Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00456 006706 13590281 na godz. na dobę w sumie
Przed Świtem - ebook/pdf
Przed Świtem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-1701-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Phoebe myśli, że jej uczucia do Corteza już dawno wygasły. Kiedyś przypadkiem dowiedziała się, że zamierza on poślubić inną kobietę. Ich drogi się rozeszły. Po ukończeniu studiów antropologicznych Phoebe zaczęła pracę w muzeum w Karolinie Północnej. Tam skontaktował się z nią architekt zatrudniony w firmie, która planowała postawić hotel nieopodal rezerwatu. W trakcie wstępnych prac ziemnych architekt odkrył na terenie działki budowlanej zabytkową wioskę, a w niej ludzkie szczątki. Właściciel firmy zakazał mu powiadamiać władze o odkryciu. Architekt zwrócił się o pomoc do Phoebe. Zanim zdążyła coś zdziałać, naukowca znaleziono martwego w pobliskiej jaskini. FBI przysłała Corteza, aby przeprowadził dochodzenie. Po latach znów stają twarzą w twarz. Okazuje się, że uczucie, które ich niegdyś łączyło, wciąż żyje. Zaangażowani w rozwiązanie zagadki morderstwa, uwikłani w świat oszustw i spisków, poznają miłość, o jakiej nawet nie śnili...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytu³y 2006 roku: Alex Kava – Elizabeth Flock – Z³o konieczne Emma i ja W sprzeda¿y od 24 marca Erica Spindler – Sharon Sala – Zagubieni Morderca bierze wszystko W sprzeda¿y od 21 kwietnia M.J. Rose – Shannon Drake – Kl¹twa Schemat zbrodni W sprzeda¿y od 5 maja Heather Graham – Erica Spindler – Zatoka Huraganów Zakazany owoc W sprzeda¿y od 19 maja Diana Palmer – Heather Graham – Przed œwitem Œmieræ na parkiecie W sprzeda¿y od 16 czerwca Informacje o serii New York Times Bestselling Authors oraz www.miraksiazki.pl sklep internetowy na stronie: Prze³o¿y³a: Prze³o¿y³a: Prze³o¿y³a: Weronika ¯ó³towska Tytuł oryginału: Before Sunrise Pierwsze wydanie: HQN, 2005 Redaktor prowadzący: Mira Weber Opracowanie redakcyjne: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska, Graz˙yna Ordęga  2005 by Diana Palmer  for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2006 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXT, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 83-238-1717-4 ISBN 978-83-238-1701-7 ROZDZIAŁ PIERWSZY Knoxville, stan Tennessee, maj 1994 Cortez jak zawsze wyróz˙niał się z tłumu. Był wyz˙szy od większości gapiów zgromadzonych wokół podium. Doskonale się prezentował w drogim, nienagannie skrojonym garniturze z kamizelką. Na śniadej, pociągłej twarzy miał kilka małych szram; oczy duz˙e, ciemne, w kształcie migdałów, ocienione krótkimi rzę- sami. Usta szerokie, ale wargi raczej wąskie, podbródek dumnie wysunięty do przodu. Gęste, kruczoczarne włosy sięgające niemal do pasa starannie zaczesał do tyłu i związał w kucyk. W ceremonii uczestniczyło kilku męz˙czyzn z długimi włosami, głównie białych. Cortez był Komanczem, więc nosił taką fryzurę nie dla kaprysu, lecz z szacunku dla tradycji, co spra- wiało, z˙e otaczała go aura pierwotnej, niemal groźnej zmysłowości. 5 Lekko łysiejący rudzielec z kucykiem i ma- sywnymi okularami na nosie triumfalnym ges- tem uniósł kciuk. Cortez wzruszył ramionami i skupił się na obserwowaniu ceremonii wręcza- nia dyplomów. Nie miał ochoty tu przyjez˙dz˙ać, więc dlaczego miałby zachowywać się przyjaź- nie? Wolałby teraz siedzieć w Waszyngtonie i odrabiać zaległości w pracy. Miał huk roboty w związku z kilkoma federalnymi procesami, w których uczestniczył jako oskarz˙yciel. Rektor uniwersytetu wyczytywał nazwiska absolwentów w kolejności alfabetycznej. Gdy doszedł do K, jako druga została wymieniona Phoebe Margaret Keller. Był piękny wiosenny dzień, więc uroczystość wręczenia dyplomów absolwentom Uniwersy- tetu Stanowego w Tennessee odbywała się na świez˙ym powietrzu. Phoebe wyróz˙niały z grona kolegów długie jasne włosy o platynowym od- cieniu, odcinające się od ciemnej togi. Przyjęła dyplom od dziekana, który uścisnął jej dłoń. Zeszła z podium i przełoz˙yła frędzel wysokiej czapki z szerokim płaskim daszkiem na drugą stronę. Cortez widział z daleka jej promienny uśmiech. Poznał Phoebe rok wcześniej, prowadząc śledz- two w sprawie naruszenia ustawy o ochronie środowiska. Była wtedy na czwartym roku ant- ropologii. Trop prowadził do Charlestonu w Ka- rolinie Południowej. Dzięki pomocy Phoebe 6 odnalazł miejsce, gdzie składowano toksyczne odpady. Wpadła mu w oko, choć ubierała się jak chłopak. Niestety mieli wtedy mnóstwo roboty, więc zabrakło czasu na amory. Obiecał jej, z˙e przyjedzie na uroczystość rozdania dyplomów i dotrzymał słowa. Co prawda skończyła studia, lecz dzieliła ich spora róz˙nica wieku. Miał trzydzieści sześć lat, Phoebe dwadzieścia trzy. Znał doskonale jej ciotkę Derrie, z którą współ- pracował kiedyś przy śledztwie w sprawie nie- bezpiecznego skaz˙enia środowiska. Phoebe by- ła córką niez˙yjącego brata Derrie. Cortez przy- jechał zatem na uroczystość jako przyjaciel rodziny. Rektor nadal wyczytywał nazwiska i kolejni absolwenci odbierali swoje dyplomy. Wkrótce na podium stanął ostatni student. Zabrzmiały radosne okrzyki i posypały się gratulacje. Cortez nie zwracał uwagi na rozradowany tłum. Trzymał się z boku i obserwował. Phoebe tez˙ nie garnęła się do wesołego towarzystwa. Podobnie jak Cortez, lubiła chodzić własnymi drogami. Jeśli zacznie szukać ciotki Derrie, prawdopodobnie zamiast torować sobie drogę przez tłum, okrąz˙y wiwatującą gromadę. Spo- jrzał w stronę alejki prowadzącej wzdłuz˙ budyn- ków od podium ku uczelnianemu parkingowi. Wkrótce zobaczył Phoebe. Szła w jego stronę, omijając rzędy krzeseł. Przydepnęła brzeg za długiej togi, potknęła się i omal nie upadła. 7 Mamrotała, pomstując na krawca, który nie potrafił wziąć miary jak nalez˙y. – Nadal mówisz do siebie? – zapytał Cortez, opierając się o ścianę, z rękoma załoz˙onymi na piersi. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Ogar- nięta szaloną radością rozpromieniła się natych- miast, a Cortezowi z wraz˙enia zaparło dech. Niebieskie oczy lśniły jak gwiazdy. Wstrzymała oddech, a po chwili z jej ust wyrwał się radosny krzyk. – Cortez! Po jej minie poznał, z˙e wystarczyłaby niewiel- ka zachęta, by podbiegła i rzuciła mu się w ra- miona, totez˙ stanął na wysokości zadania. Od- sunął się od ściany i szeroko rozłoz˙ył ręce. Bez wahania podbiegła i wtuliła się w niego. Natychmiast zamknął ją w objęciach. – Przyjechałeś – szepnęła radośnie, z głową przytuloną do jego ramienia. – Przeciez˙ obiecałem – przypomniał. Roze- śmiał się ubawiony jej podekscytowaniem. Do- tknął podbródka Phoebe, delikatnie uniósł jej głowę i zajrzał w niebieskie oczy. – Po czterech latach cięz˙kiej pracy dotarłaś do celu. – Dobrze powiedziane. Skończyłam studia – odparła wesoło. – I masz na to papiery – przytaknął z˙artob- liwie. Popatrzył na róz˙owe usta i spowaz˙niał. 8 Najchętniej pochyliłby się nieco i skradł jej całusa, lecz było kilka powodów, dla których nie powinien tego robić. Walcząc z sobą, machi- nalnie przytulił ją mocniej. – Połamiesz mi kości – poskarz˙yła się cicho i zrobiła krok do tyłu. – Wybacz. – Z przepraszającym uśmiechem odsunął się od niej. – Podczas treningów w Quan- tico dawali nam niezły wycisk. Czasami nie uświadamiam sobie własnej siły – odparł prze- praszającym tonem, robiąc aluzję do lat spędzo- nych w FBI. – Nie dostanę całusa? – przymilała się jak mała dziewczynka. Ubawiony zmruz˙ył oczy. – Skończyłaś antropologię. Ty mi powiedz, czemu to niemoz˙liwe. – Plemiona indiańskie – zaczęła śmiało – a dotyczy to zwłaszcza męz˙czyzn, nie akcep- tują publicznego okazywania uczuć. Gdybyś mnie teraz pocałował, byłaby to dla ciebie kompromitacja porównywalna z publicznym striptizem. Popatrzył na nią z rozrzewnieniem. – Znakomita odpowiedź. Twoi nauczyciele odwalili kawał dobrej roboty. – Fakt. Jestem świetna. I co z tego? W Charle- stonie nie ma dla mnie odpowiedniej pracy. Skończę jako nauczycielka... – Alez˙ skąd – zaprzeczył stanowczo. – Przy- 9 jechałem między innymi po to, z˙eby zapropono- wać ci pracę. Spojrzała na niego roziskrzonymi oczyma. – Naprawdę? – W Waszyngtonie – dodał. – Jesteś zainte- resowana? – No pewnie. – Kątem oka dostrzegła znajo- mą postać. – O! Ciocia Derrie! – zawołała. – Ciociu! Jestem magistrem! Oto dowód! – Po- machała upragnionym trofeum i podbiegła, z˙e- by uścisnąć ciotkę, która przyjechała w towa- rzystwie senatora Claytona Seymoura. Senator Seymour przez wiele lat był szefem Derrie, a niedawno zaręczył się z nią. – Cieszymy się razem z tobą – zapewniła serdecznie ciotka. – Cześć, Cortez! Znasz Clay- tona, prawda? – Tylko z widzenia – odparł Cortez i podał rękę senatorowi, który uśmiechnął się przyjaźnie. – Wiele o panu słyszałem od Kane’a Lom- barda, mojego szwagra. Chciał tu dziś przyje- chać z moją siostrą Nikki, ale ich bliźniaki złapały jakąś infekcję. Kane nie zapomniał, ile panu zawdzięcza. Zawsze płaci swoje długi. – Zrobiłem, co do mnie nalez˙ało. To moja praca. – Co z Haralsonem? – spytała zaciekawiona Derrie, nawiązując do wielkiej wpadki noto- rycznego przestępcy, który nielegalnie składo- wał toksyczne substancje. Po tamtej aferze Clay- 10 ton Seymour omal nie stracił senatorskiego fotela, a Kane Lombard swojej firmy. – Dostał dwadzieścia lat. – Cortez wcisnął ręce w kieszenie i uśmiechnął się krzywo. – Są sprawy, do których szczególnie się przykładam. Taki wyrok daje prokuratorowi wyjątkową sa- tysfakcję. – Pracujesz w prokuraturze? – zapytała Der- rie. – Gdy widzieliśmy się rok temu w Charles- tonie, wspomniałeś, z˙e jesteś z CIA. – Pracowałem w CIA. Byłem tez˙ w FBI – odparł. – Od kilku lat jestem prokuratorem federalnym. – Jak doszło do tego, z˙e tak szybko i skutecz- nie rozprawiłeś się z oszustami nielegalnie skła- dującymi toksyczne odpady? – Miałem fart, to wszystko – odparł gładko. – To oznacza, z˙e nic więcej na ten temat nie powie – mruknęła ironicznie Phoebe. – Daj spokój, ciociu. Clayton zerknął na nią z jawnym zaintereso- waniem, wiec wyjaśniła pospiesznie: – Cortez i ja przyjaźnimy się od pewnego czasu. Ma nosa. Dzięki jego śledczym talentom uratował pan swój fotel. – Słuszna uwaga – przyznał Clayton i trochę się rozluźnił. – Niewiele brakowało, bym wszyst- ko spaprał. – Popatrzył serdecznie i czule na Derrie, która się rozpromieniła. Po chwili zapy- tał: – Kiedy pan wyjez˙dz˙a? Gdyby zechciał pan 11 zostać nieco dłuz˙ej, chętnie zaprosilibyśmy pa- na na kolację. Phoebe idzie z nami do re- stauracji, z˙eby świętować otrzymanie dyplomu. – Bardzo z˙ałuję, ale czas mnie goni – odparł powściągliwie. – Dziś wieczorem muszę być w Waszyngtonie. – Rozumiem. A więc tam się zobaczymy – odparła Derrie, mocno zdziwiona, z˙e Cortez i jej bratanica wydają się sobą bardzo zaintere- sowani. – Muszę porozmawiać z Phoebe na osobno- ści – powiedział, zwracając się do niej i do Claytona. – Porywam ją na godzinkę. – Proszę bardzo – zgodziła się Derrie. – Wrócimy do hotelu, wypijemy kawę, zjemy po ciastku i odpoczniemy do szóstej, a potem zabierzemy cię na kolację, zgoda, Phoebe? – Dzięki – odparła. – Aha, weź moją togę i czapkę! – Zdjęła pospiesznie galowy strój i oddała ciotce. – Chwileczkę, o ile mnie pamięć nie myli, najlepsi absolwenci zostali zaproszeni na uro- czysty obiad u dziekana. – Nikt nie zauwaz˙y, z˙e się urwałam – odparła bez namysłu Phoebe, pomachała jej i ruszyła za Cortezem. – No proszę, na dodatek jesteś prymuską – mruknął, idąc w stronę parkingu, gdzie zapar- kował wynajęty samochód. – Prawdę powie- dziawszy, wcale mnie to nie dziwi. 12 – Antropologia to moja pasja – odparła szcze- rze i zatrzymała się, widząc kolez˙ankę z roku. Pogratulowały sobie nawzajem. Phoebe była tak szczęśliwa, z˙e niemal unosiła się w powietrzu. – Gratuluję pomysłu – mruknął chłopak ko- lez˙anki, nim rozeszli się w przeciwne strony. Zerknął na Corteza. – Zabrałaś na rozdanie dyplomów z˙ywy materiał źródłowy. – Bill! – skarciła aroganta jego oburzona dziewczyna. Dostał kuksańca. Phoebe omal nie zachichotała. Cortez za- chował kamienną twarz, ale nie wybuchnął gniewem. Spiorunował ją tylko wzrokiem. – Przepraszam – mruknęła. – Zwariowany dzień. Wszystkim odbija. Cortez wzruszył ramionami. – Nie musisz się usprawiedliwiać. Pamię- tam, jak czułem się po obronie pracy i otrzyma- niu dyplomu. – Skończyłeś prawo, tak? Potwierdził skinieniem głowy. – Twoja rodzina przyjechała na uroczystość rozdania dyplomów? – wypytywała zacieka- wiona. Milczał, ale nie przejęła się drobnym afrontem, który prawdopodobnie miał jej dać do myślenia. – Znowu coś palnęłam. Teraz jestem dla ciebie jak zadz˙umiona – odparła rezolutnie. – A juz˙ myślałam, z˙e mi się poprawiło! Niespodziewanie parsknął śmiechem. 13 – Bywasz niepoprawna. Dobrze pamiętam, z˙e nie dało się ciebie okiełznać. – A ja nie mogę się nadziwić, z˙e w ogóle mnie zapamiętałeś – odparła. – Nie do wiary, chciało ci się sprawdzić, kiedy i gdzie odbędzie się uroczystość, z˙eby tu przyjechać. Nie mog- łam wysłać zaproszenia – dodała trochę zmie- szana – bo nie miałam twojego adresu. Nie oczekiwałam, z˙e przyjedziesz. Na palcach jed- nej ręki moz˙na policzyć godziny, które spędzili- śmy razem w ubiegłym roku. – Owszem, ale okazały się pamiętne, choć nie przepadam za kobietami – odparł, gdy stanę- li przy wynajętym samochodzie, nierzucającym się w oczy, stosunkowo nowym, amerykańskiej produkcji. Cortez odwrócił się, obrzucił ją po- waz˙nym spojrzeniem i rzeczowo: – Szczerze mówiąc, nie lubię takich spędów, bo wszyscy się na mnie gapią. dodał – W takim razie co tu robisz? – Pytająco uniosła brwi. – Jestem, bo cię polubiłem. – Wcisnął ręce w kieszenie i zmruz˙ył ciemne oczy. – A wolał- bym nie. – Serdeczne dzięki! – odparła zirytowana. – Moim zdaniem w związkach najwaz˙niej- sza jest szczerość i uczciwość. – Przyglądał jej się uwaz˙nie. – Coś nas łączy? – spytała z miną niewiniąt- ka. – Nie zauwaz˙yłam. 14 – Gdyby rzeczywiście coś nas łączyło, nie miałabyś z˙adnych wątpliwości. – Skrzywił się lekko i dodał przyciszonym głosem: – Jestem, bo obiecałem ci, z˙e przyjadę. Co do oferty pracy, mówiłem powaz˙nie – dodał. – Propozy- cja jest aktualna, choć raczej nietypowa. – Chcesz powiedzieć, z˙e nie chodzi o po- rządkowanie zakurzonych muzealnych zbio- rów? Cóz˙ za rozczarowanie! Cortez roześmiał się na całe gardło, otwo- rzył drzwi auta od strony pasaz˙era i z jawną pobłaz˙liwością zechce wsiąść. az˙ Phoebe czekał, – Komediantka! – Działam ci na nerwy, co? – zapytała, sado- wiąc się na fotelu. – Większość ludzi ma dość rozumu, z˙eby nie wspominać zbyt często o moich korzeniach. – Dlaczego? – spytała. – Jesteś szczęścia- rzem, bo z˙yjesz w czasach, gdy indiańskie dziedzictwo zostało wreszcie docenione, a ste- reotypy legły w gruzach. – Ha! – Dobrze, juz˙ dobrze. Sytuacja wcale nie wygląda tak róz˙owo, ale przyznaj, z˙e społe- czeństwo jest teraz mądrzejsze niz˙ dziewięć- dziesiąt lat temu. Cortez uruchomił silnik i włączył się do ruchu. Prowadził pewnie, jechał szybko. Wszelkie jego działania cechowała oszczędność wydatkowanej 15 energii. Sięgnął ręką do kieszeni i skrzywił się zabawnie. – Czego szukasz? – zapytała. – Papierosów – odparł ponuro. – Zapom- niałem, z˙e znowu rzucam palenie. – Twoje płuca i mózg docenią ogrom wy- rzeczeń. – Moje płuca nie mają tu nic do gadania. – A ja jestem w bardzo dobrej komitywie z moimi – odparła rezolutnie. – Nieustannie słyszę: tylko nie pal, tylko nie pal... – Gadasz jak najęta – powiedział z uśmie- chem. – Kto by pomyślał, z˙e wyrośniesz na taką paplę! – Nie wyczułeś sprawy, bo od ślęczenia z nosem w prawniczych kodeksach całkiem straciłeś zdolność empatii. Jak moz˙na czytać takie nudne, bezduszne tomiska? – Prawo nie jest nudne – odparł. – Zalez˙y dla kogo. – Nagle spowaz˙niała. – Wspomniałeś o posadzie dla mnie. Co to za praca? Mam nadzieję, z˙e nie wymaga prawni- czego przygotowania. Chodziłam na zajęcia z nauk społecznych i historii, ale trwały zaled- wie jeden semestr, więc... – Nie potrzebuję prawnika – wtrącił. – A kogo? – Nie będziesz pracowała ze mną – tłuma- czył. – Mam znajomych w fundacji walczącej o pełną autonomię dla plemion indiańskich. 16 Zatrudniają swoich adwokatów. Pomyślałem, z˙e przyda im się takz˙e antropolog, wykorzys- tałem więc swoje kontakty, z˙eby umówić cię na rozmowę. Zamilkła na kilka chwil, spoglądając na niego z niedowierzaniem. – Mam wraz˙enie, z˙e o czymś zapomniałeś. Specjalizuję się w antropologii, a to oznacza, z˙e badam głównie kości i znaleziska archeo- logiczne. – Bardzo dobrze, ale nie licz na to, z˙e bę- dziesz dla nich prowadzić wykopaliska. – Ob- rzucił ją badawczym spojrzeniem. – Co miałabym robić? – Popatrzyła w okno. – To posada biurowa – przyznał – lecz zapo- wiada się ciekawie. – Doceniam, z˙e o mnie pomyślałeś – za- częła, uwaz˙nie dobierając słowa – ale nie zamie- rzam rezygnować z pracy w terenie. Dlatego wolałabym zostać na uczelni albo zatrudnić się w jednym z rządowych instytutów i nadal uczest- niczyć w wykopaliskach. Cortez długo nie odpowiadał. – Chyba wiesz, co Indianie myślą o archeo- logach. Nie przepadamy za obcymi, którzy rozkopują cmentarze i wyciągają z ziemi na- szych krewnych, choćby to byli przodkowie sprzed wieków. – Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę. Nie mam sklerozy i właśnie odebrałam dyplom 17 – przypomniała ironicznie. – Archeologia nie polega wyłącznie na rozkopywaniu starych cmentarzysk! Zatrzymał się, widząc czerwone światło, i po- patrzył na nią z dezaprobatą. – Moje obiekcje, jak widzę, nie zniechęcą cię do pracy w terenie. A przeciez˙ zakłócasz wieczny spoczynek naszych przodków. – Nigdy nie bezczeszczę grobów! – Wes- tchnęła zirytowana. – Na miłość boską... Przerwał jej, unosząc dłoń. – Nie warto się kłócić, Phoebe. Mamy w tej kwestii odmienne zdania. Nie przekonasz mnie, a ja nie przekonam ciebie. Szkoda, z˙e moja propozycja nie przypadła ci do gustu. Byłabyś dla nich prawdziwym skarbem. – Dzięki, z˙e mnie poleciłeś, ale praca przy biurku to nie dla mnie. – Odpręz˙yła się nieco. – Poza tym za parę miesięcy, gdy nieco ode- tchnę po czteroletniej harówce, prawdopodob- nie zacznę studia podyplomowe. – Pamiętam, jak skarz˙yłaś się, z˙e tyrasz ni- czym niewolnica. – Dlaczego poleciłeś mnie znajomym? Na pewno jest mnóstwo chętnych, i to o wiele wyz˙szych kwalifikacjach. Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Tak, jakby ukrywał coś na dnie serca. – Moz˙e czuję się samotny? – odparł krótko. – Niewielu ludzi zachowuje się w mojej obecno- 18 ści zupełnie swobodnie. Większość trzyma się na dystans. – To cię martwi? Przeciez˙ nie lubisz zbytniej bliskości – odparła. Z ciekawością obserwowała jego surowy pro- fil. Na śniadej twarzy dostrzegła nowe bruzdy, których nie było w ubiegłym roku. – Coś cię trapi – powiedziała niespodziewa- nie. – Martwisz się, prawda? – Słucham? – rzucił szorstko. Nie zwróciła uwagi na opryskliwą wynios- łość i mówiła dalej, zastanawiając się na głos. – Nie chodzi o pracę. To sprawa osobista... – Dość – przerwał stanowczo. – Jesteśmy tutaj, z˙eby pogadać o posadzie dla ciebie, a nie o moim prywatnym z˙yciu. – Rozumiem... Tajemnica. Bardzo ciekawe. – Przyglądała mu się z uwagą. – Nie chodzi przypadkiem o kobietę? – Mam tylko ciebie. – A to dobre! – Niespodziewanie wybuch- nęła śmiechem. – Mówię powaz˙nie. Nie romansuję i z nikim się nie umawiam. – Zerknął na nią, a potem skręcił w najbliz˙szą przecznicę. – Dla ciebie robię wyjątek, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Męz˙czyzna powinien dbać o reputację. – Zapamiętam sobie twoje słowa. – Uśmiech- nęła się szeroko. Wjechał na parking znanego hotelu, w którym 19 znajdowała się restauracja słynąca z dobrej kuchni. – Mam nadzieję, z˙e zgłodniałaś. Nie jadłem śniadania. – Ja tez˙. Nerwy – wyjaśniła. Zaprowadził ją do sali, w której było niewielu gości. Usiedli przy oknie. Gdy przejrzeli menu i złoz˙yli zamówienie, Cortez usiadł wygodnie i ponad blatem stolika przyglądał się Phoebe z jawną ciekawością. – Tusz mi się rozmazał? – spytała po minu- cie, choć nie była umalowana. Roześmiał się cicho. – Nie. Uświadomiłem sobie, jaka ty jesteś młodziutka. – W dzisiejszych czasach nikt nie jest na nic za młody – sprzeciwiła się. Pochylona do przo- du oparła łokcie o blat stolika, a podbródek na dłoniach, i obserwowała go przez chwilę. – Nie duś tego w sobie – zachęcała kpiąco. – Wiem, z˙e po raz pierwszy w z˙yciu trafiłeś na osobę, przy której czujesz się nieswojo. – To ma być twój największy atut? – spytał zdziwiony. – No pewnie! Ale mniejsza z tym. Mówmy o tobie. Jesteś skryty i zamknięty w sobie. Tłumisz uczucia i nie chcesz się do nich przy- znać, bo uwaz˙asz je za przejaw słabości. Praw- dopodobnie kiedy byłeś młodszy, zostałeś głę- boko zraniony. 20 – Przestań się mądrzyć – ostrzegł łagodnie, lecz stanowczo. – Im więcej czasu będziemy spędzać we dwoje, tym bardziej będę się mądrzyła – usły- szał w odpowiedzi. Z powagą analizował jej słowa. Na pewno nie zadowoliłaby się przelotną znajomością. Nazy- wała rzeczy po imieniu i zmierzała prostą drogą do celu. Cortez czuł i myślał podobnie, ale cechowała go nieufność, bo raz się sparzył, kiedy dziewczyna poderwała go wyłącznie z ciekawości. – Byłem dla jednej takiej interesującym oka- zem w kolekcji – mruknął. – Rozumiesz? Spochmurniał, a oczy mu pociemniały. Wol- no pokiwała głową. – Dorodny i przystojny tubylec został na- tychmiast zaprezentowany wszystkim jej zna- jomym, prawda? Zacisnął zęby, a oczy zabłysły mu gniewnie. – Tak podejrzewałam – dodała półgłosem, obserwując grę uczuć na jego twarzy. To był rzadki i nadzwyczaj ciekawy widok. – Zalez˙ało jej na tobie choć trochę? – Szczerze wątpię. – Zapewne bez skrupułów dała ci to do zrozumienia, i to przy świadkach. Kiwnął głową. – Bardzo mi przykro – szepnęła. – Z˙ ycie bywa okrutne. 21 – I tobie dało nauczkę? – zapytał prosto z mostu. – Owszem, ale nie taką – przyznała, bawiąc się widelcem. – Wobec męz˙czyzn jestem nie- śmiała. Koledzy ze studiów traktowali mnie jak kumpla albo przyszywaną siostrę. Wykopaliska nie sprzyjają romantycznym porywom. – Moim zdaniem w zabłoconych butach i zbyt obszernej kurtce musisz wyglądać bardzo apetycznie. – Nie zaczynaj! – Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie. Ciemne oczy prześlizgnęły się po luźnej su- kience z koronkowym kołnierzykiem pod szyją i długimi, szerokimi rękawami ujętymi w wąski mankiet. Marszczona spódnica sięgała niemal do kostek. Wystawały spod niej skromne czółenka w stylu retro. Jasne włosy o platynowym odcieniu zaplecione były w warkocz. Phoebe prawie się nie malowała. U nasady nosa miała kilka piegów. – Wiem, z˙e nie jestem ładna – wymamrotała, zbita z tropu jego uwaz˙nym spojrzeniem. – Mam chłopięcą figurę. – Nadal jesteś na tyle naiwna, by sądzić, z˙e wygląd jest najwaz˙niejszy? – Wystarczy przeciętna inteligencja, by za- uwaz˙yć, z˙e spośród dziewczyn z roku najwięk- sze wzięcie mają ślicznotki. – Na początku. – Zapewniam cię, z˙e mało jest chłopaków 22 gotowych przez cały wieczór słuchać o pas- jonujących znaleziskach, takich jak skorupy misy zdobione ornamentem roślinnym albo cy- buch kamiennej fajki. – Stanowisko w dorzeczu Missisipi – wtrą- cił. Dyskutowali o tym przed rokiem. – Zapamiętałeś! – ucieszyła się. – Tez˙ miałem zajęcia z antropologii kulturo- wej – odparł, z uśmiechem patrząc na jej rozpro- mienioną twarz. Po chwili dodał z naciskiem: – Ale nie zajmowałem się znaleziskami kostny- mi. Z˙ adnych szkieletów. Sama widzisz, z˙e w dziedzinie antropologii nie jestem ekspertem, ale sporo się nauczyłem, więc moz˙emy pogadać. – Nie wspomniałeś o tym w Charlestonie – odparła. – Po co miałem opowiadać takie rzeczy, skoro nie sądziłem, z˙e znowu się spotkamy? Nie zamierzał przyjez˙dz˙ać na dzisiejszą uro- czystość. Teraz wahał się, czy cieszyć się, czy z˙ałować, z˙e zmienił zdanie. Ciemne oczy spot- kały się z błękitnymi. – Z˙ ycie jest pełne nie- spodzianek. Popatrzyła na niego i zrobiło jej się ciepło na sercu. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby uświa- domiła sobie, z˙e z nikim dotąd nie czuła się równie mocno związana. Kelnerka przyniosła sałatki, a potem steki z warzywami. Jedli w milczeniu. Wrócili do rozmowy dopiero przy szarlotce i kawie. 23 – Jeśli chodzi o uczucia, nie masz z˙adnych obaw ani lęków, prawda? – zapytał, kończąc drugą filiz˙ankę kawy. – Emocjonalne katastrofy jak dotąd cię omijały. – Przepraszam bardzo! – obruszyła się z˙ar- tobliwie. – Na pierwszym roku podkochiwałam się w jednym przystojniaku, ale on wolał ślicz- nego chłopaka z kulturoznawstwa. Cortez parsknął śmiechem. – Biedna Phoebe. – Ciągle mam takie problemy – wyznała. – Nie jestem szczególnie atrakcyjna. Najchęt- niej biegam w dz˙insach i bawełnianej bluzie, a moje ulubione zajęcie to wykopaliska. – I bardzo dobrze. Powinnaś robić to, co lubisz. Kobieta moz˙e teraz być, kim zechce. Nie potrzebuje stroić się w koronki i epatować bezradnością. – Twoim zdaniem dawniej to było koniecz- ne? – spytała zaciekawiona. – Z moich lektur wynika, z˙e sprawy miały się inaczej. Na przy- kład Elz˙bieta I albo Izabela Kastylijska. W szes- nastym wieku z˙yły po swojemu i rządziły ów- czesnymi mocarstwami. – Ale to wyjątki – przypomniał. – Z dru- giej strony w niektórych plemionach indiańs- kich kobiety miały często własny majątek i zasiadały w radzie starszych, współdecydu- jąc o pokoju i wojnie. U nas był zawsze matriarchat. 24 – Wiem. Skończyłam antropologię. – Tak. Coś mi się obiło o uszy. Roześmiała się cicho. Palcami wodziła po deseniach filiz˙anki. – Będziemy się spotykać, jeśli uda mi się przenieść do Waszyngtonu i zaczepić w tamtej- szym instytucie antropologii? – Raczej tak – odparł. – Przy tobie potrafię się wyluzować, choć nie wiem, czy to mi słuz˙y. – Dlaczego jesteś spięty? Banda zagranicz- nych szpiegów depcze ci po piętach? Chcą cię ukatrupić? – Nie sądzę – odparł z uśmiechem i rozparł się na krześle. – Choć dawniej miałem do czynienia z wywiadem. – Byłam tego pewna. – Spojrzała mu w oczy. – Z˙ ycie w Waszyngtonie jest drogie? – Nie za bardzo, o ile się oszczędza. Pomogę ci wynająć mieszkanie. Z˙ eby było taniej, po- winnaś pomyśleć o współlokatorach. – Jesteś zainteresowany? – spytała ze wzro- kiem utkwionym w filiz˙ance. – Nie – odparł po chwili wahania. – Z˙ artowałam – mruknęła z uśmiechem. Gdy ujął jej dłoń, poczuła miły dreszcz. – Nie spieszmy się – oznajmił stanowczo. – Przekonasz się wkrótce, z˙e niczego nie robię pochopnie. Nim zacznę działać, muszę wszyst- ko przemyśleć. – To chwalebna cecha, zwłaszcza u agenta 25 FBI, którego przestępca trzyma na muszce – za- uwaz˙yła, kiwając głową. Puścił jej dłoń i zachichotał. – Oj Phoebe, Phoebe! Jak coś palniesz... – Przepraszam, tak mi się wyrwało. Juz˙ nie będę gadać bzdur. Obiecuję. – Nigdy nie zapomnę pierwszych słów, które od ciebie usłyszałem – powiedział, kręcąc gło- wą. – Zapytałaś, jaki kształt mają moje siekacze. – Przestań! – jęknęła. Chwycił ją za długi warkocz i lekko pociągnął. – Nie lubię, kiedy zaplatasz włosy. Tak miło ich dotykać, gdy są rozpuszczone. – Wiem, co czujesz – odparła, spoglądając znacząco na jego kucyk. – Musimy kiedyś oboje rozpuścić włosy i sprawdzić, kto ma dłuz˙sze – mruknął z szero- kim uśmiechem. – Twoje są o wiele gęstsze niz˙ moje – zauwa- z˙yła, wyobraz˙ając go sobie z włosami opadają- cymi na plecy. Gdy rok temu pracowali razem w strefie skaz˙enia, były rozpuszczone. Pamięta- ła, z˙e stali na brzegu rzeki, całując się zachłan- nie, jakby zamierzali trwać tak do końca świata. Gdyby im nie przerwano, kto wie, do czego by doszło. Zarumieniła się, wspominając tamte chwile. Głaskała wtedy ciemne, jedwabiste wło- sy, a Cortez przylgnął do niej całym ciałem... – Przestań – mruknął ostrzegawczo, zerkając na złoty zegarek. – Muszę zdąz˙yć na samolot. 26 Odchrząknęła i wróciła do rzeczywistości, starając się ukryć zmieszanie i rozczarowanie. Udawał, z˙e niczego nie widzi. Po obiedzie odwiózł ją do hotelu, gdzie za- trzymała się wraz z Claytonem i Derrie. Zapar- kował pod rozłoz˙ystym klonem daleko od drzwi i odwrócił się do niej. Gdy siedzieli, róz˙nica wzrostu jeszcze bardziej rzucała się w oczy. Phoebe ledwie sięgała głową do podbródka Corteza. Nie miał pojęcia, czemu tak go to podnieca. – Mam osobny pokój – wymamrotała, nie podnosząc wzroku. – Clayton i Derrie jeszcze nie wrócili. – Nie wejdę – odparł zdecydowanie. – Czas mnie goni. – Chciałabym, z˙ebyś został i poszedł z nami na kolację. – Mam rozgrzebaną sprawę, która jest dość pilna. Jednodniowa zwłoka to wszystko, na co mogłem sobie pozwolić. – Prawdę mówiąc, nic o tobie nie wiem – oznajmiła niespodziewanie. – Przedstawiłeś mi się jako agent FBI. Derrie słyszała, z˙e pracu- jesz dla CIA, a teraz okazało się, z˙e jesteś prokuratorem. Tajemniczy z ciebie facet. – Owszem, ale nie łgarz – odparował natych- miast. – Opowiedziałbym ci o sobie to i owo, gdybyśmy mieli więcej czasu, ale poznaliśmy się w takich okolicznościach, z˙e nadmierna 27 szczerość nie była wskazana. Dzisiaj zjawiłem się tu wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jestem dla ciebie za stary, zbyt doświadczony. Ty entuz- jazmujesz się namiętnym pocałunkiem, a mnie od dawna nie bawią takie wiktoriańskie zaloty. Zarumieniła się, ale śmiało spojrzała mu w oczy. – Inaczej mówiąc, gdybyśmy przed rokiem mieli więcej czasu, przespałbyś się ze mną, tak? Spojrzenie czarnych oczu prześlizgnęło się po jej twarzy. – Owszem, mam na to wielką ochotę, dlate- go zamiast iść z tobą na górę, pojadę na lotnisko i odlecę do Waszyngtonu. Nie była pewna, co o tym myśleć. Spojrzała mu prosto w oczy. – Moz˙e jednak zapytasz – zaproponowała. – O co? – Czy chciałabym się z tobą przespać – wyja- śniła szczerze. – Odpowiedź mogłaby wprawić mnie w za- kłopotanie. Przyjrzała się jego pociągłej twarzy i ostrym rysom. – Masz kogoś? – Jestem tradycjonalistą – oznajmił i pogłas- kał ją po policzku. – I nie lubię kłamać. Było w moim z˙yciu kilka kobiet. Raczej niewiele, ale kaz˙da coś dla mnie znaczyła. Większość nadal ze mną rozmawia, i to całkiem przyjaźnie. 28 Westchnęła cięz˙ko i próbowała się uśmiech- nąć, chociaz˙ oczy miała smutne. – Wolałabym, z˙ebyś został dłuz˙ej – wyznała szczerze – ale nie będę próbowała wzbudzić w tobie poczucia winy. Dzięki, z˙e przyjechałeś na rozdanie dyplomów. To bardzo miły gest. – Jesteś dziewczyną z zasadami – powie- dział. – Zdajesz sobie sprawę, z˙e trudno pogo- dzić nasze style z˙ycia. To dwie odmienne kul- tury, Phoebe. Za bardzo się róz˙nimy. Skoń- czyłaś antropologię, totez˙ nie muszę ci tłuma- czyć, o co mi chodzi. – Na miłość boską! Przestań dramatyzować! Przeciez˙ ci się nie oświadczam! – wybuchnęła. – I bardzo dobrze – mruknął. – Wziąłem ślub ze swoją pracą. Ale gdybyś potrzebowała ko- chanka, daj mi znać. – Serdeczne dzięki. – Spiorunowała go wzrokiem. – Ja tylko głośno myślę – odparł z roztarg- nieniem. – Tak czy inaczej moz˙esz mnie uwaz˙ać za dobrego przyjaciela, o ile kogoś takiego ci potrzeba. Waszyngton to wielkie miasto z mnó- stwem atrakcji. W razie jakichkolwiek prob- lemów przybędę na pomoc. Przyglądała się jego zdecydowanym rysom znamionującym dojrzałość i z˙yciowe doświad- czenie. Im dłuz˙ej na niego patrzyła, tym bar- dziej jej się podobał. Z całego serca pragnęła zatrzymać go przy sobie na całe z˙ycie. Ledwie 29 ich znajomość odz˙yła, znalazła się ponownie w impasie. Nie widzieli się prawie rok, a juz˙ musieli się rozstać. Dzielił ich nie tylko styl z˙ycia, korzenie i dziedzictwo kulturowe, lecz takz˙e plany i zamierzenia. Spora róz˙nica wieku dodatkowo komplikowała sprawę. Jednak Cor- tez był taki męski. Z tajemniczym uśmiechem wodziła zaborczym spojrzeniem po jego śniadej twarzy. – Poz˙ałujesz, jeśli nadal będziesz patrzeć na mnie w ten sposób – ostrzegł z˙artobliwie, pod- nosząc gęste brwi. – Obiecanki cacanki. – Wzruszyła ramio- nami. – Jeśli coś ci obiecam, na pewno dotrzymam słowa. Gratuluję ukończenia studiów. Jestem z ciebie dumny. – Raz jeszcze serdecznie dziękuję, z˙e chciało ci się lecieć tak daleko i zobaczyć, jak odbieram dyplom. To wiele dla mnie znaczy. – Z wes- tchnieniem zajrzała mu w oczy. – Nienawidzę takich imprez. Chwycił długi warkocz i łagodnie pociągnął, az˙ jej głowa opadła na zagłówek. Pochylił się nad nią i szepnął z ustami tuz˙ przy jej wargach: – Tutaj jest pusto. Nie ma gapiów. Skradł jej całusa. Nim ochłonęła, wypros- tował się i puścił warkocz. Natychmiast skarcił się w duchu za ten przejaw słabości. Nie zamie- rzał jej całować. Ta cała wyprawa równiez˙ była 30 sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, ale nie po- trafił oprzeć się pokusie. Phoebe wpatrywała się w niego jak łakoma kotka w miseczkę tłustej śmietanki. – Co jest? – rzucił zaczepnie. – Jakiś prob- lem? Coś ci się nie podoba? – Tak. To juz˙ wszystko? – spytała rezolutnie. – Nie stać cię na więcej? – Proszę? – zdziwił się. Westchnęła i pogłaskała go po policzku. – Chcąc, nie chcąc, porównuję to anemiczne cmoknięcie z namiętnym pocałunkiem, którym swego czasu obdarzyłeś mnie nad rzeką – od- parła śmiało. Popatrzył na nią z wyz˙szością. – To było przed rokiem. Teraz sytuacja się skomplikowała. – Tak? – mruknęła, zachęcając go w ten sposób do zwierzeń. Zastanawiał się przez chwilę, wodząc palcem po jej uchu. – Mam brata – powiedział. – Na imię mu Izaak. Jest ode mnie młodszy o czternaście lat. Mniej więcej w twoim wieku. Rodzicom i mnie udało się przepchnąć go przez szkołę średnią, ale od matury raz po raz wchodzi w konflikt z prawem. Teraz ma problem z dziewczyną. Nasza matka choruje na serce, ojciec i ja boimy się, z˙e kłopoty odbiją się niekorzystnie na jej zdrowiu. 31 Phoebe współczuła mu, a zarazem pochlebia- ło jej, z˙e opowiedział jej o swoich kłopotach. – Z˙ ałuję, z˙e nie mam rodzeństwa, choć praw- dopodobnie czasami mocno daje się we znaki – wyznała. – Twój ojciec nie z˙yje, prawda? – Uśmiech- nął się przyjaźnie. – A co z matką? – Zmarła na raka, kiedy miałam osiem lat – wyjaśniła spokojnie. – Ojciec powtórnie się oz˙enił. Sześć lat temu zginął w Libanie podczas ataku na koszary piechoty morskiej. Macocha znalazła sobie nowego męz˙a. Nie widziałam jej od lat. Mam tylko dziadków i ciocię Derrie. Cortez spochmurniał. Zwierzała się nie po to, z˙eby wzbudzić w nim litość. Wcale nie był sentymentalny, ale zrobiło mu się smutno, bo bardzo sobie cenił więzy rodzinne. Dla najbliz˙- szych gotów był na wszystko. – O kurczę! Co ja gadam? Nie o to mi chodziło – zreflektowała się, kpiąc z samej siebie. Wybuchnęła śmiechem i popatrzyła na Corteza, unosząc brwi. – Zechcesz wejść na górę i bez z˙adnych zabezpieczeń szaleńczo kochać się ze mną na dywanie? Popatrzył na nią z jawnym rozbawieniem. A to dopiero mała szelmutka! – Wiesz co? Jedna kolez˙anka mówiła, z˙e moz˙na się zabezpieczyć, uz˙ywając... Gestem nakazał jej, by natychmiast zamilkła. – Dość! – rzucił stanowczo, z trudem tłumiąc 32 śmiech. – Z˙ adnych niemoralnych propozycji. Ja pasuję. Phoebe westchnęła z rezygnacją. – A co ze mną? – zapytała ze wzrokiem utkwionym w desce rozdzielczej. – Naraz˙asz mnie na śmieszność. Jak mam wypełnić kwes- tionariusz, gdy będę starać się o pracę? – Słucham? – Pochylił się w jej stronę. – Formularz zawiera rubrykę ,,płeć’’. Będę musiała napisać, z˙e jestem bezpłciowa, ponie- waz˙ jedyny facet, na którego mam ochotę, odmówił współpracy, bo nie uznał mnie za prawdziwą kobietę. Cortez parsknął śmiechem i pokręcił głową. – Zabieraj się stąd! Ale juz˙! – Sięgnął do klamki u drzwi od strony pasaz˙erki. Znaleźli się nagle twarzą w twarz, bo wbrew jego oczekiwaniom Phoebe się nie odsunęła. Ich usta dzielił zaledwie cal. Z tej odległości wi- działa wyraźnie czarne obwódki wokół ciemno- brunatnych źrenic Corteza i czuła jego oddech pachnący miętą. Odruchowo rozchyliła usta. Palcami zimnymi jak lód dotknęła jego szyi. – W ostatnim semestrze miałam trzy randki, za kaz˙dym razem z innym chłopakiem – szep- nęła. – Musiałam zaciskać zęby, z˙eby wytrwać, kiedy całowali mnie na dobranoc. – Do czego zmierzasz? – Przy innych facetach nic nie czuję. – Spo- jrzała na niego wymownie. 33 – Kochanie, jesteś bardzo młoda – powie- dział cicho i łagodnie. Opuszkami palców mus- nął jej wargi. Nie zdawał sobie sprawy, z˙e wymknęło mu się czułe słówko. Jego twarz przybrała wyraz powagi. – Na pewno poznasz kogoś... – Juz˙ poznałam, ale znów mnie opuszcza – wymamrotała. – Mam pilną robotę – przypomniał i delikat- ją w usta. – Czeka na mnie nie pocałował mnóstwo spraw. To nie jest wymówka. – Idę o zakład, z˙e obywasz się bez urlopu – szepnęła z ustami przy jego wargach. Pocało- wała go, jakby chciała odwlec moment rozstania. – Raczej tak. – Zębami przygryzł dolną war- gę Phoebe i przesunął po niej językiem. Serce zaczęło mu nagle kołatać. Zareagował na jej bliskość z intensywnością, do której nie był przyzwyczajony. Machinalnie objął dłonią smukły kark i wsunął palce w jasne włosy. Uniósł jej twarz i zajrzał w niebieskie oczy. – To nie jest dobry pomysł – mruknął, doty- kając wargami rozchylonych ust Phoebe. Namiętny pocałunek wprawił ją w stan eufo- rii. Objęła go za szyję, zapominając o przechod- niach, którzy lada chwila mogli się pojawić na parkingu. Na szczęście Cortez postawił auto w zacisznym kącie, gdzie mało kto zaglądał. Zresztą nawet gdyby ktoś ich zobaczył, wcale by się tym nie przejęła. Pragnęła go az˙ do bólu. 34 Jęknął, wsuwając język między jej zęby. Dłońmi przesunął po bokach i dotknął piersi, ostroz˙nie poznając ich kształt. Kciukami delikat- nie pieścił twarde sutki. Phoebe zadrz˙ała. Uniósł głowę i spojrzał prosto w zamglone, błyszczące oczy. Poz˙ądał jej, nie umiał tego ukryć. Zacisnął palce i zobaczył, jak pod wpły- wem rozkoszy rozszerzają się jej źrenice. – Gdybyś była starsza... – zaczął urywanym głosem. – Skoro mnie pragniesz, niewaz˙ne, ile mam lat – szepnęła, obejmując go mocniej. – Dopóki nie pójdziesz ze mną do łóz˙ka, będziesz roz- draz˙niony jak marcowy kocur, mój Jeremiaszu – powiedziała drz˙ącym głosem, po raz pierwszy tego dnia nazywając go po imieniu. – A po naszej pierwszej nocy na pewno się ode mnie uzalez˙nisz. – I nawzajem – odparł szorstko, zirytowany jej spostrzegawczością. Kiedy uz˙yła jego imie- nia, poraziło go wraz˙enie niezwykłej bliskości. Tak samo czuł się, trzymając Phoebe w ob- jęciach. – Wiem – odparła zdyszana. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała zachłannie. Przez cały rok marzyła o tej chwili. Ucieszyła się, gdy odwzajemnił pocałunek, nie bacząc na wcześ- niejsze skrupuły. Opamiętał się pierwszy. Phoebe ani myślała 35 przestać. Chwycił za ramiona, które zarzuciła mu na szyję, i opuścił je stanowczym gestem. Gdy popatrzył jej w oczy, wydawał się opano- wany i niedostępny. – Chwilowo mam więcej osobistych prob- lemów, niz˙ jestem w stanie udźwignąć – tłuma- czył powoli i dobitnie. – Nie mogę teraz za- jmować się tobą. – Ale chcesz – odparła śmiało. – Owszem – przytaknął z błyskiem w oczach i dodał po chwili: – Nawet bardzo. Zmieniła się na twarzy, słysząc to wyznanie. Uśmiechnęła się, lekko oszołomiona. – Najpierw muszę uporać się z biez˙ącymi sprawami – tłumaczył dalej. Odetchnął głębo- ko, z˙eby się uspokoić, i z nieukrywaną tęsknotą popatrzył na jej usta. Delikatnie obrysował ich kształt. – Mam nadzieję, z˙e do Boz˙ego Narodzenia wszystko się ułoz˙y. Spędzisz święta u Derrie w Charlestonie? – Tak – odparła rozpromieniona, bo dał jej do zrozumienia, z˙e nie z˙egnają się na zawsze. – A co do posady, przemyśl moją propozy- cję. Dasz mi adres? Niezdarnie pogrzebała w torebce, szukając notesu i ołówka. Nagryzmoliła pospiesznie wa- szyngtoński adres ciotki Derrie i ten drugi, w Charlestonie. – Na razie zatrzymam się u cioci. Potrzebuję 36 trochę czasu, z˙eby podjąć decyzję, co mam dalej robić. – Instytucja, której cię poleciłem, bardzo dobrze płaci – odparł z uśmiechem. – A poza tym często byśmy się widywali, bo spędzam tam wiele czasu jako wolontariusz. – To jest przekonujący argument. – Tez˙ tak sądzę. – Zaśmiał się, popatrzył jej w oczy i dodał z wahaniem: – Uchodzę za mruka. Łatwo zraz˙am do siebie ludzi. Trwa- łe związki niezbyt mi się udają, przelotne niewiele lepiej, a ty nie zadowolisz się byle czym, prawda? – Ty równiez˙ – odparła krótko. – Chyba tak. – Skrzywił się. – Nie naciskam. O nic cię nie proszę – za- strzegła cicho. – Wiem. – Opuszkami palców musnął jej policzek. – Od pierwszego wejrzenia zdawało mi się, z˙e znamy się całe wieki. Trudno to pojąć. – Czasami lepiej nie próbować – odparł. – Naprawdę powinienem uciekać. – Pochylił się i pocałował ją delikatnie. Rozbrojona zapierającą dech w piersiach czułością wtuliła się w niego, westchnęła cicho, objęła go za szyję i przyciągnęła jeszcze bliz˙ej. Z jękiem przylgnął do niej, całym cięz˙arem przygniatając ją do fotela. Im dłuz˙ej się cało- wali, tym bardziej była rozpalona. Odnosiła 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przed Świtem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: