Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00909 007777 13829742 na godz. na dobę w sumie
Prawda i Prawda. Tom II - ebook/pdf
Prawda i Prawda. Tom II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 176
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-939041-9-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Książkę Prawda i Prawda napisałem z myślą o ludziach Solidarności, którzy walczyli o demokrację płacąc wielką cenę za wolność kraju, a podzielili los Antoniego, bohatera książki. W książce znajdziecie wiele nieznanych wam faktów z lat 1990 - 2000, które trzeba poznać, by wiedzieć, co działo się w tym czasie, a działo się wiele, o czym historia milczy. Poznacie wiele znanych wam osób, o których, tak naprawdę niewiele wiecie. Książka jest spełnieniem obietnicy, danej mojemu bohaterowi.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział I Wracaliśmy w szary i pochmurny dzień. Siedziałem zamyślony w pociągu i dopiero głos Dominiki wyrwał mnie z zadumy. - Co się z tobą dzieje? - Spytała. - Ze mną? - Odpowiedziałem zdumiony. - Tak z tobą, przecież widzę, jaki jesteś od wczoraj, po rozmowie z kolegami. Zmieniłeś się i to wyraźnie. Nawet nie cieszysz się Ilonką. Popatrz, jak ona cudownie śpi? - Cieszę się kochanie - odpowiedziałem. - Cieszę się Tobą i nią, a myślę o mamie i tacie i o tym, że już widać, jak się postarzeli. Myślę również, co przyniesie przyszłość. Ciągle mamy obawy, czy potrafimy sprostać wyzwaniom. - I ty się tym martwisz? My, musimy pracować, by ją wychować. Dość się już udzielałeś, teraz inni niech to robią. Chcę abyś był nasz i tylko nasz. Na te słowa Ilonka otworzyła oczki. - Widzisz i ona tak chce - powiedziała pośpiesznie Dominika. - Przecież jestem z wami, ale nurtują mnie i inne sprawy. Nie mogę pozbyć się myśli, że może być gorzej, zwłaszcza dla nas, ludzi pracy. - A cóż ty możesz zrobić? - Spytała. Zaskoczyła mnie tym pytaniem i chwilę to trwało, nim jej odpowiedziałem. - Sam nie wiem. - Nie dopuszczaj takiej myśli, aby znów przyszło tworzyć opozycję, bo mamy dom, siebie, dziecko i pracę. Może nie starcza nam nawet na te mało luksusowe rzeczy, ale żyjemy. Zapomnij o rozmowie z kolegami. Każdy z nich ma swoje życie i ty je masz. - Dobrze – odpowiedziałem. Jednak myśli nie dawały mi spokoju. Poznałem wreszcie tworzący się rząd, sejm i senat. Znałem wielu ludzi tam wybranych. Posłowie i 12 czy choćby senatorowie, to przeważnie profesorowie, z list po utworzeniu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, któremu przewodniczył profesor Geremek. Nigdy nie miałem przekonania do profesorów, sędziów, bo myślałem zawsze, że ich miejscem powinny być uczelnie i instytuty badawcze. Dla sędziów dobre nowoczesne sądy, że powinni oni pracować właśnie tam, dla dobra nas wszystkich. Przecież my, ludzie pracy, tak naprawdę łożyliśmy na ich wykształcenie, aby kiedyś oni mogli nam to spłacić, aby ludzie na świecie wiedzieli, co to jest Polska. By znali naszych uczonych, ludzi światłych, wynalazców, pisarzy. Ci właśnie profesorowie powinni uczyć swoich następców, lecz ci tak chętnie uciekają do polityki, jakby nie zważając na to, co przecież kochali przez wiele lat, nim zdobyli te swoje tytuły. - Co ich urzeka w tej polityce? - Myślałem. -Te nerwowe długie posiedzenia, czy może to ciągłe spieranie. - A może władza i pieniądze? Jeśli tak, to jest niebezpieczne. Władza za wszelką cenę, to jest to, co pozwala zapomnieć o innych, o tych, którzy też walczyli. - Znów myślisz - odezwała się Dominika. - Przepraszam. Gdy dojedziemy do domu przestanę – przyrzekłem. Uśmiechnęła i przymknęła oczy. Siedzieliśmy sami w przedziale, a pociąg wjechał na stację i po chwili posłyszeliśmy płacz, Ilonki. Dominika przytuliła ją jeszcze bardziej, a ja odezwałem się. – Widzisz, jak ona lubi jeździć pociągiem. Gdy tylko on się zatrzyma, już jej źle. - Co ty mówisz? To pewnie przypadek, a tak naprawdę obudzili ją ludzie wysiadający, z pociągu na stacji. Do naszego przedziału wsiadł gość. - Dzień dobry - powiedział. – Przepraszam, obudziłem dziecko. Siadł przy mnie. - Państwo do Warszawy? - czarująco się 13 Spytał. - Tak, jedziemy z Gdańska. Byliśmy u rodziców z dzieckiem, wie pan, jak to jest. Przychodzi dzień i możliwość wyjazdu, więc pojechaliśmy, by dziadkowie zobaczyli wreszcie wnuczkę. - Ciężki czas ją czeka, choć ona oczywiście nie wie o tym – powiedział. - Jak to ciężki? - Spytałem. - A tak zwyczajnie, nie widzi pan, co się dzieje? Jeśli nie, to panu powiem. Kiszczak panie za Jaruzelskiego. Oni umieją współpracować i dla dobra sprawy umieją odejść, nie to, co nasi. Michnik napisał w Wyborczej. Wasz prezydent, a nasz premier. A co najważniejsze, doradca Gorbaczowa wyznał, że wszystko to jest sprawą Polski. A cóż może Mazowiecki? Już zaczęły się wojny, nie widzi pan tego? - Przyjdą czasy smutne dla nas. Powiem tak, by pana zbytnio nie martwić. Smutne dla nas i dzieci, bo i one to odczują, wspomni pan moje słowa. To, że ZSRR przyznał się do zbrodni w Katyniu, to myślę nasze małe zwycięstwo. Nie wiem czy pan wie na przykład, że produkcja tylko w tym roku spadła o dwadzieścia trzy procent i płace również. Wie pan jak gwałtownie wzrasta bezrobocie? Nikt nie dba o tych ludzi, jak pan pamięta, którzy szli na czołgi po to, by móc żyć dostatniej. Teraz każdy, kto bez pracy zabiera się za handel uliczny, by żyć. Ale jak długo to będzie? Pewnie znów coś wymyślą, by ludziom utrudnić. Słuchałem tego w milczeniu, a on mówił dalej. - Jadę do Warszawy do siostry i wie pan, że u nas padł jedyny PGR i zabrakło chleba i pracy? Mam dwoje dzieci i widzę to czarno. Ludzie walczyli i teraz przyjdzie dla nich zapłata. - I ja walczyłem - odpowiedziałem. - To początki i może to tylko tak wygląda? - Mamy wolność i teraz trzeba by dążyć, aby Rosjanie opuścili nasz kraj, a wtedy powinno być ludzie będą nas lepiej. Przecież to nasi 14 reprezentować, a oni wiedzą, co to niewola i poniżenie. - Młody pan, to i jeszcze niedoświadczony. Panie ja przeżyłem wiele i Niemca również, a tutaj, kto się ustawi to i będzie żył. - Proszę pana - odezwała się Dominika. - Niech pan tak nie mówi do męża. Nikt nie wie, co będzie. - Wiem - łaskawa pani. - Wiem, dlatego, bo dużo przeżyłem na tej naszej pięknej ziemi. Od dziecka kochałem naszą historię, bo z niej dowiadywałem się wielu rzeczy, które choć w pierwszej chwili wydawały się nieprawdopodobne, później potwierdzały moje przypuszczenia. Polska to dziwny kraj, a raczej ludzie tu od pokoleń żyjący. Znów pociąg wtoczył się na kolejną stację i znów mała otworzyła oczy i posłyszeliśmy jej cichy płacz. Dominika znów mocniej przytuliła ją do siebie, co zaraz zauważył sąsiad. - Widzi pan? - Żona przytuliła dziecko i po płaczu, ale nas nikt nie przytuli, wspomni pan moje słowa. Pociąg ruszył, a on zamknął oczy i oparł głowę. Patrzyłem na niego. Z wyglądu zwykły chłop. Koszula czysta, choć z wytartym kołnierzykiem, co było widać. A twarz mówiąca, że ten człowiek wiele przeszedł w życiu. Zaskoczył mnie tymi słowami. Mimo zamkniętych oczu widział, że patrzę na niego z ciekawością, szukając dalszej rozmowy. - Patrzy pan i nie wierzy, że prawdę mówię? Ja pana i panią teraz nie przekonam, lecz czas to udowodni. Nie wierzyłem mu wtedy, choć tego nie powiedziałem wprost, a jedynie w myślach rozważałem, czy to możliwe. Coś mi mówiło, że nie. - Dojedziemy do Warszawy - myślałem, to i ta rozmowa straci znaczenie. Zacznie się znów praca dla mnie i Dominiki. Może znów wrócę na studia? Tak, muszę się przełamać, uczyć się i pisać, wrócić do poezji. Dojeżdżaliśmy do Warszawy. Nieznajomy otworzył oczy. 15 - Nic nie ma bez końca i przyszedł kres podróży - powiedział i wziął teczkę do ręki. - Życzę państwu szczęścia i małej, szczególnie jej, by dorastała w innym, lepszym świecie. - Dziękuję panu - odpowiedziałem. - Mam jednak taką nadzieję, że będzie lepiej. - Też bym tak chciał – powiedział. Dominika wstała, z wypiekami na twarzy, podając mi małą. - Potrzymaj ją, zapnę torbę. Tu w Warszawie, dzień też był szary i ponury, ale mimo to poczułem ulgę, gdy szedłem peronem w kierunku wyjścia. - Jesteśmy znów w domu - powiedziała Dominika. - A ty nie bierz sobie do głowy tego, o czym mówił ten facet. Dziś każdy mówi inaczej. Po prostu trzeba żyć i pracować. - Masz rację, jak zawsze - odpowiedziałem. - Wszystko się ułoży, tylko trzeba tego chcieć. W domu widać było pracę mamy Dominiki. Kwiatki były podlane, a na piecu stał gar gorącej zupy i kartkę było widać opartą o wazon. - Nie czekałam dłużej. Uważajcie, wczoraj była tutaj strzelanina. Zabili mężczyznę, podobno z kantoru. Zabrali teczkę, ale pieniądze żona odzyskała, bo miał je ukryte na sobie. A ci zabrali teczkę, w której było kilka gazet. Tak mówili ludzie dokoła. Uważaj Antoś, szczególnie ty. Była to straszna wiadomość, bo dawno nie było tutaj w okolicy słychać, o czymś podobnym. Drobne kradzieże tak, ale morderstwo? Morderstwo człowieka i to dla pieniędzy, w sposób przemyślany i bezwzględny. To było coś, co musiało niepokoić. Z drugiej strony myślałem. - Jacy bezmyślni są ludzie. Wychodzą na ulicę, z takimi pieniędzmi nie bojąc się niczego. Pieniądze jednak zaślepiają niektórych. - A ty znów myślisz - odezwała się Dominika, nalewając zupę. Mała spała spokojnie. - Ta kochana mama, dom przy niej bezpieczny i miło do 16 niego powrócić - dokończyła swą myśl Dominika. - To prawda - odparłem. - Masz rację, a zamyśliłem się nie bez powodu. - Ty sam nic nie zmienisz - odpowiedziała natychmiast. - Więc pomyśl o nas proszę, o naszym życiu, pracy. - Wiesz – odparłem. - Zawsze bolały mnie niesprawiedliwości, już takim jestem i takim pozostanę. Zgodziłaś się być ze mną, więc zrozum mnie. Jutro idę do pracy, a ty nadal masz dobrze – zażartowałem. - I ja chciałabym już iść. - Zawsze tak mówią ci, którzy nie muszą – powiedziałem, z uśmiechem. - Jak zwykle ostatnio jesteś zgryźliwy. - Tak ci się wydaje - zakończyłem tę rozmowę, pochylając się nad zupą. Z wiadomości wieczornych dowiedzieliśmy się dużo ciekawych faktów, między innymi o tym naszym, jak to się zwykło mówić, morderstwie. Policja podała rysopis jednego z napastników i mówili, że bandyta mieszka prawdopodobnie w okolicy. Wyszedłem przed blok. - Widzę sąsiedzi wrócili - zagadał sąsiad. - A tu działo się wiele. Panie w biały dzień strzelali do człowieka, biorąc podobno teczkę bez pieniędzy. Widzi pan, już amatorzy zaczynają. Trzeba będzie mocno zważać, sąsiedzie. - Trzeba będzie - odpowiedziałem pośpiesznie. - Wracam do domu. - Ja też - odpowiedział sąsiad. - Zawsze chodziłem z pieskiem po osiedlu, a teraz stoję przy klatce schodowej i śledzę wszystkich, którzy idą w mym kierunku. Psychoza i strach ogarnia nie tylko mnie, bo skoro dzieją się takie rzeczy, trzeba być czujnym. Panie, któregoś dnia idę z pracy, a tu krzyk. Kobiecie wyrwał torebkę i nikt nie pośpieszył jej z pomocą. - A pan? - Spytałem. - Ja panie, niby młody, ale serce u mnie wisi na włosku i gdybym ja pobiegł za nim z pewnością nie złapałbym go. Mam wadę serca, ale wielu młodych i 17 inne pieniądze w domu? zdrowych przyglądało się, jak złodziej uciekał z torebką kobiety, która przed chwilą pobierała rentę, z poczty. Stoją panie i obserwują, kto i ile bierze. Szedłem w górę zamyślony. - Co zaczyna się dziać ze społeczeństwem i nami? I przedtem były przestępstwa, ale te są inne, bo dokonywane w biały dzień, na oczach ludzi. Wszedłem do domu. - Dlaczego, nie śpisz? - Usłyszałem. - A ty? - Ja czekam za tobą. Obudziłam się, małej dałam pić i czekam. - Wyszedłem i spotkałem sąsiada, z dołu. Opowiadał, że któregoś dnia wyszła kobieta z poczty i ktoś wyrwał jej torebkę z ręki, w której była przed chwilą pobrana renta. Widać stoją na poczcie i obserwują swe ofiary. Wiedzą ile kasjer wypłaca i decydują się pozbawić kobietę środków do życia. - Skąd ty wiesz? - Może miała i i miała – odpowiedziałem. - Ale to mało prawdopodobne, bo wiesz, jakie są renty i na co starczają. - Połóż się już Antoś, przecież rano wstajesz. Po chwili przytuliłem się do Dominiki i cicho rzekłem. - Wypoczęty jestem i nie martw się o mnie, ale jest mi oczywiście miło, że tak do mnie mówisz. Zgasiłem nocną lampkę i leżeliśmy bez słów. Czułem jej ciepło, które zawsze od niej biło i sam nie wiem, kiedy przyszła pora wstawać, gdyż zadzwonił budzik. - Wstanę i zrobię ci kanapki do pracy – usłyszałem. - Sam to zrobię, mam czas, śpij spokojnie. - Przyjedziemy z Ilonką, chcesz? - Jeszcze pytasz? Ciekaw byłem, co w pracy, więc prędko wymknąłem się z domu. - O, już pan jest - usłyszałem głos portiera, gdy wchodziłem na teren szpitala. - Jestem, a co się stało? - Nic, tylko tak mówię. Tak jakoś dziwnie, bo przez tyle dni nie wchodził pan na teren. Człowiek przyzwyczaja się do widzenia kogoś codziennie, ale wiedziałem, że pan - Może 18 na urlopie. Powoli szedłem czekając, aż znów coś powie i wreszcie dotarłem na oddział. Byłem rad, że znów zaczynam pracę. Lubiłem ludzi tu pracujących i tę atmosferę, ten widok, gdzie na każdym kroku pomaga się ludziom cierpiącym, a często przez swoich bliskich zapomnianych. Zapomnianych przez własne dzieci, które teraz wstydzą się za matkę, lub ojca. Teraz, gdy oni mają kłopoty ze zdrowiem i starością. Wiedziałem, że w większej części są to dzieci wykształcone i jak to się mówi, teraz z wyższych sfer. Ci najbiedniejsi nie zapominają tak często, choć i im się to zdarza. Takie były wtedy moje obserwacje. - O, już pan jest - powiedziała siostra oddziałowa. - Siostra autentycznie się cieszy? - A jak pan myślał, panie Antoni? Pomoc fachowa zawsze potrzebna, więc pacjentka z piątki na badanie do pani doktor Białek, a później po leki – usłyszałem. Nawet nie miałem czasu odpowiedzieć i znów praca mnie wciągnęła. Chciałem, choć ja, być blisko tych ludzi i ich cierpienia związanego z chorobą. Pomagać im we wszystkim, co sprawiało kłopoty. Widziałem, że i oni są dla mnie życzliwi, choć niekiedy mocno śniadanie dowiedziałem się z radia, będącego w świetlicy, że produkcja przemysłowa spada i na koniec roku może wynieść, aż dwadzieścia trzy procent. Ten sam głos oznajmił, że spadają płace i wzrasta bezrobocie, do miliona osób i jakby na pocieszenie - dodał, że są pieniądze w budżecie na zasiłki dla ludzi bez pracy. Dalej dowiedziałem się, że rozkwita handel uliczny i że staje się to symbolem przemian. Ta druga wiadomość ucieszyła mnie bardzo. Pomyślałem, że Polak potrafi znaleźć miejsce i wiedziałem również, że szybko zamknięci w Jedząc - Jak to dobrze? sobie. 19 dróg, przez rozpadzie PZPR kilka bo w powstało zajmowanych bogacących się ludzi przybywa, ale również i ubóstwo zawitało do wielu, wielu rodzin. Znów było słychać o blokadach chłopów. Demonstrowali oni fakt, że rząd o nich zapomniał. Również demonstrowali robotnicy nie zgadzając się na prywatyzację przedsiębiorstw i bojąc się zwolnień. Wiedziałem o tym wszystkim i nie wiem, na co czekałem. Po grup. Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej ze znanym działaczem panem Kwaśniewskim, a towarzyszył mu również Leszek Miller. I Unia Socjaldemokratyczna z panem Fiszbachem, czy wreszcie Polski Klub Lewicy Demokratycznej. Niedługo, październiku aresztowano szefa MSW pana Milczanowskiego, szefa SB generała Ciastonia i innych urzędników wysoko postawionych, podejrzanych o współudział w śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Wszystko to działo się na naszych oczach. Ogrom wydarzeń na przestrzeni krótkiego czasu. Wspomnę i o tym, że przed kilkoma miesiącami ucieszył mnie fakt, że na drugim zjeździe związku, ponownie został wybrany Lech Wałęsa, który zgłosił zamiar kandydowania na stanowisko prezydenta. Ludzie jednak nie byli pewni swego, bo do wyborów samorządowych poszło niespełna czterdzieści dwa procent uprawnionych i to mnie ogromnie smuciło. Ale cieszyła praca i mój dom, do którego biegłem z chęcią, moja córka i moja ukochana Dominika. W kilka dni po naszym przybyciu do Warszawy, dowiedziałem się, że powstaje Ruch Obywatelski, na czele, którego stanęli Bujak i Frasyniuk, zwolennicy Mazowieckiego i jego powolnych przemian. Popierałem ich. Czułem, że ten ruch jest nam potrzebny, bo szybkie przemiany znaczyły, 20 rodzin z się skontaktować tysiącach, milionach pozostawienie ludzi samych sobie. Znaczyły tragedie w polskich. setkach, Postanowiłem Ryśkiem. Zadzwoniłem i czekał on na mnie, gdy wychodziłem z pracy. Nie miał wesołej miny. - Słuchaj stary - rzekł. - Jest źle, bo nie o to walczyliśmy, co powstało i co gorsze niewiele tutaj poradzimy. Jedynie kandydatura Wałęsy i wygrane przez niego wybory prezydenckie mogą powstrzymać to, co jest teraz. Zostawiają stary ludzi za sobą. Sam widzisz, trwa walka o wpływy i obsadzanie stanowisk. Prosty człowiek ginie, z ich pola widzenia. Wierzyć mi się nie chce, ale to prawda stary i wygląda na to, że nadstawialiśmy swoje głowy dla nich. Teraz nie wiem, czy było warto. Trzeba stary popierać Wałęsę i w nim upatrywać nadziei. Rozstaliśmy się ze smutnymi minami. Wreszcie pierwsza tura oczekiwanych wyborów. Wałęsa zdobył czterdzieści procent głosów i nie uzyskał większości absolutnej, ale już dziesiątego grudnia, przy frekwencji pięćdziesiąt trzy procent, Wałęsa uzyskał siedemdziesiąt cztery procent poparcia narodu. Obiecał uwłaszczyć Polaków i każdy widać na to liczył. Było to bezapelacyjne zwycięstwo i przyszły nowe nadzieje. Każdy wierzył, a przynajmniej ludzie z mych kręgów, że sytuacja w kraju zmieni się. Wierzyli w to chłopi, robotnicy i drobni przedsiębiorcy. Byliśmy pewni, że Wałęsa będzie zmierzał do tego, ale znów od Dominiki dowiedziałem się, że nadszedł kryzys szkolny. Niskie płace doprowadzały do wściekłości nauczycieli. Powstawały szkoły społeczne i prywatne. Znów działo się źle. Media donosiły wiele razy, o dużym wzroście przestępczości i słabości naszej policji. Z obserwacji mojej wynikało, że naród jednak wierzył w to, iż rząd 21 Krzysztofa Bieleckiego podoła. Wsparty przecież naszym prezydentem, sprosta zadaniom trudnym, ale możliwym, czego dokonały państwa wychodzące w przeszłości, z kryzysu gospodarczego. Któregoś dnia na mej drodze stanął Andrzej. - Cześć stary - zagadał, widząc mnie. - Ty znów w Warszawie? - Spytałem. - Dziwi cię to? - Odparł. - Chodź usiądziemy gdzieś na chwilę i pogadamy. Usiedliśmy nieopodal na skwerku. - Wyjechałem z Gdańska, bo tam nie było miejsca dla mnie. Sam wiesz, wszystko drogie, a pieniędzy uczciwie nie można zarobić. Próbowałem Bóg mi świadkiem, że chciałem żyć godnie. Nie odłożysz bracie na nic i jak tu dojść, choćby do własnego mieszkania. Przyjechałem tutaj i mieszkam u znajomej. Starsza ode mnie, ale przymykam oczy na to, bo gdzieś trzeba mieszkać. Lecz i ona niemajętna, więc na początku było względnie, a teraz błaga mnie, abym znalazł pracę i przynosił forsę. Cały czas, ma na myśli uczciwą pracę, bo i ona jak mówi, jest i była całe życie uczciwa. A ja nie widzę u niej bracie nic, poza lichymi meblami. - I na cóż ta uczciwość się zdaje? Myślisz, że tylko ja tak uważam? Nas młodych są setki, tysiące bracie. Gdy tego nie zauważą w porę, strach będzie chodzić ulicami - wspomnisz moje słowa. - Każdy chce żyć, a jak nam pokażą jedyną drogę do tego życia, później już trudno będzie nas z niej zawrócić. Każdy dąży do dobrobytu i wie, że nie im on pisany. Mam tu już kilku znajomych i pewnie niedługo zaczniemy kręcić, by wyjść na swoje, bracie. Masz kłopoty dołączaj do nas. – Andrzej, ja mam pracę. Może zarobię niewiele, ale mam także córkę i muszę być przy niej. - Jak chcesz stary. Powiedziałem ci pewne rzeczy, bo mam do ciebie zaufanie. Tyle lat się znamy. No pójdę już, czas na mnie. 22 Może jeszcze o mnie usłyszysz. Do stracenia mam tylko wolność, a to niewiele, bracie. Pożegnałem się z nim, lecz w duchu nie przyznałem mu racji, mimo to, że usłyszałem z jego ust prawdę, gorzką prawdę. Byłem w innej sytuacji. Miałem dom, Dominikę i Ilonkę. Córkę moją i radość, którą one mnie napawały. Idąc zamyślony, usłyszałem głos obok. - Patrzcie, znajomych nie poznaje. Spojrzałem, a przede mną stała Ola. - Przepraszam cię - wybąknąłem. - Spotkałem przed chwilą kolegę i tak mi w głowie namotał, że zamyśliłem się. A co u was Oleńko? - Widzę, że znów wyładniałaś. - Nie żartuj. - Kiedy przyjechaliście? Mama nie dalej, jak wczoraj, mówiła o was i wywnioskowałam, że chyba tęskni. Nie zapominaj o niej - mówiła z uśmiechem. - Jak mała? - Ciągnęła dalej. – Rośnie, wyobraź sobie i ma coraz donośniejszy głos. A ty? - Ja wracam z baletu, a ściślej mówiąc, z lekcji. Wyobraź sobie, z mamą doszłyśmy do wniosku, że dobrze byłoby, abym w przyszłości została primabaleriną i tak zaczęłam edukację w tym kierunku. - Dobrze, że humor cię nie opuszcza. - A wy, jak żyjecie? - Ciężko jest, jak sam wiesz, ale ja mam w życiu wyjątkowe szczęście, ot choćby to, że idę sobie obok ciebie. - Nie żartuj - odpowiedziała. - Powiem mamie, aby naszykowała coś na sobotę i dodam, że przyjedziecie. - Skoro tak postanowiłaś niech i tak będzie. Pozdrów mamę i ucałuj ją od nas. - Czekamy Antoni - powiedziała odchodząc. - Rośnie ładna dziewczyna – pomyślałem. Teraz to było widać, gdyż stojąc obok mnie, sięga mi prawie do nosa, a przecież nie tak dawno, była o wiele niższa. Któregoś dnia Dominika była wzburzona. - Słyszałeś! - Już wzięli się za zarabianie jeszcze większych pieniędzy, bo słyszałam, że jest wielka afera alkoholowa, rozumiesz 23 miliony. To znów jakiś Bagsik i Gąsiorowski, wyłudzili gigantyczne pieniądze i jakby tego było mało, nowa afera, tym razem FOZ – u. A widząc moją zdziwioną minę, dodała. - Chodzi o zadłużenia zagraniczne. Rozumiesz na naszych oczach biorą, a na pensje nauczycielskie nie ma przyzwoitej płacy. - Są przecież sądy i prokuratury – odpowiedziałem. - Nie śmiesz mnie - odparła szybko. - Przepraszam, zajmijmy się sobą, myślmy o dziecku i o nas, tak będzie lepiej. - Rozumiem cię - dodałem. - Rozumiem twoje rozgoryczenie, bo trudno jest pojąć porządnemu człowiekowi i zrozumieć pazerność tych wysoko, a ci nie przebierają w środkach, jak widać. Ale na szczęście nie wszyscy są tacy i ludzie dostrzegają zło. Będą je eliminować, więc będzie tak z pewnością teraz. - Naiwny jesteś – odparła. A kiedy przyszła sobota pojechaliśmy do Oli. Siadając przy stole zobaczyłem nowy magnetowid i dobrej klasy telewizor. - Ładny prawda? - Uchwyciła me spojrzenie Ola. - Ładny, ale pewnie i drogi – odparłem. - Mamuś zafundowała, bo ma teraz lepszą pracę. Cicho - powiedziała kładąc palec na usta. Weszła Teresa. - Nareszcie jesteście. - Olu nakryj stół. - Ja pomogę - powiedziała Dominika, podając mi małą. Mała patrzyła szeroko otwartymi oczyma na stół, na którym lukrowanym. Czterdzieści lat. Popatrzeliśmy z Dominiką na ów tort i byliśmy zaskoczeni. - Tak moi kochani - odezwała się Teresa. - Zgodne to z prawdą i sama sobie zafundowałam prezenty - powiedziała, wskazując na stolik. - Piękne prezenty, prawda? - Przepraszam, ale myśmy nie wiedzieli o urodzinach. Potrzymaj Dominiko małą - powiedziałem, podając jej dziecko.- Zaraz wracam - dodałem wybiegając na schody. Nieco później wracałem tort, z napisem stanął 24 róż sztamowych, osłoniętych raźno, z bukietem celofanem, róż przyozdobionych piękną wstążką i pachnących, z dala. Gdy podawałem je Teresie, czułem drżenie jej rąk. - Wszystkiego dobrego od nas – powiedziałem. - Nie potrzebnie wydałeś pieniądze, czasem serdeczne słowo wystarczy, Antoni. - Nie chce mi się wierzyć, że to ty mamo mówisz, przecież tak kochasz kwiaty - wtrąciła Ola. - Tak to prawda, ale przecież one dużo kosztowały Antoniego, biorąc pod uwagę to, ile zarabia w szpitalu, u cioci Basi. - Nie mówmy o tym proszę. - Dobrze jedzmy. Po chwili Teresa wzięła butelkę koniaku do ręki i drżącą ręką nalewała koniak do lampek. - Wypijmy kochani, może, za małą Ilonkę. - Wypijemy za panią - powiedziała Dominika. - Pani jest wyjątkowa. – Byłam, to słowo bardziej adekwatne. Spojrzałem zdziwiony, a po chwili umoczyłem usta w koniaku. Był wyśmienity, tak jak i wieczór, który spędziliśmy w przyjaznym dla nas domu. Czułem, że Teresa jest inna, tak jakby coś ją trapiło. Piła więcej, niż zwykle. Obserwowałem ją, aż to dostrzegła. - Patrzysz na czterdziestolatkę, a widzisz starszą. Prawda? - Widzicie, jak to życie zmienia ludzi, ale ten wieczór niech będzie inny. Wypijmy jeszcze. Jutro przyjdzie Basia i trochę rodziny, ale muszę wam powiedzieć, że jak Ola mówiła mi o waszym przyjściu dziś, ucieszyłam się szczególnie. Sączyła chwilę koniak, a gdy już lampkę odstawiła, powiedziała. - Chciałabym w tym dniu, abyście mi nie odmówili, bowiem postanowiłyśmy z Olą podarować wam nasz poprzedni magnetowid i telewizor. Dwa lata temu kupiłam na raty, ale już spłacone. Nie odmawiajcie, kochani. Mógłbyś przyjść jutro, przed południem i zniósłbyś te rzeczy do auta, a ja podwiozę wam do domu. 25
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Prawda i Prawda. Tom II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: