Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00537 005732 15035329 na godz. na dobę w sumie
Prawda jest inna - ebook/pdf
Prawda jest inna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 84
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7732-124-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Prawda jest inna” to wciągająca, trzymająca w napięciu, lektura o dość niepozornym, ale równocześnie zastanawiającym tytule. Akcja przypomina powieść kryminalną, której najważniejszym elementem jest pewna koperta zawierająca siedem zdjęć. Co w tym ciekawego? Jednak, przez ową kopertę komplikują się losy bohaterów. Czytelnik, który zdecyduje się na przeczytanie tej historii odkryje nowe tajemnice dotyczące świata oraz ludzkiej egzystencji, ale przede wszystkim – sam poczuje się jakby brał udział w stworzonej przez autorkę opowieści , która z każdą stroną robi się coraz bardziej porywająca. Dzięki tej książce dowie się o istnieniu zjawisk dziwnych i tajemniczych, takich które człowiekowi racjonalnie postrzegającemu rzeczywistość nie mieszczą się w głowie. Tak naprawdę okazuje się, że prawda o życiu, o świecie jest zupełnie inna niż ta, którą przyjmujemy za tą właściwą. Czy przyjaciółkom uda się rozwiązać zagadkę i wrócić do dawnego życia? Tego dowiemy się, gdy przeczytamy intrygującego ebooka Elizabeth Samel.

. W konkursie ' Ebook Roku' otrzymał najwięcej głosów internautów ' Lubię to '
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

PRAWDA JEST INNA Elizabeth Samel PRAWDA JEST INNA Elizabeth Samel PRAWDA JEST INNA Copyright © by Elizabeth Samel, 2011 Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie oraz rozpowszechnianie części lub całości tekstu bez zgody autora zabronione. Korekta: Izabela Rytwińska DTP: Tomasz Targosz Wydawnictwo: BLACK UNICORN ul. Harcerska 7/33 44-335 Jastrzębie-Zdrój www.blackunicorn.pl Jastrzębie-Zdrój 2011 Wydanie I ISBN 978-83-7732-124-9 Betty szła szerokim chodnikiem w Nowym Jorku. Spie- szyła się na spotkanie z przyjaciółką Julie. Umówiły się w restau- racji „Balthazar” przy Spring Street, tam, gdzie zwykle. Spotykały się regularnie, żeby wygadać się i ponarzekać. Po tych spotkaniach było im łatwiej stawiać czoła przeciwnościom losu. „Terapia. Wyrzuć z siebie wszystko, a będzie ci lepiej”. Tak mówiły, jak miały problemy. Znały się od lat dziecięcych. Więc miały dużo wspólnych spraw, wspomnień i znajomych. Na tych cotygodniowych spotkaniach brakowało im czasu, żeby wszyst- ko omówić. Jednak Betty była dobrej myśli. Niewiele ludzi szło chodni- kiem. Samochód zostawiła kilka przecznic wcześniej, gdyż jak zawsze o tej godzinie przy restauracji brakowało miejsc parkin- gowych. Jej dobry nastrój pogorszył się, gdy z mijanego kina „Alfa” zaczęło wychodzić mnóstwo osób. Poczęła przeciskać się między ludźmi. Pomyślała ze złością: „Do kina chodzi się wieczo- rem, a nie w porze lunchu”. Była zła, gdyż wiedziała, że to ko- lejne minuty opóźnienia i krótszy czas spędzony z przyjaciółką. „Julie na pewno zmyje mi za to głowę, trudno. Nie uwierzy, że to kinowi fani oraz fani lunchu mnie opóźnili” – tak rozmyślając, szła, jak najszybciej mogła. Dostrzegła, że z naprzeciwka jakaś młoda kobieta również usiłuje przecisnąć się przez wyległy z kina tłum. Jednak robiła to bardzo nerwowo. Co jakiś czas oglądając się za siebie, ciągle o kogoś się potykała i parła naprzód, jakby przed kimś uciekała. Zmierzała prosto na Betty, która spostrzegła, że nie uniknie zde- rzenia z dziewczyną. Przystanęła. Dziewczyna, z obróconą głową 4 do tyłu, wpadła z impetem na Betty. Odbiła się od niej i upadła na ziemię. Betty przykucnęła, żeby pomóc jej wstać. Młoda ko- bieta spojrzała na nią z przerażoną twarzą i z lękiem w oczach. – Nic ci nie jest, może potrzebujesz lekarza? – zapytała Betty. Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową i podając jej koper- tę, powiedziała: – Schowaj to i nie daj się zabić. Wstała i szybko zaczęła dalej przeciskać się przez tłum. Ciągle oglądając się za siebie. Betty podniosła się powoli, była tak odrętwiała ze strachu, że nawet nie krzyknęła za nieznajomą. Szybko schowała kopertę do swojej torebki i dyskretnie rozejrzała się, czy nikt nie zauwa- żył tego zdarzenia. Po upewnieniu się, że nikt nie zwrócił więk- szej uwagi na to małe zamieszanie, zaczęła iść dalej w stronę restauracji. Po chwili w tłumie dostrzegła również dwóch wyróżniających się mężczyzn. W przeciwsłonecznych okularach, czarnych garni- turach i ze słuchawkami w uszach. Wyglądali jak ochrona i po- dążali śladem dziewczyny, przepychając się i popychając innych przechodniów. „Nie, gangsterzy! – pomyślała Betty. – Na pewno ścigają tę młodą kobietę. Co ona mi dała? Może narkotyki? Tak. Na pew- no duża działka. I nie chciała im oddać towaru. Teraz zabiją ją, mnie, całą moją rodzinę i Julie też”. Idąc, rozmyślała o kopercie i dziewczynie. Chciała wyciągnąć kopertę i zobaczyć, co w niej jest albo ją po drodze wyrzucić. Jednak nie miała odwagi wyjąć jej na światło dzienne. Pomyśla- ła tylko: „Teraz to jestem spóźniona na pewno. Julie mi nie uwie- rzy. Ale przecież mam dowód. Jaki dowód? Co ja myślę? Muszę jak najszybciej pozbyć się tego”. Weszła na taras restauracji podenerwowana. Z daleka widzia- ła Julie, która machała do niej, wskazując puste krzesło i uśmie- 5 chając się, pokazywała na zegarek. Julie, jak zawsze elegancko ubrana. Chustka zawiązana na głowie w stylu lat siedemdzie- siątych, żeby nie rozwiewało jej długich miedzianych włosów, jasnozielony kostium i wszystko dopasowane, buty, nieduża torebka oraz aktówka. Właścicielka biura rachunkowego, która świadczyła usługi księgowe dla różnych firm, mniej lub bardziej znaczących. „Wygląd świadczy o firmie” – pomyślała Betty, kiwając gło- wą w zamyśleniu. Idąc w stronę Julie, jej jasne włosy rozwie- wał wiatr. Niebieska sukienka własnego projektu oraz dodatki tworzyły elegancką całość. Wraz z mężem Jamesem prowadzili pracownię. Świadczyli usługi w branży odzieżowej. Tworzyli ko- stiumy dla aktorów oraz mniej lub bardziej zamożnych klientów, potrzebujących stroje na bale i inne uroczystości. – Nareszcie dotarłaś – z uśmiechem powitała ją Julie. – Od kilku tygodni nic, tylko się spóźniasz – cały czas mówiła, gdy Bet- ty zajmowała swoje miejsce. – Jestem ciekawa, co tym razem wymyślisz na swoje usprawiedliwienie, co to ostatnim razem było? – przypominała sobie. – Aha! Zostawiłaś kluczyki w samo- chodzie męża, a on pojechał po tkaniny, wiem, wiem – gesty- kulowała. – Potem czekałaś na niego, bo nie mogłaś odjechać swoim samochodem. A dzisiaj co wymyśliłaś? – popatrzyła na nią podejrzliwie i dostrzegła, że jest jakaś zaniepokojona, więc dodała: – No tak. Nie wiesz co tym razem wymyślić? Masz roz- biegane oczy i widać, że się nad czymś zastanawiasz, ale mnie nie oszukasz – kręciła głową. – Widzę, że coś kombinujesz, więc nie wysilaj się nad usprawiedliwieniem, dzisiaj ci daruję, nie będę słuchać żadnych historyjek, masz wolne od bajek. Ha, ha, ha… – śmiała się, ale spostrzegła, że przyjaciółka, z natury weso- ła, nie jest rozbawiona. Dlatego zapytała: – Co się stało? Wymuszając uśmiech, Betty szybko odpowiedziała: – Nic – i zapytała: – Czy już coś zamówiłaś? – Tak. To, co zwykle – i zaczęła się żalić. – U mnie finansowo niezbyt ostatnio się kręci, dużo firm odeszło albo zbankrutowa- 6 ło, a co za tym idzie, brak klientów. Trzeba szukać nowych, a za- nim się znajdzie, pracownikom trzeba płacić, hipotekę spłacać. I jeszcze ten dom – wzdychała kobieta – jak nie zapłacę za niego do końca czerwca dwieście tysięcy dolarów, to dziewięćdziesiąt tysięcy przedpłaty przepadnie bezzwrotnie, a przecież mam już hipotekę. Tam, gdzie obecnie są biura, cały biurowiec jest pod hipoteką. Betty chciała podtrzymać przyjaciółkę na duchu. – Nie martw się. Będzie dobrze, nie z takich opresji wycho- dziłaś. Pamiętasz swój rozwód z Robertem, myślałaś, że zabie- rze ci wszystko? Nawet córkę, która wtedy miała dziesięć lat. Nie będzie chciał ciebie znać, ponieważ znalazł sobie młodszą. A jednak płacił rentę, dziecka nie zabrał. Wychowałaś ją. Ile ona ma już lat? – Dwadzieścia jeden – odpowiedziała, kiwając głową z za- chwytem. – Właśnie – ciągnęła dalej Betty – duża dziewczynka, a z Robertem rozmawiasz normalnie. Jak się spotkacie, nie ma- cie żadnych wyrzutów i kłótni – tu przerwała i wzięła łyk soku pomarańczowego. Julie zrobiła to samo i odrzekła: – Może masz rację. Jakoś się ułoży. Ty masz łatwiej, żadnych rozwodów. Razem pracujecie, dzieciaki wam wyrosły i nie mu- siałaś zaczynać wszystkiego od początku, tak jak ja. W tym momencie podszedł kelner i z uśmiechem podał po- siłek. Zapytał: – Czy coś jeszcze panie sobie życzą? – Po głównym daniu proszę jeszcze dwie kawy ze śmietanką i dwa kawałki ciasta brzoskwiniowego oraz rachunek – odpo- wiedziała Betty. Kelner lekko skiną głową. One obdarowały go uśmiechem. Odszedł. Podczas jedzenia dalej rozmawiały. 7 Betty nie była już tak przerażona kopertą w torebce. Myślała, czy powiedzieć o niej przyjaciółce. – Po co zamawiałaś jeszcze kawę i ciasto? – zapytała Julie. – Chcę z tobą dzisiaj dłużej pobyć. Przez chwilę jadły w milczeniu. Betty dyskretnie rozglądała się po tarasie. Goście jedli w samotności albo w towarzystwie jednej lub kilku osób, niektórzy już kończyli, inni zaczynali. Dwie osoby bez towarzystwa przy osobnych stolikach piły kawę, jed- na z nich czytała gazetę, a druga przeglądała jakieś dokumenty. – Co tak się podejrzliwie rozglądasz? – wyszeptała Julie, po- chylając się do niej nad stolikiem. – Tak tylko. Nie mogę? – Wiesz, byłam dzisiaj u wróżki. – Jak zawsze – odburknęła Betty, przewracając z westchnie- niem oczami. – I co nowego ci powiedziała? – Przestań się ze mnie naigrywać! Psycholog mi nie pomaga, feng shui chyba nie działa, zostaje mi tylko wróżka. – To co ci powiedziała? Chodzisz co tydzień, za każdym razem do innej. krzywionymi ustami: Tu razem zaczęły się śmiać i powiedziały jednocześnie z wy- – Będzie lepiej! – Betty, przecież ty też chodziłaś do wróżki, jak byłaś w collegu. Pamiętam, razem chodziłyśmy, ty przestałaś, a ja da- lej do nich biegam. Ponieważ chcę wiedzieć, kiedy będzie lepiej – tu obie wzruszyły ramionami. – A czy wtedy to, co ona ci po- wiedziała, to się sprawdziło? – Nie wiem, może trochę, trochę tak, trochę nie. Sama nie wiem – ze wzrokiem utkwionym w dal mówiła. – Ja wierzę, że będzie dobrze. I od szkoły nie byłam u wróżki. Bardziej to dlate- go, ponieważ boję się, że wywróży mi coś złego. Julie chciała rozweselić Betty i zaczęła wspominać: 8 – Pamiętasz, jak z dziewczynami naszego roku wywoływały- śmy duchy? – tu położyła na stoliku ręce z rozstawionymi sze- roko palcami, zamknęła oczy i powiedziała z ironią: – Duchu, duchu Wilhelminy, przyjdź. Obie kobiety wybuchły śmiechem. – Pamiętam. Zgasło światło. Wyłączyło się radio. Wszystkie dziewczyny zaczęły biegać i krzyczeć. – Tak, tak – przytakiwała Julie. – Żadna z nas nie dowiedziała się niczego. Każda chciała wiedzieć, ilu mężów, ile dzieci i czy będzie miała udane życie. Obie śmiały się ze wspomnień. Julie trochę ochłonęła – Nieraz się zastanawiam, czy coś w tym jest? Jak myślisz? i powiedziała: Czy istnieje jakaś moc? – Przestań, nie jesteśmy małymi dziewczynkami, żeby wie- rzyć w jakieś bajki, to był przypadek, że zgasło światło. – Ładny mi przypadek! – westchnęła. – Przez ten przypadek nie mogę się oderwać od różnych wróżek, horoskopów i astrolo- gii. Wewnętrznie to czuję, że coś istnieje niezauważalnego, coś blisko nas. My nie potrafimy tego dostrzec. – Przestań, zaraz zaczniesz sama przepowiadać przyszłość. Ha, ha, ha… – śmiała się przyjaciółka. Julie jednak nie zaśmiała się, tylko zamyśliła. W ciszy skoń- czyły lunch. Taras opuszczali goście, jedni w pośpiechu, spoglą- dając na zegarek, inni powoli zmierzali w stronę wyjścia, kel- nerzy sprzątali ze stolików. Przyjaciółki otrzymały kawę, ciasto oraz rachunek. Zapłaciły kelnerowi z napiwkiem. I zabrały się do deseru. Betty ponownie rozejrzała się po tarasie. Nikogo nie było w ich pobliżu. Tylko w drugim końcu sali starszy pan pił drinka i przeglądał gazetę, nie zwracając na nie uwagi. – Co się tak rozglądasz? – zapytała Julie. – Jakbyś była z FBI. Ha, ha, ha… – śmiała się z przyjaciółki. 9 Betty spojrzała na nią karcąco z poważnym wyrazem twarzy. I powiedziała z palcem wskazującym na ustach: – Cicho! – Co ty taka poważna? – wyszeptała z małym uśmiechem. – Muszę ci coś powiedzieć. – Jednak jesteś tajniaczką FBI. Ha, ha, ha… – mówiła rozba- wiona powagą przyjaciółki. – Albo nie, jesteś w ciąży! Ha, ha, ha… – śmiała się dalej. – Nie! Nie! Zdradziłaś męża. Ha, ha, ha… – przekomarzała się, jak tylko mogła, jednak widząc, że Betty jest już zdenerwowana, dodała: – Przepraszam, ale masz taką poważną minę. W życiu cię takiej nie widziałam. – Zatkaj się! Bądź cicho! – syknęła. – Dobrze, już jestem spokojna. Mów. Zamieniam się w ka- mień – usiadła wyprostowana i znieruchomiała. – Przestań, wkurzasz mnie! A to jest poważna sprawa. Teraz to ci nie powiem – powiedziała Betty i zaczęła jeść ciasto, popi- jając kawą. Julie usiadła swobodnie, wzięła łyk kawy i jedząc deser, przepraszała: – Daj spokój, ty zawsze potrafiłaś się śmiać z poważnych spraw. Pamiętasz, jak byłyśmy małe, pogrzeb, już nie pamiętam czyj, ale też mnie rozśmieszałaś. Zaczęłyśmy się tak śmiać, że musieli nas wyprosić, to było nietaktowne. Dopiero jak nam przeszło, to zdałyśmy sobie sprawę, że to było nie na miejscu, więc wybacz mi i mów. Betty po raz kolejny rozejrzała się dyskretnie po tarasie, na- chyliła się do koleżanki, która teraz miała poważny wyraz twa- rzy i też rozejrzała się po tarasie. Wyglądały, jak dwie nastolat- ki, które chcą się upewnić podwójnie, czy nikt nie podsłuchuje. Po upewnieniu się, że nikt ich nie podsłuchuje, Betty szeptem opowiedziała Julie wszystko, co stało się w drodze do restauracji przed kinem. 10 Julie patrzyła na nią z niedowierzaniem, coraz bardziej przy- bliżając się do niej. W końcu przesiadła się na krzesło obok przy- jaciółki, aby być bliżej niej i wyszeptała: – Tylko nie daj się zabić? Zapadła cisza. Siedziały przez chwilę w oszołomieniu. Pierw- sza odezwała się Julie: – I masz tę kopertę, co w niej jest? – Mam, nie wiem, co w niej jest, przecież ci mówiłam. – Pokaż ją! – Zwariowałaś! Miałam ją schować, a nie wyciągać w miejscu publicznym i chwalić się nią – mówiąc to, wskazała palcem na swoją skroń. – Pokaż. Chociaż kawałek. Chyba nie wymyśliłaś kolejnej hi- storii, żeby usprawiedliwić spóźnienie – przyjaciółka nie dawała za wygraną. – Przestań – syknęła do niej. – Wszystkie moje usprawiedli- wienia były prawdziwe. Nie moja wina, że tylko mnie przytrafia- ły się takie zdarzenia. Jeśli komuś coś się nie przytrafi, to mnie na pewno to spotka. A teraz ta historia z kopertą – westchnę- ła i rozejrzała się po raz kolejny, ale nic się nie zmieniło, było spokojnie. – Jeśli nie zobaczysz, co tam jest, to nie będziesz wiedziała, tylko się domyślała. – Zwariowałaś – odpowiedziała z przerażeniem.– Nie mam zamiaru się przekonywać. Muszę się jej pozbyć. Na pewno są tam narkotyki albo pieniądze za narkotyki. – Za dużo naoglądałaś się filmów. To na pewno nic takiego, tu mamy prawdziwe życie. Jakie pieniądze, narkotyki i gangsterzy? – przerwała jej Julie. – Może to ty byłaś w kinie na tym filmie, co to niby obok niego przechodziłaś? I to w tym filmie była dziew- czyna, narkotyki i gangsterzy? – zaczęła naśmiewać się, patrząc na przyjaciółkę. – Ty znowu swoje – Betty mówiła, potrząsając głową. 11 Zamyślone, w milczeniu dokończyły deser. Wstały od stolika. Julie zaproponowała. – Może pójdziemy do kibelka i tam otworzymy kopertę? Przyjaciółka przez chwilę stała bez ruchu. Po chwili skinęła potakująco głową i ruszyły szybkim krokiem do toalety. W toa- lecie sprawdziły wszystkie kabiny, każdy kąt, czy nikogo nie ma. Betty postawiła swoją torebkę na blacie obok umywalek, po- patrzyła na odbicie w lustrze, swoje i stojącej obok Julie. Obie skinęły głowami. Betty zaczęła wyciągać kopertę z torebki. Była to szara ko- perta, niezbyt ciężka. Nic nie było na niej napisane. Oglądały ją, przekazując z rąk do rąk. Jakby miały jakąś zabawkę pierwszy raz w rękach. Stały tak, to spoglądając na siebie, to na kopertę, to na swoje odbicia w lustrze. – Otwórz ją! – powiedziała Julie. Betty trzymała kopertę w rękach. Na te słowa odrzuciła ją, jakby parzyła, prosto w ręce przyjaciółki i powiedziała: – Nie! Ty ją otwórz! Julie, odrzucając kopertę z powrotem do Betty, odpowiedziała: – Ty ją otwórz! To twoja koperta. Betty ponownie rzuciła kopertę do rąk przyjaciółki, mówiąc: – Ty ją chciałaś otworzyć. To otwieraj! Julie, przyglądając się kopercie ze wszystkich stron, zaczęła głośno domniemywać. – Może są tam dowody przeciw mafii, a może dziewczynę po- rwali i jest tam list do jej rodziny, a ona uciekła tym bandytom? – Za dużo naoglądałaś się filmów – odpowiedziała ironicznie Betty i sięgnęła po kopertę, wyrywając ją z rąk przyjaciółki. – Dawaj to, sama otworzę, jak się boisz! Trzymała kopertę i patrzyła na nią zamyślona. Nabierała od- wagi, żeby ją otworzyć. Julie w tym czasie mówiła. 12 – Może są tam jakieś ważne dowody rzeczowe? Może fał- szywe pieniądze? – przyjaciółki spoglądały co jakiś czas to na siebie, to na kopertę. – A jak zostawimy odciski palców i nas znajdą? Betty, trzymając kopertę w obu rękach, spojrzała na Julie i odpowiedziała z ironicznym uśmiechem: – I tak nas znajdą, już zdążyłyśmy obmacać kopertę obie i to dokładnie! – przybliżając się do twarzy Julie, dodała żartobliwie. – Już nie żyjemy. Przyjaciółka zrobiła wielkie oczy i trochę ze strachem zaczęła mówić. – Tak to jest, jak do roboty zabierają się amatorki. I do tego dwie baby. Może oddamy to na Policję? Powiesz wszystko, jak było albo oddaj komuś innemu, albo wyrzuć. Betty spojrzała na nią z pytającym i ironicznym wyrazem twa- rzy, jak profesor znający odpowiedź i oczekujący poprawnej od- powiedzi od ucznia. Julie po namyśle odpowiedziała sama sobie. – No tak, nie możemy tego wyrzucić ani komuś oddać, są na- sze odciski. A Policja!? – zapytała cicho, patrząc na przyjaciółkę. – Wiesz, jak jest – odpowiedziała jej. – Zacznie się dochodze- nie. I myślisz, że mi uwierzą? Najpierw podejrzenie padnie na nas. A zresztą, przecież nawet nie wiemy, co tam jest. Może to nić groźnego. – Nic groźnego!? Nic groźnego!? – syczała zdenerwowana Ju- lie i zacytowała: – A „Nie daj się zabić”, to też nic groźnego? – No tak – opamiętała się Betty. Stały przez chwilę w milczeniu, patrząc na siebie i zastana- wiały się, co mają zrobić. Stojąc naprzeciw siebie, skinęły pota- kująco głowami i równocześnie powiedziały: – Otwieramy! Decyzja zapadła i nastała cisza. Słychać było tylko ich od- dechy. Przyjaciółki patrzyły to na kopertę, to na swoje odbicia 13 między kolanko a ścianę. lefonu w torebce. – To ją wyciągnij! – krzyczała Betty, szukając hałaśliwego te- w lustrze. Odwróciły się do siebie bokiem, tyłem do lustra, opar- ły się pośladkami o blat, gdzie znajdowały się umywalki. Betty powoli odwróciła kopertę i przygotowała się do jej otwarcia. Julie z niepokojem i zaciekawieniem obserwowała ruchy przyjaciółki. Gdy Betty dotknęła rogu koperty, aby ją otworzyć, nagle usłyszały dźwięk dzwonka telefonu komórkowego, jedno- cześnie krzyknęły ze strachu, a Betty odruchowo rzuciła kopertę przed siebie, która upadła na podłogę i pod drzwiami wślizgnęła się do kabiny, Julie pobiegła za kopertą. W tym czasie Betty szukała telefonu w swojej torebce, który wciąż dzwonił i pytała Julie: – Masz!? Znalazłaś!? – wszystko wykonywała błyskawicznie. – Tak, mam! – odpowiedziała. – Jest za muszlą. Wcisnęła się – Nie mogę! Mam za wąską spódnicę! – To ją ściągnij! Ja muszę odebrać! – Co!? – zdziwiła się Julie. Betty odebrała telefon. Obserwowała, jak Julie ściąga spód- nicę, podaje ją jej i wygina się w samych pończochach, podwiąz- kach i majtkach z koronki za muszlę, żeby sięgnąć kopertę. – Tak, słucham? Co? W szpitalu? – ciągnęła. – Ale gdzie? Nic groźnego? Dobrze, zaraz będę. Rozłączyła się i spojrzała na przyjaciółkę. Julie stała w bieliź- nie z kopertą w dłoni, z triumfalnym uśmiechem. – Ubieraj się! – powiedziała Betty, podając jej spódnicę. – Je- dziemy do szpitala! – zabrała kopertę z ręki Julie i schowała ją do swojej torebki. Gdy Julie tak stała, ze spódnicą w ręku, do toalety weszły dwie starsze panie i ze zdziwieniem spojrzały na przyjaciółki, Ju- lie zaczęła się ubierać. Przyjaciółki uśmiechały się miło do kobiet w podeszłym wieku, które stały, nie ruszając się z miejsca przy 14 drzwiach wejściowych do toalety. Starsze panie zmierzyły je gor- szącym wzrokiem. Julie ubrała się, a Betty powiedziała do niej, żeby jeszcze bardziej zgorszyć głupie domysły starszych pań: – No chodź, kochanie! Przyjaciółki ruszyły w stronę wyjścia, rzucając pogardliwe spojrzenie napotkanym staruszkom. Obie były zdenerwowane. Wyszły, a Julie zaczęła wypytywać: – Co się stało, jaki szpital, kto, gdzie!? – Moja córka jest w szpitalu. Straciła przytomność w szkole na przerwie – Betty odpowiedziała, idąc szybko w stronę wyj- ścia z restauracji, i wychodząc na chodnik, zapytała: – Gdzie jest twój samochód?! – Tam, na parkingu, przy restauracji! – odpowiedziała Julie, pokazując palcem w stronę samochodu. Szybkim krokiem, prawie biegiem, zbliżały się do auta. Wsia- dły i Julie, siedząc za kierownicą, zapytała: – Dokąd!? – Do szpitala św. Tomasza! – Betty zaczęła opowiadać: – Ja- mes mówił, że to nic poważnego. Podobno użądliła ją osa czy pszczoła? Oliwia straciła przytomność, ale jest już przytomna. – Osa!? – ze zdziwieniem zapytała przyjaciółka. – Osa i nie- przytomna!? Czy Oliwia jest uczulona na jad pszczół!? Słysza- łam, że od tego się puchnie. – Nie – i powtórzyła. – Nie jest uczulona na jad pszczół, jest uczulona na cytrusy. Dostaje wysypki, jak za dużo się obje, a wiesz, jak ona lubi dużo jeść. Ale na osy!? Nie! Na pewno nie! – mówiąc to, Betty potrząsała głową. – Wiem, jak lubi jeść, a po mimo to jest taka szczupła. Rozmawiając na temat dzieci i uczuleń, jechały do szpitala. W poczekalni w szpitalu był mąż i syn Betty oraz nauczyciel- ka Oliwii, pani Barbar. Przyjaciółki przywitały się ze wszystkimi. Betty chwyciła męża za obie ręce. 15 – Gdzie ona jest!? Co się stało!? – pytała zdenerwowana. Wtedy James przytulił żonę do siebie i odpowiedział: – Nic jej nie jest. Wszystko dobrze – mówił i obejmując ją, prowadził do sali, w której leżała ich córka. – Podali jej wapno i wzięli krew do badania. Tak rozmawiając, weszli do sali. Na widok córki z wenflonem wbitym w rękę Betty rozpłakała się. Podeszła do łóżka i zaczęła ją całować i ściskać, mówiąc: – Nic ci nie jest!? Pokaż się!? – tu spoglądała jej prosto w oczy i kładąc rękę na czoło córki, jakby sprawdzała, czy ma gorączkę, mówiła: – Co się stało!? Jakie osy!? Oliwia uśmiechała się i uspokajała matkę. – Przestań, mamo, już czuję się dobrze. Tylko zemdlałam, jak użądliła mnie osa – spojrzała na ojca ze wzrokiem proszącym o pomoc. Wtedy James, przysiadając się do nich, chwycił córkę za rękę i powiedział: – Tak, tak – pomagał Oliwii w obronie przed troskliwością matki. – Nic już jej nie jest, podali jej leki, ale musi zostać na szczegółowych badaniach, żeby się upewnić, czy to na pewno osa, czy jest jeszcze może inna przyczyna. – No ładnie – mówiła zdenerwowana Betty. – Inna przyczy- na!? I wy uważacie, że mam się nie martwić!? – spojrzała na nich z jeszcze większym strachem i zapytała: – A może jesteś w ciąży? Oliwia spojrzała na matkę ze zdziwieniem i odpowiedziała zaskoczona: – No wiesz co?! Na pewno nie! – No to na pewno osa – odrzekła już teraz uśmiechnięta, przytuliła córkę i powiedziała: – Będzie dobrze. W tym czasie w poczekalni Julie wypytywała o całe zdarze- nie syna Betty, Ryana i panią Barbar. Nauczycielka opowiedziała, że w czasie przerwy do jej gabinetu wbiegła Lucy. Przerażona mówiła, żeby wezwać pogotowie, bo Oliwia zasłabła na ławce 16 przed szkołą. Nie zastanawiała się nad niczym. Szybko wezwała pogotowie. – Bo to przecież studentki i są za duże na takie żarty – mówiła pani Barbar. Wybiegła przed szkołę do Oliwii. Próbowała jej pomóc. Lucy powiedziała, że użądliła ją osa. I Oliwia zemdlała. Przyjechała karetka i ją zabrała, tyle wiedziała nauczycielka. Ryan powiedział, że rozmawiał już z siostrą. Ona opowiedzia- ła, jak to się stało. Jak zwykle, na długiej przerwie z Lucy jadły słodkie bułki, a że do słodkiego pszczoły i osy lgną, zaczęły się zlatywać. One jadły bułki i je odganiały. Oliwia oparła się o ław- kę i poczuła, jak kilka razy coś ją kuje w rękę. Potem nic już nie pamiętała. Ocknęła się w karetce. Po wszystkim, co opowiedział Ryan, nauczycielka i Julie orze- kły, że to nie mogła być osa, tylko mały szerszeń musiał kilka razy użądlić ją w jedno miejsce, dlatego taki efekt tego wszystkiego. Teraz już wszyscy byli spokojni. Ponieważ stwierdzili, że to nic poważnego. Uśmiechnięci Betty i James zbliżali się do nich. Julie, wstając z miejsca, odezwała się: – Nie martwcie się! – zawołała z uśmiechem. – Wywiad prze- prowadzony! Nic jej nie będzie! – Wiem. Oliwia wszystko mi opowiedziała – uśmiechała się Betty. – dodał James. – Poleży kilka dni. Zrobią jej badania i będzie wszystko dobrze – Jedziemy do domu!? – zapytał Ryan. – Tak! – jednocześnie odpowiedzieli rodzice. – Jutro ją odwiedzimy – powiedziała Betty. – Na pewno – mówiąc to, James wziął żonę za rękę. – Tylko muszę zabrać z samochodu Julie moją torebkę – przy- jaciółki spojrzały na siebie i przypomniały sobie o kopercie. 17 Już nie miały tak zadowolonych min, jak przed kilkoma minu- tami, ale nie dały tego po sobie poznać. Betty nie mogła w nocy spać. Co chwilę budziła się i zerka- ła na zegarek. James spał obok niej jak małe dziecko. Nie mo- gła doczekać się rana. Jednak zmęczona bezsennością zasnęła o piątej rano. Obudził ją pocałunek męża, który zakładając ko- szulę, pochylał się nad żoną i mówił: – Dzień dobry. Jak czujesz się źle, to zostań dzisiaj w domu. – Ryan poszedł na zajęcia? – zapytała Betty. – Nie. Wychodzi za godzinę – odpowiedział, całując jeszcze raz żonę, która tym razem siedziała na łóżku i próbowała od- naleźć poranne pantofle. – Do widzenia, skarbie – powiedział i wyszedł z sypialni. Teraz Betty zaczęła szybko ubierać pantofle. Podbiegła do gar- deroby, gdzie była torebka. Stała na podłodze. Od wczorajszego powrotu nie zaglądała do niej. Nie miała kiedy. Nie była w domu sama. Teraz też. Zamknęła garderobę, zostawiając torebkę na miejscu i poszła ubrana w szlafrok szybkim krokiem do kuchni. Syn siedział w kuchni przy stole jadalnym. Przeglądał jakąś książkę i jadł śniadanie. Płatki z mlekiem. Pomimo że był doro- słym człowiekiem, przepadał za nimi. Jego matka również. Betty przemknęło przez myśl, patrząc na Ryana: „Jak oboje będziemy już starzy, będziemy jeść dalej płatki i kleiki jak dzieci. Wtedy będziemy musieli. Bo na mięsie protezy pogubimy”. Uśmiechając się, podeszła do Ryana i zapytała niby to od – Cześć, dziecko. Długo będziesz jeszcze w domu? Podnosząc głowę znad książki, odpowiedział żartobliwie: – Ale to znaczy? Kiedy się ożenię i wyprowadzę? Czy o której niechcenia: mam zajęcia? 18 Spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać. Syn zawsze tak odpo- wiadał na niekonkretne pytania. Wymijająco. Taki już jest. Więc Betty po raz kolejny zapytała z uśmiechem: – Wasza lordowska mość. Na którą godzinę ma pan dziś za- planowane zajęcia na swojej uczelni? – to powiedziawszy, lekko się ukłoniła w jego kierunku i znowu zaczęli się śmiać. Na co Ryan wstał i oddając ukłon matce, odpowiedział: – Wasza wysokość. Wychodzę o dziewiątej trzydzieści – tu spojrzał na zegarek, który miał na ręku i dodał: – Czyli za chwilę. Chłopak teraz już normalnym tonem zapytał: – Chcesz się mnie chyba pozbyć? Przyznaj się! – i sprzątając ze stołu po śniadaniu, mówił dalej: – Może ktoś płci męskiej cze- ka na ciebie? – żartował. – Przestań – odpowiedziała Betty. – To są głupie żarty. W tym czasie zadzwonił telefon. Ryan spojrzał na matkę py- tająco. Ona, idąc do telefonu szybkim krokiem, oznajmiła: – To na pewno Julie – i podniosła słuchawkę. – Halo? Tak, Julie – rozmawiając z przyjaciółką, uśmiechała się do syna, który oddając jej uśmiech, pakował książkę do teczki. – Nie. Jeszcze nie – mówiła. Ryan w tym czasie odszedł od stołu i skierował się do wyjścia. – Nie miałam kiedy – ciągnęła. Syn pomachał matce na pożegnanie. Skinął głową i wyszedł z domu. Betty, już bez tajemnic, odpowiedziała Julie: – Jeszcze nie! Kiedy!? Cała chata ludzi – gestykulowała. – Nie poszłam do pracy, żeby otworzyć kopertę. Ale przyjedź do mnie. Będę czekać. Teraz do wieczora nikogo nie będzie. Czekam – i odłożyła słuchawkę. Obie siedziały na łóżku w sypialni Betty i wpatrywały się w otwarte drzwi garderoby. Na podłodze stała torebka. Nie spuszczały z niej wzroku. 19 – Dawaj, zobaczymy, co tam jest – powiedziała Julie. Betty, już nie w szlafroku, lecz ubrana na sportowo, wstała i przyniosła torebkę, wyciągnęła z niej kopertę i położyła na za- słanym łóżku. – Otwieraj! – krzyknęła podekscytowana Julie i rozsiadła się wygodnie. Betty otworzyła kopertę i szybko zacisnęła oczy. Przyjaciół- ka patrzyła na nią ze zdziwieniem. Następnie otworzyła oczy i powiedziała. – Nie wybuchła?! Ha, ha, ha… – zażartowała. Betty wyciągnęła z koperty plik fotografii, część podała Julie. Zaczęły je oglądać. Według nich wszystkie wyglądały tak samo. – Przestań, i to miało cię zabić? – zapytała Julie. – Przecież to są zdjęcia jakichś hieroglifów egipskich. Patrzyły na siebie ze zdumieniem. Zdjęcia porozkładały po całym łóżku. Siedziały nad nimi i zastanawiały się, co one mogą przedstawiać. – Jak myślisz? – zapytała Betty. – Co to jest? Jakieś stare pi- smo, widać wyraźnie – pokazywała palcem i mówiła. – Ktoś fotografował jakieś stare zapiski. Ale zobacz! – zawołała. – Te zdjęcia nie są jednakowe. Na każdym z nich jest coś innego, tu brakuje części tekstu, tutaj kawałka papieru. – Nie wiem – powiedziała Julie. – Nie jest to chyba łacina? – zapytała i odpowiedziała sama sobie. – Nie, w łacinie wyraźnie widać litery, a tu są jakieś znaczki. Zobacz – podsunęła zdjęcie przyjaciółce pod nos, jakby ona miała ich za mało i mówiła da- lej: – Wiesz, jestem rozczarowana. Myślałam, że to będą jakieś narkotyki, fałszywe pieniądze albo prawdziwe, albo jak zdjęcia, to jakiegoś senatora z kochanką, albo sam prezydent, a tu. Takie sobie. Nic nie można przeczytać ani zobaczyć. – Bo my nie znamy tego języka! – stwierdziła Betty, podno- sząc głos. 20 – Przestań! Ha, ha, ha… – zaśmiała się Julie. – Pewnie dosta- łaś to od tych, co robią z ludzi głupków – zastanowiła się, jak to określić i dodała: – No z tych, z tych, a mam. Z ukrytej kamery. Pewnie chcieli zobaczyć, jak reaguje człowiek po takim nume- rze – i zacytowała ze śmiechem: – „I nie daj się zabić!”. Chcieli zobaczyć, co zrobisz. Ha, ha, ha… – śmiała się. – Może masz rację? – przytaknęła Betty. – No przecież to jest życie, a nie film. Masz rację – powiedziała z przekonaniem. Śmiały się przez jakiś czas. Betty, chowając zdjęcia do koperty i wkładając do torebki w garderobie, mówiła do Julie: – Napijemy się kawy. Zjemy późne śniadanie i pojedziemy do szpitala odwiedzić Oliwię. – Kupimy jej słodkie bułki – powiedziała żartobliwie Julie. Jak w każdy poniedziałek Julie wracała od wróżki. Szła do re- stauracji „Balthazar”, w której, jak co tydzień, umówiona była z Betty. Przyjaciółki jeszcze nie było. Zamówiła lunch. Czekając na towarzyszkę, rozmyślała o wizycie u wróżki. Jak zawsze nicze- go konkretnego się nie dowiedziała i była niezadowolona. Betty z zadowoloną miną szła w stronę przyjaciółki i siadając przy stoliku, powiedziała: – No i jak!? Dzisiaj się nie spóźniłam. Nawet zaparkowałam na parkingu przy restauracji. Myślałam, że będę pierwsza, bo nie widziałam twojego samochodu – spojrzała na Julie i zapyta- ła: – Co ty taka skwaszona, znowu jesteś niezadowolona z wró- żek? – i roześmiała się. Jednak Julie nic nie odpowiedziała, tylko ze złością popatrzy- ła na przyjaciółkę. – No przestań się burmuszyć – powiedziała Betty. – Powin- naś się cieszyć. Niedługo wychodzisz ponownie za mąż za tego 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Prawda jest inna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: