Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00249 021017 15573833 na godz. na dobę w sumie
Prawda i Prawda. Tom I - ebook/pdf
Prawda i Prawda. Tom I - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 170
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-939041-8-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W książce tej znajdziecie Państwo wiele faktów Wam nieznanych, wiele osób znanych, o których dowiecie się prawdy, czytając książkę.  W dwu tomowej powieści zawarłem wiele faktów mających miejsce w latach 1980 - 2000. Poznałem Antoniego i jego życie. Życie nie do pozazdroszczenia. Z porządnego i dobrze wychowanego chłopaka, staje się gangsterem. Jaka przyczyna skłoniła go do wstąpienia w szeregi mafii, dowiecie się Państwo, z kart powieści. Życzę przyjemnej lektury.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział I się brutalnej rzeczywistości Gdańsk, to miasto gdzie się urodziłem. Tu uczyłem się do końca sierpnia 1980 roku, roku, w którym działo się wiele, roku, który wielu ludzi postawił na piedestale, a innych w slamsach. Jeszcze innych w więzieniach, lub grobach, mimo ich młodego wieku, a jeszcze inni żyją i przeciwstawiają i niechcianej. W roku 1980 pisaliśmy z kolegami maturę i nieświadomi czasów, które miały nadejść, snuliśmy marzenia, podczas naszego ostatniego spotkania. Byliśmy u mego kolegi Tomka, którego ojciec był adwokatem, niezmiernie zajętym w tych czasach, z czego Tomek nawet był rad. Pamiętam jak dziś, było nas wtedy dwunastu. Dwunastu ludzi młodych, energicznych i pełnych planów na życie, pasji i chęci do pracy. Wtedy to Rysiek, Marcin, Andrzej i Tomek przekonywali nas, by nadal się uczyć. Ale ja miałem inne plany, takie by jechać do stolicy, znaleźć pracę i wreszcie zarabiać, oraz odkładać na przyszły dom i rodzinę, którą w przyszłości chciałem założyć. Te właśnie plany ułatwiała mi ciotka, która wyraziła zgodę, abym u niej zamieszkał. Ciotka była osobą samotną, gdyż wuj zmarł przedwcześnie i ta samotność bardzo jej dokuczała. Często o tym słyszałem, gdy przyjeżdżała do nas z gościną. Wtedy ojciec mój, tak do niej mówił. - Skończy Antek szkołę, to weźmiesz go do siebie. Zobaczysz, że to dobry chłopak i uczynny, to i pomoże ci w życiu. W Warszawie pracę znajdzie, a ty będziesz miała wreszcie, do kogo usta otworzyć. Zobaczysz, zaraz zmieni się twoje życie, tylko nie pozwalaj mu za wiele. Musi on wiedzieć, tak jak i tu w domu, co to karność. – Dobrze, już dobrze - odpowiadała 11 mu ciotka. - Będę o tym pamiętała, przyrzekała ojcu. I wreszcie przyszedł ten dzień, ale przedtem umówiliśmy się, że spotkamy się za dziesięć lat u Tomka w domu. Pierwszy września był tym dniem, w którym mieliśmy się spotkać, a dom Tomka wydawał się nam miejscem najodpowiedniejszym na ziemi. Już wtedy byliśmy ciekawi rozmów o naszych losach, które miały nadejść. A tu i teraz działo się wiele, bo odbywały się wiece, zebrania i marsze uliczne i niekończące się protesty słyszane w radio i wszędzie. A później już spakowany przez matkę siedziałem w pociągu, jadącym do stolicy. Spieszyli się rodzice z tym wyjazdem, a ja wiedziałem, co za przyczyna ich ponagla, bym opuścił Gdańsk pośpiesznie. Wreszcie pociąg ruszył i serce zabiło mi mocniej. Jechałem na spotkanie z tym, co miało spotkać mnie w życiu i nie na spotkanie już z marzeniami, lecz z rzeczywistością, która była przede mną. Spojrzałem w okno, za którym umykały budynki stacji i gdy zgasły ostatnie światła, a za oknem przedziału zrobiło się ciemno, rozejrzałem się wokół siebie. Naprzeciw mnie siedziała starsza kobieta, obok niej zaś młoda niepodobna do niej wcale, choćby z oczu i tuszy. U starszej widziałem małe czarne oczka, a u młodej duże niebieskie, połyskujące w świetle lampy, która świeciła nad drzwiami przedziału. Zarumieniła się, gdy dostrzegła, że się jej przyglądam. Odwróciłem wtedy oczy, spoglądając w okno. Ale nie mogłem długo zatrzymać wzroku na owym oknie, bo coś zmuszało mnie, bym znów rówieśnicę. Uśmiechnęła się teraz i spojrzała na starszą, po czym zaraz opuściła oczy. Zdawało się, że zasnęła, bo dłuższy czas nie podnosiła wzroku trwałoby spojrzał na moją i pewnie to 12 wieczność, gdyby nie łoskot rozsuwanych drzwi, w których stanął konduktor. - Proszę bilety do kontroli, powiedział spokojnym głosem. Dziewczyna podała bilet i zaraz spojrzała na mnie. Uśmiech znów zawitał na jej twarzy, po czym odebrała bilet i schowała do kieszeni. Starsza też podała bilet, co pozwoliło mi pomyśleć, że nie są one razem i są to dla siebie obce istoty, które łączy ta podróż, tak jak i mnie z nimi. Konduktor zamknął przedział, a ja znów zerknąłem na dziewczynę. Zacząłem ją porównywać do dziewczyn, ze szkoły i myśleć, do której jest ona podobna wyglądem. Nie znalazłem niestety takiego podobieństwa, szukając w myślach, więc postanowiłem do niej zagadać, ale jak to zrobić nie wiedziałem. Różne myśli kłębiły mi się w głowie i różne słowa układałem, ale czym miałem ich więcej, tym mniej miałem do powiedzenia. Sięgnąłem do torby i wyjąłem z niej i powiedziałem. - Przepraszam, mogłaby pani potrzymać ten kubek? Strasznie trzęsie na rozjazdach. Otworzyła zdziwione oczy i zaraz pośpiesznie potrzymała kubek, po czym zaraz powiedziała. - Już nie trzęsie, ale pomogłam panu. Nalałem kawę z termosu i aromat jej rozszedł się po całym wagonie. - Proszę, niech pani się napije - wybąknąłem. - Moja mama świetnie parzy kawę, a to jedna z lepszych i stąd ten wspaniały zapach, prawda? Sam nie wiem skąd tak prędko przyszła mi odwaga i tak szybko wypowiedziałem - Prawda, że wspaniale pachnie - odpowiedziała ona. Po czym przytknęła kubek do warg, a ja znów z niecierpliwością oczekiwałem oceny kawy, choć wiedziałem, że nikt przedtem nie wypowiedział słów dezaprobaty na temat kawy, którą parzyła mama. A i ona nie odpowiedziała nic, troskliwie zapakowany przez mamę termos te słowa. 13 tylko piła powoli, patrząc na mnie z zaciekawieniem, swymi pięknymi oczyma, przed którymi opuściłem wzrok na podłogę w przedziale. Było coś w tych oczach, zagadkowość i pewność siebie. - Proszę - powiedziała po chwili. - Wspaniała kawa i taka, jaką lubię najbardziej, więc proszę niechże i pan się napije i zakręci termos. - Cieszę się, że pani smakuje - powiedziałem. - I zaraz dodałem. - Na imię mam Antoni, tak będzie prościej rozmawiać. - Co będzie prościej? - Spytała. - Rozmawiać – odpowiedziałem. - Może i tak, ale nie lepiej zamknąć oczy, usta i odpoczywać? Sam nie wiem, dlaczego zamknąłem oczy i usta. Poczułem bezsilność, a później złość na siebie, że jej nie odpowiedziałem, choć z grzeczności, na to jej pytanie. Zrobiło się cicho w przedziale i tylko miarowy stukot kół słychać było, stukot przenikliwy, powtarzający się bez końca. Nawet nie wiedziałem, dokąd ona jedzie, nie wiedziałem, kim jest i dlaczego podróżuje. Myśli kłębiły mi się w głowie, ale gdy otworzyłem oczy, ku zdumieniu zobaczyłem jej wzrok wlepiony w moją twarz i uśmiech na wargach. - Matylda mam na imię - powiedziała cicho tak, jakby chciała, aby nikt poza mną imienia jej nie usłyszał. - Ładne imię – odparłem. - Naprawdę ci się podoba? - Naprawdę - odparłem wtedy i niefortunnie dodałem. To tak, jak moja babcia, która przez całe swoje życie chodziła do kościoła świętego Jana i modliła się gorliwie. Zaraz potem żałowałem tych słów, bo Matylda zamknęła oczy nie odpowiadając mi, ni słowa. Patrzyłem na nią w nadziei, że może je otworzy i będziemy rozmawiać, ale nic z tego. Żałowałem, ale cóż było robić, a te słowa pośpiesznie wypowiedziałem nie wiedzieć, czemu. Później już tylko stukot kół dochodził 14 do moich uszu, a jeszcze później zmęczony zasnąłem. Długo spałem, bo gdy otworzyłem oczy, Matyldy już nie było w przedziale, a obok pani z czarnymi oczyma siedziała inna kobieta, trzymając torebkę na kolanach. Spojrzałem chyba pytającym wzrokiem, bo ta z ciemnymi oczami zaraz odparła. - Dojechała do celu i wysiadła, a kawaler spał. Ładna dziewczyna, co? Zostawiła tego misia na pamiątkę, chyba. Mówiąc to wskazała wzrokiem misia, który leżał na stoliczku, przy jej łokciu. - To dla mnie? - Spytałem. - I nie czekając odpowiedzi, dodałem. - A gdzie wysiadła? - Nie wiem, bo ciemno i nie spojrzałam - odparła kobieta. - Przespałeś pożegnanie z nią, to teraz masz tylko miśka - zaśmiała się pokazując zepsute zęby. - Ale lepsze to, niż nic. Wyszedłem na korytarz i chłodne powietrze dmuchnęło mi w twarz. Doleciały do mnie takie słowa. - Ciężko jest u nas w koszarach, ale ważne, że dostałem przepustkę i teraz jadę do domu. - I ja - odparł drugi. - Jadę na wesele brata i to on przysłał zaproszenie do jednostki, dowódca mój zlitował się, dając rozkaz wyjazdu. - To pewnie popijesz? - Nie, nie jadę po to. Stronię od wódki, bo to nic dobrego, a wielu ludzi przez nią straciło szansę porządnego życia i wielu jeszcze straci. - U mnie nikt w domu nie popijał, nawet ojciec. - Dziwne do mnie słowa mówisz, bo w moim, domu dzień przeważnie zaczynał się od kieliszka. - A ty pijesz? - Czasami, gdy mam na to, ale przeważnie nie mam, to i nie piję. Zaśmiali się obaj. Byli starsi ode mnie, może o rok, a już mieli tyle doświadczeń, nie to, co ja. Wróciłem do przedziału i usiadłem. W ręku trzymałem pluszowego misia. Był miękki i taki miły w dotyku, więc pomyślałem sobie, że jeszcze ją w życiu moim zobaczę. Nawet nie wiedziałem, 15 na jakiej stacji wysiadła, ale miałem nieodpartą myśl, że właśnie ją zobaczę w przyszłości. Dalsza podróż przebiegała spokojnie, tylko chrapanie pani z małymi oczkami, częściowo zakłócało ten spokój. Zasnąłem ponownie. Ludzie wysiadali i wsiadali na stacjach, a ja spałem, bo właśnie sen pozwalał mi nie myśleć o Matyldzie. Niebo szarzało, gdy obudził mnie ruch w przedziale. - Dobrze, że kawaler się zbudził. Niedługo pociąg wjedzie na dworzec - powiedziała pani zepsutych zębów, przygarniając torby do siebie. I ja wziąłem swoją i schowałem do niej misia, po czym grzecznie odpowiedziałem. - Dziękuję pani. - A za co?- Spytała. - Za misia – odpowiedziałem, uśmiechając się do niej. - Przecież on nie ode mnie. - Wiem, szkoda, że spałem. - Myślę, że to dobrze – odparła. Nie pytałem o nic więcej i za chwilę stałem na peronie patrząc, w którą stronę pójść i zaraz dostrzegłem ciotkę. Machała do mnie ręką, w której trzymała chusteczkę. - Dobrze, że już jesteś - powiedziała. - Chodźmy, tam za dworcem zaparkowałam. Jakże byłem zdziwiony, bowiem nigdy od nikogo nie słyszałem, że ciotka umie prowadzić samochód. Mało tego, nie wyobrażałem sobie jej, za kierownicą. Zawsze myślałem, że ma tak słaby wzrok, bowiem zawsze, gdy była u nas, to do czytania zakładała okulary, o grubych szkłach. Nieraz dziwiłem się, że mój ojciec, a jej brat, nigdy nie nosił okularów i nawlekał, jako krawiec igłę, stojąc przy oknie, gdy była ona potrzebna mu do wykonywania pracy. Nigdy nikogo z nas, o to nie prosił. Jeżeli chodziło o wzrok był przeciwieństwem ciotki w mych oczach. Poszedłem jednak trzymając ciotkę pod rękę, w kierunku przez nią wskazanym. Ciekawy byłem, jaki to samochód, z którego ciotka korzysta. Z dala 16 jednej z poważniejszych ujrzałem czerwonego malucha, w którym błysnęły światła, po odblokowaniu alarmu przez ciotkę. - Widzisz takim jeżdżę - rzekła. - Małe to autko, ale niezwykle potrzebne tutaj w Warszawie. Wszędzie nim wjedziesz i wszystko przewieziesz, a również mało płacisz w porównaniu z innymi samochodami. Rozumiałem ją, bo sama pracowała na swój dom i tylko na utrzymanie takiego samochodu było ją stać. I dobrze, że zadowalała się tym, co w jej zasięgu było i możliwościach. Była księgową w instytucji w Warszawie, kobietą niestarą, jednak nieprzywiązującą większej wagi do swego wyglądu. Było jej chyba tak wygodnie, bo nigdy nie widziałem jej umalowanej, choćby ust szminką, za to była dobrą gospodynią i piekła wspaniałe ciasta, gotowała smaczne zupy, których nigdy nie mogłem się najeść. Miałem swój pokój u ciotki, nawet ciepły i przestronny z oknem na ulicę. Przy tym oknie lubiłem siedzieć zwłaszcza w deszczowe dni i patrzyć na umykających tych bez parasoli. Niedługo po przyjeździe do Warszawy znalazłem pracę i zafascynowany byłem olbrzymim zakładem i ludźmi, którzy pracowali tutaj ciężko i mozolnie, czekając lepszych czasów. Byli tu i tacy, którzy nie czekali biernie, o czym dowiedziałem się pewnego dnia od Ryśka, kolegi ze zmiany. - Idziesz na zebranie oddziałowe? - Spytał. - Przyjeżdża ktoś z centrali i warto tam być. Poszedłem z nim, z ciekawości. Na olbrzymiej sali, gdzie zwykle była stołówka zakładowa, ustawiony był długi stół, nakryty płótnem biało czerwonym. Na środku mikrofon i kosz kwiatów w takim samym kolorze. Siedziałem z zaciśniętym sercem, pierwszy raz uczestnicząc w zebraniu tylu ludzi na jednej sali. Sala była już pełna, a ludzi, 17 - A ty? - Spytał. ludzie nowi nadchodzili, stając w przejściach i poza nią na korytarzu. Ważne słowa padały zza stołu, a gdy już szliśmy do domu, spytałem Ryśka. - Wierzysz w to wszystko? - Nie wiem – odpowiedziałem. - Ani ja, powiem szczerze, ale widzisz są ludzie, którzy w to wierzą i jest ich tysiące, a może miliony. - Może ci ludzie mają rację? Rozstaliśmy się bez konkretnej odpowiedzi. Ciotka była zła, gdy jej powiedziałem, co było przyczyną mego spóźnienia na obiad, po rannej zmianie. - Ty się Antoś nie mieszaj, bo to nie twoja sprawa. Pracuj, jeśli masz pracę i tyle. Sam mówiłeś, że chcą ciebie wysłać na kurs, to doceń to i bądź mądry. Zawsze tak mówiła, ale te zebrania były silniejsze i coś bardzo mocno pchało mnie na nie. Lubiłem atmosferę gorących dyskusji i przekonywania ludzi. Słuchania rzęsistych braw dość często, po słowach wypowiadanych przez ludzi zza stołu. Na owe zebrania przychodziły i kobiety, co prawda mniej licznie, niż mężczyźni, ale przychodziły. Słuchały uważnie i z powagą, ale nigdy nie widziałem kobiet z biura, pracujących u nas. Teraz wiedziałem, dlaczego ciocia mówiła zawsze, Antoś to nie twoja sprawa. Kiedyś na jednym ciągle uśmiechniętą dziewczynę, z dwoma warkoczami spadającymi na ramiona. Miała bardzo piskliwy głosik, więc przedrzeźniałem ją czasami, będąc w narzędziowni, gdzie pracowała. A ona śmiała się tylko, jakby w sobie absolutnie nerw nie miała. Z czasem zachodziłem do niej częściej, a to świadczyło, że nie jest mi ona obojętna. Znacznie później dowiedziałem się o jej ślubie, ślubie, który miał odbyć się w sobotę, w urzędzie na Placu Zamkowym. Powiedziała do mnie wtedy.- Przykro mi, dostrzegłem Ewelinę, z zebrań 18 ale spóźniłeś się o całe dwa lata. Uśmiechnąłem się do niej, a na drugi dzień podałem jej przez okienko do narzędziowni małego pluszowego miśka, którego kupiłem w sklepie z zabawkami, obok naszego zakładu pracy. - Będzie ci mnie przypominał i te dwa lata spóźnienia - powiedziałem do niej z uśmiechem. - Dziękuję ci serdecznie - odparła. - Będę go miała zawsze przy sobie, bo taki on ładny. Powiedziałem jej, że też kiedyś dostałem podobnego i że biorę go codziennie do ręki i przez to widzę twarz tej, od której go dostałem. Widzę jej oczy tak wyraźnie, jakbym je wczoraj widział, a to już prawie rok przeszedł. W sobotę poszedłem na ów ślub, ale patrzyłem na nich z dala, zazdroszcząc temu stojącemu obok niej i ledwie zdobyłem się na to, by podać jej kwiaty, gdy wyszli już sobie zaślubieni. - Życzę szczęścia - powiedziałem, a ona mocno uścisnęła mi rękę. Czułem to wyraźnie, ale do dziś nie wiem, co chciała mi tym uściskiem przekazać. Za jakiś czas odeszła z pracy, a ja jeszcze nieraz patrzyłem w okienko narzędziowni z nadzieją, że ją tam zobaczę. Choć wiedziałem, że to raczej nie możliwe, bo wyjechała ona do innego miasta, gdzieś na wschód Polski. Życie w Warszawie stało się nerwowe i wszędzie było czuć powagę chwili. Demonstracje, strajki i ciągłe rozmowy z władzami, nadawane przez radio telewizję. Całe pierwsze strony gazet donosiły o zgodzie rządu na postulaty załóg fabryk, dla dobra ogółu i całego społeczeństwa. Ale i druga strona, ta nasza, też to obiecywała. Tamci nawoływali do spokoju, zrozumienia i to nas drażniło, bo przecież, mimo wszystko, spokój panował wszędzie. Nawet na demonstracjach ulicznych było widać powagę ludzi pracy, choć zdarzały się i i 19 i przykre incydenty wywoływane przez niewiadomego pochodzenia ludzi, ludzi, którzy przyłączali się do nas krzycząc i nawołując do burd ulicznych. Chętnych na to nie było wielu, bowiem każdy z nas wiedział, do czego może to doprowadzić. Ale i były takie przypadki, że ci niewiadomi ludzie wzniecali burdy, prowokując milicję do działań. Zaraz na ulicach lała się pod ciśnieniem woda, rozpraszając idących, w ruch szły pałki i narastała przemoc. Tłum cofał się rozpraszał, odchodził zlękniony. Chował się w bramach, unikając w ten sposób spotkania z milicją, w takich razach jakże agresywną, bezlitosną, wykonującą skwapliwie rozkazy tych, którzy jeszcze mieli władzę w swych rękach. Suki napchane ludźmi odjeżdżały przy dźwięku syren, a w ich miejsca przyjeżdżały następne i następne. Były to koszmarne dni, lecz wszyscy wokół mnie mówili, że to konieczne, by wyzbyć się niewoli, by każdy człowiek mógł stanowić o sobie i mógł zarabiać przyzwoicie, bez wyzysku władzy. By żyć wreszcie tak, jak inni, choćby na zachodzie, których to życie obrastało u nas w legendy, a w które to życie u nas, wszyscy wierzyli. Demokracja i pluralizm, to słowa padające często w tamtych czasach, a ja nie potrafiłem posłuchać słów ciotki i stanąć na boku wydarzeń. Później, gdy po kolejnej demonstracji wróciłem do domu zbity i mokry niczym pies - ciotka rzekła. - A nie mówiłam. Napiszę list do ojca i niech on ci zapowie, byś nie mieszał się do nie swoich spraw Przecież inni to zrobią za ciebie i przynajmniej nie będziesz miał wyrzutów sumienia, gdy nie dostaniesz tego, o co kark teraz nadstawiasz. Bądź mądry – mówiła. Kładła mi kompresy na zsiniałe nogi, zsiniałe od pałek milicyjnych. Listu nie napisała, bo na drugi dzień 20 przyszedł list, od taty. Wszędzie demonstracje i tam u was też - powiedziała po przeczytaniu listu, który był zaadresowany do niej. - Ojciec pyta o ciebie, a ja nie wiem, co mu odpisać. - Sama widzisz ciociu, że wszędzie tak jest, bo ludzie mają już dość ucisku i chcą stanowić o sobie wreszcie. - Jeśli wierzysz, że to przyjdzie, to ci powiem, iż nigdy do tego nie dojdzie. To było zdanie ciotki, w które w tym czasie oczywiście nie wierzyłem i tak lato przeszło, a z nastaniem jesieni strajki się znów nasiliły. A później spadł śnieg biały, niosący powiew wolności. Zalegał ulice, place, skwery, otulił drzewa dodając im uroku, a nam spieszącym do pracy utrudniał dotarcie do niej, gdyż, jak zwykle zaskoczyła ta zima drogowców. A jeszcze później przyszedł grudzień i dzień, w którym zamarły serca milionów Polaków i słowa, które dzwoniły w uszach. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, wprowadziła stan wojenny na terenie całego kraju. To był szok dla nas. Czołgi na ulicach, oraz wzmocnione patrole i słowa ciotki. - Widzisz, jest tak jak mówiłam. Słuchaj mnie, bo ja przecież nie chcę źle dla ciebie. Masz pracę i dom. To przecież będzie twoje. Radzę ci bardziej zważaj i koniecznie poznaj kogoś, mam na myśli dziewczynę, mądrą i rozsądną. Lepiej już tak spędzać wolny czas. Wiesz chyba, że ciebie do wojska nie wezmą, po tym wypadku, a więc czas byś pomyślał o sobie i rodzinie. W klika dni później wracałem do domu tuż przed godziną policyjną, a w nim zastałem Wandę, która siedziała z ciotką przy stole i popijały herbatę. - Wiesz - zagadała ciotka. - Ta pani przyjechała do swojego brata, a naszego sąsiada i zaprosiłam ją do nas, by tutaj zaczekała, gdyż tam nie ma nikogo w domu. Widziałem, jak ów brat był aresztowany miesiąc 21 wcześniej, podczas demonstracji ulicznej. Przyznam, że nie wiedziałem, czy go wypuszczono do tej chwili, a teraz przebiegło mi przez myśl, że od tamtego czasu nigdy go nie widziałem, choćby na schodach, co kiedyś często się zdarzało. Ciotka mówiła nadal. - To jest syn mojego brata. Mieszka tutaj u mnie i kiedyś to wszystko odziedziczy. Podałem rękę dziewczynie, a miała ją zimną, niczym lód. Spojrzała na mnie i powiedziała. - Miło mi pana poznać, Wanda mam na imię. Skinąłem głową i stwierdziłem, że dziewczyna nie jest w moim typie, a widząc ciotkę uśmiechniętą wiedziałem, że los jej sprzyjał, nasyłając do nas tę dziewczynę. - Siadaj z nami - powiedziała. - Porozmawiaj z Wandzią. Mogę tak do ciebie mówić? - Spytała jej. - Oczywiście - odparła ona. - On ma na imię Antoni - rzekła ciotka, czym mnie wprowadziła w zakłopotanie. Usiadłem przy stole, a ciotka wyszła do kuchni. - Pracujesz w Warszawie - odezwała się dziewczyna. - Tak - odpowiedziałem krótko. - Brat mój też i jest inżynierem. Dawno go nie widziałam, ostatni raz latem, gdy przyjechał do nas na wieś, ale obiecał, że gdy skończę szkołę załatwi mi pracę tu w Warszawie i zamieszkam u niego na początek. Wcześniej nie mogłam przyjechać, bo mama chorowała, a w domu na gospodarce moc pracy, teraz wyprosiłam przepustkę i przyjechałam. A jego niestety nie ma i martwię się bardzo. Słuchałem tych słów ze spuszczoną głową, a kiedy ją podniosłem, by powiedzieć, że przed miesiącem widziałem, jak go aresztowali - weszła ciotka. - Widzę dzieci, że rozmawiacie sobie. Niosę herbatkę dla was. Ciocia najwyraźniej ją polubiła, a teraz byłem przekonany, że brata już dzisiaj nie zobaczy. Myślałem jej współczułem, gdyż lecz ja jedynie 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Prawda i Prawda. Tom I
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: