Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00420 007075 12426254 na godz. na dobę w sumie
Pożegnanie z przeszłością - ebook/pdf
Pożegnanie z przeszłością - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 267
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8377-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Marcie wiedziała, że Bobby nigdy nie wróci do zdrowia. Liczyła się z najgorszym, oczekiwała, że śmierć będzie wybawieniem, przynajmniej dla niego. Miała nadzieję, że ona sama wyjdzie ze stanu zawieszenia, w którym trwała przez ostatnie lata, zacznie nowy etap w życiu. Miała dopiero dwadzieścia siedem lat i mnóstwo możliwości przed sobą: mogła się kształcić, podróżować, poznawać nowych ludzi. Minął rok, a ona trwała ciągle w tym samym punkcie, nie była w stanie zrobić kroku. Wiedziała, że powinna, och, doskonale wiedziała, ale co z tego? Nie potrafiła zerwać się do lotu, do biegu, choćby do człapania w przód. Człapała więc w miejscu.
Tak to trwało i trwało, aż wreszcie coś w niej pękło i ruszyła w drogę...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Robyn CaRR Przełożyła Klaryssa Słowiczanka Tytuł oryginału: A Virgin River Christmas Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2008 Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski Redaktor prowadzący: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 2008 by Robyn Carr ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8377-7 PROLOG Marcie stała koło jasnozielonego garbusa. Słońce ledwie wstało, zapowiadał się szary dzień, chłodny, ponury, ale dla niej wyjątkowy. Wreszcie zrealizuje zamierzenie, z którym nosiła się od dobrych kilku miesięcy. Była gotowa do drogi. Na tylnym siedzeniu czekała niewielka chłodziarka z kanapkami i colą, w ba- gaz˙niku zgrzewka wody mineralnej, na fotelu pasaz˙era termos z kawą. Spakowała śpiwór, na wypadek gdyby pościel w motelach nie prezentowała się zachęcająco, wrzuciła do torby kilka par dz˙insów i wygodne bluzy bawełniane. Pomyślała o ciepłych skarpetach i moc- nych, cięz˙kich butach, jednym słowem o wyposaz˙eniu odpowiednim na wyprawę po górskich miasteczkach północnej Kalifornii. Najchętniej juz˙ siadłaby za kierow- nicą, ale kochane rodzeństwo, młodszy brat Drew i star- sza siostra Erin, nie mogli się z nią rozstać. – Zabrałaś karty telefoniczne, które ci dałam? – upew- niała się Erin. – W tych górskich ostępach twoja komór- ka moz˙e tracić zasięg. – Zabrałam. – Wystarczy ci pieniędzy? 5 – Dam sobie radę. – Za niecałe dwa tygodnie Święto Dziękczynienia. – Zdąz˙ę wrócić. – Gdyby powiedziała cokolwiek innego, znów zaczęłoby się gadanie. – Odnalezienie Iana nie powinno zająć mi zbyt wiele czasu. Wiem juz˙, gdzie go szukać. – Przemyśl to jeszcze, Marcie. – Erin podjęła ostatnią próbę odwiedzenia siostry od podróz˙y. – Znam bardzo dobrych prywatnych detektywów, moja firma często zatrudnia ludzi z tej branz˙y. Dotrą do Iana i przekaz˙ą mu to, co chcesz przekazać. – Przerabiałyśmy to dziesiątki razy – powiedziała Marcie. – Chcę go zobaczyć, porozmawiać z nim. – Znajdźmy go najpierw, wtedy będziesz mogła... Wytłumacz jej, Drew – zwróciła się o wsparcie do brata. Drew odetchnął głęboko. – Znajdzie go, zobaczy, co się z nim dzieje, poroz- mawia, da mu karty bejsbolowe i wróci do domu. – Moglibyśmy... Marcie połoz˙yła dłoń na ramieniu siostry, spojrzała jej w oczy. – Dość. Muszę to zrobić. I zrobię po swojemu. Nie dyskutujmy juz˙ na ten temat. Wiem, myślisz, z˙e jestem głupia, ale nie zmienię decyzji. – Pocałowała Erin w policzek. – Och, nie jesteś głupia, ale... – Wiotka, piękna, wytworna, spełniona zawodowo, absolutne przeciwień- stwo Marcie, matkowała młodszej siostrze, właściwie wychowała ją, i teraz nie mogła zrozumieć, z˙e mała siostrzyczka stała się dorosłą, samodzielną kobietą. – Nie martw się. Będę uwaz˙ać na siebie. Niedługo wrócę. – Cmoknęła Drew. – Doktorze, przepisz jej coś 6 na uspokojenie. – Był to taki z˙arcik, dobrotliwa kpinka dla rozładowania sytuacji. Owszem, Drew studiował medycynę, ale wiele jeszcze będzie przypływów i od- pływów na Wschodnim i Zachodnim Wybrzez˙u, nim zdobędzie prawo wypisywania recept. Brat zaśmiał się głośno i uściskał Marcie. – Wracaj szybko, bo ona mnie wykończy. – Obchodź się z nim łagodnie. – Marcie spojrzała na Erin. – To był mój pomysł, nie jego. Ani się obejrzysz i będę z powrotem. Zostawiła siostrę i brata na chodniku przed domem i wsiadła do samochodu. Dopiero kiedy wyjechała na autostradę, poczuła łzy w oczach. Wiedziała, z˙e rodzeń- stwo będzie się martwić, ale nie miała wyboru. Wkrótce minie rok od śmierci męz˙a Marcie, Bob- by’ego. Odszedł tuz˙ przed ostatnim Boz˙ym Narodze- niem, miał dwadzieścia sześć lat. Trzy ostatnie lata z˙ycia spędził w szpitalu, potem w domu opieki, przy- kuty do łóz˙ka, sparaliz˙owany, całkowicie odcięty od świata, z powaz˙nym urazem mózgu. Słuz˙ył w marines, brał udział w amerykańskiej interwencji w Iraku, wrócił jako warzywo. Jego sierz˙antem i najserdeczniejszym przyjacielem był Ian Buchanan. Dla Bobby’ego nie ulegało wątpliwości, z˙e Ian odsłuz˙y w korpusie pełnych dwadzieścia lat, ale odszedł ze słuz˙by wkrótce po tym, jak Bobby został ranny. Odszedł z armii i zniknął bez śladu. Marcie wiedziała, z˙e Bobby nigdy nie wróci do zdrowia. Liczyła się z najgorszym, oczekiwała, z˙e śmierć będzie wybawieniem, przynajmniej dla niego. Miała nadzieję, z˙e ona sama wyjdzie ze stanu zawiesze- nia, w którym trwała przez ostatnie lata, zacznie nowy etap w z˙yciu. Miała dopiero dwadzieścia siedem lat 7 i mnóstwo moz˙liwości przed sobą. Mogła się kształcić, podróz˙ować, poznawać nowych ludzi. Minął rok, a ona trwała ciągle w tym samym punkcie, nie była w stanie zrobić kroku. Wiedziała, z˙e powinna, och, doskonale wiedziała, ale co z tego? Nie potrafiła zerwać się do lotu, do biegu, choćby do człapania w przód. Człapała więc w miejscu. Tak to trwało i trwało, az˙ wreszcie coś w niej pękło i ruszyła w drogę. By ruszyć w następną drogę, nową drogę z˙ycia, musiała najpierw przebyć tę. Musiała znaleźć odpowiedzi, ułoz˙yć wszystko w swo- jej głowie, i pójść dalej. Nie rozumiała, dlaczego człowiek, którego Bobby kochał jak brata, po prostu zapadł się pod ziemię, nie pisał, nie dzwonił, nie dał z˙adnego sygnału, co z nim się dzieje. Zerwał kontakty z kolegami z marines, z włas- nym ojcem. A takz˙e z nią, z˙oną swojego najlepszego przyjaciela. A pomysł z kartami bejsbolowymi... Erin uwaz˙ała, z˙e trudno o coś bardziej absurdalnego, ale Marcie znała Bobby’ego od czasów szkolnych i wiedziała, czym był dla niego bejsbol i ukochana kolekcja kart. Bobby znał na pamięć wyniki kaz˙dego meczu ligowego, potrafił wyrecytować skład dowolnej druz˙yny. Okazało się, z˙e Ian tez˙ jest fanatykiem bejsbolu, tez˙ zbierał karty. Bobby pisał w listach do z˙ony, z˙e po powrocie do Stanów wymienią się dubletami, juz˙ ustalili, co za co. Gdzieś tam, na irackiej pustyni, zagroz˙eni przez snajperów i bomberów samobójców, dwóch przyjaciół zaz˙arcie dyskutowało o lidze bejsbolu. Czyz˙ to nie czysty surrealizm? Ostatni list Bobby’ego, pisany na krótko przed tym, jak został ranny, cały był poświęcony Ianowi: z˙e Bobby 8 jak on, z˙e Ian jest prawdziwym chciałby być taki z˙ołnierzem piechoty morskiej, z˙e myśli o nich, potrafi wyprowadzić oddział z najgorszych starć, z˙e nigdy z˙adnego z˙ołnierza nie zostawiłby samemu sobie pod ogniem nieprzyjaciela. Był zawsze przy swoich chłop- cach, prowadził ich do walki i płakał z nimi nad listami z domu. Potrafił ich rozśmieszać, ale potrafił być tez˙ twardy i wymagający. W tym samym liście Bobby pisał, z˙e chce zostać zawodowym z˙ołnierzem Marine Corps, jak Ian Buchanan, i prosił z˙onę o wsparcie. Będzie dumny, jeśli bodaj w połowie dorówna Ianowi. Wszyscy chłopcy uwaz˙ali swojego sierz˙anta za prawdziwego bohatera, człowieka, który jeszcze trochę, a stanie się z˙ywą legendą. Marcie czytała ten list dziesiątki razy, chociaz˙ w cało- ści poświęcony był Ianowi. On równiez˙ powinien poznać ten list, powinien wiedzieć, jak Bobby go szanował, a zarazem kochał po bratersku, jak to się zdarza między towarzyszami broni, jakim był dla niego autorytetem, w ogóle jak go widział. Minął prawie rok od śmierci Bobby’ego, a ona ciągle miała poczucie, z˙e ciąz˙ą nad nią niezałatwione, niedo- mknięte sprawy, jakby brakowało jakiejś części całości. Ian uratował z˙ycie Bobby’emu. Co prawda nie zdołał ocalić przyjaciela od cięz˙kich obraz˙eń, ale wyniósł go z˙ywego spod ognia. Po czym zniknął. Nie mogła tego tak zostawić. Nie miała zbyt wiele pieniędzy. Od pięciu lat praco- wała jako sekretarka. Owszem, mili ludzie, sympatyczne zajęcie, ale pensja raczej jednoosobowa, dla kogoś bez zobowiązań, za to z minimalnymi potrzebami. Miała szczęście, z˙e szef dał jej urlop bezpłatny. – Posada czeka na ciebie – zapewnił przy tym. – Po prostu wracaj, kiedy juz˙ będziesz mogła. 9 Pojechała najpierw do Niemiec, gdzie Bobby został przetransportowany z Iraku, potem była przy nim cały czas, gdy przewieziono go do Waszyngtonu. Obciąz˙enia finansowe, jakie się z tym wiązały, przekraczały jej moz˙liwości. Bobby słuz˙ył trzeci rok w marines i zarabiał ledwie tysiąc pięćset dolarów. Marcie wyjęła wszystkie pieniądze z kart kredytowych, pozaciągała poz˙yczki, chociaz˙ Erin i rodzice Bobby’ego chcieli jej pomóc. Później było jeszcze gorzej, jako z˙e polisa na z˙ycie Bobby’ego nie wystarczyła na spłacenie długów, a wdo- wie odszkodowanie tez˙ było niewysokie. Jakimś cudem, dzięki upartym staraniom Erin, udało się umieścić Bobby’ego w rodzinnym Chico. Większość rodzin inwalidów, nie mając innego wyboru, przenosiła się w pobliz˙e ośrodka, do którego pacjent trafiał zgodnie z ustalonymi procedurami, i nikt się nie przejmował, z˙e będą daleko od domu. Erin udało się jednak wywalczyć miejsce w prywatnym domu opieki. Koszty pobytu refundowano z Programu Zdrowotnego dla Słuz˙b Mun- durowych. Inni nie mieli takiego szczęścia, system administracji wojskowej, jak kaz˙dy system biurokratycz- ny, był niewydolny, ocięz˙ały, przesiąknięty rutyną. Wszystkie formalności związane i z opieką nad Bob- bym, i ze sprawami dotyczącymi wypłaty polisy, od- szkodowania i renty, wzięła na siebie Erin. Sama tez˙ opłacała wszystkie rachunki domowe, do tego dochodzi- ło jeszcze czesne Drew. Na wyprawę w nieznane Marcie nie wzięła ani grosza od siostry. Erin i tak juz˙ zrobiła dla niej więcej, niz˙ mogła. Byłoby rozsądniej zaczekać do wiosny, odłoz˙yć trochę więcej pieniędzy i dopiero wówczas ruszyć na poszukiwanie Iana Buchanana, jez˙dz˙ąc po małych mias- teczkach północnej Kalifornii, ale zbliz˙ające się święta 10 Boz˙ego Narodzenia, a takz˙e rocznica śmierci Bob- by’ego, wszystko to popychało ją do działania. Chciała jak najszybciej zamknąć sprawę. Oby udało się jej odnowić kontakt z Ianem przed świętami. Była zdeterminowana, przeświadczona, z˙e go odnaj- dzie. Duchy przeszłości odejdą, a ona i Ian będą mogli zacząć nowe z˙ycie... ROZDZIAŁ PIERWSZY Marcie wjechała do kolejnego miasteczka, szóstego juz˙ tego dnia. Na środku głównej ulicy zobaczyła choin- kę, którą ubierały trzy kobiety. Były drobne, choinka natomiast ogromna, wysoka na dobrych dziesięć met- rów, co powodowało pewną niekompatybilność ekipy i obiektu. Marcie zatrzymała się przy krawęz˙niku i wysiadła z samochodu. Jedna z kobiet, mniej więcej w jej wieku, trzymała w dłoniach pudło z ozdobami. Druga, starsza pani o siwych, kręconych włosach, z wielkimi okularami na nosie, zadzierała głowę i z zapałem wskazywała na czubek drzewka. Marcie nie mogła się nie uśmiechnąć, patrząc na samozwańczą panią generał dowodzącą od- działem do zadań świątecznych. Trzecia dama, śliczna blondynka, stała na szczycie wysokiej, składanej drabi- ny. Drzewko usadowiono między niewielkim, piętro- wym budyneczkiem a starym kościołem, który zdecydo- wanie pamiętał lepsze czasy, teraz zaś robił wraz˙enie zamkniętego na cztery spusty. Nie minęła chwila, gdy na ganku budyneczku pojawił się męz˙czyzna. Spojrzał w górę, stanął jak wryty i zaklął 12 szpetnie, po czym stanowczym krokiem podszedł do drabiny. – Nie ruszaj się. Nie oddychaj – powiedział cichym, rozkazującym głosem i zaczął się wspinać, biorąc po dwa szczeble naraz. Kiedy dotarł do blondynki, objął ją mocno wpół powyz˙ej zaokrąglonego juz˙ brzucha, i mruknął: – Schodzimy. Ostroz˙nie, powoli. – Odczep się, Jack! – fuknęła jasnowłosa dama. – Nie awanturuj się, bo cię zniosę – zagroził przyszły ojciec, bo najpewniej był to mąz˙ pięknej pani i troskliwy rodzic in spe. – Juz˙, schodzimy. – Na litość bos... – Schodzimy – syknął rodzic in spe. Blondynka zaczęła schodzić zabezpieczana przez mę- z˙a. Kiedy stanęli na ziemi, wzięła się pod boki i posłała domowemu tyranowi paskudne spojrzenie. – Sama decyduję, co mi wolno! – Dla wzmocnienia efektu prychnęła gniewnie. – Gdzie ty masz rozum, kobieto? Mogłaś spaść! – To bardzo solidna drabina, wcale bym nie spadła. – Aha, czyli zamiast rozumu masz jasnowidzenia, tak? Nie będziesz w ciąz˙y skakać po drabinach jak jakaś głupia koza! – Pan mąz˙ tez˙ wsparł się pod boki. – Ktoś będzie musiał cię pilnować od rana do wieczora. – Spoj- rzał wymownie na dwie pozostałe damy. – Mówiłam, ostrzegałam, z˙e się wściekniesz. – Sza- tynka bezradnie wzruszyła ramionami. – Ja się nie wtrącam w rodzinne awantury – oznaj- miła z godnością siwa pani i poprawiła wielkie okulary w cięz˙kich, czarnych oprawkach. – Nie moja broszka. Marcie zatęskniła za domem. No, zatęskniła wprost okropnie. Wyjechała z Chico zaledwie przed kilkoma tygodniami, a juz˙ brak jej było domowych awantur i tych 13 wszystkich kłopotów i problemów, które przynosiło zwyczajne z˙ycie. Tęskniła tez˙ za swoją pracą i za przyjaciółkami. A takz˙e za rozstawianiem po kątach uprawianym przez kochaną siostrzyczkę. No i, rzecz jasna, za lekko porąbanym braciszkiem, który co miesiąc odkrywał nową miłość. Święto Dziękczynienia minęło, a ona ciągle była w drodze. Bała się zajrzeć do domu, a to w obawie, z˙e Erin drugi raz juz˙ jej nie wypuści. Wszyscy, siostra, brat, rodzina Bobby’ego uwaz˙ali, z˙e jej wyprawa to poronio- ny pomysł. Dzwoniła prawie codziennie i kłamała, z˙e ma pewny trop, juz˙ tylko trochę, a na pewno dotrze do Iana. Pojawił się wszak jeden zasadniczy problem. Ogrom- ny problem. Mianowicie kończyły się pieniądze. Od pewnego czasu sypiała w samochodzie, oszczędzając na noclegach w motelach, co nie było najlepszym roz- wiązaniem, bo robiło się coraz zimniej. Przeciez˙ był początek grudnia i lada dzień spadnie pierwszy śnieg albo przyjdzie deszcz, przymrozki, ślizgawica na dro- gach i mały garbusek sfrunie w przepaść. Trudno. Garbusek nigdzie nie pofrunie, a ona nie wróci do domu, dopóki nie odnajdzie Iana. Musi wypeł- nić misję. W najgorszym razie przerwie na jakiś czas poszukiwania, zarobi kilka groszy i znowu ruszy w dro- gę. Ale za nic nie odpuści. Choinkowe damy i przyszły rodzic przyglądali się jej ciekawie. Nerwowym ruchem odgarnęła włosy. Nie jakieś tam banalne włosy, tylko rude, kręcone i niesfor- ne, zawsze wiały, gdzie chciały, i nie dawały się uładzić. – Ja... mogłabym wejść na górę. Nie mam lęku wysokości... – Nie musisz. – Blondynka w ciąz˙y uśmiechnęła się słodko. 14 – Ja to zrobię – zadeklarował pan opiekuńczy. – Albo poproszę kogoś, ale ty na pewno nie będziesz łazić po tej cholernej drabinie. – Jack, zachowuj się, bo pójdziesz do kąta – pod- kpiwała sobie z męz˙usia. – Juz˙ nazwałeś mnie głupią kozą, teraz ta cholera. Gdzie twoje maniery? Coś ty, dzikus z lasu? Opiekuńczy zwany Jackiem odchrząknął, po czym spojrzał na Marcie. – Nie przejmuj się – łagodził sytuację. – Tylko tak sobie gadamy. Moz˙emy ci w czymś pomóc? – Ja... hm... – Podeszła bliz˙ej, wyjęła zdjęcie z kiesze- ni kamizelki i podsunęła opiekuńczemu. – Szukam tego człowieka. Straciłam z nim kontakt trzy lata temu, ale wiem, z˙e musi gdzieś tu mieszkać. To pewne, bo ma skrytkę na poczcie w Fortunie. – Jezu – mruknął Jack. – Znasz go? – Nie. – Pokręcił głową, przyglądając się zdjęciu młodego męz˙czyzny w mundurze korpusu. – Dziwne, bo znam wszystkich marines w promieniu stu kilometrów, jeśli nie osobiście, to przynajmniej ze słyszenia. – Moz˙e się nie przyznawać, kim był. Pod koniec słuz˙by miał podobno jakieś problemy... Pan opiekuńczy spojrzał na Marcie znacznie przy- jaźniej. – Jack Sheridan – przedstawił się. – Moja z˙ona, Mel. A to Paige. – Wskazał szatynkę. – I Hope McCrea, nasza agencja informacyjna i wywiadowcza w jednej osobie. – Wyciągnął dłoń. – Marcie Sullivan. – Dlaczego szukasz tego faceta? – zapytał. – To długa historia – powiedziała Marcie. – Był 15 przyjacielem mojego niez˙yjącego juz˙ męz˙a. Teraz musi wyglądać inaczej niz˙ na zdjęciu. Ma bliznę na lewym policzku. Prawdopodobnie nosi brodę. W kaz˙dym razie nosił, kiedy widziałam go ostatnio przed kilku laty. – Brodatych mamy pod dostatkiem. To kraina drwali, a drwale nie zawracają sobie głowy goleniem. – Nie chodzi tylko o brodę – ciągnęła Marcie. – On ma teraz trzydzieści pięć lat, a zdjęcie było robione, kiedy miał dwadzieścia osiem. – Mówisz, z˙e to przyjaciel twojego męz˙a? Z kor- pusu? – Tak. Razem byli w Iraku. Bardzo chciałabym go odnaleźć. Tak długo się nie odzywał... Jack uwaz˙nie studiował zdjęcie, rozwaz˙ał coś, w koń- cu powiedział: – Chodź do baru. Przegryziesz coś, napijesz się piwa, jeśli masz ochotę. Zresztą zamówisz, co zechcesz. Po- wiesz mi, co to za facet i dlaczego go szukasz. – Bar? – Marcie rozejrzała się niepewnie. – Bar i grill. Jedzenie i napoje. Usiądziemy, poroz- mawiamy. Marcie zaburczało w z˙ołądku. Dochodziła czwarta, a ona od rana nie miała nic w ustach. Resztki pieniędzy oszczędzała na paliwo, uznawszy, z˙e benzyna jest nie- zbędna, natomiast jedzenie niekoniecznie. Kombinowa- ła, z˙e kupi gdzieś bochenek wczorajszego chleba i słoi- czek masła orzechowego, a potem zje w samochodzie. A przed nocą znajdzie jakiś bezpieczny parking i prześpi się kilka godzin... – Szklanka wody wystarczy w zupełności. Jestem cały dzień w drodze, zatrzymuję się w kolejnych mias- teczkach, pokazuję zdjęcie, ale głodna nie jestem. – Wody mamy pod dostatkiem. – Jack z uśmiechem 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Pożegnanie z przeszłością
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: