Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00410 007494 11260812 na godz. na dobę w sumie
Prawo do powrotu - ebook/pdf
Prawo do powrotu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65227-59-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Powieść z pogranicza przygody i fantastyki. Autor książki jedzie do Warszawy na spotkanie ze swoim wydawcą, by omówić tekst i spotkać się z ekipą telewizyjną, chcącą nakręcić film na podstawie innej jego książki. Spokojny, wydawałoby się normalny i prawie sielski klimat nagle zostaje zakłócony dziwnymi wydarzeniami, niezwykle przypominającymi zdarzenia z właśnie korygowanej książki. Rzeczywistość miesza się z fantazją. Świat książkowy staje się realnym dla autora i jego wydawcy. Otoczenie, tak boleśnie znane autorowi, jest jednak inne. Poszukiwania kontaktu ze swoją rodziną doprowadzają autora do odkryć przewartościowujących postrzeganie otaczającego świata.

 

Bo w końcu skąd wiemy, co jest realne, a co ułudą?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1. Jędrzej, mój przyjaciel i jednocześnie wydawca, w tak ostentacyjny sposób odłożył stos wydruków na blat ciężkiego, odziedziczonego po matce biurka, jakby przed chwilą skończył ich lekturę. Jego mina, mina biznesmena w średnim wieku, który zastanawia się, czy nie przeżył kolejnego rozczarowania, była jednocześnie miną człowieka, który wiele zainwestował, w zamian otrzymując plik papierów o niejasnej wartości. Pojąłem, że przez kilka najbliższych minut będzie zachowywał się tak, jakby przed laty wypłacił mi zaliczkę. W tym czasie miałem pewnie udawać, że taką zaliczkę otrzymałem. Myliłem się. Wyjaśnił mi później, że miał problem z dwoistością charakteru naszego spotkania, nie mogąc pogodzić jego przyjacielskiego charakteru z ambitnym zadaniem pracy nad tekstem, który przed sobą postawiliśmy, nie chcąc zmarnotrawić całego weekendu na popijanie i radosne przekomarzania. Spotykaliśmy się raz na kilka miesięcy, ale prawie codziennie dyskutowaliśmy przez telefon o życiu, polityce, pisaniu i piłce nożnej. To jednak było co innego. Początek spotkania nigdy nie jest łatwy. Zupełnie jakbyśmy zdążyli zwątpić wzajemnie w realność naszego istnienia i od nowa, po omacku, musieli szukać punktów porozumienia. — Napijesz się piwa? — spytał. — Ostatnio nie piję piwa, ale możesz nalać szklaneczkę burbona — odpowiedziałem grzecznie, wskazując na stojącą na parapecie butelkę. — Aha, to dobrze. Pisarze pijący piwo piszą chujowe książki — orzekł autorytatywnie i wyszedł do kuchni po lód. — Będziemy pić więcej, czy tylko po jednej szklaneczce? — zapytał retorycznie, otwierając lodówkę. Cóż odpowiedzieć na takie pytanie? Przypomniałem skromnie, że przyjechałem pociągiem. — Aha. Pamiętasz... zapytałem cię, czy napijesz się piwa? — Przed chwilą pytałeś. — Wyobraź sobie... Nie mam jebanego piwa. W ciemnej butelce po piwie jest ocet winny. Pierdolony ocet winny, który przynosi mi jedna taka poetka, a przecież ja nie wydaję ani wierszy, ani jebanych ciągów świadomości. — Dlaczego tak przeklinasz? — spytałem. Nie odpowiedział. Słyszałem jak zawzięcie szarpie się z woreczkiem, uwalniając do szklanek kostki lodu. — Bo nie mam pierdolonej kostkarki — rzucił wreszcie tonem, który, przypuszczalnie, miał usprawiedliwić jego przyszłe skąpstwo. Kostkarki mu się zachciało! Wreszcie wrócił. Nie miałem pojęcia, po jaką cholerę przebrał się z błękitnej w czerwoną koszulę, ale pominąłem to milczeniem. — Wiesz, co mnie wkurwia? — spytał. — Poza brakiem kostkarki? — Tak, poza brakiem kostkarki. — Nie mam pojęcia — odparłem zgodnie z prawdą. — Pisarze! Wkurwiają mnie pisarze. — To zmień zawód — zaproponowałem. — Nie rozumiesz — bąknął, nalewając whisky. — Co ja w tej chwili robię? — spytał. — Nalewasz do szklanek łyskacza — odpowiedziałem. — No właśnie. I dlatego ty mnie nie wkurwiasz i dlatego zaproponowałem ci piwo. A tu mam takich... — Wskazał na sterty piętrzących się na taboretach wydruków. — Nie dość, że co drugi to kolejna skandynawska kalka, to, kurwa... taki, rozumiesz, Nesbo, ale z Bydgoszczy. Napisze ci taki ananas: „Ciemnobursztynowy płyn pokrył iskrzące się w świetle lampy kostki lodu”. Zupełnie jakby ktoś naszczał mu do szklanki. I zaraz się takiemu cymbałowi w kółko golonemu przypomina dzieciństwo, tu dołek, tam wypuczenie, niby górka i on na saneczkach, a ty jesteś prosty, ale... — Ale co? — Ale wkurwił mnie sam początek. Zapamiętaj sobie raz na zawsze: uczciwy pisarz nigdy nie zaczyna powieści od tego, że bohater się budzi. To tak, jakby się rodził, a to jest tanizna. — Chciałem... — Nic, kurwa, nie chciałeś. Po prostu nie miałeś pomysłu. Zjebałeś, stary, zjebałeś! Zapamiętaj sobie i znowu raz na zawsze: jeśli nie zainteresujesz czytelnika, czyli mnie, na pierwszych dwóch stronach, możesz iść i się powiesić razem ze swoją książką. Pomijając oczywisty fakt, że inny wydawca, gdy zauważy w poczcie plik z książką naiwnego pisarza-maniaka, z którym nigdy nie pił wódki albo innej fanatyczki słowa, której nie bzykał, a nazwisko autora nie kojarzy mu się nawet z telewizyjną prognozą pogody, robi klik, klik i do kosza. — Przecież... — próbowałem oponować. — Żadne przecież... Kiedyś, w dobrych czasach, wydawcy dorabiali handlem makulaturą. Weź takiego Tolkiena. Nie w tym rzecz, że to staroć i cuchnie naftaliną, ale dzisiaj wylądowałby w koszu. Nie musisz czuć się winny. — Dlaczego niby miałbym czuć się winny? Poza tym Tolkien też miał trudności ze znalezieniem wydawcy „Hobbita”, a oprócz tego... — próbowałem coś wtrącić, ale oczywiście miał odpowiedź na nieprzytoczony przeze mnie argument. — Był nikim. Filolog i profesor od staroangielskiej literatury. Myślisz, że teraz zapraszaliby takiego mądralę do studia, żeby komentował wydarzenia społeczne… czy nawet polityczne? Nawiasem mówiąc, zmarł w Bournemouth, tam, gdzie teraz gra nasz Boruc. Wreszcie się rozkręcał i z każdym wypowiedzianym zdaniem stawał się Jędrzejem, jakiego znałem i lubiłem. Od Tolkiena przeszedł do nakładów, marż i ogólnej bryndzy panującej na rynku powieści fantastycznej. Przerwał równie nagle jak zaczął i stukając palcem w grube szkło szklanki, spytał: — Dobra, co? — Pewnie, że bardzo dobra. Coś proponujesz? — Sam zobacz. Podniósł leżącą na wierzchu stosu kartkę, założył okulary i zaczął głośno czytać. 2. — Kurwa! — wrzasnął Marek. — Ale porąbany sen! — Nie wyrażaj się — skarciła go żona. — Chamem jestem, nawet przez sen — burknął. — Do takiego stanu doprowadziła mnie polityka i ten cały twitter… — przerwał, pojąwszy, że Monika wciąż śpi. — Jaka czujna — szepnął czule, patrząc na jej zastygłe w półuśmiechu usta. Rzucił się na wznak, zamknął oczy i spróbował przywołać wyśniony horror. Już było za późno. Kolory zblakły, bez śladu ulotniło się wrażenie duszącego lęku, a sceny przerażającej kaźni wydawały mu się teraz zbyt trywialne, by na ich podstawie napisać coś lepszego niż kolejne opowiadanie grozy, z którego nie będzie zadowolony. — Z którego nikt nie będzie zadowolony — mruknął dla uzupełnienia kłębiącej się myśli. Przeciągnął się i poczuł przejmujący ból między żebrami. Chciał zakląć, ale dał spokój. Spojrzał na zegarek. Było trzynaście po ósmej. Firana zalotnie falowała w otwartych drzwiach balkonu. Delikatnie pogłaskał nagie ramię żony i bez przekonania spróbował wkraść się w jej łaski. Strząsnęła dłoń, mrucząc gniewnie. Nie tak dawniej bywało. Uśmiechnął się do nagłej myśli, że skoro wygasły realne namiętności, powinien zamiast horrorów zacząć pisać romanse. Przecież od dawna kobiety czytały więcej. Kobiety tworzyły rynek, kobiety wybierały książki do bibliotek, kobiety lubiły w towarzystwie epatować oczytaniem. Kobiety i dziewczynki. No, może jeszcze chłopcy, a właściwie młodzieńcy i… dzieci. Albo fantasy. Dawno uznał, że wkrótce minie zadziwiająca moda na tę szczerze przez niego pogardzaną literaturę, ale się pomylił. Wojownicy wciąż walczyli, smoki o dziwnych imionach rozpościerały skrzydła nad światami pełnymi wież, tajemniczych komnat i prostych ludzi, mówiących językiem literackich zagadek. Pomylił się. — Mylę się chronicznie — pomyślał. Marek Plaut na szczęście nie utrzymywał się z pisania. Honoraria autorskie za pięć wydanych książek, które co kwartał spływały na jego konto, z trudnością utrzymałyby na zadowalającym poziomie suczkę Azę, która spała w sąsiednim pokoju na fotelu i w trakcie jego rozmyślań nad korzyściami wynikającymi z kariery autora romansów albo heroicznej fantasy, zasygnalizowała głośnym ziewnięciem, że nadszedł czas, by wreszcie wstał i wypuścił ją na dwór. I tak zakrawało na cud, iż w ten piękny lipcowy poranek pozwoliła swemu panu wylegiwać się tak długo w łóżku. Boso, tylko w spodniach od piżamy, wyszedł na balkon. Sąsiadka niosła właśnie plastikową miednicę z praniem. Młodziutka, zbyt szczupła, by kołysać biodrami. Szła pogrążona w myślach, patrząc przed siebie. Wycofał się dyskretnie, świadomy niechcianej erekcji rozpychającej spodnie piżamy. Jeszcze tego brakowało, by zauważyła i wzięła to do siebie. — Nic tu po mnie — stwierdził. Nie będzie romansu, przeskakiwania z okrzykiem przez siatkę, przewracania sąsiadki, rozsypywania wilgotnej bielizny. Nie, stanowczo brakowało mu talentu do snucia romantycznych historyjek. Zanosiło się na piękny letni dzień, a przy odrobinie szczęścia miał przed sobą trzy tygodnie słonecznego, monotonnego, spędzonego od początku do końca w domu urlopu. Miał nadzieję, że przynajmniej do poniedziałku nie zadzwoni służbowa komórka. Bez obowiązków, bez trosk... — I bez nadziei — dodał zgryźliwie. Marek Plaut pracował od prawie piętnastu lat jako handlowiec w odlewni aluminium. Stres, owoc ciągłego zagrożenia brakiem potrzebnego do produkcji surowca, użeranie się z zakłamanymi z definicji sprytnymi właścicielami firm złomowych, których majątki wyrosły na ciężkiej pracy od podstaw, unikaniu płacenia podatków i wyłudzaniu VAT-u… To wszystko spowodowało, że szczerze pragnął prostego, domowego wypoczynku. Stojąc przy zlewie, uśmiechnął się gorzko na wspomnienie przemowy szefa, który kazał mu wyłączyć na czas urlopu komórkę. — Pana, panie Marku, nie ma — obwieścił głosem dobrotliwego mentora. — Pan odpoczywa, i mówię to w obecności dyrektora. Czy pan Marek wszystko przekazał? — spytał, wodząc wzrokiem po znużonych twarzach handlowców. Szefowi odpowiedziało gorliwe potakiwanie, ale przecież Plaut pracował w firmie na tyle długo, by zdawać sobie sprawę, że wyłączenie telefonu w przypadku problemów z zakupem złomu spowoduje najazd na jego dom. Ostatecznie to tylko cholerne trzynaście kilometrów. Zdjął z suszarki rozmontowaną aluminiową kawiarkę, nalał wody, na sitko wsypał trzy łyżeczki kawy, skręcił całość i zapalił gaz. Miał parę minut dla siebie. Wypuścił na dwór Azę i wrócił do łazienki. Goleniu towarzyszyło niepokojąco głośne szczekanie. Odłożył maszynkę na kosz z brudnymi ciuchami i wyjrzał, sądząc, że ktoś stoi przy furtce. Gdy otwierał okno, szczekanie ustało. Sprytnej suczce udało się ściągnąć wciśnięty za furtkę plik reklam i właśnie zaczynała drzeć kolorowe płachty. Wybiegł na wpół ogolony, wciąż bosy, w błękitnych spodniach od piżamy, by odebrać psu zdobycz. Razem wbiegli po schodkach do domu, gdzie Marek, czując zapach kawy, wpadł do kuchni, w której aluminiowa maszynka zdążyła kipiąc wypluć trochę ciemnego płynu na białą blachę. Wrócił do przerwanego golenia, myśląc o codziennych dostawach druków reklamowych. Z jakim mozołem, jak uparcie reklamują się wielkie sieci handlowe. „Jaka to praca! Przywożą ludziom paki kolorowych płacht, oni składają je wieczorami, a rano roznoszą, rozwożą… furtka po furtce. Psy ujadają, rzucają się na bramy, a ci cierpliwie, grosz do grosza. Starsze, sympatyczne panie pchają rowery obwieszone torbami. Grosz do grosza. Codziennie. Nie widać tego w amerykańskich filmach. Tam tylko gazeciarze, symbol młodocianej zaradności. W komediach i horrorach. Trzask banderolowanym rulonem w drzwi albo chlast na trawnik, a tu włączony zraszacz. Komedia. W horrorze… podejdź bliżej chłopcze... mam tu dolara. I zaraz zęby w ruch, kły, pazury.... A u nas na niezwykle poważnie. Dramat społeczno- obyczajowy. Jak zawsze, jak wszystko”. Wypił kawę, przeglądając wyjęte z psiego pyska reklamy. Telewizory, pralki, arbuzy, masło, farby do metalu... Widok kolorowych puszek popsuł mu na chwilę humor. Bramę wjazdową zaczął zżerać trąd rdzy i pojął, że malowanie go nie minie, skoro przed nim długi, wspaniale zapowiadający się urlop. A za oknem upał. Już ponad trzydzieści stopni. Zrolował reklamy i wrzucił do piwnicy. Rozsypały się wachlarzem na schodach. — Wachlarze, wachlarze konsumpcjonizmu. Może, kurwa, wrócić do poezji i pisać o rondlach? — zapytał sam siebie. Zszedł, zebrał kolorowe papierzyska, zgniótł i położył na stercie drewna, koło pieca centralnego ogrzewania. W piwnicy było chłodno i przyjemnie. Stojąc boso na zimnym betonie, niespodziewanie wrócił do finału porannego koszmaru. Ryczący wściekle potwór wlókł go w głąb lasu. Daremnie chwytał się kęp wyschniętej trawy, korzeni, wreszcie grud ziemi pasa przeciwpożarowego. Wiedział, że za chwilę zostanie rozszarpany i pożarty. Przed oczami miał zwisające z gałęzi ciało chłopca. Oparł się dłonią o piec i dumał, czy z tej okropności nie dałby rady wysnuć czegoś dla siebie. Wątpliwości wątpliwościami, a pisanie pisaniem. A jakże! Kolorowa, nieco zbyt krzykliwa okładka. Potwór, a właściwie potwory, bo we śnie była ich cała sfora. Zbrodnia, więcej zbrodni. Małe miasteczko. Oczywiście, to było wtórne, cholernie wtórne, ale co nie jest wtórne w dwudziestym pierwszym wieku? Z silnym postanowieniem, że na początek skleci szkielet opowiadania, a dopiero potem dokładniej przyjrzy się całości, wrócił po schodach do kuchni. Na drzwiach lodówki przypięta błękitnym magnesem w kształcie wieloryba wisiała lista zakupów, rozpoczynającą się od słów: Gdybyś mógł rano... — Oczywiście, że mogę! — odpowiedział, zwracając się z braku publiczności bezpośrednio do kartki. Z własnej inicjatywy dopisał arbuza, a po namyśle okraszonym westchnieniem jeszcze puszkę farby i butelkę rozpuszczalnika. „Aha, wpływ reklamy” — pomyślał. Ale przecież nie wybierał się po arbuza do odległego marketu. Czyżby chodziło o to, by sprzątnął z galaktycznej puli arbuzów choć jedną zieloną kulę? Tak to działało? * * * Upał. Marek szedł rozsłonecznionymi uliczkami obsiadłymi przez ciężkie bryły wybudowanych w latach siedemdziesiątych jednorodzinnych domów. Wszędzie siatki, pręty ogrodzeń. Wszędzie kwiaty, soczyste wiśnie, bluszcz i drzewa iglaste. Rabaty, starannie utrzymane warzywniki, a wszystko brzęczące owadami, pachnące. Miasteczko, zimą szare niczym gęba nieboszczyka, latem jak sam miód, jak sam tej tam zasmarkanym, wygolonym na piczkę cymes! Gdzie różnorodności, do tego hałasu! trawnikom do Może w listopadzie, gdy panoszy się pustka. Wtedy cenniejsze są proste linie, romby, zbieracze liści, usuwacze zwiędłości. Na razie świat pienił się i hałasował rozedrgany, wesoły. Na dodatek wszędzie widział zwierzęta. Psy za bramkami. Psy biegające swobodnie. Ogromny, czarny kocur, który tylko sobie wiadomym sposobem uwił tłusty tyłek na betonowym słupku ogrodzeniowym. Czujny. Uśmiechnął się do niego. Kot w odpowiedzi zmrużył oczy. Leniwy, okrągły, z tym różowawym nosem, trwający na kocim posterunku. Nad nim biały motyl kapustnik. Było za wcześnie na spacery, a spotykani po drodze ludzie przede wszystkim szli na zakupy albo już z nich wracali. Stare kobiety śmigały na obwieszonych torbami rowerach. Kiedyś spróbował, ale widocznie jego nowoczesny jednoślad nie nadawał się do wożenia zakupów. Tylko się umęczył, poobijał kolana i na dodatek o mało nie wpadł pod auto. Zbliżał się do miejskiego targowiska, gdy minęły go dwa policyjne samochody. Osobowy przejechał płynnie, ale radiowóz musiał stanąć, by przepuścić niskiego brodacza niosącego w objęciach wielką pomarańczową donicę. Przez kratę tylnego okna busa wyglądał wilczur tropiący. Łopatkę języka rozpuścił jak sygnalizacyjną chorągiewkę. * * * Marek zatrzymał się w ostrym cieniu apteki. Odstawił torbę i jednorazówkę z arbuzem, by sprawdzić w myślach, czy nic nie umknęło jego pamięci. Z zakupu farb i rozpuszczalnika ostatecznie zrezygnował pod pretekstem ryzyka, polegającego na zasmrodzeniu spożywczych wiktuałów. „Dobrym pretekstem jest każdy pretekst — docenił swą dbałość o jakość kupionych produktów. — Nie dziwota, że w krajach tropikalnych większość ludzi ma obłażące bramy — pomyślał. — No, ci awansowani na bogaczy to chyba nie. Tacy mają służącego, takiego powiedzmy Chico, który maluje i maluje, podczas gdy bogacz siedzi na werandzie i pije drinki podawane przez służącą o dźwięcznym imieniu Mercedes”. Przez chwilę zastanawiał się, czy chciałby mieć służącego i doszedł do wniosku, że tak, o ile ten byłby Niemcem. Kiedyś tu byli ważni. Bili, strzelali. W takim mikrym miasteczku. Połaszczyli się na nie! Według spisu z tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku mieszkało w Golinie dwa tysiące stu trzydziestu sześciu ludzi, w tym dziewięciuset sześćdziesięciu Żydów. Ale Niemcy się połaszczyli, a pamięć to smutek i przekleństwo. „Na szczęście amnezja triumfuje jako lekarstwo na wszystkie dolegliwości. Także moralne — dodał w myślach, a potem z pisarskiego nawyku zastanowił się nad sensem pomyślanych zdań. — Nie najlepiej — ocenił. — A do mojej teściowej to nawet strzelali z samolotu! — powiedział pisarski asystent w jego głowie. — Miała dwa lata, a ci tratatatata... Nie trafili i z tej pazerności walnęli zapalającą bombkę w obejście sąsiadów. Usmażyli świnie. Krowy leżały popękane od ognia. Gdyby trafili teściową, może daliby spokój i mogliby sobie te świnie zjeść i jeszcze popić mlekiem. Ale się połaszczyli, jak to Niemcy. Jeszcze lepiej. Ten sąsiad, którego popękane krowy leżały w zgliszczach, też był Niemcem, ale tutejszym. Podobno płakał, gdy uciekał przed Ruskimi w czterdziestym piątym, a ludzie wołaliby za nim, gdyby się wciąż nie bali, żeby zginął i przepadł”. Często zdarzało się, że snuł takie oderwane od rzeczywistości rozważania. Ni z tego, ni z owego wypełniały go obrazy i słowa, od których nie zawsze mógł się uwolnić, ale które później wracały i chyba dzięki temu przyszło mu do głowy, że wreszcie powinien zacząć pisać coś innego niż publikowaną na blogach publicystykę polityczną. W dawnych czasach, nim ludzie zaczęli się wstydzić górnolotnie brzmiących słów, takie stany nazywano. Plaut doskonale pamiętał dzień, a właściwie noc, gdy pierwszy raz zapisał treść rozmowy, którą usłyszał w głowie. Próbował zasnąć, starając się odsunąć natrętne myśli o konflikcie czekającym na niego w firmie, gdy w jego umyśle odezwała się kobieta rugająca mężczyznę, który przyszedł zabić jej ukochanego. Ona mówiła, a w jego mózgu formowała się i nabierała barw najpierw sama scena, potem pojawił się kontekst i niejako cały, skondensowany, dziwacznie zdegenerowany świat, w jakim przyszło żyć tym niespodziewanym bohaterom. Wstał i o drugiej w nocy włączył komputer. Pisał do rana, a potem w ciągu niespełna tygodnia skończył i dopracował opowiadanie, które następnie wysłał do miesięcznika „Fantastyka”. Oczywiście nikt mu nie odpowiedział, ale nim się przekonał, że czeka daremnie, zdążył napisać kolejne. — „Bywa i tak”, jak spuentowałby Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer pięć”, gdyby pisał po polsku. Wciąż widział dziewczynkę kryjącą się w objęciach krzyczącej matki i ziemię zmieszaną z kurzymi odchodami, zmierzwioną ołowianym deszczem, pryskającą na wszystkie strony. Jeszcze słyszał ryk silnika nisko lecącego myśliwca, gdy zza stoiska z sandałami wynurzył się z wielce zaaferowaną miną Dżony. Wybrał się w taki upał we flanelowej koszuli. Rękawy zawinął niczym drwal. Dżony Mamarony, jak nazywał go Plaut, był typem sportowca. Marek niemal natychmiast wystraszył się, że Dżony ma zamiar namawiać go, by zagrał w cosobotnim meczu piłkarskim. Miał dość otarć i sińców po ostatnim, a szczególnie głupiego gadania Dżonego o walce do ostatnich minut, w związku z czym, na wszelki wypadek, zrobił odpowiednio zbolałą minę. — Morderstwo — zagaił lakonicznie Dżony. Marek popatrzył wprost w siwe, głęboko osadzone oczy kolegi i nie znalazł w nich ani krzty wesołości czy charakterystycznej przekory. — Znasz Staszka Ławę? — zapytał Dżony, a widząc, że Marek kiwa głową, kontynuował nerwowym szeptem tak głośno, że mijający ich ludzie zaczęli przystawać. — Nie, on nie zginął. Tu nie chodzi o Staszka... — Ale powiedziałeś: morderstwo. — Razem z Wiktorem Uznańskim znaleźli trupa. Staszek zawiadomił policję, a Wiktor gdzieś się zmył i teraz go szukają. Rano poszedłem z psem na spacer, na łąki koło stadionu. Patrzę, a tu pędzi tych dwóch oszołomów. Wprost na mnie. Wiktor takie susy sadził... — terkotał podniecony. — Zatrzymałem ich. Po drodze na komisariat opowiedzieli: słuchaj no, Marek, to było na samym brzegu lasu, w tych brzózkach koło torów, tam, gdzie kiedyś był przejazd niestrzeżony, a teraz nie ma. Poszli, rozumiesz, do lasu, bo się po tych deszczach ponoć pojawiły kozaki, ale ledwo weszli między drzewa, znaleźli... Początkowo myśleli, że to zwierzę, ale to były szczątki człowieka. Krew, mówili, jeszcze ciekła po pniach. Ciało zmielone. Kości. No i trup nie miał głowy. Tak opowiadał Stachu. — Trup nie miał głowy — odruchowo powtórzył Marek. Koszmarny sen powrócił. Uciekał w stronę torów, gałęzie brzóz siekły go po twarzy. Za nim, tuż za jego plecami, było to. Potężny stwór, który jednym uderzeniem szponiastej łapy mógłby z łatwością oderwać mu głowę. Otaczający ich ludzie, wykorzystując zapadłe milczenie, zaczęli wypytywać Dżonego: — Kogo zabili? Kto zabił? Plaut zrobił krok w tył i o mało nie potknął się o torbę z zakupami. Ludzie napierali na Dżonego, a ten chętnie zaczął opowiadać krótką historię. Jeszcze wychylił się znad ramienia pani Basi z masarni... — Zobacz, ile psów! — zawołał do odchodzącego Marka, wskazując ręką na dwa policyjne radiowozy, cierpliwie podążające za podmiejskim autobusem. * * * Mieszanina gwaru targowiska, słów Dżonego i duszący, bezwietrzny upał sprawiły, że Marek poczuł się źle, niepewnie i niezgrabnie. Torba z zakupami boleśnie wpiła się w jego ramię, a arbuz przy każdym kroku obijał mięsień łydki. W końcu, by ukoić nerwy i zebrać siły do dalszego marszu, zatrzymał się w cieniu rosnącej koło poczty jarzębiny. Wyjął komórkę i wyszukał numer Uznańskiego. Po trzech sygnałach odebrała siostra Wiktora, Ania. Okazało się, że ten — delikwent, jak o nim zwykła mówić — wychodząc rano, zostawił telefon na stole w kuchni. Sądząc z tonu głosu, o niczym jeszcze nie wiedziała. Przez chwilę wahał się, ale w końcu uznał, że gdyby przemilczał udział jej brata w znalezieniu ciała, byłoby to nieuczciwe. Streścił jej, oczywiście bez wdawania się w drastyczne szczegóły, opowieść Dżonego i poprosił, by Wiktor, po tym, jak skontaktuje się z policją, zadzwonił i do niego. Na koniec, gdy po drugiej stronie zapadła cisza, powiedział ni w pięć, ni w dziewięć: — Ale upał. — Jest przyjemnie — odpowiedziała na to również ni w pięć, ni w dziewięć. Wraz z zakończeniem rozmowy zniknął pretekst do odpoczynku. Upał stał się naprawdę nieznośny. — Zachciało się arbuza, to muszę dźwigać łobuza — zrymował pod nosem. W tym momencie znowu zagrał telefon. Marek cofnął się w cień. Tym razem dzwonił Igła z samej stolicy. — Co tam się u ciebie dzieje, w tej Goliźnie? — Golinie — poprawił odruchowo. — Pewnie jak zawsze siedzisz przy misce i zajadasz grochówkę? — dopytywał Igła. Ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, było żartobliwe przekomarzanie się z odległym o dwieście kilometrów kumplem. — Gadaj, co się stało, bo ciężary przez pustynię dźwigam. — No co, morderstwo. Ty nie wiesz, co się u ciebie w tej Goliźnie dzieje. Żebym ja musiał z Warszawy dzwonić... Na twitterze jest nawet link do zdjęć z miejsca zbrodni. Pewnie gliniarz zdążył wrzucić na Wykop. Krwawa zbrodnia w lesie... — Igła mówił i mówił. Teraz mu się zebrało. — Aaa… przypominam przy okazji o suszonych grzybach, które pan mi obiecałeś przysłać. Oczywiście o ile schwytają potwora, który grasuje w lesie i będziesz mógł nazbierać bez ryzyka utraty głowy. A w ogóle to co słychać? — Co ma być słychać? Marek powiedział, że cierpi z powodu niesionego arbuza, na co tamten zaczął zachwalać gruzińskie arbuzy, a potem opowiadać o zaletach arbuzów w ogóle i co można z nimi zrobić. Otóż: można odkroić arbuzowi dupkę, wbić w miąższ otwartą butelkę gorzałki, w godzinkę arbuz nasiąka, i można zabrać go na wycieczkę w góry. Cały Igła! W górach Kaukazu z arbuzem pod pachą i łyżką w kieszeni. — Oddzwonię — przerwał potok słów kolegi. — Jak wrócę do domu i się trochę ogarnę... Jak obejrzę zdjęcia i coś zjem, to oddzwonię. Skończył, a tymczasem na wyświetlaczu pojawiło się jedno nieodebrane połączenie. Tym razem Monika. Oddzwonił. — Cześć kochanie, kiedy już będziesz na rynku... Już wracasz? Szkoda, bo tak sobie pomyślałam, że mógłbyś kupić arbuza. * * * Wrócił na śniadanie. Nim zasiadł do stołu, wypił trzy szklanki wody mineralnej. Potem Patryk i Adaś zjedli nowomodne płatki z mlekiem, a oni jajecznicę. Marek chętnie zamieniłby się z chłopcami, ale rzekomo jajecznica ze szczypiorem jest świetna na upał. Być może. Nie chciał w obecności chłopców opowiadać o zbrodni, ale gdy kończyli jeść, zadzwoniła ciotka Marta i po tym, co dopowiadała do słuchawki Monika, a były to między innymi zwroty: „To niemożliwe!”, „O, Boże!”, „Nie no, nie wierzę!”, „W naszym lesie?!” — domyślił się, o czym mowa. Ciotka Marta mieszkała z mężem w kamienicy przy rynku i z tego powodu oraz z racji swojej niezwykłej wprost ruchliwości była kobietą znakomicie poinformowaną. Tym razem nie tylko przekazała swej ukochanej siostrzenicy informację o zbrodni, ale także dwie najpopularniejsze wersje wydarzeń. Sama nie przychylała się do żadnej z nich, co dobrze świadczyło o jej inteligencji, ponieważ obydwie, zdaniem Marka, nie miały odrobiny sensu. Pierwsza głosiła, że to porachunki mafijne i pociętą na kawałki ofiarę wyrzucono z pędzącego pociągu. Musiał to wymyślić ktoś, kto ostatni raz jechał pociągiem wieki temu. Obecnie w pociągach trudno niezauważenie zapalić papierosa, nawet potajemnie w kiblu, a co dopiero wyrzucać zwłoki przez okno. Druga, nieco bardziej realistyczna wersja głosiła, że ofiarą jest Adam Stuchlik z Adamowa, który wpadł pod pociąg, gdy przełaził z rowerem przez tory. W kontekście faktów podanych przez Dżonego jednoznacznego opisu zamieszczonego w Internecie, to i ta hipoteza też pachniała oczywistą bujdą. i Marka szczególnie rozbawiła sugestia, że chodzi o Stuchlika. Dorobił się chłop reputacji! Był z niego wyjątkowy zgrywus, ale dlaczego miałby przełazić z rowerem przez tory, i to w miejscu oddalonym o ponad kilometr od drogi prowadzącej do jego wsi? „Doprawdy, to już przesada, żeby w każdym niecodziennym zdarzeniu dopatrywać się jego udziału” — ocenił Marek. Z tym Adamem wiązały się rozmaite historie, ale... Ostatnio w lutym, gdy pod przyjezdnym amatorem wędkarstwa załamał się lód na jeziorku. Wtedy też, nim straż wyciągnęła ciało, ludzie opowiadali, że wreszcie się Stuchlik doigrał. Co prawda niecały miesiąc wcześniej straż zdejmowała Stuchlika ze słupa wysokiego napięcia, na który wlazł, żeby wywiesić białoruską flagę i dopiero dwadzieścia metrów nad ziemią przypomniał sobie o prześladującym go lęku wysokości… Przynajmniej tak twierdził, jednocześnie odmawiając odpowiedzi na pytanie o cel wywieszenia „symbolu reżimu pana Łukaszenki” — jak to ujął przesłuchujący go policjant. Plotki rodzące się w miasteczkach wielkości Goliny miewają zadziwiające źródła. Tuż przed wakacjami przeżyli podobną historię. Patryk, wówczas świeżo upieczony trzecioklasista, wyraźnie dał do zrozumienia, że nie życzy sobie, by mama odprowadzała go do szkoły, czy co gorsze, wychodziła po niego. W sumie, choć synek miał do przejścia ponad kilometr, tylko dwukrotnie przecinał spokojne osiedlowe uliczki. Sama szkoła co prawda mieściła się przy ruchliwej szosie, ale raz — po właściwej stronie, dwa — od szosy oddzielał ją rząd bezwzględnych biało-czerwonych barierek, a trzy — przy jedynych dostępnych uczniom pasach dyżurowała smętna, ubrana w żółtą pelerynę panna. Monika była wtedy akurat w osiedlowym sklepiku, gdy wpadła do niego roztrzęsiona kobieta, nieskładnie opowiadając, że przed szkołą doszło do strasznego wypadku. Dwoje zabitych dzieci. Pogotowie, policja i ogólny szok. Monika spojrzała na zegarek i z przerażeniem skonstatowała, że to akurat pora zakończenia zajęć synka, a osiedlowa reporterka przecież widziała zwłoki w czarnych workach, rozbite szkło i krew na chodniku. Pobiegła, zostawiając zakupy w sklepie. Po drodze spotkała koleżankę, również gnającą w tym samym celu i kierunku. Dobiegły zziajane. Pusto. Ani krwi, ani policji, tylko kilkoro zdezorientowanych ludzi. Potem się wyjaśniło. W Internecie, na konińskim portalu pojawiła się informacja o dwóch dziewczynkach, które zginęły w tragicznym wypadku przed golińską szkołą. Tyle że nie chodziło o naszą Golinę. Ot, pochopna wklejka pana redaktora, ale ludzie widzieli i aż się trzęśli od tego przerażającego widoku... * * * Marek włączył komputer i przejrzał kanały informacyjne. Cisza. Necik jak zwykle wrzał i pieprzył w politycznym amoku. Zajrzał tropem wskazanym przez kumpla na twitter i znalazł link na Wykop. Dwa zdjęcia i fantazyjny opis. Makabra w stanie czystym. „Pewnie gliniarz” — zgodził się ze zdaniem Igły. Takie, prawda, nadeszły bezwzględne czasy. Zamknął oczy i jeszcze raz wrócił do porannego koszmaru. Dwieście, najwyżej dwieście pięćdziesiąt metrów w głąb lasu… policja powinna znaleźć zwłoki zaszlachtowanego chłopca, powieszone głową w dół na uginającej się pod ciężarem ciała brzózce. „Jeśli tak będzie, rozpęta się medialne piekło — przewidział. — A ja? Co wtedy ze mną, jeśli się okaże...? Jeśli mój sen sprawdzi się tak dosłownie? — zastanowił się. — Ta istota… te istoty, które mnie ścigały, które wciągnęły mnie między drzewa...”. Bardziej czuł, niż widział. Cienie, zarysy. Złapał się na sztukowaniu własnej niepamięci. Dość. Uznał, że ma dość. Odrzucił natrętną, idiotyczną myśl, że przyjdą po niego, by dokończyć dzieła. * * * Marka niezmiernie zdziwił tak błyskawiczny przyjazd ekipy telewizyjnej na miejsce zbrodni. Rozumiał, że na początku lipca nie ma zbyt wielu chwytliwych tematów, ale czy takim może być pojedyncze, choćby wyjątkowo okrutne morderstwo, na dodatek popełnione w prowincjonalnym miasteczku? Co innego byle stłuczka na Marszałkowskiej, ale tu, na prowincji? — Przechodzili akurat z bagażami — odpowiedziała na jego wątpliwości Monika, idealnie trafiając w sedno. Stał oparty o framugę drzwi i znad ramienia żony oglądał pokazywaną w telewizji informacyjnej znaną mu doskonale brzezinę. W tym roku jeszcze nie odwiedził ani razu lasu, ale nie mógł uwierzyć, jak dziadowsko na ekranie wyglądało to miłe dla niego miejsce. Może przez upał i wszechobecny pył wzbity przez koła samochodów zieleń wydawała się zmęczona i nędzna? Pas przeciwpożarowy, szary w ostrym słońcu, pełen podkreślonych przez cienie, nienaturalnie wielkich grud i kamieni. Między brzozami, ostrożnie brodząc w wysokiej trawie, pracowali policjanci z ekipy śledczej. Mierzyli, fotografowali, ktoś notował, podczas gdy na poboczu widoczna w oddali grupka ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy paliła papierosy i sądząc po gwałtownych gestach, zawzięcie dyskutowała. Za plecami prowadzącej relację paniusi z mikrofonem, w płytkim cieniu leżał znany już Markowi owczarek z wywalonym ozorem. Przed nim stała miska z wodą, przyjazny gest wobec zmęczonego zwierzęcia. Marek uśmiechnął się na widok psa. Młoda dziennikarka, gwałtownie zmieniając ton monotonnej dotychczas relacji, poinformowała o znalezieniu w głębi lasu zamordowanego dziecka. Równocześnie ta sama informacja pojawiła się na żółtym pasku u dołu ekranu. Po chwili, lekko zacinający się, ubrany po cywilnemu facet, podpisany jako rzecznik prasowy, oświadczył, że w chwili obecnej nie może potwierdzić tej informacji... W tym momencie pasek poszerzył się, krzycząc wykrzyknikiem: PILNE! W LESIE NIEDALEKO MIEJSCA PIERWSZEJ ZBRODNI ZNALEZIONO ZMASAKROWANE CIAŁO CZTERNASTOLETNIEGO CHŁOPCA. POLICJA ROZPOCZĘŁA SZEROKO ZAKROJONĄ OBŁAWĘ Z WYKORZYSTANIEM HELIKOPTERA I PSÓW TROPIĄCYCH. — Jezus Maria! — Monika podbiega do okna, by sprawdzić, co robią Patryk i Adaś. — Kąpią się w baseniku! — poinformowała Marka, wypuszczając z ulgą powietrze z płuc w odpowiedzi na niezadane pytanie męża. Objął ją ramieniem i przytulił. Przez chwilę milczeli, a jego koszmar ponownie powrócił. Znów leżał, trzęsąc się ze strachu w krzakach okalających dwa bliźniacze dęby. Oprawcy odeszli, pozostawiając wypatroszone, powieszone za stopy zwłoki. Twarz trupa zakrywały grona wnętrzności, ale nie ulegało wątpliwości, że to chłopiec, chłopiec... — Kurwa mać — wymknęło się Markowi. — Nie wyrażaj się — poskromiła go jak zawsze czujna Monika. * * * Minęło południe, gdy z powodu panującego upału uznała zakup co najmniej trzech butelek wody mineralnej za konieczny i Marek zgłosił się na ochotnika, pomyślawszy, że przy okazji kupi też kilka piw, o czym żona w ogóle by nie pomyślała. — Będziesz kupował, to weź też jedno dla mnie — powiedziała, mijając go i wchodząc do łazienki. Tym razem Aza nie prosiła, by zabrał ją ze sobą. Leżała na fotelu, udając śpiącą. Wyszedł i dopiero na ulicy poczuł, jak skutecznie przez minione trzy godziny upał rozwinął swoje talenty. W ogrodzie, w półcieniu potężnego orzecha, na zlanym wodą trawniku przy plastikowym basenie, nie dawał się tak we znaki. Na ulicy suchy i gorący, iście pustynny wiaterek tylko pogarszał sprawę. W ogródku leśniczego szumiał zraszacz, a siedzący w zasięgu delikatnej mgiełki maleńki kundel Kajtuś zerwał się i podbiegł do furtki. Marek przykucnął i podrapał niesforny łepek. Kajtuś, mieszaniec ratlerka z nie wiadomo czym, równie brzydki co sympatyczny, nie wiadomo dlaczego od około miesiąca zaczął traktować Marka niczym starego przyjaciela. Wyłupiaste ślepia patrzyły za nim z żalem, gdy ten wyprostował się i ruszył w dalszą drogę. — Zaraz wracam — rzucił w kierunku małego pieska, który zaznawszy pieszczot, kulał się w mokrej trawie. W kontraście do opustoszałej ulicy, zdziwił Marka ruch panujący na niewielkim skwerku pod sklepem. Dwa morderstwa wystarczyły, by w sennej Golinie zapanowało rozprzężenie moralno-prawne. Pomimo tego że w miasteczku było teraz więcej policji niż w czasach stanu wojennego, wbrew groźnemu, popartemu autorytetem państwa zakazowi, przed sklepem dyskutowało zawzięcie kilkunastu mężczyzn, a każdy z nich popijał przemyślenia piwem. Z daleka dostrzegł też białe, plastikowe kubeczki ustawione na krawędzi betonowej donicy z pelargoniami. „No to jeszcze lepiej! Mają chłopcy zdrowie!”. Nie zdążył wejść do sklepu, a już wiedział, że zamordowany to Janek Karaś z Kolejowej. — Taki chudy — uszczegółowił Maciek Ostatni, ale Marek nadal nie kojarzył człowieka. — Wcale nie taki chudy, wąsy nosił. Jego żona to taka grubaśnica i dlatego wszyscy: chudy i chudy. Dopiero teraz skojarzył, o kogo chodzi. Napełnił torbę napojami, dodatkowo kupił jeszcze jedno piwo, by je wypić na miejscu, i tak zaopatrzony dołączył do rozgadanego towarzystwa. Zakurzył camela. Piwo było przyjemnie chłodne, a jego tyłek znalazł oparcie w metalowej barierce na granicy cienia. Akurat znany mu z widzenia łysy dziadek dowodził, że z tego wszystkiego nic dobrego nie wyniknie. Nudnym, płaczliwym głosem zaczął się rozwodzić o niegodziwości rządzących polityków. W końcu został zagłuszony przez kolejnych komentatorów. Popijając piwo, Marek po raz kolejny przekonał się, że mężczyźni, gdy muszą mówić o konkretnej sprawie, mają tendencje do uogólniania, a jeśli wypada odezwać się w sprawach ogólnych, zaczynają drążyć zgoła nieistotne szczegóły. Teraz też, inni mówili wcale nie ciekawiej, nie bardziej dorzecznie niż łysy dziadek. Bo co ma do tej zbrodni stawka minimalna, komuna czy nawet kościół katolicki? Inaczej kobiety. Te zaraz by rozpowiadały o tym Karasiu, że wdowa po nim, znaczy Karasiowa, jak była młoda to... To i tamto. Że ich córka, na przykład, studiuje, a syn, że ladaco. Co Karaś zawsze kupował w sklepie? Jak się nosił? Czy pił? Czy cudzołożył? A jeśli tak, to z kim? A ona? A jego ojciec, a dziadek...? A zbrodnia z zazdrości? A ci już, że policja do dupy, że nikt nie dba... Wreszcie Markowski, który właśnie skończył pracę, odezwał się nieco konkretniej. Stwierdził, że nie może się nadziwić zwyczajom Wiktora, który znalazł zwłoki. — By sobie zarobił, popracował, ale on nie, wielki pan. W soboty nie robi, woli trupy znajdować — narzekał Markowski, otwierając piąte piwo, sądząc po liczbie pustych butelek, które zagarniał ubielonymi wapnem buciorami. — I przez niego zamknęli piwny ogródek — dodał ze złością. — Nie, to przez Ławę, bo grandził w sklepie — ktoś zaprotestował. — Uwaga, władza jedzie! — zawołał oparty o ramę czerwonego roweru Gruby Soból. Widząc policyjne auto, wszyscy odruchowo zasłonili butelki, ale siedzący za kierownicą Artur nawet na nich nie spojrzał. Drugi policjant, którego Marek nie rozpoznał, grzebał akurat w schowku. — Nie o nich mówię! — Sobolewski pulchną dłonią wskazał w przeciwnym kierunku. Z osiedlowej uliczki majestatycznie wytaczał się telewizyjny furgon, bezlitośnie zmierzając w kierunku sklepu. — O, cholera! Marek odstawił niedopite piwo za śmietnik i pognał do domu. Uznał, że jeśli przeprowadzą przed sklepem rozmowy z tubylcami, będzie z tego oczywisty hit internetu. Nie miał ochoty ośmieszać się w i Markowskiego. Upewnił się, że podjął właściwą decyzję, widząc zatrzymujący się na przysklepowym parkingu samochód. łysego dziadka towarzystwie Na dodatek w kierunku dyskutujących zmierzał dziarskim krokiem niedawno posądzony o bycie poszatkowanym przez pociąg pan Adam Stuchlik. Orzeł z Adamowa. * * * Marek poutykał w lodówce zakupione w sklepie napoje i dołączył do żony, oglądającej najświeższą relację z Goliny. Telewizja informacyjna, której krwawe morderstwa i zakrojona na szeroką skalę obława, jak to mówią „zrobiły dzień”, swoim zwyczajem za każdym nawrotem tematu prezentowała cały skromny na razie materiał. Kolejny raz ujrzeli brzezinę, unikającego odpowiedzi rzecznika Powiatowej Komendy Policji, paniusię z mikrofonem i psa z powiewającym jęzorem. Po zbliżeniu na psi pysk, na ekranie ukazało się osiedle, najpierw filmowane z okna jadącego samochodu, a potem ujrzeli grupkę ludzi stojącą pod sklepem. Podobnie jak w przypadku relacji z lasu, osiedle wydawało się brzydsze niż w rzeczywistości. Ludzie też jacyś tacy... Nie żeby szczególnie brzydcy czy łachudrowaci, ale nagle wyrwani z doskonale i nieciekawie. Zauważył, że w przyswajalnej codzienności, wyglądali obco czarodziejski sposób zniknęły butelki z piwem i tylko jeden biały plastikowy kubeczek, świadek pospiesznie opróżnionej flaszki, powoli sunął popychany wiatrem po nierównym betonie. Naprawdę dobrze zrobił, wziąwszy nogi za pas. Nie wyglądałby lepiej w krótkich popielatych portkach i spranej koszulce z wizerunkiem Eryka Claptona. Do obrazu nie pasował Stuchlik. Wysoki, szczupły, schludny i dopięty, ale w całej postaci widziało się naturalną nonszalancję i pełną zawadiackiego humoru gotowość, by właśnie tu i teraz błysnąć wśród najprzeciętniejszych z przeciętnych. Gładził się po hiszpańskiej bródce i Marek od razu zauważył, jak czułą miłością obdarza go kamera, jak nadskakuje mu, wbrew intencjom kamerzysty wciąż wyłuskując Stuchlika z kilkunastoosobowego tłumku. Na razie czekał na swoją kolej, podczas gdy podekscytowana panna z mikrofonem zainteresowała się wyjątkowo aktywnym łysym dziadkiem, w którym Monika rozpoznała starego Przybyłę i skomentowała niezbyt przychylnie, dziwiąc się, jak w ogóle można o coś pytać tego, jak się wyraziła, starego idiotę. Dziadek uzmysłowił widzom, że dobrze nie będzie, iż panuje nieporządek i każdy pcha się po trupach do władzy. Dziadek wzdychał i machał zrezygnowany ręką. Pokazanie tak dziwnej wypowiedzi świadczyło o nadawaniu programu na żywo. Kaśka ze sklepu uśmiechała się do kamery, ale powiedziała, że jest przerażona i że takie rzeczy nie powinny się dziać w Golinie. Z kolei pani o nieco osowiałym wyglądzie oświadczyła, że ludzie są zaniepokojeni, że wszyscy o tym mówią i w ogóle... Pracę policji oceniła bardzo wysoko. Wreszcie w oku kamery pojawił się Stuchlik. — Sądzę... — zaczął, po czym zawiesił głos i dla zwiększenia efektu zamiast po bródce, pogładził się tym razem po łysinie. — Sądzę, że wszyscy powinniśmy się bać. Albowiem dziś w nocy objawił mi się Anioł i rzekł: „Oto Szatan rzucił zatrute ziarno w żyzną glebę ziemi...”. — Proszę go nie słuchać! On pijany jest! — odezwała się osowiała nieznajoma, potwierdzając ogólnie znany fakt, że zawsze znajdzie się osioł czy oślica, które kosztem bliźniego chce podlizać się władzy, choćby była nią tylko telewizja. — ...tej ziemi. — skończył Stuchlik, niezrażony chamską uwagą, po czym wzniósł ku niebu prawicę w iście kaznodziejskim uniesieniu. — I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych. Marek zauważył, że dziennikarka się waha, czy w tym momencie nie przerwać rozmowy, ale pokusa wysłuchania łysego proroka przeważyła. — I rzekł Anioł, zwracając się do mnie: „Wstań, zacny wieśniaku, i wyjdź przed swą chatę!”. Otaczający Stuchlika ludzie zaśmiali się z aprobatą. — I wyszedłem posłusznie na podwórze, a wyszedłszy, ujrzałem w szarości poranka światło. Słup błękitnego światła nad lasem. Odziałem się pospiesznie w swe najlepsze szaty i wyprowadziłem z szopy wierny rower, albowiem chciałem pojechać tam, dokąd wzywał mnie znak. Niestety, w tylnym kole nie miałem powietrza, a pompka przepadła! — Proszę go nie kamerować, przecież on to wszystko zmyśla! Anioł mu się ukazał...! Akurat! Taki wstyd! — nie dawała za wygraną kobieta o osowiałym wyglądzie. — Jak państwo słyszeli przed chwilą, emocje wśród mieszkańców miasteczka są bardzo, bardzo... — dukała speszona dziennikarka, niepotrzebnie martwiąc się wpuszczeniem przed kamerę łysego proroka. Martwiła się zgoła niepotrzebnie, ponieważ realizator dołączył do czołówki kolejnych relacji fragment występu Stuchlika, gdy ten ze wzniesioną ku niebu dłonią woła w uniesieniu: — I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Prawo do powrotu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: