ciele miał napięty do granic wytrzymałości. ROZDZIAŁ PIERWSZY Kiedy Tyron mówił do Simona, że „wszystko będzie dobrze i wszystkim się zajmą”, nigdy nie przyszłoby mu na myśl, że dość dosłowne będzie musiał się zająć konsekwencjami ich wypadku. Simon Carson spędził w szpitalu dwa dni na obserwacji z powodu silnego stłuczenia czaszki i lekkiego wstrząśnienia mózgu. Nastawiono mu również paskudne złamanie prawej ręki i… wręczono Tyronowi jak jakiś cholerny, wielki gwiazdkowy prezent. Chcąc, nie chcąc, Tyron był zmuszony pojechać do szpitala tuż po ich małej kolizji, bo policja po spisaniu jego zeznań uczyniła go odpowiedzialnym za zebranie pakunków Simona i dostarczenie mu ich w stanie nienaruszonym. Przecież nie mógł odmówić. Tak jak też nie mógł nie sprawdzić, co z nim się dzieje, prawda? To by kiepsko wyglądało, a z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu wszyscy, z pielęgniarkami i lekarzem włącznie, zapałali sympatią do dzielnego, cierpiącego Simona. Wielki, promienny uśmiech i te jego niesamowite oczy zjednywały mu wszystkich. Bez wysiłku wymaganego do mrugnięcia jego ślicznymi wywiniętymi rzęsami. Był miły, pogodny, dla wszystkich grzeczny i zdawał się być zażenowany sprawianiem wszystkim problemu. Ludzie jedli go łyżkami. Tyron za to miał ochotę trzymać się jak najdalej od niego. Dlaczego? – było pytaniem, które świadomie wyrzucał z głowy. Tak było mu prościej, tak było w jego zwyczaju. - 9 - Nie był jednak całkowicie bez sumienia. Dostarczył więc niezliczoną ilość pakunków Simona do szpitala, ale nie wiedział, co dalej z nimi począć, a pacjent praktycznie przez cały czas spał. Mógł to całe cholerstwo zostawić tak po prostu pod opieką pielęgniarek? Przez długą chwilę przyglądał się szczupłej postaci śpiącej w szpitalnym łóżku i zastanawiał się, co on właściwie tu robi. Czemu bez przerwy gapi się na jego twarz? Przydługie rozjaśniane dużą ilością pasemek włosy Simona opadały na jego gładkie czoło i oczy. Spał tak spokojnie, że wyglądał, jakby nie żył, i przerażało to Tyrona niemiłosiernie. W końcu nie potrafił tego wytrzymać i musiał się upewnić, że wszystko z nim było w porządku, choć logicznie rzecz biorąc, musiało. W przeciwnym wypadku tłumy lekarzy i pielęgniarek pewnie w tym momencie biegałyby wokół niego. Płytkie, ciche oddechy unosiły białą kołdrę na piersi Simona, a gałki oczne lekko poruszały się pod cienkimi, poznaczonymi siateczką maleńkich niebieskich żyłek, powiekami. Niemal drgnął, kiedy wielkie oczy Simona otwarły się niespodziewanie i wbiły w niego trochę nieprzytomne spojrzenie. Po krótkim, aczkolwiek intensywnym mruganiu, na usta Simona wykwitł nieśmiały, zaspany uśmiech. – Hej. To ty… – płomienne spojrzenie, jakim obrzucił sylwetkę Tyrona, było bardziej niż oczywiste i Tyron czułby się pochlebiony, gdyby nie był do takich przyzwyczajony. Przewracając mentalnie oczy, westchnął ciężko. Świetnie, gej… – Hej, to ja… – odparł mimo to spokojnie, choć spokojny nie był nawet w najmniejszym stopniu. – Przywiozłem twoje zakupy. Nie wiedziałem, co z nimi zrobić. – Och… – Simon spróbował się podnieść i rozejrzeć po pokoju, ale jego głowa miała inny pomysł. Zawirowało mu przed oczyma, a żołądek podjechał do gardła. – Och! Padł z powrotem na poduszkę, krzywiąc się z bólu. Ty zdrętwiał, nerwowo rozglądając się po pokoju. – Zawołać pielęgniarkę? – zapytał bardziej niż chętny na zwalenie odpowiedzialności za Simona na kogokolwiek innego. – Nie – jęknął Simon cicho, starając opanować ból i pulsowanie w ręce. – Zdaje się, że ciągle jeszcze zapominam, jaka ze mnie kaleka. – Eee… spokojnie. Nie jest tak źle. – Tyron czuł się niezręcznie i nie wiedział, co powiedzieć. Cała ta sytuacja była jak z filmu. Nie wiedział, co sprawiało, że czuł się wytrącony z równowagi i zażenowany w obecności tego mężczyzny. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z tym, że - 10 - powinien czuć się odpowiedzialny za wypadek. Powinien, a nie zamierzał. – Co chcesz, żebym zrobił z twoimi rzeczami? – zapytał w końcu spokojnie, zbierając się do wyjścia. – Zostawić je tutaj, aby ktoś z rodziny lub przyjaciół zabrał je, kiedy przyjdą cię odwiedzić? Simon spojrzał na Tyrona lekko zdziwiony. Jego policzki pokrył niespodziewany rumieniec. – Mmm… zostaw to wszystko gdzieś w kącie. Mam nadzieję, że nie będzie to przeszkadzać pielęgniarkom. Zabiorę to wszystko, jak tylko pozwolą mi wrócić do domu. Tyron zmarszczył brwi, obrzucając spojrzeniem po raz drugi stertę pakunków leżącą na podłodze, po czym wbił w niego wyczekujące spojrzenie. Coś mu się nie podobało w stwierdzeniu Simona, tylko nie do końca wiedział co. – Moi przyjaciele nie mają czasu w tej chwili, żeby wpaść. Wiesz, przedświąteczne przygotowania, niektórzy wyjeżdżają… a po za tym nie chcę ich kłopotać taką błahostką. – Simon dodał szybko tonem usprawiedliwienia. – Więc…? – Nie spodziewam się żadnych odwiedzin… – padła cicha, spokojna odpowiedź. – To z resztą jest bez znaczenia, jutro najprawdopodobniej wyjdę ze szpitala. – Jak masz zamiar dostać się do domu? – Po jaką cholerę pytam?! Tyron nie wiedział. Simon wzruszył ramionami. – Taksówką. – Nagle z impetem trzepnął się dłonią w czoło, krzywiąc się boleśnie w rezultacie własnej głupoty. – Moje auto! Nie może stać na parkingu centrum handlowego… Opadł na poduszki z westchnieniem. Wielki znak zapytania wykwitł mu na czole: co teraz? Prowadzenie auta odpadało na najbliższe tygodnie, to było więcej niż oczywiste, a stać gdzieś na parkingu też nie mogło. Simon z desperacją spojrzał na Tyrona… To był zły pomysł, żeby przychodzić do szpitala… po prostu kiepski. Powinien był wiedzieć i trzymać się z daleka, tak jak podpowiadał mu instynkt. A jednak Tyron nadal stał jak idiota i patrzył na postać w przeraźliwie białej pościeli i nie - 11 - potrafił zwyczajnie odwrócić się na pięcie i wyjść. Chyba mu gorzej… – Wiem, że to kłopot i bardzo cię przepraszam, ale czy mógłbyś użyczyć mi telefonu? Chciałbym zadzwonić i poprosić mojego przyjaciela o zabranie mojego auta. Tyron zmarszczył brwi, zastanawiając się przez chwilę. – Nie jestem pewien, ale chyba nie wolno używać komórek w szpitalu. Pamiętam, że mówili coś o zakłócaniu pracy urządzeń. Jeśli jednak chcesz, mogę zapytać pielęgniarkę… Simon uśmiechnął się radośnie. – Dzięki, to naprawdę miło z twojej strony… Ty wypadł z pokoju, jakby się paliło, ze zmarszczonymi brwiami i poważną miną. On nie był miły… nigdy… Simon chyba miał o nim jakieś błędne mniemanie. Powinien zmyć się stamtąd, jak szybko się da… ~`*`~`*`~`*`~ Okazało się jednak, że najwyraźniej nie zrobił tego wystarczająco szybko i teraz też właśnie stał z długaśną listą w małym, skromnym mieszkanku nad garażem całkiem obcego mu faceta, żeby zapakować mu kilka rzeczy na czas świąt, które to miał spędzić u Tyrona. Wcześniej oczywiście odprowadził tutaj małe autko mężczyzny, bo bufon, do którego zadzwonił Simon, zakończył rozmowę zanim ten dobrze zdołał sformułować prośbę. Z bliżej nieokreślonego powodu Tyron odczuł potrzebę zaoszczędzenia zaczerwienionemu, zażenowanemu mężczyźnie kolejnej takiej przyjemnej rozmowy i zaproponował, że sam je odstawi… Dobre uczynki świąteczne i tak dalej… Potem to już była równia pochyła….. Jak Tyron dał się w to wmanewrować, nadal stanowiło dla niego zagadkę. Nie do końca pojmował, jak i kiedy stało się dla wszystkich oczywiste, że to właśnie on jest odpowiedzialny za ich „stłuczkę” i musi zająć się biednym, poszkodowanym Simonkiem. Nawet jego własna siostra zaczęła parskać na niego i boczyć się, kiedy dowiedziała się o wypadku, oraz że Simon ma zostać na cały okres świąteczny sam. W dodatku częściowo unieruchomiony z powodu złamanej prawej ręki. O wstrząśnieniu mózgu nawet nie wspominając. Jeśli wygląd mieszkania był choćby w minimalnym stopniu odzwierciedleniem właściciela, to Tyron czuł, że powinien się obawiać. Co mówiło o mężczyźnie mieszkanie, które wyglądało jak bożonarodzeniowa choinka, stwierdzając oględnie? Wszędzie były ozdoby, światełka i dekoracje. Ten facet chyba wykorzystał każdą możliwość, jaka istniała, na przyozdobienia tego skądinąd małego mieszkania. Simon Carson albo był wariatem, albo wierzył w Świętego Mikołaja… - 12 - Co w opinii Tyrona było nawet gorsze. Ty przewrócił mentalnie oczyma, co ostatnio zdawało zdarzać mu się nagminnie, i ruszył do sypialni po wielką torbę, która nawet znajdowała się dokładnie tam, gdzie Simon powiedział, że była. Pedancik… Sam u siebie prawdopodobnie z dwa dni myślałby o szukaniu tej torby, aż w końcu poddałby się zawczasu, jeśli nie byłaby tam, gdzie podejrzewał przy pierwszym podejściu, i zwyczajnie poszedł kupić nową. Wrzucił przybory toaletowe i trochę ubrań do środka, otrząsając się wewnętrznie na myśl, ile wspólnie spędzonych dni to oznacza, i zerknął na pobieżnie spisaną kartkę. Hm… Odpada, odpada, phi chyba głupi, nie, bez sensu, nie…mmm…nie, odpada… ooo… Notes, laptop, komórka, ładowarki. Dobra wystarczy. Zmiął kartkę i wrzucił ją do kosza. Reszta może poczekać. Może któryś z normalnych przyjaciół Simona wróci mimo wszystko wcześniej i zajmie się nim. Uprzątnął lodówkę zgodnie ze skrupulatnym zaleceniem siostry, w duszy się ciesząc, że to nie była jego własna. Wahał się włożyć rękę do środka, jeśli raz na miesiąc Tory nie zrobiła porządku i nie wyrzuciła jedzenia mutującego w podejrzane formy życia. Poświęcił się i nawet wyrzucił śmieci. Podejrzewał, że wiedziałaby, gdyby tego nie zrobił. Ostatnie spojrzenie i wyniósł się tak szybko z mieszkania Simona, jak to było możliwe. Tłumiąc nieokreśloną burzę emocjonalną we własnym wnętrzu, Tyron pozamykał wszystko skrupulatnie i ruszył w drogę powrotną do domu. Sam nie wiedział, jak się czuł, ale wiedział, że wszystko nagle się w jego życiu poprzewracało. Nie wyobrażał sobie spędzić świąt z kimś obcym. Nie, właściwie to nie wyobrażał sobie spędzić świąt z kimkolwiek. Chciał być sam. Chciał odpocząć i zrelaksować się. Przestać udawać, silić się na grzeczność, uważać na każde słowo i gest, aby nikt nie poczuł się urażony. W tym roku nawet nie byłby zmuszony wysilać się na uprzejmość w stosunku do dzieci siostry, które w jego przekonaniu były małymi tyranami. Mieli zamiar spotkać się na przedświąteczny obiad w restauracji - 13 - i wymienić prezentami. Co w pełni satysfakcjonowało jego poczucie przynależności i zadość czyniło jego obowiązkom rodzinnym. Potem każdy poszedłby w swoją stronę. Teraz jego plany uległy gwałtownej i nieprzewidzianej zmianie. Nie dość, że musiał niańczyć jakiegoś faceta, to na dodatek musiał większość pracy w „Cichym zakątku”, swojej kręgielni, zlecić swojemu zastępcy Troy’owi. Do świąt pozostawał jeszcze dobry tydzień i miał zamiar wtedy pracować, jak zresztą co roku. Zaplanował więc na ten moment wdrożenie dwóch nowych projektów, placu zabaw dla dzieci, których rodzice chcieli oddać się przyjemności gry w kręgle, i salonu gier dla nastolatków, obijających się po centrum handlowym. Nie przewidział, że coś może się wydarzyć. Urlop chciał wykorzystać między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, jako swoistego rodzaju nagrodę dla siebie za świetnie wykonaną pracę, a wyglądało na to, że będzie musiał skorzystać z niego znaczenie wcześniej. Miał tylko nadzieję, że przez ten tydzień Simon pozbiera się na tyle, żeby funkcjonować bez problemu. Po Nowym Roku jego przyjaciele mieli wracać, cholera wie skąd, i istniała szansa, że zajmą się nim. Dwa tygodnie chyba będzie w stanie przeżyć w towarzystwie tego mężczyzny, a przynajmniej miał taką cichą nadzieję. Nie mieszał z nikim od czasu wyprowadzki z domu w wieku dwudziestu lat. Cenił sobie swoją prywatność i niezależność, nie łatwo mu będzie z niej zrezygnować. Z drugiej strony nie miał naprawdę dobrego wykrętu, który jednocześnie nie czyniłby z niego oziębłego dupka. Wszedł do domu po cichu, starając się nie robić hałasu. Jego poszkodowany nadal cierpiał na silny ból głowy, wiec po lekach praktycznie ciągle spał i Ty’owi to jak najbardziej odpowiadało. Gdyby się obudził, musiałby jeszcze z nim gadać. Położył torbę koło drzwi sypialni gościnnej i chwilę stanął, nasłuchując. Absolutna cisza niemal absurdalnie go ucieszyła. Miał wielką kuchnię wyposażoną sprawną ręką swojej siostry, choć sam nie często z niej korzystał. Z powodu życia w ciągłym biegu – której to wersji oficjalnie się trzymał (co w rzeczywistości było kamuflażem dla czystego lenistwa) – żywił się fast–foodami lub gotowymi daniami. Spędzając mnóstwo czasu w pracy, zawsze znalazł się ktoś, kto przyniósł jedzenie z pobliskich barów i restauracji. Kiedy nachodziła go ochota na odmianę, wpraszał się do siostry na obiad, kolację czy zwyczajnie wpadał w przypuszczalnej porze posiłków. Jak dla niego – działało idealnie. Tory, jak na sprytną siostrę cwanego brata przystało, robiła zakupy i zapełniała jego lodówkę, aby nie miał wymówek do najazdu na jej własną. Oczywiście robiła to przy użyciu jego karty. Ty jednak nie śmiał protestować. Teraz jednak wypadało mu się zastanowić nad karmieniem jeszcze jednej osoby. Wyglądało na to, że będzie musiał się zapytać Simona, co lubi i co chciałby jeść. Nie cieszyła go ta perspektywa nawet w najmniejszym stopniu. Z westchnieniem zatrzasnął drzwi swojej niemal pustej lodówki i przeciągnął się. - 14 - Od chwili zderzenia miał wrażenie, że jest bez przerwy spięty. Sztywny i to więcej, niż w jednym tego słowa znaczeniu. To była całkowicie wina jego gościa. Był przystojny i atrakcyjny z tymi swoimi rozjaśnionymi przydługimi włosami i wielkimi niebieskimi oczami. Nie dało się ukryć, że podobał się Tyronowi, czy ten to lubił, czy nie. Wkurzało go to i zaskakiwało, bo tacy faceci nie byli w jego guście. Wolał raczej swoich partnerów mniej… ostentacyjnych. Mniej oczywistych. Męskich i postawnych jak on. Delikatni i piękni nie byli w jego typie. Choć Simon z jakiegoś powodu przyciągał jego uwagę. Całe mnóstwo jego uwagi. Te małe słodkie usta i lekko zadarty nos, szczupła broda i wystające kości policzkowe. Mogłoby się wydawać dziwnym takie połączenie, a mimo to jakoś wszystko idealnie pasowało do siebie i tworzyło pociągającą całość. Zadbane szczupłe ciało i średni wzrost nadawały mu wyglądu wiecznego studenta. Trudno nawet było ocenić jego wiek, ale z karty szpitalnej Ty wiedział, że Simon ma dwadzieścia pięć lat. Tłumiąc jęk frustracji, Tyron zrzucił buty z głośnym stukotem i poszedł do salonu, gdzie niepodzielnie królowała jego wielka skórzana sofa. Mały stolik był postawiony przy niej ze względów funkcjonalnych, a nie estetycznych, to też był funkcjonalny do bólu. To dla niego nie miało znaczenia. Co miało natomiast istotne znaczenie dla Tyrona, to wielki telewizor zawieszony na ścianie na wprost kanapy i kilka regałów książek stojących pod ścianami dość przestronnego salonu. Wielkie okna tym bardziej nadawały przestrzeni lekkości i tak właśnie Ty lubił najbardziej. Minimalistycznie i funkcjonalnie. To było jego sanktuarium, jego królestwo. Chciał, aby takim pozostało. ~`*`~`*`~`*`~ Simon ocknął się dość gwałtownie i pierwszą rzeczą, jaką zauważył, było bolesne pulsowanie w tyle jego czaszki. Tłumiąc jęk na próbę uchylił powieki. Ciemne pomieszczenie było niemal spartańskie w wystroju. Wbudowana szafa, komoda i łóżko z szafką nocną. Estetycznie. Ach, tak. Tyron Boski Fletcher. Śnieg sypiący za oknem sprawiał, że sypialnia była spowita w półmroku i choć było ciepło w pomieszczeniu, po krzyżu Simona popłynął zimny dreszcz, wstrząsając jego ciałem. Po raz pierwszy w życiu biały puch za oknem nie urzekał go swoim pięknem. Upadek był dla Simona czymś tak zaskakującym, że nadal jeszcze nie potrafił uwierzyć w sekwencję wydarzeń. Złamana ręka i wstrząśnienie mózgu nie było czymś, co człowiek jest w stanie przewidzieć czy uwzględnić w planach. Teraz jednak leżał w pokoju gościnnym przystojnego acz ponurego Tyrona i zastanawiał się, czy nie zwymiotuje, jeśli wstanie. - 15 - I mów tu o przeciwnościach losu… Zbierając odwagę, Simon usiadł na łóżku wolniutko i to na dwa podejścia. Jego świat tylko lekko zawirował, niestety pulsowanie w jego czaszce zmieniło się w regularny ból. Z przymkniętymi powiekami i zębami zaciśniętymi do bólu zrobił pierwszy niepewny krok. Pić! Intensywne pragnienie i suchość w ustach zdawały się go determinować całkiem skutecznie. Musiał wydostać się z pokoju i znaleźć swojego gospodarza, bo czuł, że chyba nie wytrzyma kolejnych pięciu minut, jeśli się nie napije. Czegokolwiek! Drzwi pokoju otworzyły się cicho i mężczyzna leniwie rozciągnięty na kanapie nie zauważył nadejścia Simona do momentu, kiedy ten praktycznie osunął się na kanapę tuż przy nim. Brakowało temu gracji czy finezji, kiedy właściwie runął jak kłoda, ale Simon nie miał sił, aby się zmusić do przejmowania. Zwłaszcza, że jego kolana drżały i nie do końca był pewien, jak długo jeszcze zdoła się utrzymać na nogach. A co jak co, ale nie miał ochoty po raz kolejny paść do stóp tego faceta. – Och! – Tyron drgnął lekko z zaskoczenia, siadając gwałtownie na kanapie. Blada twarz Simona i kropelki potu na czole spowodowały, że ugryzł się w język zanim na niego fuknął. Wymusił w zamian za to mały uśmiech, spoglądając niepewnie na swojego gościa. – Wszystko w porządku? – Przyjrzał się uważnie mizernie wyglądającej postaci w ogromnym podkoszulku pożyczonym od niego i starych sportowych spodenkach, w których spał. Okazało się, że gipsem na prawej ręce operowanie ubraniami było cholernie utrudnione, bardziej niż ktokolwiek mógłby to podejrzewać. – Nie. – Simon potrząsnął lekko głową i syknął z bólu, blednąc jeszcze bardziej na twarzy. – Koszmarnie chce mi się pić – wymamrotał. Tyron poderwał się natychmiast na równe nogi i pognał do kuchni, aby przynieść mu szklankę wody. – Proszę. – Och, to było szybko – Simon przyjął szklankę lekko drżącą ręką i Tyron odruchowo przytrzymał ją dla niego. – Dziękuję – westchnienie ulgi, jakie wyrwało się chciwie pijącemu mężczyźnie, wywołało mały uśmieszek na ustach Tyrona. Usiadł z powrotem na kanapie, nadal uważnie obserwując szklankę w niepewnej dłoni. - 16 - – Lepiej? – zapytał w końcu, kiedy błogi uśmiech zadowolenia wypłynął na ponętne usta Simona. – Troszkę – jęknął jego towarzysz i bez zastanowienia osunął się na bok, kładąc głowę na udzie szokowanego mężczyzny siedzącego przy jego boku. – Moja głowa chce odpaść! – wymamrotał żałośnie. Tyron z zaskoczenia zamrugał gwałtownie powiekami i spojrzał na dół na swoje kolana. Jak sparaliżowany siedział przez moment, nie poruszając się i nie wiedząc, jak zareagować. Blada twarz Simona świadczyła dobitnie o tym, że nie kłamał. Dodatkowo przytulał do piersi gips, jakby ciążył mu niemiłosiernie. Poczucie winy lekko szarpnęło sumieniem Ty’a, szybko jednak stłumił to bezsensowne uczucie. Nie mógł jednak siedzieć jak idiota i bać się nawet odetchnąć. Simon mógłby dojść do wniosku, że ma do czynienia z kretynem. Niepewnie wyciągnął dłoń i położył na ciepłym karku mężczyzny. Z dzieciństwa pamiętał, że masaż u podstawy czaszki, który robiła mu matka, pomagał złagodzić wiele silnych bólów głowy. Delikatnie docisnął kciukiem kręgi szyjne i błogie westchnienie wyrwało się Simonowi z ust. – Och, jak dobrze – wymamrotał, dociskając lekko rozpalony policzek do okrytego czarnymi jeansami uda Tyrona. – Ten ból mnie zabija. Niecodziennie jak dla Ty’a uczucie współczucia przyprawiło go o szybsze bicie serca. Do tego lekkie pojękiwania jego pacjenta, choć zdawał sobie sprawę, że to trzeba być prawdziwą świnią żeby napalać się na poszkodowanego biedaka nie w kondycji do zareagowania. To było idiotyczne. Pociąg, który odczuwał, był irytujący i zaskakujący. Do tej pory sam decydował, na kim zawiesić swoje łaskawe oko. Może i było to zarozumiałe z jego strony, ale fakt był taki, że kiedy chciał towarzystwa, nie miał z tym żadnego problemu. Podniecanie się jak nastolatek nie było w jego stylu. A po za tym nie chciał mieć nic wspólnego z Simonem, albo może właściwie z kimś takim jak Simon. Znał ten typ aż za dobrze, nie raz miał okazję spotkać go na swojej drodze, co tylko wzmagało jego potrzebę ucieczki. Bluszcz i przylepa, chcący przyrzeczeń i trzymania się za rączkę. Tacy jak on zazwyczaj chcieli związku, a Tyron nie był zainteresowany nowym związkiem. Żadnym związkiem. Simon przymknął powieki i z trudem przełknął ślinę. Tak bardzo chciał już poczuć się lepiej. Tak bardzo chciał poczuć te wielkie dłonie na sobie z całkiem innego powodu niż współczucie. Na oślep wymacał drugą dłoń mężczyzny i przyłożył sobie do czoła. Czuł, jak rozpalona skóra paliła go, a skóra dłoni Tyrona wydała się mu przyjemnie chłodna. Miał tylko nadzieję, że to nie gorączka. Do całej tej zwariowanej sytuacji nie chciał dokładać jeszcze - 17 - dodatkowych problemów w postaci przeziębienia. Kolejna tabletka, którą przepisał mu lekarz w szpitalu, z pewnością by mu pomogła, ale też zwyczajnie ścięłaby go z nóg, a nie chciał tego. Chciał normalnie zacząć funkcjonować, i to tak szybko, jak to tylko było możliwe. Chciał poznać swojego gospodarza. Nie przypominał sobie, żeby poznał kiedykolwiek tak atrakcyjnego mężczyznę jak Tyron. Może nie byłby przez wielu uznany za standardowo przystojnego, ale zdecydowanie miał w sobie to coś, co przykuwało uwagę Simona na wiele sposobów. Skutecznie. Stalowo–szare oczy z gęstą firanką ciemnobrązowych rzęs wwiercały się człowiekowi w czaszkę, nie pozostawiając nikogo obojętnym. Po raz pierwszy w życiu Simon pojął, co oznacza „przenikliwy wzrok”. Ciemne włosy i lekki zarost na policzkach nadawały Tyronowi wyglądu rozrabiaki, choć Simon nie był pewien, dlaczego. Był elegancki i szykowny. Nic nie wskazywało na to, żeby był lekkoduchem. Może to była ta pewność siebie, jaka z niego emanowała, a może po prostu jego ponure przeszywające spojrzenie. Simon nie wiedział, ale czuł, że ulega fascynacji, jak jeszcze nigdy dotąd. Tak czy inaczej, od momentu obudzenia się w szpitalu i pierwszym konkretnym przyjrzeniu się szczupłej, muskularnej sylwetce Tyrona, Simon wiedział, że jest w tarapatach. Teraz też zwalczał silną pokusę, aby wtulić się w wielkie ciało. Był obolały, czuł się samotny i nieszczęśliwy, i praktycznie desperacko potrzebował przy sobie obecności drugiego człowieka. Nie często zdarzało mu się nad sobą rozczulać, ale teraz w połączeniu z bólem, atrakcyjnością, którą odczuwał do tego mężczyzny, i perspektywą spędzenia świąt w gipsie, czuł, że ma prawo sobie pofolgować. Obrócił się na drugi bok, kładąc się na sofie i podciągając kolana do góry, prawie owijając się wokół Tyrona. Zdrową ręką objął szczupłą talię i wtulił twarz w twardy brzuch siedzącego dość sztywno mężczyzny. Co mógł mu zrobić? Dokopać? Pewnie tak i to nawet dotkliwie, ale Simon nie miał sił się tym martwić. Było duże prawdopodobieństwo, że nie uszkodzi i tak już poszkodowanego inwalidy. Zapach, ciepło i przyjemność, jaką odczuł w wyniku tego kontaktu, przeważyła jego obawę. Tym bardziej, że Tyron zdrętwiał i zesztywniał tylko na chwilę. W następnej minucie odprężył się i rozluźnił. – Może powinieneś wrócić do łóżka? – zapytał spokojnie i z nadzieją. – Nie chcę. Proszę, mogę tu na chwilkę zostać? Mam dość leżenia, chciałbym już wreszcie poczuć się dobrze… – Simon jęknął w odpowiedzi i nie był dumny z desperacji przebijającej w jego głosie. Ponownie jednak nie był w stanie zmusić się do przejmowania. Umrze z zażenowania później. - 18 - – Eee… zostań, jeśli czujesz się na siłach. – Tyrom mruknął po chwili, nadal z niedowierzaniem spoglądając na spoczywającą na jego kolanach osobę. Nie bardzo wiedział, co robić, ale potrafił sobie wyobrazić, że Simon nie był w najlepszym stanie. – Nie powinieneś wziąć jakiś leków? Może jesteś głodny? Simon odwrócił lekko głowę, aby móc spojrzeć na Tyrona. Tym razem policzek miał ściśle przyciśnięty do muskularnego ciała pod nim. To było bardzo miłe uczucie. – Chyba powinienem coś zjeść, ale szczerze mówiąc, nie mam ochoty… Po za tym nie chcę sprawiać ci kłopotów… Za późno – pomyślał Tyron sarkastycznie i delikatnie unosząc Simona za kark, wymknął się spod niego. Jeszcze chwila ocierania się jego twarzy o niego i obaj byliby zażenowani. Ciało Tyrona zwyczajnie miało swój własny rozum i cieszyło się z nieoczekiwanej atencji, choćby niewinnej. – Zamówienie czegoś przez telefon to nie problem. Ja osobiście nie gotuję, wiec moja kuchnia jest zaopatrzona w jedzenie tylko w przypadkach, kiedy moje siostra się tym zajmuje. Ja tylko niekiedy jej używam, właściwie prawie nigdy… – Chyba nie liczą się wypadki, kiedy któryś z jego kochanków po pełnej namiętności nocy serwował mu śniadanie do łóżka? Simon usiadł wolno na kanapie, i wplatając szczupłe palce w rozjaśniane pasma, ciężko wsparł głowę na ręce, podpartej na kolanie. Było mu słabo i duszno, i mdliło go lekko. Zamknął na chwilę oczy, aby zminimalizować wirowanie tuż przed jego oczyma. Pocieszające było to, że po chwili poczuł się lepiej. Zanotować sobie mentalnie – żadnych gwałtownych ruchów. – Jeśli masz ochotę na jedzenie, mną się nie przejmuj. Ja chyba poczekam do kolacji – powiedział cicho, starając się nie podrażniać swojej i tak bólem pulsującej głowy. Od momentu, kiedy Ty przestał go dotykać, ból przypomniał o sobie z pełnym impetem. – A co z lekami? – Ty zapytał drętwo. Wykrzywiona cierpieniem twarz Simona go irytowała. Nie miał ochoty przejmować się nim, a wyglądało na to, że właśnie to robił, świadomie czy nie. – Nie chcę brać na razie, bo z miejsca pewnie zasnę. Są zbyt mocne – spojrzał na swojego gospodarza stojącego nad nim w dłońmi wspartymi na biodrach i wpatrującego się w niego poważnie. – Wolałbym porozmawiać. Poznać się. Wiem, że raczej muszę być niespodzianką dla ciebie, ale postaram się sprawić jak najmniej kłopotu, obiecuję. – Mały nieśmiały uśmiech wypłynął na jego seksowne usta i Ty siłą oderwał od nich oczy. – Eee… to ja zamówię pizzę…– odwrócił się na pięcie i wypadł do kuchni. - 19 - Simon lekko zdziwiony patrzył spod przymrużonych powiek za znikającymi szerokimi plecami pana domu. To był dziwny mężczyzna. Seksowny jak cholera i pociągający jak grzech, ale dziwny. Pół godziny później Tyron wniósł do domu pachnącą apetycznie pizzę i żołądek Simona oświadczył głośno i dobitnie, że jednak pora na obiad. – Pomóc ci z czymś? – zapytał bez zastanowienia i poczuł, jak krwisty rumieniec wypływa na jego policzki, kiedy Tyron spojrzał na niego trochę kpiąco z lekko uniesioną brwią. – Nie ma potrzeby – położył pudło na stoliku w salonie i przyniósł kilka serwetek, i dwie butelki wody mineralnej. – Muszę cię uprzedzić, że jestem zwolennikiem prostoty. Nienawidzę sprzątać, choć pewnie usprawiedliwia mnie trochę fakt, że dużo pracuję, staram się więc utrzymywać porządek. Używam jednorazówek, serwetek i gotowych dań. Usiadł przy stoliku i otworzył aromatami kuszące pudełko. Simon głośno przełknął ślinę. – Proszę. – Tyron wręczył kawałek pizzy położonej na serwetce Simonowi z miną niezachęcającą do dyskusji i bez ceregieli zajął się własną. Ten przyjął go z całą gracją, na jaką było go stać, i nie śmiał zaprotestować. Był bardziej głodny niż sobie zdawał z tego sprawę. Przez chwilę jedli w milczeniu, ale Simon nie potrafił go znieść. Należał do tego typu ludzi, który potrzebował zapełnić ciszę. – Nie rób sobie z mojego powodu żadnych kłopotów. – Simon wydukał w końcu po przełknięciu kilku kęsów. Wpakował się człowiekowi w życie bez pardonu i miał z tego powodu poczucie winy. Musiał jakoś się za to zrehabilitować Tyronowi. – Wiem, że z pewnością masz już plany na święta i strasznie mi przykro, że zakłócam ci spokój. Postaram się nie wchodzić ci w drogę. Tyron spojrzał na niego lekko zdziwiony. – Nie masz się czym martwić. Miałem tylko jeden plan – stwierdził spokojnie, bez złości. – Nic nie robić całe święta. Obawiam się więc, że czeka cię to samo w moim towarzystwie. – Och…– Simon rozejrzał się po schludnym, czystym pomieszczeniu. – To by wyjaśniało brak dekoracji i świątecznych ozdób… to znaczy …eee… myślałem, że spędzasz czas z rodziną, albo coś… Tyron roześmiał się, wrzucając do ust końcówkę trzeciego kawałka pizzy, którą pochłaniał w mgnieniu oka, kręcąc przy tym głową.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Poślizgiem pod choinkę
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: