Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00303 005611 13609426 na godz. na dobę w sumie
Powrót do Arizony - ebook/pdf
Powrót do Arizony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 223
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875444 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Wielka miłość Powella i Antonii zakończyła się burzliwym rozstaniem. Powell, niegdyś ubogi farmer, zdobywa majątek i pozycję, zakłada rodzinę. Antonia natomiast wyjeżdża do Arizony, by tam na nowo ułożyć sobie życie. Los jednak nie jest dla nich łaskawy. Powell zostaje wdowcem, Antonia nadal żyje samotnie, a w dodatku dowiaduje się, że jest poważnie chora. Wraca do rodzinnego miasta, gdzie dochodzi do nieuniknionego spotkania z byłym narzeczonym...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Diana Palmer Powrót do Arizony Tłumaczyła Krystyna Rabińska DIANA PALMER Powrót do Arizony Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Maggie’s Dad Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon, 1995 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Anna Bieńkowska Korekta: Roma Sachnowska, Anna Bieńkowska ã 1995 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i serii Harlequin Kolekcja są zastrzez˙one. Wydawnictwo Arlekin – Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-3852-4 Indeks 365807 KOLEKCJA – 79 PROLOG Zimny deszcz zabębnił o dach niewielkiego domu Jessiki i Bena Hayesów. Dobrze, z˙e jest lato, pomyś- lała Antonia, bo jesienią, nawet wczesną, padałby deszcz ze śniegiem i śnieg. Warunki z˙ycia w skutym lodem Bighorn, małym miasteczku w północno-za- chodniej rolniczej części stanu Wyoming, stawały się wówczas uciąz˙liwe, a łączność ze światem utrudnio- na. Liczące trzy tysiące mieszkańców Bighorn nie miało lotniska, pociągi zaś zatrzymywały się tu rzadko. Pozostawała więc komunikacja autobusowa. Antonia ukończyła właśnie pierwszy rok studiów na uniwersytecie stanowym w Tucson w Arizonie. W tamtych rejonach śnieg padał tylko w wysokich górach, a na pustynnej równinie prószył z rzadka, nie 6 POWRÓT DO ARIZONY powodując większych zakłóceń w ruchu drogowym. Zresztą Antonia była zbyt zajęta nauką, egzaminami i leczeniem złamanego serca, z˙eby zwracać uwagę na pogodę. Zegar wybił pełną godzinę. Antonia drgnęła. Było jej smutno, z˙e musi wyjez˙dz˙ać, lecz semestr zimowy rozpoczynał się juz˙ za kilka dni. Pocieszała ją tylko myśl o spotkaniu z przyjaciółką, Barrie Bell, pasier- bicą George’a Rutherforda, z którą dzieliła pokój. – Miło było mieć cię w domu przez tydzień, córecz- ko – odezwała się Jessica, matka Antonii. – Szkoda, z˙e nie mogłaś przyjechać na całe lato... – dodała i nagle zamilkła. Rodzice doskonale wiedzieli, dlaczego pobyt An- tonii był taki krótki. Wszyscy troje mocno przez˙yli to, co stało się przed rokiem. Nie wracali do tamtych wydarzeń, temat wciąz˙ był bolesny. Nagły wyjazd George’a Rutherforda do Francji, w kilka miesięcy po rozpoczęciu przez Antonię studiów, miał połoz˙yć kres plotkom. Tak się nie stało. Niestety. George, oddany przyjaciel Hayesów, finansował studia Antonii. Zamierzała zwrócić mu wszystko co do centa, lecz teraz jego pomoc była dla niej darem z nieba. Rodziców Antonii, cieszących się w mieście powszech- nym szacunkiem, nie było stać na kształcenie córki. George sam zaproponował takie rozwiązanie. Za jego dobroć i hojność oboje zapłacili ogromną cenę. Jedynie Dawson, syn George’a z pierwszego mał- z˙eństwa, i Barrie, jego pasierbica, stanęli murem za Antonią, broniąc ją przed atakami. Diana Palmer 7 Była im za to wdzięczna. To, z˙e najbliz˙sza rodzina George’a nie uwierzyła, iz˙ był podtatusiałym lowelasem uwodzącym młode dziewczęta, a ona jego ofiarą, miało dla niej ogromne znaczenie. Problemy się piętrzyły. Dawson i jej były narzeczony Powell Long juz˙ wcześ- niej mieli chrapkę na pas ziemi rozdzielający ich rancza. Kiedy wybuchł skandal, George przeniósł się z Bighorn do rodzinnego domu w Sheridan zajmowanego przez Dawsona. Miał nadzieję, z˙e dzięki temu emocje opadną. Gdy tak się nie stało, wyjechał do Francji, a zaognione stosunki między Dawsonem i Powellem jeszcze się pogorszyły. Dawson i Powell znienawidzili się. Z˙ona Powella, Sally, nie zasypiała gruszek w po- piele i przy lada sposobności oczerniała Antonię. Mimo wsparcia rodziny i przyjaciół dłuz˙szy pobyt w rodzinnym mieście był dla Antonii niemoz˙liwy. – Zapisałam się na dodatkowe zajęcia – odparła. – Ja tez˙ z˙ałuję – ciągnęła – ale ten kurs był naprawdę waz˙ny. Kilka moich kolez˙anek i kolegów równiez˙ zostało na uczelni. Było ciekawie, ale tęskniłam do domu. Zawsze za wami tęsknię – dokończyła. Jessica objęła córkę i mocno przytuliła. – My za tobą tez˙, kochanie. – To wszystko przez tę wredną Sally Long – mruk- nął Ben. Uścisnął córkę. – Rozpuszczała wstrętne plotki, z˙eby ci odebrać Powella. Idiota uwierzył w te kłamstwa i oz˙enił się z nią, a w siedem miesięcy później juz˙ był ojcem. Antonia zdobyła się na blady uśmiech. – Daj spokój, tato – rzekła cicho. – Nie ma co do 8 POWRÓT DO ARIZONY tego wracać – dodała. – Są małz˙eństwem, mają córecz- kę. Z˙yczę mu szczęścia. – Szczęścia? – oburzył się Ben. – Po tym, jak cię potraktował? Antonia przymknęła powieki. Wspomnienia wciąz˙ były bolesne. Całe jej z˙ycie obracało się wokół Powel- la. Nie sądziła, z˙e jest zdolna do miłości tak wszech- ogarniającej, tak mocnej. Wprawdzie Powell nigdy jej nie powiedział, z˙e ją kocha, lecz ona nie wątpiła w jego uczucie. Teraz zaś, spoglądając wstecz, widzia- ła, z˙e nigdy naprawdę jej nie kochał. Owszem, pragnął jej, lecz mawiał: ,,Zaczekamy do ślubu’’. I dobrze, pomyślała, biorąc pod uwagę, jak się to skończyło. Wówczas ona takz˙e go pragnęła, rozpaczliwie pra- gnęła. Nawet teraz, ponad rok później, mimo z˙e odwołał ślub na dzień przed ceremonią, nosiła w sercu jego wizerunek: ciemne oczy, ciemne włosy i duz˙e wąskie usta. Nie wszystkich udało się powiadomić na czas. Goście siedzieli w kościele, czekając. Az˙ się wzdrygnęła na wspomnienie tamtego upoko- rzenia. Ben nadal wyrzekał na Sally. Jessica zaczęła go hamować. – Przestań, proszę – rzekła głosem tak spokojnym i opanowanym, z˙e trudno było uwierzyć, iz˙ skandal przypłaciła chorobą serca. Antonia starała się nie wracać do tamtych bolesnych wydarzeń, z˙eby jej nie denerwować. – Było, minęło, zapomnijmy o tym. – Nie powiem, z˙eby Powell był szczęśliwy – ciąg- Diana Palmer 9 nął Ben, nie zwaz˙ając na słowa z˙ony. – Mało bywa w domu i nigdy nie pokazuje się z Sally na mieście. A jej to juz˙ w ogóle się nie widuje. Jeśli jest szczęśliwa, to się z tym nie obnosi. – Zamilkł i spojrzał uwaz˙nie na bladą, zastygłą w bólu twarz córki. – Przyszła do nas przed Wielkanocą. Prosiła o twój adres. Napisała do ciebie? – Tak. – I co? – Odesłałam list, nie otwierając go – odpowiedzia- ła Antonia. Pobladła jeszcze bardziej. – To juz˙ prze- szłość – dodała. – Moz˙e chciała się usprawiedliwić? Przeprosić? – wtrąciła Jessica. Antonia westchnęła. – Za niektóre rzeczy nie da się przeprosić – odparła cicho. – Kochałam go – dodała – ale on mnie nie. Nawet jeśli, nigdy mi tego nie wyznał. Uwierzył we wszystko, co mu Sally naopowiadała. Powiedział, co o mnie myśli, odwołał ślub i odszedł. Musiałam wyjechać. Nie mogłam tu zostać. To było zbyt bolesne. Oczami duszy ujrzała wyprostowane plecy i unie- sioną głowę narzeczonego. Wróciło wspomnienie straszliwego bólu rozdzierającego serce. Bólu, który nie osłabł do dzisiaj. – Jak moz˙na było tak oskarz˙yć George’a – ode- zwała się Jessica znuz˙onym głosem. – To najlepszy z ludzi. Uwielbia cię. – Na pewno nie jest podtatusiałym lowelasem – wtrącił Ben. – A jednak znaleźli się idioci, którzy w to uwierzyli. 10 POWRÓT DO ARIZONY – Zakuwam z całych sił, z˙eby mógł być ze mnie dumny – rzekła Antonia, zmieniając temat. – Na pewno będzie. My juz˙ pękamy z dumy – zapewniła Jessica. – A Powell ma taką z˙oneczkę, na jaką zasłuz˙ył – Ben nie przestawał oburzać się na niedoszłego zięcia. – Wydaje mu się, z˙e się dorobi na hodowli bydła, ale to mrzonki – prychnął. – Ojciec był hazar- dzistą, matka popychadłem, a synalek zamarzył sobie, z˙e zostanie wielkim hodowcą! – Nie bądź niesprawiedliwy. Odnosi sukcesy – wtrą- ciła Jessica. – Kupił nowoczesną cięz˙arówkę, a słysza- łam, z˙e kilku hodowców z Montany zamówiło u niego byki rozpłodowe. Pamiętasz, jak za jednego byka dostał jakąś nagrodę? Nawet pisali o tym w gazecie. – Jeden byk nie czyni wiosny. Słuchając rodziców, przypomniała sobie, jak Po- well zwierzał się jej z marzeń, jak sobie roili, z˙e wyhodują najlepsze byki w całej okolicy... – Moglibyśmy przestać o nim mówić? – poprosiła w końcu. – To wciąz˙ trochę boli. – Przepraszam, córeczko. Oczywiście, z˙e boli – czułym głosem przemówiła Jessica. – Uda ci się przyjechać na Boz˙e Narodzenie? – Spróbuję. Postaram się. Miała jedną nieduz˙ą walizkę. Zaniosła ją do samo- chodu, uścisnęła mamę i usiadła na przednim siedze- niu obok ojca. Jazda na przystanek autobusów dalekobiez˙nych nie trwała długo. Ben poszedł do kasy mieszczącej się Diana Palmer 11 w sklepiku spoz˙ywczym, a Antonia wysiadła, wyję- ła walizkę i postawiła ją przy samochodzie. Zajrza- ła przez szybę. Ojciec stał w kolejce. Odwróciła się i nagle jej wzrok padł na jednego z przechodniów. Rozpoznała w nim zjawę z przeszłości. Był tak samo smukły i ciemnowłosy, jakim go zapamiętała. Ubrany był jednak lepiej niz˙ w czasach, kiedy ze sobą chodzili. Zeszczuplał. A jednak nie miała wątpliwości. To był Powell Long. Odebrał jej wszystko, co miała, z wyjątkiem dumy. Kiedy ich spojrzenia skrzyz˙owały się, nie spuściła wzroku. Za z˙adne skarby świata nie pokaz˙ę, jak bardzo mnie zranił, jak jeszcze teraz boli mnie jego brak zaufania, postanowiła. Powell zbliz˙ał się z beznamiętnym wyrazem twa- rzy. Kroczył niespiesznie, z wrodzoną gracją wyciąga- jąc długie nogi. Kiedy zrównał się z Antonią, przy- stanął, spojrzał na walizkę. – No, no... – popatrzył w szare oczy dziewczyny. – Słyszałem, z˙e jesteś w mieście. Przyjechałaś wypić piwo, którego nawarzyłaś? – Przyjechałam zobaczyć się z rodzicami – odcięła się chłodnym tonem. – Właśnie wracam na uczelnię. – Autobusem? – zadrwił. – Twój sponsor nie dał ci na samolot? Prysnął do Francji i zostawił cię na lodzie? Pod wpływem impulsu, zamiast odpowiedzieć, kop- nęła go z całej siły w piszczel. Zaskoczony, zgiął się wpół, z˙eby rozetrzeć bolące miejsce. – Szkoda, z˙e nie noszę glanów z okuciami na noskach, jak jedna z dziewczyn w akademiku – syknęła 12 POWRÓT DO ARIZONY z pasją. – Jeśli jeszcze raz się do mnie odezwiesz, złamię ci nogę! Z tymi słowami obróciła się na pięcie i odeszła. Ben zapłacił za bilet, odwrócił się od kasy i przez okno sklepowe ujrzał tę scenę. Juz˙ chciał wybiec, kiedy w drzwiach zderzył się z Antonią. – Moz˙emy poczekać w środku, tato? – Policzki jej pałały. Ben spojrzał ponad jej ramieniem na ulicę. Powell piorunował ich wzrokiem. – Przynajmniej nauczył się trzymać temperament na wodzy – rzekł Ben. – Jeszcze rok temu wpadłby tutaj, nawet wybijając szybę. Mam nadzieję, z˙e do końca z˙ycia będzie kulał. – Tacy dranie, tato, mają mocne kości. Odprowadzili Powella wzrokiem. Szedł sztywno, z całej jego postaci biła wściekłość. – Mam nadzieję, z˙e ta jego Sally spyta, skąd ma siniaka – Antonia mruknęła pod nosem. – No, twój autobus – rzekł Ben Hayes, wdzięczny losowi za to, z˙e ani kasjer, ani podróz˙ni nie zauwaz˙yli tego incydentu. Dość juz˙ mieli plotek. Antonia uścisnęła ojca i wsiadła do autobusu. Chciała wyjrzeć przez okno, by zobaczyć, czy Powell utyka, lecz bała się, z˙e ją dostrzez˙e. Gdy autobus ruszył, przymknęła powieki. Przez całą drogę starała się zdusić w sobie ból wywołany niespodziewanym spotkaniem z ukochanym. ROZDZIAŁ PIERWSZY – Bardzo dobrze, Martinie, ale chyba o czymś zapomniałeś – łagodnym tonem podpowiedziała An- tonia. Uśmiechała się przy tym. Dziewięciolatek był chłopcem nieśmiałym i nie chciała go peszyć przed całą klasą. – Szyk bojowy, jakiego staroz˙ytni Grecy uz˙ywali w walce... – Szyk bojowy... – cichutko powtórzył Martin. Nagle w jego oczach pojawił się błysk. – Falanga! – wykrzyknął. – Oczywiście. Bardzo dobrze – pochwaliła go Antonia. Rozpromieniony Martin spojrzał z góry na siedzą- cego w drugim rzędzie zajadłego wroga, który tylko czyhał na jego wpadkę. 14 POWRÓT DO ARIZONY Antonia zerknęła na zegarek. Koniec lekcji na dzisiaj i na ten tydzień. Dziwne, jaki ten pasek od zegarka zrobił się luźny, pomyślała mimochodem. – Moz˙ecie się pakować – powiedziała do klasy. – Jack, mógłbyś zetrzeć tablicę? A ty, Mary, poza- mykaj okna, dobrze? Dzieci z ochotą wykonywały polecenia, poniewaz˙ bardzo lubiły panią Hayes. Co prawda nie była tak ładna jak pani Bell i ubierała się bardzo tradycyjnie, zawsze w kostium ze spódniczką albo spodniami, nie w mini i bluzkę z falbankami, jak jej kolez˙anka, a długie jasne włosy czesała w okropny kok, lecz była miła i dobra. Zbliz˙ało się Boz˙e Narodzenie i za tydzień rozpoczną się ferie. Mary zastanawiała się, jak pani Hayes je spędzi. Podczas ferii i wakacji nigdy nie wyjez˙dz˙ała w z˙adne ciekawe miejsca. Nigdy tez˙ nie opowiadała o swojej rodzinie. Moz˙e nikogo nie miała? Zadzwonił dzwonek. Dzieci wymaszerowały z kla- sy. Antonia pomachała im na poz˙egnanie, potem uporządkowała biurko. Zastanawiała się, czy w tym roku ojciec przyjedzie do niej na święta. Smutne święta, bez mamy zmarłej juz˙ blisko rok temu. Śmierć Jessiki była cięz˙kim ciosem. Antonia przypomniała sobie, jak trudno było jej wrócić do domu na pogrzeb. On tez˙ przyszedł. Az˙ się wzdrygnęła na wspomnienie jego zaciętej twarzy. Nawet wtedy, gdy jej matkę chowano do grobu, nie zdobył się na bardziej ludzkie spojrzenie. Przyprowadził córkę, posępną ciemnowło- są dziewczynkę. Jej widok przypomniał Antonii, z˙e Powell sypiał z Sally, choć wtedy był juz˙ zaręczony Diana Palmer 15 z nią – dziecko urodziło się siedem miesięcy po ślubie. Odwróciła głowę i więcej nie spojrzała w stronę kościelnej ławki, w której siedzieli. Po dziewięciu latach wciąz˙ jej nienawidził, chociaz˙ wszyscy w nieskończoność powtarzali mu prawdę. Teraz był bogaty. Miał pieniądze, wpływy, piękny dom. Z˙ona zmarła zaledwie trzy lata po ślubie. Nie oz˙enił się ponownie. Antonia sądziła, z˙e wciąz˙ tęsknił za Sally. Ona wręcz przeciwnie. Były jej nienawistne nawet wspomnienia o byłej przyjaciółce, która ode- brała jej wszystko, co kochała, nawet rodzinny dom. Uczyniła to z premedytacją. Powell uwierzył w rozpu- szczane przez Sally kłamstwa. I to bolało najbardziej. Juz˙ doszła do siebie po tamtych przez˙yciach. Minę- ło dziewięć lat. Mogła myśleć o byłym narzeczonym bez bólu. Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy. Do klasy zajrzała Barrie Bell, serdeczna przyjaciółka, nauczy- cielka matematyki. Wyglądała olśniewająco: szczup- ła, z pięknymi długimi nogami i ciemnymi, niemal czarnymi włosami, opadającymi kaskadą na plecy. W jej zielonych oczach igrały figlarne ogniki, a na twarzy zawsze gościł uśmiech. – Nie miałabyś ochoty spędzić ze mną Boz˙ego Narodzenia? – zapraszała. – W Sheridan? – spytała Antonia. Przed przyjazdem do Tucson Barrie mieszkała tam z niez˙yjącą juz˙ mat- ką, ojczymem George’em oraz jego synem Dawsonem. – Nie. Moja noga juz˙ nigdy tam nie postanie – odparła Barrie. W jej głosie słychać było napięcie. 16 POWRÓT DO ARIZONY – Zostaję tutaj, w Tucson. Spotykam się teraz z cztere- ma chłopakami. Mogłybyśmy się nimi podzielić. Zo- baczysz, będzie wesoło! – Mam dwadzieścia siedem lat – przypomniała Antonia. – Jestem za stara na takie zabawy. Poza tym ojciec chyba przyjedzie do mnie na święta. Ale dzięki, z˙e o mnie pomyślałaś. – Nie przesadzaj z tym wiekiem, Annie! Wcale nie jesteś za stara, chociaz˙ ubierasz się jak własna ciotka. Spójrz tylko na siebie – gestem wskazała na jej szary kostium i białą bluzkę. – I ten kok. Wyglądasz jak z˙ywy relikt epoki wiktoriańskiej. Rozpuść swoje wspaniałe włosy, załóz˙ mini, umaluj się i rozejrzyj za jakimś facetem. Poza tym musisz jeść. Jesteś za chuda, skóra i kości. Antonia doskonale o tym wiedziała. W ciągu ostat- niego miesiąca schudła pięć kilo. Zaniepokojona, zamówiła sobie wizytę u lekarza. To pewnie nic powaz˙nego, pocieszała się, ale lepiej się przebadać. Moz˙e mam za mało z˙elaza? Powiedziała to teraz przyjaciółce. – Ten rok był dla ciebie cięz˙ki. Śmierć mamy, miesiąc temu uczeń z pistoletem groz˙ący, z˙e nas powystrzela. – Nauczanie staje się najniebezpieczniejszym za- wodem świata – zaz˙artowała Antonia. – Moz˙e gdyby w ten sposób go reklamować, paru dzielnych facetów zasiliłoby nasze szeregi? – Świetny pomysł. ,,Szukasz przygód? Zostań nau- czycielem’’. Gdyby takie hasło... Diana Palmer 17 – Przepraszam cię – Antonia wpadła jej w słowo – ale chciałabym juz˙ iść do domu. – Nie przepraszaj. Ja tez˙ powinnam się zbierać. Mam randkę. – Tym razem z kim? – Z Bobem. Jest bardzo sympatyczny i dobrze nam ze sobą. Choć czasami myślę, z˙e nie jestem stworzona dla tradycyjnie myślących męz˙czyzn. Mnie bardziej odpowiadałby artysta o szalonym spojrzeniu albo kierowca rajdowy... – Mam nadzieję, z˙e kiedyś takiego poznasz – od- parła rozbawiona Antonia. – Nawet jeśli, to będzie miał dwie z˙ony, kaz˙dą w innym kraju, albo coś w podobnym stylu. Nie mam szczęścia do męz˙czyzn. – Bo kreujesz się na kobietę wyzwoloną – rzekła Antonia, konspiracyjnie ściszając głos. – Kobietę, która łamie konwenanse. Odstraszasz facetów poszu- kujących bezpiecznego związku. – Bzdury. Gdyby naprawdę im na tym zalez˙ało, pod moimi drzwiami ustawiłaby się kolejka. Ale jestem przekonana, z˙e gdzieś jest ten jeden, który na mnie czeka. – Na pewno – rzekła Antonia, lecz nie dodała, z˙e go zna i z˙e mieszka on w Sheridan. Barrie była najlepszym przykładem, jak mylne jest sądzenie po pozorach. Mimo wyzywającego wyglądu, była kobietą raczej smutną i samotną. Obawiała się męz˙czyzn, a w szczególności syna George’a Rutherforda, Dawsona, z którym się wychowała. Poczciwy George, pomyślała Antonia, jesz- 18 POWRÓT DO ARIZONY cze jedna ofiara kłamstw Sally Long. Plotki rozpusz- czane przez Sally nie zraziły jednak Dawsona, który nie tylko zawsze miał o wszystkim własne zdanie, lecz w stosunkach z kobietami był najbardziej zimnym i nieprzystępnym męz˙czyzną, jakiego znała. Barrie nigdy o nim nie wspominała, a kiedy w rozmowie padało jego imię, zmieniała temat. Dla nikogo nie było tajemnicą, z˙e ci dwoje się nie znoszą. Antonia domyś- lała się, z˙e w przeszłości zdarzyło się coś, o czym Barrie nigdy nie mówiła. – Muszę zadzwonić do ojca i dowiedzieć się, jakie ma plany – ciągnęła. – A jeśli nie będzie mógł przyjechać, pojedziesz do niego? Antonia potrząsnęła odmownie głową. – Nie jez˙dz˙ę do Bighorn. – Dlaczego... Och, przepraszam, zapomniałam – zre- flektowała się. – Ale minęło dziewięć lat. Powell nie moz˙e tak długo chować do ciebie urazy. To on odwołał ślub i niespełna miesiąc później oz˙enił się z twoją naj- lepszą przyjaciółką. To ona wywołała cały ten skandal! – Wiem, wiem... – Swoją drogą musiała go bardzo kochać, z˙eby po- sunąć się az˙ do rzucania na ciebie oszczerstw. Ale w koń- cu spadły mu z oczu łuski – dodała Barrie, w zamyśle- niu bawiąc się pasmem długich czarnych włosów. Antonia westchnęła. – Tak myślisz? Moz˙e ktoś mu w końcu powiedział, jak było naprawdę, choć wątpię, czy uwierzył. Powell obsadził mnie w roli głównej winowajczyni... – Kochał cię... Diana Palmer 19 – Pragnął mnie – sprostowała Antonia z goryczą. – Przynajmniej tak twierdził. Nie miałam złudzeń, dlaczego chciał się ze mną oz˙enić. Mimo z˙e nie byliśmy bogaci, nazwisko mojego ojca coś znaczyło, a Powellowi zalez˙ało na wejściu do szanowanej rodzi- ny. Miłość była raczej z mojej strony. On wzbogacił się, oz˙enił z kobietą zadurzoną w nim, ma dziecko. Z tego co słyszałam, jej tez˙ nie kochał. Biedaczka – dodała i zaśmiała się nieprzyjemnie. – Całe to mataczenie nie przyniosło jej szczęścia. – Miała to, na co zasłuz˙yła – odparła Barrie cierp- ko. – Zszargała reputację tobie i twoim rodzicom. – I twojemu ojczymowi – dodała Antonia smutno. – George kiedyś bardzo lubił moją matkę. – Nigdy nie przestał. Na szczęście lubił tez˙ twoje- go ojca i zaprzyjaźnił się z nim. Kiedy twoi rodzice się pobrali, zniósł poraz˙kę z honorem. Niemniej zawsze zalez˙ało mu na twojej matce i dlatego tyle dla ciebie zrobił. – Łącznie z zapłaceniem za moje studia, z czego wyniknęły same kłopoty. Powell nie znosił George’a. Jego ojciec stracił sporo ziemi na rzecz waszej rodzi- ny. Jeszcze dzisiaj Powell i Dawson spierają się o tamte tereny. Dawson mieszka w Sheridan, ale ich rancza graniczą ze sobą. Ojciec mówi, z˙e Powell nie przepuści z˙adnej okazji, z˙eby dopiec Dawsonowi. – Dawson nigdy nie wybaczył Powellowi kłamstw, które Sally wygadywała na George’a. Wiesz, z˙e spot- kał Sally w mieście i zrobił jej karczemną awanturę? Powell stał obok. 20 POWRÓT DO ARIZONY – Nigdy mi o tym nie mówiłaś – zdziwiła się Antonia. – Po co? Sam dźwięk jego imienia sprawia ci ból. – Rozumiem, z˙e Powell wziął ją w obronę... – Nawet on czuje mores przed Dawsonem – odpar- ła Barrie. – Poza tym, co właściwie mógłby powie- dzieć? Kłamstwa Sally wyszły na jaw, prawda została odkryta. Szkoda tylko, z˙e dopiero po ich ślubie. – Chcesz powiedzieć, z˙e przez te dziewięć lat Powell wiedział, jak było naprawdę? – spytała zdu- miona Antonia. – Nie powiedziałam, z˙e uwierzył Dawsonowi – od- parła Barrie, unikając wzroku przyjaciółki. – No cóz˙... – westchnęła Antonia, starając się zapanować nad emocjami. – Zawsze się nie znosili – wyrwało jej się. – To prawda. Dawno temu, kiedy obaj byli bardzo młodzi, mój ojczym ograł jego ojca w pokera. Tamten stracił wszystko, co posiadał. Od tego zaczęły się waśnie. Ranczo Dawsona niemal graniczy z ranczem Powella, a obaj dąz˙ą do stworzenia imperium hodow- lanego. Jeśli tylko pojawi się jakaś działka na sprze- daz˙, na wyścigi starają się ją kupić. Teraz toczą batalię o ostatni pas ziemi rozdzielającej ich majątki. Wiesz, chodzi o ten pas nalez˙ący do Holtona, a raczej wdowy po nim. – Obaj są potentatami. – Ale chcą jeszcze więcej. Zresztą nie nasza spra- wa. Nie teraz. Im rzadziej widuję Dawsona, tym lepiej. – Antonia, która zaledwie raz widziała ich razem, Diana Palmer 21 w duchu przyznała jej rację. W obecności Dawsona Barrie stawała się inną osobą, zamkniętą w sobie, spiętą i straszliwie roztargnioną. – Pamiętaj, jeśli zmienisz zdanie co do świąt, mój dom stoi dla ciebie otworem – dorzuciła. – Nie zapomnę. Ale jeśli ojciec nie będzie mógł przyjechać, moz˙e wybierzemy się razem do Bighorn? – zaproponowała Antonia. Barrie wzdrygnęła się. – Och nie, dziękuję. Bighorn lez˙y za blisko Daw- sona. – Dawson mieszka w Sheridan. – Jednak często zagląda na ranczo w Bighorn. Słyszałam, z˙e spędza tam coraz więcej czasu. – Twarz jej stęz˙ała. – Podobno magnesem jest pani Holton. Jej mąz˙ był właścicielem znacznego kawałka ziemi, a ona jeszcze nie zdecydowała, komu ją odsprzeda. Wdowa na włościach. Barrie mówiła raz, iz˙ Powell równiez˙ ma chrapkę na tę ziemię, przypomniała sobie Antonia. A moz˙e chodzi o wdowę? On równiez˙ jest wdowcem, i to od dawna. Ta myśl przygnębiła ją. – Musisz się lepiej odz˙ywiać – zmieniła temat Barrie. – Chudniesz w oczach i robisz się coraz bardziej wątła, chociaz˙ cerę masz ładną. Teraz bar- dziej widać te twoje wysokie kości policzkowe... – Odziedziczyłam je po babce, Indiance z plemie- nia Czejenów – rzekła Antonia. – Dobra krew – odparła Barrie. – W moich z˙yłach płynie mieszanka murzyńsko-hiszpańsko-irlandzka. Legenda rodzinna głosi, z˙e jednym z moich przodków
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Powrót do Arizony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: