Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00120 006569 13438428 na godz. na dobę w sumie
Powracająca fala - ebook/pdf
Powracająca fala - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 546
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323877028 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nowy Orlean, stolica Luizjany, kolebka jazzu i bluesa - właśnie w tym niezwykłym mieście rozgrywa się aukcja tej powieści. W obliczu śmierci Aurore Grrritsen postanawia ujawnić sekrety, które skrywała przez całe życie, a które mogą odmienić los jej rodziny, bogatej i wpływowej w Nowym Orleanie. Do spisania swej biografii namawia znanego dziennikarza Phillipa Benedicta. Phillip nie rozumie, dlaczego ta biała bogaczka chce zatrudnić właśnie jego, Murzyna, zaangażowanego w walkę o równouprawnienie rasowe. Godzi się świadom tego, że trafia mu się temat życia. Nie wie tylko, jak mocno jego życie i ów temat są ze sobą związane...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: Iron Lace Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1996 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Maria Wilber ã 1996 by Emilie Richards McGee ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 1999, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5189-9 Dedykuję Michaelowi, który zawsze wierzył we mnie i w tę ksiąz˙kę. a ROZDZIAŁ PIERWSZY Rok 1965 Niełatwo było skontaktować się z Phillipem Benedictem. Raz pomieszkiwał we własnym apar- tamencie na nowojorskiej East Side, kiedy indziej w niewielkim pokoju z kuchnią na drugim krańcu Ameryki, w zachodnim Los Angeles. Ostatnio na- tomiast bywał często w Nowym Orleanie, gdzie mieszkał z Belindą Beauclaire. Belinda miała własne lokum – połówkę nieco zaniedbanego bliźniaka z czterema pokojami w am- filadzie, ułoz˙onymi w jednej linii od frontu do tyłu, co przypominało mieszkalny tramwaj. Pomalowała je w odcieniach klejnotów – ametystu, szmaragdu, granatu i szafiru – a ściany ozdobiła kolaz˙ami z tkanin i fotografii. Zawsze, kiedy się tam pojawiał, paliły się świece czy kadzidełka z jednego z tych dziwnych sklepików przy Rampart Street, w któ- rych moz˙na kupić ziemię z grobów do tajemniczych 7 obrzędów. Belinda nie wyznawała wprawdzie kul- tu wudu, lecz przemawiał on do niej bardziej niz˙ rozliczne religie chrześcijańskie, które trzymały Negrów w okowach niewoli od chwili, gdy zeszli ze statków na amerykańską ziemię, przywiezieni tu wbrew własnej woli z Czarnego Lądu. Belinda nie lubiła zresztą mówić o swojej włas- nej rasie jako o negroidalnej. Ewentualnie mogłaby uczynić wyjątek, gdyby ta druga, biała rasa ze- chciała określać siebie jako kaukaską. Tak napraw- dę nie było jednak o czym mówić – barwy skóry mówiły same za siebie: ona była czarna, oni biali. Belinda była atrakcyjną kobietą. Miała miękki, koci chód, leniwy uśmiech i osobowość będącą niepokojącą mieszanką inteligencji i zmysłowości. Skończyła wyz˙sze studia, pracowała jako przed- szkolanka. Wszystko w tej kobiecie podobało się Phillipowi, nic więc dziwnego, z˙e coraz częściej drogi wiodły go do Nowego Orleanu. Pewnego sobotniego lutowego popołudnia Phil- lip wyszedł z mieszkania Belindy, zatrzaskując za sobą drzwi. Ona sama opuściła dom wczesnym rankiem, on zaś spędził pół dnia nad walizkową maszyną do pisania, stukając w klawisze palcami jednej ręki i popijając litrami czarną kawę. Był dziennikarzem bez etatu, wolnym strzelcem, a na swoją zawodową wolność musiał zapracować go- dzinami cięz˙kiej harówki. Słońce juz˙ prawie dotykało horyzontu, ale po- wietrze było zdumiewająco ciepłe, łagodne i prze- 8 pojone zapachami nadchodzącej wiosny. Na niebie zbierały się chmury, a zachód słońca zapowiadał się wręcz malarsko. Phillip nie urodził się w tym mieście i z rezerwą podchodził do tych, którzy powtarzali mu, z˙e jest to miejsce absolutnie niepowtarzalne. Nie przebierał się jako dziecko w karnawałowe maski z okazji słynnego Mardi Gras, nie chodził do miejskich szkół, gdzie segregacja rasowa była czymś zupełnie normalnym. Nie poznał tu smaku pierwszego papie- rosa czy pierwszego pocałunku i nie ciągnęło go do z˙adnych sentymentalnych miejsc. A jednak miasto to za kaz˙dym razem próbowało go uwieść, choć bronił się przed nim chłodnym, dziennikarskim obiektywizmem. Tego dnia dręczyła go na dodatek ciekawość. Po telefonie, jaki otrzymał rano, z trudem panował nad emocjami. Pod ich wpływem podjął błyskawiczną decyzję. Wsiadł do wozu i ruszył w kierunku luksusowej dzielnicy Garden District. Aurore Ger- ritsen udzieliła mu krótkich wskazówek, jak ma trafić do jej domu, jechał więc teraz, jak mu kazano, rozmyślając o niedawnej rozmowie. Aurore Le Danois Gerritsen... Właścicielka kontrolnego pakietu akcji Gulf Coast Shipping, matka senatora Ferrisa Gerritsena i córka rodu o krwi tak błękitnej, jak lilie z Luizjany. Aurore Le Danois Gerritsen proponowała mu, by napisał jej biografię! Kiedy zatrzymał wóz u wylotu Prytania Street, 9 horyzont płonął złotem. Przed domem Aurore Ger- ritsen było az˙ za wiele miejsca do parkowania, jej posiadłość bowiem miała powierzchnię co najmniej stadionu piłkarskiego. Phillip wolał się jednak przejść ulicą, wyczuć atmosferę świata, w którym z˙yje ta niezwykła kobieta. Spacer był zaiste pouczający. Zanim dotarł do domu pani Gerritsen, mógł podziwiać reprezen- towany tu obficie styl włoski i grecko-klasyczny, akcentujący konserwatywny, dziewiętnastowiecz- ny charakter tego miejsca. Niektóre domy śmiało moz˙na było nazwać rezydencjami, podczas gdy inne – zaledwie willami dla zamoz˙nych. Konary omszałych dębów, pamiętających zapewne jeszcze wojnę Północy z Południem, skrzypiały w pory- wach wiatru, a magnolie czekały cierpliwie, az˙ maj pozwoli im rozkwitnąć i wypełnić miasto słodką wonią. Wśród roślinności połyskiwała woda w ba- senach i lśniące karoserie cadillaców. Jeśli mieszkały tu jakieś osoby o ciemnej skórze, to tylko róz˙nego rodzaju słuz˙ba, jak ogrodnicy czy pokojówki. Zaledwie Phillip pojawił się na Prytanii, poczuł, z˙e jest obserwowany. Nie był ubrany jak ogrodnik czy hydraulik; miał na sobie ciemny garnitur i ele- gancki, tradycyjny krawat. Ale był czarny i – co jeszcze bardziej zdumiewające – zmierzał pewnym krokiem ku bramie posiadłości Aurore Gerritsen. – Hej, ty! Normalnie zignorowałby takie wezwanie, ale 10 sytuacja nie była normalna. Odwrócił się i zobaczył starszego męz˙czyznę, który kiwał na niego ręką. Męz˙czyzna był blady i z˙ylasty jak twardy korzeń bagiennego cypryśnika. Miał na sobie lekkie, płó- cienne ubranie, tak charakterystyczne dla tych oko- lic. Stał oparty o z˙elazne ogrodzenie w rogu posiad- łości sąsiadującej z terenem pani Gerritsen i przyzy- wał go władczym gestem. Phillip nie ruszył się z miejsca. – Rozumiem, z˙e mówi pan do mnie, tak? – za- pytał. Męz˙czyzna wskazał bramę gospodarczą z dru- giej strony domu. – Dostawy tamtędy, Murzynie. – Ach, tak. Dziękuję, zapamiętam na wypadek, gdybym zatrudnił jakiegoś białego chłopaka na posyłki – odciął się, wchodząc w furtkę i starannie zamykając ją za sobą. W paru krokach przeszedł alejkę i zadzwonił do drzwi frontowych. Aurore nie miała ochoty na kolację. W jadalni skosztowała tylko trochę ryby i gotowanego kol- czocha.* Teraz, ubrana w niebieską wzorzystą su- knię, z pojedynczym sznurem pereł na szyi, czekała na Phillipa Benedicta we frontowym saloniku, który nie nalez˙ał do jej ulubionych pokojów. Dawno temu umeblowała go sprzętami z rodzinnego domu – cięz˙kimi, ciemnymi meblami z minionej epoki, w której wszystko robiono solidnie, na wieczność. *Rodzaj kolczastej, tropikalnej, pnącej dyni (przyp.tłum.). 11 Niestety, nie znalazła jak dotąd w sobie siły, by się ich pozbyć. Na dźwięk dzwonka palce starej kobiety zacis- nęły się na poręczach fotela. Nakazała pokojówce wprowadzić gościa i czekała, licząc sekundy, które zdawały się płynąć jak godziny. Wreszcie Lily przywiodła za sobą wysokiego męz˙czyznę, Murzyna. Spokojne spojrzenie jego ciemnych oczu omiotło uwaz˙nie pokój, a dopiero potem zatrzymało się na niej. Słowa powitania uwięzły Aurore w gardle. Wsta- ła, nie chcąc przyjmować tego gościa jak wielka dama z taniej kostiumowej dramy. Milczała. To on odezwał się pierwszy. – Czy pani Gerritsen? Wyciągnęła ku niemu rękę. Drobna biała dłoń zniknęła w czarnej. Stara i młoda. Silna i krucha. Dosłownie poraził ją ten kontrast – do tego stopnia, z˙e przez moment rozwaz˙ała, czy nie powiedzieć mu, z˙e zmieniła zdanie. Moz˙e przeliczyła się z siłami? Musiał wyczuć jej wahanie. Nie uśmiechał się. Chyba w ogóle nieczęsto się uśmiechał. Stał spokoj- nie, dając jej czas, by doszła do siebie i zabrała głos. – Cieszę się, z˙e pan przyszedł – powiedziała wreszcie. – Od dawna chciałam pana poznać. – Naprawdę? – nie ukrywał, z˙e nie dowierza. – Tak, od dawna podziwiam pańskie artykuły. – Jestem zaskoczony. Raczej mnie tu nie znają. – Nie znają, bo nie interesują ich tematy, o któ- rych pan pisze. To miasto wprost pyszni się sobą. 12 Miała wraz˙enie, z˙e nieco się odpręz˙ył. – Gdyby świat nagle zniknął, nowoorleańczycy nawet by tego nie zauwaz˙yli, czy to chciała pani powiedzieć? Uśmiechnęła się powściągliwie. – Napije się pan kawy, panie Benedict? Mój kucharz obiecał, z˙e coś upiecze. – Nie, dziękuję. Z˙ałowała, z˙e nie powiedział ,,tak’’. Zyskałaby trochę czasu na przyzwyczajenie się do jego obec- ności. Ponadto przy kawie uchodzi wiele rzeczy, których normalnie nie wypada powiedzieć. – W takim razie usiądźmy tutaj. – Wskazała gestem sofę pod oknem. – Chciałabym trochę lepiej pana poznać, zanim wyjaśnię, dlaczego pana do siebie zaprosiłam. – Wywiad? Jeszcze na nic nie wyraziłem zgody. – Nie – uśmiechnęła się. – Jestem... jestem absolutnie przekonana, z˙e jest pan jedyną osobą, która moz˙e opisać moją historię. I mam nadzieję, z˙e pozwoli się pan do tego przekonać. Dostrzegła w jego oczach zainteresowanie i czuj- ność zarazem, i juz˙ wiedziała, z˙e go ma. Po raz pierwszy od czasu kiedy tu wszedł, nabrała nadziei. Usiadła na niewygodnej sofie, oparła się o stos poduszek, on zaś zajął miejsce w drugim końcu, lekko pochylony do przodu, jakby w kaz˙dej chwili był gotów zerwać się na nogi. – Czy długo zabawi pan w Nowym Orleanie? – zagadnęła. 13 – Kilka tygodni. – Popatrzył jej w oczy. – Jeśli wolno mi spytać, jak pani się dowiedziała, z˙e tutaj jestem? – Czytałam pańskie artykuły w Atlantic Monthly i serię artykułów o integracji rasowej w The New York Times. W ogóle śledzę pana karierę i stąd wiem, z˙e jest pan synem Nicky Valentine i z˙e odwiedza pan matkę od czasu do czasu. Kiedy zaczęłam myśleć o swoim zamierzeniu, uznałam, iz˙ powinnam zatrudnić kogoś o najwyz˙szej dziennikar- skiej klasie. Potem uznałam, z˙e powinien to być właśnie pan. Zasięgnęłam języka i... – I znalazła mnie pani? – To naprawdę małe miasto. – Zdąz˙yłem zauwaz˙yć. Aurore znów posłała mu uśmiech. – Nie było trudno pana odszukać. Jest pan zwią- zany z ruchem walczącym o równouprawnienie, choć nie bierze pan jawnie udziału w demonstracjach. – Jestem dziennikarzem. Muszę dokonywać obiektywnego oglądu sytuacji. – Wiem. – I nic z tego, co dowiedziała się pani o mnie, nie zniechęciło pani? – Przeciwnie, zaintrygowało mnie. – Co jeszcze chciałaby pani o mnie wiedzieć? – Proszę mi powiedzieć, czy podoba się panu tutaj? Wyraźnie zastanawiał się nad odpowiedzią. Wie- działa, z˙e gardzi kłamstwem i na pewno powie 14 prawdę. Ale często powiedzenie prawdy zajmuje wiele czasu. – Opowiem pani coś – odezwał się wreszcie. – Wczoraj jechałem tramwajem. I choć nigdzie nie było napisane, z˙e mam siedzieć z tyłu, a nie z przo- du, jakaś kobieta wstała na mój widok i przesiadła się, z˙eby znaleźć się dalej ode mnie. Zapewne nie zdziwi się pani, jeśli powiem, z˙e miała białą skórę? – Nie. – Teraz zaś, jak tylko znalazłem się w Garden District, miałem nader interesujące spotkanie z pani sąsiadem. Aurore skinęła głową. – Przypuszczam, z˙e pan Aucoine nie wspomniał, z˙e nie rozmawiamy ze sobą od lat, gdyz˙ uznaliśmy, z˙e nie mamy sobie absolutnie nic do powiedzenia. – I to jest właśnie druga strona tego miasta – powiedział Phillip, najwyraźniej usiłując być w porządku wobec niej. – Zmiana wisi w powietrzu. Wszędzie czuje się napięcie. – Cieszę się, z˙e pan o tym mówi. – Czemu? Zaskoczył ją, choć nie powinien. Niełatwo było rozmawiać z Phillipem Benedictem. Jemu samemu musiało być niełatwo ze sobą. – Poniewaz˙ ja chcę tej zmiany. – Nie będzie dla pani korzystna – oświadczył bez ogródek. – Zdziwiłby się pan, wiedząc, co byłoby dla mnie korzystne. 15 Phillip zaczął nerwowo kiwać nogą, a ona pomy- ślała, z˙e dał się wciągnąć w grę. Celowo pozwoliła mu się niecierpliwić, wykorzystując chwilę pauzy na przyjrzenie się swojemu rozmówcy. Był przy- stojnym męz˙czyzną, ale nie to ją zaskoczyło najbar- dziej. Juz˙ wcześniej widywała go na zdjęciach w prasie i w telewizji. Phillip Benedict tak długo pozostawał w pierwszych szeregach ruchu walki o równouprawnienie rasowe, z˙e obiektywy kiero- wano na niego równie często, jak na ludzi, o których pisał. Zdjęcia pokazywały dumnie osadzoną głowę i silne, wyraziste rysy, nie były wszakz˙e w stanie oddać witalności, energii, tej szczególnej charyzmy człowieka, który wybija się dzięki niej ponad szary tłum. Wcześniej Aurore miała nadzieję, z˙e Phillip jest tym męz˙czyzną, za jakiego go uwaz˙ała. Teraz, widząc go, zyskiwała pewność. Chętnie zabawiłaby się jeszcze w obserwację, ale ulitowała się nad nim. – Nie zamierzam bez końca trzymać pana w nie- pewności. Proszę posłuchać, o co mi chodzi, a potem spróbujemy się dogadać. Po pierwsze chcę, z˙eby pan wiedział, z˙e doskonale zdaję sobie sprawę z nie- typowości mojej prośby. Świat nie czeka z zapartym oddechem na opublikowanie mojej autobiografii. – Nie wątpię, z˙e miała pani ciekawe z˙ycie. – Cóz˙ za godny podziwu takt. Ale tak naprawdę zainteresowanie czytelnicze będzie w moim przy- padku bardzo ograniczone. 16 – Jak bardzo, pani zdaniem? – Bardziej niz˙ pan sobie wyobraz˙a. Moje zamie- rzenie ma charakter czysto prywatny, osobisty. Wystarczy, by egzemplarze spisanego przez pana z˙yciorysu otrzymali członkowie najbliz˙szej rodziny. – Co w wydatny sposób ogranicza moje tantiemy. – Zawrę z panem umowę o dzieło, a nie procen- tową. – Aurore zamilkła na moment. – Sam określi pan sumę. – Sądziłem, z˙e jest pani kobietą interesu. – Jestem starą kobietą, której bardzo zalez˙y na tej sprawie. – Dlaczego? – Kiedy skończymy, będzie pan znać odpowiedź. Nie powiedział nie, ale nie powiedział tez˙ tak. Wpatrywał się w nią usilnie, jakby chciał telepatycz- nie odgadnąć jej motywy. – Będę teraz często wyjez˙dz˙ał z miasta, przez najbliz˙szy miesiąc albo dłuz˙ej. Obsługuję kampanię wyborczą w Alabamie. Ile czasu według pani nam to zajmie? – Nie mam pojęcia. Łatwo się męczę i jestem stara, a mam tak wiele do powiedzenia. – Mam nieodparte wraz˙enie, z˙e uzyskałaby pani to samo tańszym kosztem. Wystarczy nagrać wspo- mnienia na magnetofon. – O, nie, bardzo się pan myli. Potrzebuję pana pomocy. Nie mogłabym tego wszystkiego powie- dzieć bezdusznej maszynie. Potrzebuję kogoś z pa- na inteligencją i wyczuciem. 17 – Proszę posłuchać, pani Gerritsen, nie mam pojęcia, dlaczego pani zadzwoniła, i nie wiem, o co naprawdę chodzi, ale wiem jedno – jestem czarny. A według reguł tego miasta – i poniekąd moich własnych – jestem ostatnią osobą, która mogłaby się podjąć tego zadania. – Czytałam pańskie wywiady i wiem, z˙e jest pan naprawdę wyjątkowy. Potrafi pan wyciągnąć z ludzi wszystko, co pragną ukryć. – Dlaczego miałaby pani coś ukrywać i płacić mi cięz˙kie pieniądze, bym to z pani wyciągał? – Poniewaz˙ większość swojego z˙ycia przez˙yłam w kłamstwie i tak nim przesiąkłam, z˙e czasem sama nie wiem, gdzie moz˙e kryć się prawda. Phillip z westchnieniem pokręcił głową. Niby się wahał, lecz ona wiedziała juz˙, z˙e nie odmówi. Zrozumiała to znacznie wcześniej. Podjął decyzję wbrew sobie, i to go irytowało. – Pięć tysięcy dolarów – oznajmił w końcu. – I oczywiście gwarancje. – Przy następnym spotkaniu przekaz˙ę panu czek. Phillip wstał. – Jutro, jeśli moz˙na. Im wcześniej zaczniemy... – ...tym szybciej skończymy – dokończyła, rów- niez˙ wstając. Z˙ałowała, z˙e nie wzięła laski, ale nie chciała, by zobaczył przy pierwszym spotkaniu, z˙e jej uz˙ywa. Ponownie wyciągnęła do niego rękę. – O dziesiątej nie będzie za późno? – Nie, bardzo dobrze. 18 – W takim razie czekam. Do jutra. Skinął głową i poz˙egnał ją uprzejmie, a potem szybko wyszedł. Aurore liczyła kłamstwa, które juz˙ mu powie- działa. Największym było ostatnie. Wcale nie cze- kała jutra. Nie obchodziło ją z˙adne jutro. ROZDZIAŁ DRUGI Phillip wyjechał z Garden District i skręcił na północ do Club Valentine – klubu jazzowego, który stał się znany dzięki jego matce. Było jeszcze wcześnie, więc Nicky pewnie miała próbę. Chciał z nią porozmawiać, a wolał to zrobić, zanim klub wypełni się gośćmi. Zaparkował o kilka przecznic od Basin Street i szybkim krokiem ruszył wzdłuz˙ rzędu biało malo- wanych, drewnianych domów, gdzie z otwartych okien przeboje Four Tops walczyły o lepsze z The Supremes, a nastoletnie dziewczęta w krótkich, kolorowych spódniczkach szalały na chodnikach, robiąc taneczne wygibasy. Pośrodku osiedlowej uliczki ktoś gotował kraby w starej puszce po cukrze. Apetyczna woń przypomniała Phillipowi, z˙e od rana nic nie jadł. Klub był dwukondygnacyjnym naroz˙nym bu- dynkiem z tarasem o kutej, ozdobnej balustradzie, wznoszącym się nad wysadzaną drzewami ulicą. Okna z z˙aluzjami otwarto, by wpuścić wieczorny 20 powiew. Idąc chodnikiem, Phillip słyszał głos Ni- cky, wybijający się ponad uliczne hałasy. Gdy wszedł, pozdrowił gestem barmana, zajęte- go remanentem, i zaczął się rozglądać za swoim ojczymem Jakiem Reynoldsem. Nie znalazł go, więc poszedł za śpiewem Nicky, który zaprowadził go do pokoju na zapleczu. Miała na sobie obcisłą, czer- woną suknię – tak krótką, z˙e wielu ludzi byłoby oburzonych, z˙e nosi ją kobieta pod sześćdziesiątkę. Ale w tym klubie wszystkim się podobała. Phillip przysunął sobie krzesło i usiadł, by wy- słuchać pieśni do końca. Nicky Reynolds – znana wszystkim jako Nicky Valentine – miała głos, który otulał słuchacza miękko niczym sobolowe futro. Potrafiła wyciągnąć z kaz˙dej nuty, z kaz˙dego słowa esencję z˙ycia i bólu, z˙ar ciał, splątanych na łóz˙ku w gorącą noc, i oszałamiającą radość pierwszej miłości. Kiedy śpiewała, zdawało się, z˙e jej dusza przenika muzykę, z˙e to nieprawdopodobne, by je- den człowiek mógł z tak przeraźliwą ostrością dostrzegać wszystkie problemy i paradoksy tego świata, jego urodę i brzydotę, zachwyt i z˙al – a jed- nak Nicky to potrafiła. Kiedy śpiewała, jej wiedza udzielała się słuchaczom. I nie chodziło tu nawet o słowa tęsknych, pełnych ekspresji pieśni – wystar- czał sam głos, jego barwa, głębia, modulacja, fraza. Zauwaz˙yła syna pod koniec ostatniej zwrotki i pogroziła mu palcem. Kiedy skończyła, zamieniła jeszcze kilka słów z orkiestrą, a potem podeszła do Phillipa. 21 – Co tutaj robisz? Ucałował ją w czoło. Nie musiał się zbytnio schylać. Był wysoki, lecz matka prawie dorów- nywała mu wzrostem. – Chciałem z tobą porozmawiać. Masz chwilę? – Zawsze mam dla ciebie czas. Phillip rozejrzał się. Pokój był pełen pracow- ników, przygotowujących scenę do występu. – Dokąd pójdziemy? – Moz˙e znajdzie się spokojny kąt w barze. Jeśli jesteś głodny, grzeje się meksykańska fasola. – Bosko. W barze wskazała mu stolik w kącie i poszła po jedzenie. Wróciła, niosąc na tacy fasolę z ryz˙em i z kawałkiem bagietki, do której barman dodał po piwie. Najpierw nasycił pierwszy głód, dopiero potem zaczął mówić: – Odebrałem dzisiaj dziwny telefon... Nicky jadła, czekając spokojnie na dalszy ciąg. – Nie jesteś ciekawa? – zapytał, gdy zamiast się zainteresować, oderwała tylko kęs bułki i włoz˙yła go do ust. – Nie powiedziałam, z˙e nie jestem. Po prostu mogę się domyślać, jakiego rodzaju telefony otrzy- mujesz. Z groźbami, z próbami szantaz˙u. Albo przekupstwa. Gdybyś mi nawet o nich nie mówił, i tak wiedziałabym, czego moz˙e się spodziewać dziennikarz, którego reportaz˙e co tydzień trafiają na pierwsze strony. 22 Phillip swobodnie przeszedł na francuski, który był jego pierwszym językiem. Zawsze to robił, kiedy ich rozmowy zyskiwały bardziej emocjonalną i czułą atmosferę. – Bez przesady, nie w kaz˙dym tygodniu. – Dość często, by przysporzyć mi kolejnych siwych włosów. – Tym razem nie było to nic niemiłego. To była propozycja. Propozycja pracy. – Rozumiem, znów będziesz musiał wyjechać. – Nie uniosła wzroku znad talerza. – Tylko mi nie mów, z˙e jedziesz do Wietnamu – dodała, po czym jak kaz˙dy porządny nowoorleańczyk starannie wy- tarła bułką resztki sosu z talerza. – Nie muszę, tu tez˙ jest robota – powiedział tym razem po angielsku, czule gładząc jej dłoń. Skóra Nicky miała odcień o ton ciemniejszy od jego skóry, ale ponoć i tak była jaśniejsza od skóry ojca, którego Phillip nie znał. Raz, w artykule o karierze Nicky Valentine, określono ten kolor jako ,,tofi’’, a raz jako ,,kawę z mlekiem’’. Zastanawiał się wówczas, czemu barwy skóry Afroamerykanów są zawsze porównywane do czegoś do jedzenia czy picia. Potem zabawiał się myślą, z˙e napisze kiedyś o bia- łych w odcieniu ,,mącznym’’ czy ,,soku jabłkowe- go’’, ale porzucił te pomysły jako samobójcze. – Po- proszono mnie o napisanie biografii – wyjaśnił. – Czyjej? – Aurore Gerritsen. Słyszałaś kiedyś o niej? Wreszcie mu się udało. Nicky uniosła wzrok 23 znad talerza. Zmruz˙ywszy oczy, obserwowała tego przystojnego trzydziestosiedmioletniego męz˙czyz- nę, którego kiedyś niańczyła przy piersi. – I co, synu, masz zamiar pętać się po dzielnicy białych i zadawać najbogatszej kobiecie w tym mieście pytania na temat jej z˙ycia? Ciekawe, kto ci to zaproponował? – Ona sama. Nicky była zbyt dobra w ukrywaniu własnych uczuć, by pokazać swoje zaskoczenie. Twarz miała zdumiewająco gładką jak na kobietę w jej wieku. I teraz nie pojawiła się na niej z˙adna zmarszczka. Tylko orzechowe oczy popatrzyły na syna jeszcze bardziej przenikliwie. – Nie wierzę w tę bajeczkę. – Zadzwoniła do mnie osobiście. Wracam pros- to od niej. – Dlaczego wybrała właśnie ciebie? – Nie mam pojęcia. Liczę, z˙e ty podsuniesz mi jakieś wyjaśnienie. Nicky odchyliła się na oparcie kanapki. – Nie znam tej kobiety. Nie kojarzę tez˙ jej nazwiska z z˙adnym z ruchów dotyczących równo- uprawnienia. – Załoz˙ę się, z˙e wiesz, kim są jej synowie – odparł. – Albo kim byli. – Nie ma kolorowej osoby w tym mieście, która nie wiedziałaby o nich choć trochę. Jadąc do Club Valentine, Phillip kolejno roz- waz˙ał i odrzucał przynajmniej tuzin teorii, mają- 24 cych wyjaśnić przyczyny dziwnej decyzji Aurore Gerritsen. Była elegancką, zamoz˙ną starą kobietą, dostojnie siwowłosą, o szlachetnych rysach i przy- jaznym spojrzeniu wyblakłych, niebieskich oczu. Z pozoru budziła zaufanie. Z pozoru? Ano właśnie. Phillip nie wierzył w ani jedno słowo, jakie mu powiedziała. Ani jedno. Zastanawiał się, czy coś mogło łączyć jego rodzinę z rodziną Gerritsen, ale uznał to za niepraw- dopodobne. Aurore Gerritsen urodziła dwóch sy- nów. Młodszy, Ferris, został senatorem stanowym i zasłynął ze swoich rasistowskich poglądów. Star- szy, Hugh, katolicki ksiądz, został rok temu zabity na mityngu aktywistów równouprawnienia w pew- nej parafii na południe od Nowego Orleanu. Skrajne róz˙nice światopoglądowe pomiędzy obu braćmi stały się głównym tematem prasowych sensacji po śmierci starego Gerritsena. – Myślałem, z˙e przypadkiem wiesz coś, czego ja nie wiem – powiedział. – Czy twoim zdaniem moz˙na by uznać jej postępowanie za spóźnione, publiczne opowiedzenie się po stronie zmarłego syna? Za bunt? Powiedzmy, z˙e napiszę historię jej z˙ycia, umieszczając swoje nazwisko na okładce, a ona demonstracyjnie wręczy ją senatorowi... Nie znalazł w jej oczach odpowiedzi. – Jakie jest twoje zdanie? – spytała tylko. – Wszystko to wydaje mi się bardzo dziwne. Na tyle dziwne, z˙e zapragnąłem koniecznie poznać prawdę. 25 – Powiedz raczej, z˙e szukasz pretekstu, z˙eby zostać w mieście, Phillipie Gerard. No, dalej. Przy- znaj to wreszcie. Coraz trudniej zbierać ci się do wyjazdu i wciąz˙ pakować bagaz˙e. Pewna przed- szkolanka bardzo ładnie okręciła sobie mojego syna wokół palca i za kaz˙dym razem, kiedy się buntuje, przyciąga go do siebie odrobinę mocniej... – Tylko nie rób sobie z˙adnych nadziei – roze- śmiał się. – Belinda jest bardziej niezalez˙na niz˙ ja. – Chcesz powiedzieć, z˙e moz˙e coś z tego być? Phillip wychylił się i pocałował matkę w poli- czek. – Pomyśl jeszcze o tej sprawie z Gerritsen, dobrze? I daj znać, kiedy coś wymyślisz. – A ty idź i napisz coś, z˙ebym mogła być z ciebie dumna. Błysnął zębami w uśmiechu, który sprawiał, z˙e otwierały się przed nim drzwi niedostępne dla kolorowych. Uśmiechu pełnym akceptującej z˙ycz- liwości, wykluczającym podstępne dziennikarskie chwyty. Większość ludzi ulegała temu czarowi, zbyt późno spostrzegając, z˙e wpadli w pułapkę. Nicky była wprost nieprzyzwoicie dumna z syna, ale przestała mu to mówić w dniu, w którym zauwaz˙yła, z˙e on jest dumny z siebie. Takiego uczucia Murzyn w latach sześćdziesiątych dozna- wał niezwykle rzadko, totez˙ tym bardziej mogła sobie pogratulować, z˙e udało jej się wychować człowieka pewnego swych racji i pozbawionego 26 kompleksów. Stanęła w drzwiach frontowych, od- prowadzając Phillipa wzrokiem, dopóki nie zniknął za rogiem, za szpalerem wspaniałych magnolii, którymi tak chlubił się Jake. Zaledwie ucichł odgłos jego wozu, dał się słyszeć drugi. Silnik starego thunderbirda od dawna po- trzebował regulacji, wszystko jednak wskazywało na to, z˙e nie otrzyma jej dopóty, dopóki nie odmówi posłuszeństwa gdzieś na ulicy, w korku. Właścicielem thunderbirda był Jake. Nadszedł właśnie chodnikiem, z pochyloną głową, przygląda- jąc się bujnym kwiatom, które obsypały krzewy. Minę miał taką jak jej ojciec, kiedy obchodził swoje pola bawełny, martwiąc się, czy deszcz spadnie w porę, albo czy nie będzie suszy. Nicky czekała, az˙ dojdzie do samych schodów, i dopiero wówczas wyszła mu na spotkanie. Nawet teraz, po dwudziestu latach małz˙eństwa, lubiła cze- kać na jego pocałunek. Był wysoki i szeroki w ramionach. Nadal trzymał się prosto i krzepko, choć miewał juz˙ kłopoty z kręgosłupem. Włosy mu siwiały, ale nadal były gęste i otaczały twarz niczym hełm wojownika. Przez chwilę trwali w objęciach, nasłuchując dale- kiego grzmotu. – Phillip twierdzi, z˙e zostanie tu na jakiś czas – oznajmił wreszcie Jake. Nicky zastanawiała się, kiedy jej syn zdąz˙ył puścić w obieg tę nowinę. – Naprawdę? A powiedział ci, dlaczego? 27 – Nie miał kiedy. Z tyłu zaczęli na mnie trąbić i musiałem odjechać. Odstąpiła o krok, z˙eby lepiej widzieć jego twarz. – Aurore Gerritsen poprosiła go, z˙eby napisał jej biografię. – Gerritsen, ta od Gulf Coast Shipping? – Ta sama. – I zgodził się? – Zaczyna jutro. Jake znów przyciągnął ją do siebie. Opierała się tylko przez moment. – Moz˙na by sądzić, z˙e będziesz skakać z radości – powiedział, patrząc powaz˙nie w jej oczy. – W koń- cu dzięki temu Phillip zostanie u nas dłuz˙ej. – To jest zupełnie inny rodzaj ludzi, Jake. – Jasne, z˙e tak. Ciągle mi się zdaje, z˙e są coraz bielsi. Nicky wysunęła się z objęć męz˙a. – Ferris Gerritsen jest najgorszym typem rasisty. – A jaki to typ? – Taki, który udaje, z˙e nim nie jest. Jake pokrzepiającym gestem ścisnął jej dłoń. – Nie martw się, Phillip to stary wyga. Da sobie radę. A na razie zostanie w mieście, to jest najwaz˙- niejsze. Najwyz˙szy czas, z˙eby zapuścił korzenie, a gdzie jest dla niego lepsze miejsce? Spostrzegła, z˙e zerka w kierunku baru. Pewnie chciał jeszcze raz sprawdzić bilans. Zawsze tak robił. – Dzisiaj będziemy mieli komplet – powiedziała. 28 – Co wieczór mamy komplet. Nie powinna go dłuz˙ej przetrzymywać, ale miała potrzebę porozmawiania. – Chcę, z˙eby Phillip został, Jake. Wiesz, z˙e chcę. I wiem, z˙e powinien zapuścić korzenie, choć jeśli o to chodzi, nie umiałam i nie umiem mu niczego doradzić. A jednocześnie nie chcę, z˙eby musiał iść na kompromis i słuz˙yć za literackiego murzyna starej kobiecie, która chce pokazać całemu światu, jaka jest liberalna. Co on będzie z tego miał? – Ksiąz˙kę. Milczała przez chwilę, potem wzruszyła ramio- nami. – Moz˙e... Rzeczywiście, moz˙e o to mu chodzi. – Albo zakochał się i potrzebuje pretekstu, z˙eby zostać w mieście na dłuz˙ej. Muzyka wlała się do baru łagodną falą – powol- ny, klasyczny jazz z poprzedniej epoki. Rozpoznała Too Soon to Know – ,,Za wcześnie z˙eby wiedzieć’’ – jeden z ulubionych standardów Jake’a. Uśmiech- nęła się. – Czasami myślę, z˙e wierzysz w te wszystkie stare, głupie piosenki, które śpiewam. Jake puścił dłoń Nicky i czule ujął jej podbródek w swoją. – Czasami tak. Kiedy Phillip zatrzymał się na podjeździe, Belin- da siedziała na ganku. Dwoje dzieci z sąsiedztwa przycupnęło obok na balustradzie, opierając się 29 o gęstą sieć dzikiego wina. Starsza dziewczynka zaplatała młodszej warkocz. – Nie musisz mieć własnych dzieci – zaz˙ar- tował, wchodząc po schodkach. – Zawsze będzie koło ciebie stadko cudzych. – W takim razie nie potrzebuję równiez˙ męz˙- czyzny – uśmiechnęła się. Phillip nie był zbyt sentymentalny. Oduczono go tego skutecznie juz˙ w dzieciństwie. Jednak na wi- dok Belindy w jego duszy odzywała się jakaś zdławiona nuta; zdawało mu się wtedy, z˙e wypeł- niają ją uczucia, których nie znał. Belinda miała na sobie ciemne, wzorzyste, szero- kie orientalne spodnie i top z frędzelkami, od- słaniający pępek. Niedawno ścięła włosy króciutko, po męsku, uzyskując piorunujący efekt. Teraz w peł- ni uwydatniła się jej smukła szyja księz˙niczki i owalna twarz z migdałowymi oczami w oprawie długich, podwiniętych rzęs. Paradoksalnie krótkie włosy odsłoniły całą jej kobiecość, urodę i dumę. I temperament. – Udekorowałeś całe moje biurko szklankami po kawie, Phillipie Benedict. – Kajam się i proszę o wybaczenie. – Pochylił się nad ławeczką. – Co mam zrobić, z˙eby naprawić winę? – Po prostu idź i posprzątaj. – A nie mogłabyś zostawić na chwilę swoich małych przyjaciółek i wejść ze mną do środka? – Amy, skończyłaś juz˙? – zapytała Belinda. 30 Starsza dziewczynka, pucołowata, o z˙ywych oczach, zsunęła się z chichotem z balustrady. – Posłucha go pani? – Nigdy nie robię tego, co mi kaz˙e. Zapamiętaj to sobie. – Więc nie wejdzie pani do domu? – Wejdę, ale dlatego z˙e robi się chłodno. A wy juz˙ zmykajcie. Dziewczynki w podskokach wybiegły na ulicę. Na chodniku starsza wzięła młodszą za rączkę. – Czy one nie powinny juz˙ spać? – zdziwił się Phillip. – Wieczorem zostają z ciotką, bo matka sprząta biura w śródmieściu. Ta ciotka ma szóstkę własnych dzieciaków, więc nie jest w stanie upilnować takiej gromady. Nie bój się, Amy ma osiem lat i jest bardzo samodzielna. Ale dla pewności sprawdzę, czy dotarły na miejsce. Idź do domu – powiedziała, po czym podniosła się z ławki. – Zaraz wrócę. Phillip objął ją i zatrzymał. – Chodź, moja nianiu. Pójdziemy razem. Trzymając się za ręce, ruszyli za dziećmi. Phillip patrzył na skromne domki ustawione wzdłuz˙ wąs- kiej ulicy. Tylko niektóre mogły się pochwalić nową farbą i wypielęgnowanymi trawnikami. O in- ne wyraźnie nie dbano. Najgorsze wraz˙enie spra- wiał budynek zajmujący duz˙ą działkę na rogu następnej przecznicy. Zatrzymali się przed nim, patrząc, jak Amy z siostrą przechodzą przez ulicę i wchodzą na podwórko, rojące się od dzieci. 31 – To najsmutniejszy dom w okolicy – powie- działa Belinda. – Dlaczego tak uwaz˙asz? – Phillip uwaz˙niej przyjrzał się budowli. – Bo mógłby być piękny, ale odkąd pamiętam, stoi pusty i niszczeje. Kiedyś był na sprzedaz˙ i pewnie nadal jest, ale nikomu nie chce się nawet ustawić nowej tablicy. W zeszłym miesiącu wpro- wadzili się tu dzicy lokatorzy, lecz policja szybko ich przegnała. Po nich przyjdą następni, zawsze tak jest. Deszcz leje się przez wybite szyby i stolarka zaczyna butwieć. W końcu miasto przyśle buldoz˙er, z˙eby zrównał go z ziemią, a potem działka zarośnie i zamieni się w śmietnik. Szkoda. Ktoś przeciez˙ kiedyś tu mieszkał... Phillip nie odczuwał nigdy podobnych senty- mentów. Wystarczyło mu, z˙e ma dach nad głową. Nigdzie nie zagrzał długo miejsca i nigdzie się nie zadomowił. Jednak ta sugestywna wizja upadku czyjejś siedziby przemawiała do jego wyobraźni. Rzeczywiście, widać było, z˙e dom pamiętał lepsze czasy i zasłuz˙ył na nowego właściciela, który przy- wróciłby mu dawną świetność. Był okazały, pięt- rowy, zdobny prawdziwie koronkową, kutą balust- radą, wieńczącą podwójne galerie. – Ten, kto zbudował ten dom, umiał marzyć – stwierdziła Belinda. – Co przez to rozumiesz? – Widzisz tę koronkową dekorację z z˙elaza? Tak pięknej nie spotkasz w całej okolicy. Ten dom 32 musiała zbudować kobieta. Silna kobieta, która wiedziała, czego chce. Tak właśnie go sobie wymy- śliła i sama dopilnowała wszystkiego. Trzeba praw- dziwej siły, by zrealizować własne marzenia. Phillip pomyślał o takiej właśnie kobiecie, którą poznał dzisiejszego popołudnia. – Miałem dzisiaj dziwny telefon, wiesz? – Tak? – odwróciła ku niemu głowę. Grzmot przetoczył się przez niebo, głusząc od- powiedź. Spadły pierwsze krople deszczu. Phillip chwycił Belindę za rękę i pociągnął w stronę domu. Zatrzymali się dopiero na werandzie, zdyszani, przemoczeni, roześmiani. Zaraz potem objęli się i zaczęli łapczywie całować. W z˙yciu Phillipa Benedicta były inne kobiety. Większości juz˙ nie pamiętał. Ale z˙adna nie była tak pociągająca, jak ta, której gorące ciało zdawało się teraz stapiać z jego ciałem. Wokół szumiał nowoor- leański deszcz. Nie miałby nic przeciwko temu, by posłuchać go jeszcze nie raz. ROZDZIAŁ TRZECI Na pierwszą sesję z Phillipem Benedictem Auro- re wybrała mały salonik – słoneczny, otwarty na ogród i łagodne powiewy bryzy. Okrągły stolik zapraszał wprost do rozmowy; świergot ptaków w bujnych krzewach przypominał dawno przez˙ywa- ne sceny, nie dając jej zapomnieć, z˙e ma za sobą siedemdziesiąt siedem lat z˙ycia. Kiedy przyszedł, powitała go w wygodnej domo- wej sukni w kolorze lawendy. Nie załoz˙yła biz˙uterii, nie chcąc stwarzać oficjalnej atmosfery. A jednak była spięta, choć starannie to ukrywała. Patrząc na wysoką sylwetkę Phillipa Benedicta, znów podziwiała jego osobisty urok i atmosferę zaufania, jaką wokół siebie wytwarzał. Dziś miał na sobie białą koszulę i ciemną marynarkę, nie załoz˙ył jednak krawata, jakby szykował się do powaz˙nej pracy, a nie ceremonii. Przyniósł magnetofon kase- towy i trzymał go demonstracyjnie przed sobą, oczekując zapewne, z˙e sprowokuje ją do wyraz˙enia własnej opinii. 34 – Magnetofon? To dobry pomysł – przyznała. Zdawał się być zdziwiony, z˙e nie oponuje. – W takim razie bardzo się cieszę. Nagrania ułatwią mi pracę. Ale i tak będę robił notatki. Wskazała mu gniazdko, on zaś włączył magneto- fon i zaczął go przygotowywać do nagrania. – Zostawię pani taśmy, kiedy juz˙ skończymy. Wiedziała, z˙e nie będzie takiej potrzeby, ale na razie nic nie mówiła. – Kazałam Lily podać kawę i calas jej wypieku. Próbował pan tego specjału? – Nie przypominam sobie. – To ryz˙owe ciasteczka. Kiedy byłam mała, sprzedawały je na targu Vieux Carré kobiety w kolo- rowych tignons. Na głowach miały pełne ich kosze... – Widzę, z˙e poznam kawałek historii starego Nowego Orleanu – skomentował z uśmiechem Phil- lip, odsuwając juz˙ podłączony magnetofon. To ośmieliło Aurore. – Czy mogę mówić ci po imieniu? – zapropono- wała. – Tak będzie nam łatwiej. I chciałabym, z˙ebyś nazywał mnie Aurore. Mało kto dziś tak do mnie mówi. Przyjaciele i bliscy poumierali, a młodsi tak się mnie boją, z˙e nie mają śmiałości. Nie odpowiedział, ale znów się uśmiechnął, jak gdyby poprosiła o coś niemoz˙liwego, on zaś był zbyt dobrze wychowany, by jawnie odmówić. – Czy zastanawiałaś się, jak chciałabyś zacząć, Aurore? Myślała o wszystkim, tylko nie o tym. 35 – Moz˙e to samo wyniknie z rozmowy. Są pyta- nia, które chciałbyś mi zadać? – Jestem człowiekiem tysiąca pytań. – Znakomicie. Spróbuję zdobyć się na kilka odpowiedzi. Nadeszła Lily, ciemnoskóra, siwowłosa i zbyt chuda, by mogła lubić własną kuchnię. Postawiła na stole półmisek ze złocisto przypieczonymi calas, szczodrze posypanymi cukrem pudrem. Po chwili doniosła kawę w wysokim dzbanku. – Tylko jedno – upomniała swoją panią tonem nieznoszącym sprzeciwu, wskazując jednocześnie ruchem głowy apetyczne ciastka. – I jedna kawa. Będę liczyć – dodała, po czym zniknęła z szelestem białego nylonowego uniformu. – Mówiła to serio – powiedziała Aurore. – Czyz˙by? Kto tu komu słuz˙y? – Mamy ze sobą układ. Ja nie słucham jej, ona nie słucha mnie. – Coś jak Mammy w ,,Przeminęło z wiatrem’’? – Nic podobnego. Dobrze wykonuje swoją robotę i dobrze jej płacę. Po prostu szanujemy się nawzajem. – A wieczorem, po skończonej pracy, pewnie wraca do dzielnicy, gdzie nie widuje się białych twarzy? – Jeśli tak jest, musi odczuwać kolosalną ulgę po całym dniu spędzonym ze mną. Phillip usadowił się przy stole. Nalała mu kawy. trzymającą Czarny strumień drgał wraz z ręką, dzbanek. 36 – Pora zastanowić się, co na razie o tobie wiem. – Poczęstuj się. – Podsunęła mu talerzyk z ser- wetką, a potem ciasteczka. Sięgnął bez ociągania. – Przypuszczam, z˙e pragniesz coś udowodnić – mówił dalej. – Czujesz, z˙e twoje z˙ycie zbliz˙a się do kresu, i pragniesz, by zapamiętano cię w od- powiedni sposób. Opowieść o twoim z˙yciu ma być waz˙nym przesłaniem. – Jak brzmi to przesłanie? – zapytała. – Jesteś inna niz˙ ludzie z twojej sfery. Bardziej liberalna, znacznie bardziej. Czy mam rację? – Absolutnie nie. Przez chwilę Phillip z˙uł ciastko, bacznie się jej przyglądając. – W porządku. W takim razie co naprawdę wiem? Chodzi o fakty, nie domysły... Ta kwestia szczególnie ją interesowała. Aurore dolała sobie mleka do filiz˙anki i starannie zamieszała. – Więc co wiesz, Phillipie? – Na razie niewiele. Nie miałem czasu na ze- branie wiadomości. Gulf Coast Shipping jest jedną z najstarszych i najlepiej prosperujących firm w mieście. Sądzę, z˙e to twoi przodkowie załoz˙yli ją i rozwinęli, a nie małz˙onek. I z˙e dzięki tobie osiągnęła milionowe obroty. – Jak zwykle znana jest tylko część prawdy. Przez pierwsze pięć lat małz˙eństwa to właśnie Henry nie pozwalał nam utonąć. – Zaśmiała się. – Dobre porównanie w przypadku kompanii z˙eglu- gowej. 37 – Henry był twoim męz˙em? – Tak. – Miałaś dwoje dzieci. Twój młodszy syn, Ferris Gerritsen, jest senatorem. Starszy, Hugh, był katolic- kim księdzem i został zabity rok temu w Bonne Chance. Aurore juz˙ się nie uśmiechała. – Zgadza się. – Oczekiwała, z˙e Phillip powie coś więcej, ale nie doczekała się. – Masz wnuki? – Wnuczkę. Ma na imię Dawn. – Mieszka tutaj? – Jest w Anglii, na kontrakcie. Pracuje jako reporterka, a ściślej mówiąc – fotoreporterka. – Czym się zajmuje? – Brytyjskimi zespołami muzycznymi. Siedzi w Liverpoolu. Phillip stenografował. Nie włączył magnetofonu, jakby wiedział, z˙e to tylko rozgrzewka. – Inni z˙yjący krewni? – Tylko dalecy, których nie widziałam od lat. – I właściwie nic więcej nie wiem. – Uniósł głowę, bez mrugnięcia patrząc jej w oczy. – Poza tym, z˙e twój syn konsekwentnie występuje przeciw- ko równouprawnieniu ras i z tego tytułu zdobywa popularność. Chodzą wieści, z˙e w następnych wy- borach będzie kandydował na gubernatora, a jeśli tak się stanie, ma duz˙e szanse. – Moz˙e tak się stać. Albo stanie się coś, co temu przeszkodzi. 38 – Które rozwiązanie wolisz? – To, które jest lepsze dla Luizjany. – I tu zaczyna się gra. Skinęła głową. – Moz˙e dlatego nie chcę mówić o Ferrisie. Rozumiem, z˙e jego postać zdaje się wyjaśniać przyczyny, dla których cię tu wezwałam. Nie dziwi- łabym się nawet, gdybyś pomyślał, z˙e próbuję udowodnić światu, z˙e nie jestem taka jak mój syn. Ale wierz mi, naprawdę nie o to chodzi. Phillip stuknął długopisem o stenograficzny no- tes, lez˙ący przed nim na stole. – Okay – powiedział wreszcie. – Więc o co naprawdę chodzi? – Nie pytałeś mnie o rodziców. – Od tego właśnie chcesz zacząć? Najchętniej od razu wyznałaby mu prawdę – z˙e w ogóle nie ma ochoty zaczynać. Ale wówczas musiałaby się zwierzyć z czegoś więcej niz˙ tylko z historii własnego z˙ycia. – Nie. Nalez˙ałoby zacząć jeszcze wcześniej, od mojego dziadka. Nazywał się Antoine Friloux i był kreolskim* dz˙entelmenem w klasycznym stylu. Z jed- *Nowy Orlean, stolica Luizjany, lez˙ąca w ruchliwej delcie Missisipi, był od dawna tyglem narodów i ras. Dlatego słowo Kreol moz˙e mieć wiele odniesień i znaczeń. Historycznie – oznacza francuskojęzycznego białego kolonistę, urodzone- go juz˙ za oceanem. W tym sensie najdawniejsi Kreole Luizjany byli reliktem dawnej francuskiej kultury kolonial- nej, gdyz˙ ziemie te nalez˙ały w XVIII wieku do Francji. Dopiero cesarz Napoleon sprzedał Luizjanę Amerykanom. 39 nym wyjątkiem – miał niezwykły talent do interesów, choć nalez˙ał do klasy, która uwaz˙ała pracę za coś, co jest powinnością innych. Dziadek Antoine załoz˙ył Gulf Coast Shipping, choć wówczas kompania wy- stępowała pod inną nazwą. Był zamoz˙nym człowie- kiem, bogacił się z kaz˙dą dokonaną inwestycją. Phillip czekał jeszcze chwilę, lecz kiedy mil- czenie po ostatnim zdaniu przedłuz˙ało się, wyłączył magnetofon. – On był ojcem twojej matki? – Tak. Być moz˙e gdyby miał syna, nic z tego, o czym chcę ci opowiedzieć, nigdy by się nie zdarzyło. Dziennikarz odchylił się w krześle, opierając notes o krawędź stołu. – Dlaczego tak uwaz˙asz? Odpowiedź nie nadeszła od razu. Tak jak na to liczyła, potrzeba opowieści zaczęła w niej narastać, Nowy Orlean zasłynął jako kolebka jazzu i miejsce niezwyk- łego połączenia stylów muzycznych, uprawianych przez wszystkie zamieszkałe tu grupy etniczne. Czarna ludność dzieliła się na Murzynów ,,kreolskich’’ i ,,amerykańskich’’. Ci pierwsi nie byli, jak inni Murzyni, potomkami niewol- ników, którzy uzyskali wolność z końcem wojny domowej pomiędzy Północą a Południem. Ich przodkowie zostali duz˙o wcześniej wyzwoleni przez bogatych plantatorów i kupców francuskich, za szczególne zasługi. Owi Murzyni, zwani tez˙ w Nowym Orleanie free Negros – ,,wolni Murzyni’’ – stano- wili arystokrację swojej rasy. Przyswoili sobie francuską kulturę, a wielu z nich dorobiło się majątków. Mówili skaz˙oną francuszczyzną, francuskie nazwiska (przyp.tłum.). i mieli 40 domagając się ujścia. Aurore zrozumiała, z˙e wresz- cie zdoła przemówić. – Jest coś, o czym musisz wiedzieć... – powie- działa. – Co takiego? – Aby zrozumieć moją historię, musisz poznać historię pewnego człowieka o imieniu Raphael – wyjaśniła, patrząc wyczekująco w jego oczy. – Kim więc był Raphael? – padło oczekiwane pytanie. Znów nie dała bezpośredniej odpowiedzi. – Dzieje moje i Raphaela są ściśle ze sobą spląta- ne. Nie mogę opowiadać o sobie, nie mówiąc o nim. – Rozumiem. – Znasz choć trochę Luizjanę, Phillipie? Pokręcił głową. – Na samym południu stanu znajduje się szel- fowa wyspa Grand Isle. Pod koniec zeszłego wieku stała się popularnym miejscem letniego wypoczyn- ku dla bogatych ludzi. Jeździliśmy tam, kiedy by- łam dzieckiem, małą dziewczynką. Matka była... chora, ale lekarze dawali nadzieję, z˙e tamtejszy klimat poprawi jej zdrowie. – Grand Isle, wyspa, morze... To moz˙e być ładny początek. Ich spojrzenia spotkały się, ale Aurore patrzyła bez uśmiechu. – To jest początek. To, co chcę opowiedzieć, zaczyna się właśnie tam. Latem roku 1893... ROZDZIAŁ CZWARTY Luizjana, nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej. Rok 1893. Męz˙czyzna bierze sobie z˙onę, by rodziła mu dzieci. Męz˙czyzna bierze sobie kochankę, by dawa- ła mu rozkosz. W tym drugim przypadku Lucien Le Danois trafił lepiej. Wziął sobie kochankę, która dawała mu rozkosz, za jaką najbogatsi Kreole dzię- kowaliby jej na klęczkach. Na dodatek Marcelite Cantrelle była w duz˙o większym stopniu zdolna do rodzenia dzieci niz˙ jego z˙ona Claire. Nie było męz˙czyzny, który nie patrzyłby z za- chwytem na Marcelite, pęczniejącą od nowego z˙ycia jak nasionko podlane ciepłym wiosennym deszczem. Jej silne ciało o szerokich biodrach było wprost stworzone do rodzenia; bujne piersi zapra- szały do ssania i z˙ywienia. Lucien zwiedził ustami kaz˙dy mistyczny zakątek, poznał kaz˙dą upojną woń i kaz˙dy słodki smak. Marcelite zdąz˙yła juz˙ urodzić mu jedno dziecko 42 – córkę, która przyszła na świat bez z˙adnego ociąga- nia, a potem rosła pięknie, karmiona matczynym mlekiem oraz najświez˙szymi, najsłodszymi owoca- mi znad Zatoki Meksykańskiej. Angelle była czar- nowłosa, wiecznie roześmiana, ogorzała od słońca jak jej czarnowłosa matka. Kiedy Marcelite scho- dziła na plaz˙ę, aby naprawiać sieci, dwuletnia An- gelle uczyła się, jak pląsać wśród białogrzywych fal. Gdy wracały do domu, który szybko wypełniał się smakowitymi woniami gotowanych na palenisku darów morza, mała wspinała się na dąb błotny, rosnący przed wejściem, skąd wykrzykiwała po- zdrowienia do przechodzących rybaków, skryta wśród omszałych gałęzi. Lucien, przepływając Jump – Przeskok – płytki przesmyk, oddzielający Grand Isle od Chénière Caminada, usiłował zmusić się do myślenia o An- gelle i Marcelite. Jednak pomimo wysiłków widział zupełnie inne twarze. Przesmyk oddzielał od siebie coś więcej niz˙ dwa pasma lądu – oddzielał dwa światy, w których z˙ył i do których nalez˙ał Lucien. Wcześniej niecierpliwie z˙egnał się z rozz˙aloną z˙oną i Aurore, swoim jedynym dzieckiem z prawego łoz˙a. Ciągle jeszcze czuł palce Claire, które niczym szpony wczepiały się w jego ramię; ciągle czuł oskarz˙ycielski wzrok dziewczynki. Dlaczego, do licha, męczą go wyrzuty sumienia? Czyz˙ nie odbył podróz˙y parowcem na Grand Isle, i to dobrze po sezonie, aby odwieźć Claire i Aurore do Nowego Orleanu? I czyz˙ nie pozwolił z˙onie 43 zostać te kilka tygodni dłuz˙ej, by mogła lepiej spędzić ostatnie miesiące ciąz˙y? Doprawdy, nie zasługiwał na najmniejsze potę- pienie jako mąz˙. Owszem, moz˙e ich dom w Nowym Orleanie nie był tak obszerny, jak ten w którym mieszkała kiedyś z rodzicami Claire. Mimo wszyst- ko jednak wielu męz˙czyzn zazdrościło mu wspania- łej rezydencji w Esplanade. Jego z˙onie naprawdę niczego nie brakowało. Ponadto był cierpliwy i wyrozumiały. Na Boga, przeciez˙ patrzył bez słowa, jak traciła dziecko za dzieckiem. Niejeden na jego miejscu wściekłby się na własną z˙onę za mniejszy drobiazg. A on nic nie mówił nawet wtedy, gdy poroniła syna, który byłby jego dziedzicem. Teraz znów była w ciąz˙y, on zaś – przygotowany na kolejne rozczarowanie. Tak, nie spodziewał się po niej dziecka, niczego się po niej nie spodziewał i niczego juz˙ od niej nie chciał. I proszę – w nagrodę za tę cierpliwość Claire nie dała mu niczego poza wątłą córeczką, której skóra była tak przezroczysta, z˙e moz˙na było niemal zoba- czyć, jak bije jej serce. Nikt zresztą nie wierzył, z˙e pięcioletnia Aurore, jego jedyne z˙ywo urodzone dziecko, doz˙yje wieku dorosłego. Czy więc po tym wszystkim nie mógł sobie pozwolić na chwilę dla siebie? Wszak obiecał Marcelite, z˙e odwiedzi ją przed powrotem do No- wego Orleanu. Miną miesiące, nim zobaczy ją znowu. Noc po nocy będzie tęsknił za jej ciałem, pręz˙ącym się rozkosznie pod jego dłonią... 44 Wiatr gwałtownie wypełnił z˙agiel małej łódki – jak gorzkie westchnienie Boga, zniecierpliwionego tymi usprawiedliwieniami. Fale dopychały łódź do brzegu. Trwał odpływ. Lucien podwinął nogawki, zdjął buty i wyskoczył, aby wciągnąć ją na piasek. W oddali zobaczył męz˙czyzn w kapeluszach z szerokim rondem, stojących w wodzie i zarzucają- cych okrągłe sieci, niepomnych siekącego popołu- dniowego deszczu. Nadszedł chłodny front i wilgot- ne powietrze nasycało się zapachami jesieni. Dwie kobiety w spódnicach domowego wyrobu wyciąga- ły z wilgotnego piasku kawałki drewna, wyrzucone przez fale, a potem układały je w stosy, by wyschły i mogły stanowić opał na zimę. Stos Marcelite wznosił się w głębi plaz˙y, wysoko wypiętrzony przez nią i przez Raphaela. Siedmioletni Raphael, syn Marcelite z poprzed- niego związku, był dobrym chłopakiem, chętnym pomocnikiem matki i aniołem stróz˙em swojej małej siostrzyczki. Od początku uległ urokowi Angelle, tak jak jej ojciec, i dzięki temu uczuciu zaskarbił sobie miejsce w jego sercu. Lucien rozejrzał się po plaz˙y, spodziewając się spotkać chłopaka, ale Raphaela nigdzie nie było, ruszył więc śmiało do miasteczka, uprzejmie pozdrawiając mijane po drodze kobiety. Kontrast pomiędzy Chénière Caminada a Grand Isle był tak duz˙y, jak przesmyk, który je rozdzielał. Ta ludna osada liczyła ponad sześćset domów i tęt- niła z˙yciem od rana do wieczora. Rybacy i myśliwi zakładali tu duz˙e, zz˙yte ze sobą rodziny, utrzymując 45 minimalny kontakt ze światem na lądzie. Grand Isle była mniejsza i obywała się bez kościoła czy rezy- dującego sędziego pokoju. Jednak w letnich miesią- cach przez wyspę przewalały się tłumy bogaczy, którzy uciekali tu na wakacje z rozpalonych miast. Lucien minął niewielki gaj pomarańczowy, gdzie dojrzałe owoce wyginały gałęzie we wdzięczne łuki. Przed nim, wzdłuz˙ trawiastej drogi, wyrastał rząd drewnianych domów, osadzonych na wysokich ceg- lanych słupach. Kobiety, obierające wspólnie kraby na szerokiej werandzie jednego z nich, zapraszały go, by schronił się, zanim znów lunie deszcz. Mały piesek wyskoczył na drogę i obwąchał jego buty, jakby miał nadzieję, z˙e ten duz˙y kolega utnie sobie z nim drzemkę pod odwróconą do góry dnem pirogą. Jeszcze przez kwadrans Lucien szedł leniwym krokiem pomiędzy domami, do których przylegały niewielkie winnice i ogródki. Na Grand Isle widok zasłaniały stare dęby o poskręcanych konarach, ale tu moz˙na było patrzyć we wszystkich kierunkach. Mieszkańcy powycinali drzewa, by nie broniły dostępu oz˙ywczej bryzie, wiejącej od zatoki. Po raz pierwszy szedł tą drogą trzy lata temu. Przypłynął wtedy z Grand Isle wraz z przyjacielem, który chciał kupić rybacką sieć dla swojej z˙ony. Miała być dekoracją na jesiennym przyjęciu i stano- wić swoisty ,,marynarski’’ rekwizyt. Skierowano ich do chaty Marcelite Cantrelle. Lucien spodziewał się bezzębnej staruchy, która będzie bezczelnie tar- gować się o kaz˙dego centa, jednak zamiast tego stanął 46 twarzą w twarz z zachwycającą, ciemnowłosą pięk- nością, która tak omotała kupca swoim wdziękiem, z˙e ten nie zorientował się nawet, jak słono przepłacił. Tamtego pierwszego lata Lucien jeszcze kilka razy wracał do chaty Marcelite. Z początku wyna- jdywał rozmaite preteksty – a to zasięgał rad co do miejsc, gdzie nalez˙y łowić ryby, a to przywiózł mały podarek dla Raphaela. Z początkiem sierpnia ustaliło się między nimi niepisane porozumienie, zgodnie z którym Lucien odwiedzał ją, kiedy tylko mógł i miał na to ochotę. Przywoził podarki i pienią- dze, w zamian rezerwując piękne ciało Marcelite tylko dla siebie. Układ zadowalał obydwie strony. Tak, przebywał tę drogę wiele razy. Z kaz˙dym krokiem był zawsze coraz bardziej podniecony. Teraz równiez˙. Wystarczała sama myśl, z˙e juz˙ za chwilę weźmie kochankę w ramiona. Gdy wyszedł zza zakrętu, wreszcie zobaczył dom. Zbudowany z wyłowionych z morza desek, zwieńczony dachem z liści palmowych, tak samo typowy dla tego miejsca, jak kobieta, która w nim mieszkała. Wi- dział ją z daleka, czekającą w cieniu dębu. Biała bluzka jaśniała na tle zbrązowiałych liści dachu. Zręczne dłonie przebiegały błyskawicznie po sznu- rach sieci, pociągając, przewijając, wiąz˙ąc – ale spojrzenie było utkwione w nim, w Lucienie. Kiedy podszedł bliz˙ej, odłoz˙yła robotę i wstała, lecz nie podeszła do niego pierwsza. Nie była wysoka, miała jednak dumną, królewską postawę, która dodawała jej wzrostu. Nie obciągała spódnic 47 ani nie kręciła młynka palcami. Po prostu spokojnie czekała. Kiedy stanął tuz˙ przed nią, skłonił się wytwornie. – Mademoiselle... – Witaj, M’sieu. – Gdzie dzieci? – Angelle śpi w domu, Raphael poszedł na wyprawę – odparła po angielsku, wiedząc, z˙e Lu- cien woli ten język. – Nie widziałem go na plaz˙y. – Kaz˙dego dnia idzie coraz dalej. Szuka skarbu. – Nasłuchał się bzdur od tego starego pirata, Juana Rodrigueza. – Nie. Raphael szuka czegoś więcej niz˙ tylko złotych monet. Szuka męz˙czyzny, który by z nim rozmawiał. Lucien nie usłyszał z˙alu w głosie kochanki, ale wiedział, co czuje. – Mógł sobie wybrać kogoś lepszego. – Juan jest dobry dla Raphaela. Chłopak moz˙e bez końca słuchać jego opowieści. Oparł rękę na drzewie, przysuwając się do niej bliz˙ej. – A co ty byś mogła robić bez końca, mon coeur? Wzruszyła ramionami. Patrzył zachłannie, jak biały muślin osunął się, odsłaniając jej złocistą skórę. – Jeść... Siedzieć sobie w cieniu i patrzeć, jak czaple łowią ryby. – I jeszcze co? 48 – Nie wiem, co jeszcze chciałabym robić bez końca. – Opuściła wzrok, az˙ cienie długich rzęs padły na policzki. – Ale chyba wiem, co chciałabym robić często. Serce zabiło mu szybciej. Chłonął kaz˙dy szcze- gół jej postaci, sposób, w jaki plamy światła przesia- nego przez liście igrają na kruczych włosach, iskrzą się na złotych kolczykach; podziwiał wyrazisty zarys nosa, zmysłową linię pełnych warg. W takich momentach jak nigdy w z˙yciu pragnął, by czas zatrzymał swój nieubłagany bieg, zostawiając go z Marcelite. Na zawsze. – Przywiozłem ci prezent. – Naprawdę? – Uniosła wzrok. – Dobrze go ukryłeś. – To niewielka rzecz. – Wsunął rękę do kieszeni płaszcza i wyjął prostokątną paczuszkę. – Proszę, zobacz. Rozwiązała sznurki zręcznymi palcami, niespiesz- nie, jak dobrze wychowana osoba. Odsłoniła poda- rek, lecz nie wyjęła go. – To wachlarz – powiedział Lucien. Wziął go w dłoń i rozwinął, az˙ ukazały się czerwone i złote róz˙e namalowane na bez˙owym pergaminie. – Opra- wa jest z drzewa sandałowego, pochodzi z Francji. – Powachlował przed twarzą Marcelite, by mogła zachwycić się delikatną wonią. – Na wypadek gdyby wiatr zapomniał, z˙e ma cię chłodzić. – A nie wiesz, M’sieu, skąd wezmę trzecią rękę, z˙eby się wachlować? 49 Lucien uśmiechnął się. – Rozkładaj wachlarz wieczorami, kiedy skoń- czysz robotę. Usiądź na swoim stołeczku, o, tutaj, i gdy nadejdzie wieczór, myśl o mnie. – Będę raczej myśleć o moskitach! Przysunął się jeszcze bliz˙ej, zwijając wachlarz przed jej twarzą. – Marcelite... czy tęskniłaś za mną? Twarz kobiety nie zmieniła wyrazu. – Podoba ci się prezent? – Dach przecieka, a w łóz˙ku mam wilgoć. Trze- ba zrobić nowe okna i drzwi. Nie mam czasu się wachlować. I nie mam czasu za tobą tęsknić. Zwła- szcza teraz, kiedy znów chodzę z brzuchem... – Co? – Chwycił ją w ramiona. – ...będę miała mniej czasu niz˙ przedtem. – Będziesz miała dziecko? – Nie masz oczu? Przyjrzał się jej uwaz˙niej i dopiero teraz zauwa- z˙ył to, co wcześniej przeoczył. Pomimo gorsetu – który wkładała wyłącznie na jego przyjście – wi- dać było, z˙e przytyła w pasie. Piersi, cięz˙kie i do- jrzałe, buntowały się przeciwko więzom, do których nie były przyzwyczajone. – Kiedy? – zapytał. – Wiosną. Gdy ptaki odlecą na północ. Lucien przebiegł w myśli wszystkie konsekwen- cje tej sytuacji. – Czy to moz˙e syn? Wzruszyła ramionami, az˙ zafalowały pełne piersi. 50 – Chcesz mojego syna, Lucien? Jeśli urodzę syna, to co go będzie czekać w z˙yciu? Lucien pomyślał o domu, nazwisku, majątku i pozycji społecznej, jakie zyskał dzięki małz˙eń- stwu z Claire Friloux, o stanowisku wysokiego urzędnika w Gulf Coast Steamship. Wszystko to miał do zaoferowania jako ojciec swoich dzieci i jednocześnie niczego nie mógł ofiarować dziecku Marcelite. – A co byś chciała, z˙ebym mu dał? – Dom lepszy niz˙ ten – wskazała gestem miejs- ce, gdzie spędzili tyle upojnych godzin. – I lugier rybacki, z˙eby mógł zarobić na z˙ycie. A później, moz˙e posadę w twojej firmie? Lucien poczuł, z˙e dławi go wzruszenie. Syn. Syn o czarnych włosach Angelle i śmiejących się brązowych oczach. Zdrowy i silny, zaharto- wany twardą pracą i morskim powietrzem. Syn, który nie będzie mógł nigdy nosić jego nazwiska, ale przekaz˙e jego krew następnym pokoleniom. A moz˙e, jeśli zły los się odwróci i Antoine Fri- loux, ojciec Claire, nie przez˙yje Luciena, ten syn będzie mógł odziedziczyć część jego ma- jątku. – Dostaniesz nowy dom – obiecał szybko, mus- kając policzek Marcelite lekko drz˙ącymi palcami. – I przyślę ci łódź z ładunkiem desek. Znajdziesz tu ludzi do budowy? Skinęła głową i jej spojrzenie złagodniało do 51 aksamitnej czerni, jaką mają wody bayou*, oświet- lone księz˙ycem. – Mógłbyś jeszcze przysłać mi męz˙czyznę, któ- ry pobyłby tu ze mną, kiedy cię nie będzie. Takiego, który nauczyłby mojego syna, jak z˙yć w mieście. – Naszego syna. Albo naszą córkę. – Właśnie, moz˙e poszlibyśmy popatrzeć na na- szą córkę? Lucien wiedział, z˙e Angelle zawsze śpi po połu- dniu. Wiedział, z˙e zobaczy mocno śpiące dziecko, skulone w kłębek na materacu wypchanym morską trawą. Znał ciekawsze widoki. Wszedł za Marcelite do pokoju, wydając stosow- ne pomruki aprobaty na widok córeczki, śpiącej pod moskitierą. Angelle tuliła do siebie lalkę, którą kupił jej, gdy się urodziła. Zabawka, zniszczona od tulenia i zabaw, dawno straciła paryski szyk, jaki miał rząd lalek zdobiący pokój Aurore. Jak przystało na ojca, pogłaskał małą po główce i teraz mógł wreszcie się odwrócić i zobaczyć, jak jego kochanka się rozbiera. Powiewna bluzka wylądowała na topornej drew- nianej ławie. W ślad za nią pofrunęła ręcznie tkana spódnica. Marcelite stała przed nim w bieliźnie, na którą nie wybrzydzałaby nawet Claire – na początku lata podarował jej róz˙owy, obszyty koronką gorset. Śniez˙nobiała koszulka miała jednak nieco wytarte wstąz˙ki, zanotował więc sobie w pamięci, z˙e następ- nym razem musi przywieźć jej nową. *W dialekcie z Luizjany – określenie rozlewiska bagien- nej, rzecznej delty (przyp. tłum.). 52 Uniosła ramiona, by rozpuścić włosy. Opadły jak grzywa, sięgająca do pasa. W obszernej, przewiew- nej izbie panował miły chłód, lecz Lucien czuł, z˙e zaczyna się pocić. Podeszła bez słowa, wyciągając rękę po jego słomkowy kapelusz. Patrzył, jak starannie odkłada go na ławkę. Rozpiął wcześniej płaszcz, więc teraz jednym ruchem zsunęła mu go z ramion, po czym ze spokojną pewnością i wprawą zajęła się resztą jego garderoby. Lucien zamknął oczy. Czuł szorstki, a zarazem delikatny dotyk kobiecych dłoni na piersi i na ramionach, chłodzonych powiewami wilgotnej bry- zy spod dachu. Włosy Marcelite muskały mu twarz. Z drz˙eniem wdychał zapach pomady, którą przygo- towywała sobie sama z jaśminowych płatków. – Ty mi tez˙ pomoz˙esz, non? Otworzył oczy i zobaczył, z˙e nadstawia mu plecy, podgarniając włosy do góry, aby odsłonić wiązania gorsetu. Walczył jakiś czas ze sznurówkami, a palce miał przy tym jak z drewna. Wreszcie Marcelite westchnęła z ulgą, a gorset ustąpił i opadł na ziemię. Zanim zdąz˙yła się odwrócić, złapał od tyłu jej piersi i zwaz˙ył je w dłoniach, cięz˙kie, dojrzałe, bujne. – I lugier dla naszego syna? – upewniła się, pręz˙ąc ku niemu szyję. – Własny statek, z˙eby mógł łowić ryby i zawozić je do miasta? Jej łono falowało przy jego brzuchu w pod- niecającym rytmie, piersi tańczyły przed jego twa- rzą. Lucien jęknął. 53
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Powracająca fala
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: