Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00096 007363 13282307 na godz. na dobę w sumie
Przetrwałam - ebook/pdf
Przetrwałam - ebook/pdf
Autor: , , Liczba stron: 476
Wydawca: Dom Spotkań z Historią Język publikacji: polski
ISBN: 9788362020843 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> pamiętniki
Porównaj ceny (książka, ebook (-40%), audiobook).
Przetrwałam to piętnaście intymnych historii z Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i Ośrodka KARTA największego w Polsce zbioru biograficznych relacji świadków historii XX wieku. Bohaterki książki opowiadają o tym, jak przetrwały niemieckie obozy koncentracyjne, pracę przymusową, sowieckie łagry, zesłania oraz więzienia w stalinowskiej Polsce, jak przeżyły uwięzienie, jak je zapamiętały i jak poradziły sobie z traumą. To przede wszystkim opowieści o wchodzeniu w dorosłość i stawaniu się kobietą w nieludzkich, tragicznych warunkach wszechobecnej przemocy. To uniwersalne historie o tym, jak okrutnie i trwale wielka historia potrafi zaburzyć indywidualne losy, powodując traumę całych rodzin i pokoleń. Książka ilustrowana jest nieprezentowanymi dotąd szerokiej publiczności fotografiami przedstawiającymi więźniarki obozów koncentracyjnych i łagrów. Publikacji towarzyszy płyta, która umożliwia kontakt z materiałem źródłowym.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Więźniarki uwolnione z Ravensbrück czekają na transport do Szwecji na stacji w Padborgu. Kwiecień 1945. Fot. zbiory United States Holocaust Memorial Museum (USHMM) PAMIĘĆ opowiadana Sylwia Chutnik Przestań, wszyscy to przeżyliśmy. Zawsze myślałam, że pamięć i historia są jak dwie siostry: jedna tka opowieści, druga umiejscawia je w konkretnych rejonach. Obie grają do jednej bramki: chcą ujarzmić i opisać przeszłość. Obie walczą z zapomnieniem i amnezją. Tymczasem historia okazuje się nazbyt często wyniosłą damą, która rości sobie prawo do bycia uniwersalnym autorytetem. Z nią się w ogóle trudno dyskutuje. Opiera się na faktach, tekstach źródłowych i wielkich księgach, a z nimi nie da się polemizować. Wobec zbiorowych narracji trudno również stawiać indywidualne głosy. Brzmią one cicho, nie zawsze są dostrojone do ogólnego. Dlatego też szczególnie ważne jest wysłuchiwanie i zbieranie opowieści tych, którzy przedstawiają historyczne wydarzenia ze swojej, prywatnej perspektywy. „Pamięć jest fenomenem wiecznie aktualnym, więzami łączącymi nas z wieczną teraźniejszością” – pisał historyk Pierre Nora. O jej fenomenie myślę zawsze wtedy, kiedy czytam wspomnienia dotyczące czasów sprzed kilku dekad. Szczegółowość przywoływanych obrazów, emocji, zdarzeń nie tylko pozwala przenieść się odbiorcy w czas opisywany, ale mrozi swoją jaskrawością. Intensywne doznania wyostrzyły zmysły, sprawiły, że wewnętrzna nagrywarka była włączona nieustannie i rejestrowała każdy szczegół. Te historie są straszne, tych historii zapomnieć nie można. Chociaż niektóre bohaterki niniejszej książki starały się „odwołać historię”: przyjąć strategię życia tutaj i teraz. Bez zbędnego dla nich grzebania się w ranach. Nie chciały nikomu opowiadać o przeszłości, wspominać jej, jeździć w miejsca zbrodni i w ogóle przyznawać się do tego, co tam przeżyły. A wszystkie przeżyły piekło: obozów koncentracyjnych, prac przymusowych, łagrów i więzień stalinowskich. To jak panorama koszmaru. Część z nich została wywieziona do Niemiec, do Ravensbrück, obozu koncentracyjnego dla kobiet. Pracowały w fabrykach, zajmując się szyciem, tkaniem czy wyplataniem. W pobliżu obozu firma Siemens Halske zbudowała wiele hal, gdzie więźniarki przymusowo produkowały części do pocisków. Zresztą Siemens opracował także projekty krematoriów w Auschwitz-Birkenau i zamontował w nich urządzenia gazowe. To jedna z tych firm, które dorobiły się na wojnie. Część kobiet stała się w Ravensbrück przedmiotem eksperymentów. Wołali na nie „króliki”. Poddawane były niekończącym się operacjom, krojono i wycinano im ciało, mięśnie, kości. Zszywano i rozpruwano na nowo. Jakby się te kobiety miały nigdy nie zagoić. Większość z nich skutki eksperymentów odczuwała również po wojnie. Część dziwi się, że „to się tak ładnie zagoiło”. Czy zagoiła się ich pamięć? Niektóre próbowały żyć tak, żeby nie pamiętać. Były przecież młodymi dziewczynami, które po wyswobodzeniu z obozu wróciły do kraju, do rodzin. Chciały żyć tak, jak powinny od kilku lat: chodzić na zabawy, zakochiwać się. Albo zwyczajniej: jeść i spać, kiedy czuły taką potrzebę. Tylko że jedna poszła na dansing i szybko chciała z niego wrócić: „Chociaż tańczyłyśmy, to cały czas byłyśmy w Ravensbrück” – mówiła. Druga zwierzała się: „Dzisiaj, kiedy na ulicy słyszę, jak ktoś za mną idzie, to muszę się zatrzymać, zobaczyć kto, i przepuszczam...”. Kolejna nie mogła spać, a jak już zapadła w sen, to budziła się z „wielkim lękiem”. Zanim uświadomiła sobie, że to nieprawda, że wszystko jest dobrze – zawsze mijało sporo czasu. Sporo czasu, żeby znowu poczuć się wolnym człowiekiem. Bezpiecznym. U siebie. Ale inna przyznaje za to, że: „Jak byłam młodziutka, po wojnie, to byłam bardzo zajęta życiem”. Miała iść na własną egzekucję, wszy i pluskwy zjadały jej ciało. A potem wszystko się skończyło i ona chciała być kimś zupełnie innym. Pierwsza z bohaterek została aresztowana w 1939 roku, ostatnia z nich w 1954 – prawie dwie dekady, a tak niewiele się zmieniło. Noblistka Swietłana Aleksijewicz napisała książkę Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Jedna z jej bohaterek konstatuje: „Stamtąd, nawet jeśli się wraca żywą, to dusza będzie chora”. Wydaje się, jakby nie było wyjścia z tej wojny, ona wrzyna się i wrasta w każdą część jestestwa, nie pozwala się z siebie wyswobodzić. Nawet my, po latach czytający wspomnienia z tamtych granicznych doświadczeń, czujemy się obklejeni wojną. Nie możemy oddychać. Jesteśmy każdą z tych kobiet po kolei i razem z nimi walczymy, aby przetrwać. To nie jest uzurpowanie sobie prawa do cudzych doświadczeń, to raczej empatia, która każe nam współodczuwać ból innej osoby. Tylko że nic nie da się już zrobić. Historia jest na tyle perfidna, że nie można jej zmienić. Bohaterki próbowały szukać ukrytego sensu w tym, co się stało. Nawet jeśli nie udało się zapomnieć, to można było wszystko relatywizować: „Bo ja wiele rzeczy zrozumiałam inaczej poprzez to cierpienie. Przestałam myśleć tylko o sobie, myślę o rzeczach innych, ogólnych i ja sobie potrafię teraz wiele wytłumaczyć. A gdybym tego nie przeżyła, może bym tak nie rozumowała. Takie ciężkie doświadczenia są czasem człowiekowi potrzebne”. Wojenne i obozowe doświadczenie jako lekcja pokory, to pewne. Ale też jako moment oderwania się od siebie: tożsamość została tak bardzo zdeptana, że trudno stawiać ją w centrum. Tożsamość została tak zmieniona, że trudno ją teraz sobie przypomnieć. Skoro kolejna bohaterka wspomina: „Nie wiem, jak człowiek czuje się przed śmiercią. Ja byłam jak kamień”, to myślę sobie, że taki stupor może trwać nadal i że trudno się z niego wybudzić. Bo i po co? W nowym świecie nie ma miejsca na emocje, na ludzkie reakcje. Nikt nie zwróci na nie uwagi i nikt ich nie doceni. „Ja sobie powiedziałam, że nie będę płakać – przyrzeka jeszcze inna kobieta – ścisnęło mnie mocno w sercu, ale łzy nie uroniłam. To niedobre, lekarz powiedział mi, że powinnam krzyczeć, ale przecież wariatki nie będę z siebie robić. Teraz już nie robi to na mnie takiego wrażenia. Przeżywam, ale nie tak mocno”. Powinnam krzyczeć, ale nie zrobię z siebie pośmiewiska. Zresztą, przy kim tu krzyczeć: przy innych, którzy doświadczali podobnych spraw? „Przestań, wszyscy to przeżyliśmy” – powiedziała kobiecie lekarka i przepisała jej walerianę. Nie róbmy scen, przecież całe nasze pokolenie jest pokiereszowane wojną. A w takim zbiorowym doświadczeniu, w takiej zbiorowej pamięci nie słychać pojedynczych głosów. Owszem, wszyscy wspominają lub w jakiś sposób odnoszą się do tego, co się stało, ale mówią chórem. Trzeba mocno nadstawić uszu, aby wychwycić pojedyncze doświadczenia. Niektóre z nich od początku były przeżywane z pozycji zdziwienia. Jaka wojna, to już koniec. Raz, dwa, trzy odwołujemy wojnę i wszystko to, co ze sobą przyniosła. Człowiekowi się trudno przestawić, tak nagle znów wejść na utarte ścieżki poprzedniego życia. Tego sprzed obozu, sprzed głodu i umierania. Bo czemu? Czemu ja? Jedna z bohaterek była pewna, że jej nie zaaresztują, bo przecież „Niemcy nie mogą mieć do mnie żadnej urazy, bo jestem sprawiedliwa”. Kiedy wywożą ją z Pomorza, próbuje przemówić im do rozsądku: „Proszę panów, to jest nielegalne, ja protestuję. Będziecie mieli z tego wielką nieprzyjemność”. O tak, cała ta wojna była nielegalna i przecież żadna z nich, młodych dziewcząt, nie naraziła się bezpośrednio Niemcom. To czego oni od niej chcieli? We wspomnieniach jawią się jako opętani kaci, którzy nawet nie patrzą na swoje ofiary. W końcu „były takie momenty, że człowiek był zdolny do wszystkiego”. W zawirowaniach militarnych trudno było mówić o ludzkim zachowaniu. Wszystko musiało mieć nowe definicje. Jedna z kobiet po wyzwoleniu musiała szczypać się w rękę, bo nie wierzyła, że przecież: „Śmierć tam była pozbawiona godności i to mnie najbardziej bolało [...] Taki miałam żal, że mi zabrali... że mi zabrali wiarę w człowieka”. I ona nie wracała, chociaż teoretycznie powinna włączyć się niczym tryb w maszynie. Wajcha w lewo: bitwa o przetrwanie, wajcha w prawo: humanizm i koniec wojny, tak po prostu. Tylko że tu w ogóle nie znajdujemy żadnych prostych historii i rozwiązań. Tu wszystko wygląda jak obrazek dziecka, które złapało flamaster i teraz bazgrze nim po pustej kartce. Bazgrołów nie rozplączesz, nikt nie znalazł na to żadnego sposobu. Przecież: „Teraz nie widać tamtej grozy”. Jej już nie ma oficjalnie, bo wojna była kilka dekad temu i okryła się przeszłością po czubek głowy. A mimo to groza łypie na nas okiem i ściska mocno za gardło. Kiedy czytamy wspomnienia tych, których miało wśród nas już nie być. Dla których przygotowano zupełnie inny scenariusz. A mimo wszystko go zmieniły. Przetrwały: sprytem, szczęściem, losem, wiarą. Doczekały nowych dni. Zdobyły się również na odwagę mówienia, wspominania. Po co to zrobiły? Aby pamięć z historią znowu mogły podać sobie ręce. Aby znów mogły iść jedną ścieżką, przy której będziemy stać i przyglądać się przywoływanym obrazom, modląc się jednocześnie, aby już nigdy nie powróciły. „No, przeżyłam, byłam. Po prostu. Czasami wydaje mi się, że ja to widziałam gdzieś na filmie, czy może jakiś sen miałam albo gdzieś czytałam o tym. Ale nie, to jest prawda”. Więźniarki z Ravensbrück przywiezione transportem Czerwonego Krzyża. Kreuzlingen, 1945. Fot. zbiory Yad Vashem, 2500/19 WPROWADZENIE Maria Buko Katarzyna Madoń-Mitzner Magda Szymańska Przedstawiamy piętnaście kobiecych opowieści z Archiwum Historii Mówionej. Łączy je jedno – bohaterki mówią po latach o trudnych i bolesnych doświadczeniach, które zaważyły na ich życiu, o przejściu przez niemieckie obozy koncentracyjne, sowieckie łagry, więzienia w stalinowskiej Polsce, o pracy przymusowej, zesłaniu, przesiedleniach. Pracując od wielu lat z tym ogromnym zbiorem, przy wyborze relacji do druku brałyśmy pod uwagę przede wszystkim różnorodność doświadczeń, narracji, osobowości, szukałyśmy także możliwie pełnych opowieści biograficznych. Nie miałyśmy żadnej z góry założonej tezy. Chciałyśmy oddać głos kobietom, które przeżyły te graniczne sytuacje, pokazać, co i jak pamiętają, w jaki sposób opowiadają. Jak udało im się przetrwać i z jaką traumą musiały się zmagać przez resztę życia. Poprzednia książka ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej, Ocaleni z Mauthausen (oprac. Katarzyna Madoń-Mitzner, wyd. DSH, Karta, Warszawa 2011), to montaż wielu uporządkowanych tematycznie fragmentów z ponad stu relacji byłych więźniów obozów nazistowskich systemu Mauthausen-Gusen. O swoich przeżyciach opowiadają w niej przede wszystkim mężczyźni (nieliczne więźniarki trafiły do Mauthausen na bardzo krótko, w latach 1944–1945). Tym razem postanowiłyśmy odwołać się do pamięci kobiet, pełnej szczegółów i emocji, i opracować do druku całe ich relacje, dzięki czemu publikacja ma bardziej panoramiczny charakter. W ostatnim czasie ukazało się niemało wspomnień polskich kobiet, które przeżyły II wojnę światową na zesłaniu na Syberii, w łagrach czy w niemieckich obozach, działały w ruchu oporu, walczyły w Powstaniu Warszawskim, w powojennym podziemiu. Wydaje się jednak, że nikt dotąd nie zestawił ze sobą tak różnych kobiecych historii, które jednocześnie tyle łączy. nagrana jako wywiady autobiograficzno-narracyjne. Oznacza to, że nasze bohaterki miały możliwość samodzielnego skonstruowania historii swojego życia. To ich opowieść i ich perspektywa były dla nas najważniejsze. W pierwszej części wywiadu rozmówczynie mówiły o wszystkim, co uznały za istotne w swoim życiu i czym chciały się podzielić, nagrywający byli wówczas tylko aktywnymi słuchaczami. W drugiej części były dopytywane chronologicznie o najróżniejsze wątki – te, które już zostały poruszone, ale nagrywający chciał je pogłębić, i te, których z różnych powodów (np. przeoczenia, przemilczenia) zabrakło. Historia życia była więc opowiadana niejako dwukrotnie: najpierw spontanicznie, a następnie wracała pod wpływem pytań. Część narracji to autoprezentacja, nierzadko wcześniej przemyślana czy niejednokrotnie powtarzana, część to obrazy odnalezione w dawno nieodwiedzanych zakamarkach pamięci, jeszcze inne wątki to efekt dopytywania przez nagrywających, sięgania do najgłębszych warstw pamięci, do trudnych przeżyć i bolesnych emocji. Siłą historii mówionej nie jest faktografia, lecz przybliżenie indywidualnych doświadczeń. Danych na temat systemów represji poszukiwać należy raczej gdzie indziej – w dokumentach, monografiach i podręcznikach (chociaż bywa i tak, że wywiady oral history są jedynym czy podstawowym źródłem w badaniach historycznych[1]). Tu chodzi o ludzki wymiar przeszłości, o obrazy i emocje, przenoszące odbiorcę z poziomu Historii na poziom konkretnego człowieka, na to, co niepowtarzalne, osobne i w pewien sposób nieoczywiste. Równocześnie, opowiadając historię z perspektywy indywidualnej, mamy Większość relacji, zaprezentowanych tu w zredagowanej formie, została dostęp tylko do tego, co rozmówca chciał o sobie powiedzieć; osoba nagrywająca nigdy nie była prokuratorem łapiącym nagrywanego za słówka, punktującym jego pomyłki, przeinaczenia, nie zawsze też udawało się w fazie pytań wypełnić luki biograficzne w opowieści. Przy pracy nad książką, poszukując śladów jej bohaterek, które w większości już nie żyją, dowiadywałyśmy się czasem zaskakujących dla nas rzeczy, które nie pojawiły się w relacjach. Warto być świadomym, że nasze rozmówczynie podzieliły się swoimi historiami, ponieważ czuły swoistą misję mówienia o przebytych prześladowaniach, także w imieniu tych kobiet, które nie przeżyły. Ta misyjność wiąże się z reguły z ochroną pamięci polskich więźniarek jako grupy – a więc z pewną autocenzurą. Na kształt opowieści miały też wpływ inne czynniki, choćby takie jak płeć nagrywających oraz czas, w jakim powstały nagrania. Relacje prowadzone przez mężczyzn często pozbawione są ważnych wymiarów kobiecego doświadczenia. Na pewno trudniej było i rozmówczyniom, i prowadzącym poruszać wątki dotyczące fizyczności, seksualności; nie było szans na porozumienie się na poziomie wspólnoty kobiecego losu. Istotny jest również czas nagrania – wiek narratorek miał wpływ na ich zdolność do podjęcia refleksji biograficznej, a także na szczegółowość narracji. Widać to na przykładzie relacji byłych łagierniczek nagranych pod koniec lat 80. Są to przede wszystkim opowieści na temat świata, o którym wówczas niewiele jeszcze wiedziano, bo po prostu nie wolno było o nim oficjalnie pisać czy mówić. Osoby nagrywane często starannie przygotowały się do złożenia świadectwa (czasami wręcz jakby wygłaszały przygotowane wcześniej wypowiedzi), a do tego były wówczas dużo młodsze – historie te obfitują zatem w detale na temat łagrowego życia, a niekoniecznie na temat biografii narratorek. W ogóle warto pamiętać o szerszym kontekście składania świadectw – jaki wpływ mogła mieć na nie obecność (lub nie) danego wątku z historii XX wieku w dyskursie publicznym czy polityce historycznej. Dlaczego prezentujemy w książce całe biografie, po co czytać historie z dzieciństwa czy o życiu w PRL? Chcemy pokazać bohaterki jako pełnowymiarowe osoby, a nie tylko ofiary totalitaryzmów. To, jak były wychowywane, jak uformowały je dom, szkoła, kościół, harcerstwo, pierwsze przyjaźnie i miłości, czy były zaangażowane w ruch oporu, czy nie, pozwala lepiej je zrozumieć, a także uzmysłowić sobie, z jakimi zasobami emocjonalnymi i społecznymi trafiały do obozów i więzień. W tych nieludzkich warunkach spędzały często kilka lat, tam kształtowały się jako osoby i jako kobiety. Wejście w ten świat wiązało się z natychmiastowym atakiem na cielesność, intymność, a przez to i psychikę dziewczyn, które przeżywały szok. Obnażone, upokorzone, wystawione na widok obcych, mężczyzn, najczęściej pierwszy raz widzące inne nagie osoby, rewidowane, brutalnie dotykane, golone, pozbawiane atrybutów kobiecości i elementarnych warunków higienicznych, skazane na rolę ofiary, czuły się poniżone i uprzedmiotowione. Niektóre z nich, nieuświadomione seksualnie, w więzieniach czy obozach zazwyczaj pierwszy raz spotykały się z brutalnym erotyzmem (przede wszystkim wśród kryminalnych osadzonych w łagrach), z homoseksualizmem, same także padały ofiarą wielopoziomowej przemocy. Dla więźniarek niemieckich obozów koncentracyjnych i robotnic przymusowych samo odzyskanie wolności nie oznaczało odzyskania poczucia bezpieczeństwa, bowiem w drodze powrotnej do kraju często były narażone na gwałty. Po wojnie niemal każda z naszych rozmówczyń miała poczucie, że wróciła z „innej planety” i nie umie porozumieć się z tymi, którzy nie mieli podobnych doświadczeń. Trudno było wypełnić tę bolesną wyrwę w biografii, uporać się z fizycznym i emocjonalnym spustoszeniem. Mówią o problemach z odnalezieniem się w powojennym świecie, również tym najmniejszym, rodzinnym, o tym, że musiały z trudem uczyć się żyć na nowo. Traumy wpływały na losy całych rodzin, a czasem powodowały, że życia osobistego nie udawało się poukładać w ogóle, że najbliższe pozostawały koleżanki z obozu czy więzienia. To, co działo się z bohaterkami tej książki po odzyskaniu wolności, to niezwykle ważny zapis tego, jak przetrącone emocjonalnie było po wojnie nasze społeczeństwo, z jakim bagażem doświadczeń zakładano rodziny i próbowano żyć normalnie. Jedna z naszych rozmówczyń, która wraz z matką czas wojny przeżyła na zesłaniu na Syberii i w Uzbekistanie, opisuje, jak po powrocie do Warszawy czuła się niezrozumiana przez ojca, dźwigającego własną, obozową traumę, i przez warszawskie środowisko, pielęgnujące pamięć Powstania. Wątek rywalizacji ofiar to temat rzadko poruszany. Warto jednak pamiętać, że nasz kraj po wojnie zamieszkiwały rzesze ludzi obarczonych tragicznymi doświadczeniami, z których tylko część mogła mówić o swoich przeżyciach (więźniowie obozów koncentracyjnych), a wielu przez kilkadziesiąt lat musiało milczeć, tłumiąc tak istotny element swojej tożsamości (łagiernicy, zesłańcy, więźniowie polityczni okresu stalinizmu). Opowieści naszych bohaterek, tak okrutnie doświadczonych, paradoksalnie są manifestem kobiecej siły. A także solidarności i przyjaźni, które pomogły przeżyć w najtrudniejszych warunkach. Każda z tych relacji to świadectwo niezwykłego hartu ducha i woli przetrwania. * * * Punktem wyjścia dla tej książki był projekt historii mówionej „Kobiety wobec totalitaryzmu” realizowany przez Ośrodek KARTA w 2003 roku, w którym nagrywaliśmy byłe więźniarki kacetów i łagrów oraz stalinowskich więzień. Ravensbrück, Workuta, Fordon – te nazwy powracały jako symboliczne miejsca represji wobec polskich kobiet. Sięgnęłyśmy także do relacji z Archiwum Wschodniego[2], do wywiadów z polskiej części międzynarodowego projektu ISFLDP (2005/2006)[3] oraz z naszych zbiorów z lat późniejszych. Są to zapisy audio oraz wideo. Te piętnaście wybranych świadectw to okruch zbiorów Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią i Ośrodka KARTA, zawierających ponad pięć tysięcy relacji (z czego ponad dwa tysiące to relacje kobiet). Większość z nich dotyczy generacji, dla której doświadczenie II wojny było kluczowe i która przez lata z różnych powodów o nim milczała. Najstarsze nagranie wykorzystane w książce pochodzi z 1989 roku, a ostatnie z 2012. Opowieści ułożyłyśmy chronologicznie, według daty aresztowania bohaterek. Najmłodsza z nich miała wówczas szesnaście lat, najstarsza – trzydzieści. Jedne były więzione przez kilka miesięcy, inne przez kilka lat. Jest taka, która została aresztowana 1 września 1939 i spędziła w niemieckim obozie całą wojnę. Dwie przeżyły w łagrach na północy ZSRR aż osiem lat. O swoich przeżyciach opowiadają kobiety z różnych środowisk, z różnymi kompetencjami językowymi, wspomnienia nie zawsze układają się w linearny ciąg zdarzeń, pewne wątki powtarzają się, mieszają. W książce to, co opowiedziane, zostało zapisane. Wymagało to redakcyjnego opracowania języka mówionego i przerobienia go na język pisany, a także uporządkowania wątków biograficznych (choć w kilku relacjach świadomie pozostawiłyśmy specyficzny rytm i meandryczność przywoływanych wspomnień). Starałyśmy się zachować indywidualny styl każdej opowiadającej, a także, przez zaznaczenie w nawiasach emocji takich jak płacz czy śmiech, zasygnalizować specyfikę tych opowieści. Książce towarzyszy płyta, która umożliwia kontakt z materiałem źródłowym – fragmentami relacji audio i wideo w oryginalnej wersji. Publikacja bazuje na transkrypcjach, które są zaledwie mapami świadectw. Historia mówiona to więcej niż tekst. To emocje, przekaz pozawerbalny: mimika, gesty, znacząca cisza... Dlatego warto sięgnąć do płyty, na której prezentujemy większość naszych bohaterek oraz dwie dodatkowe relacje – Krystyny Cieliszak i Haliny Górskiej. Ponadto zamieściłyśmy w książce nieprezentowane dotąd szerokiej publiczności fotografie przedstawiające więźniarki obozów koncentracyjnych i więźniów Workuty. Zdjęcia dokumentujące wyjazd byłych więźniarek KL Ravensbrück, ofiar eksperymentów pseudomedycznych, do Stanów Zjednoczonych, pochodzą przede wszystkim ze zbiorów Muzeum Lubelskiego. Ikonografię na temat przybycia ocalonych do Szwecji znalazłyśmy w archiwach szwedzkich muzeów i gazet. Fotografie byłych łagierników z Workuty czekających na powrót do Polski znane były dotąd w większym wyborze głównie z wystawy Tomasza Kiznego Ocaleni z Gułagu oraz z publikacji w kwartalniku „Karta”. Uzupełnieniem wyboru relacji jest posłowie historyczne autorstwa dr hab. Anny Zapalec, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, historyczki specjalizującej się w tematyce II wojny światowej. Podjęła się ona karkołomnego zadania nakreślenia szerokiego kontekstu historycznego dla tak różnych i z natury subiektywnych wspomnień. Niestety większość bohaterek tej książki już nie żyje. Próbując uzupełnić informacje o ich losach czy zdobyć fotografie archiwalne, zwracałyśmy się do wielu osób i instytucji w Polsce i na świecie. Chciałybyśmy podziękować za pomoc przede wszystkim: Sabine Arend z Miejsca Pamięci Ravensbrück, Pawłowi Bafii, Joakimowi Berglundowi z agencji Bilder i Syd, siostrze Faustynie z Archiwum Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, Tomaszowi Kiznemu, Aleksandrze Majewskiej, Barbarze Oratowskiej z Muzeum Lubelskiego, Edycie Szmoniewskiej z Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Januszowi Tajchertowi, Marie Tornehave z Nordiska Museet, Agnieszce Uścińskiej, Bernadecie Woronieckiej-Rzeszot, Elżbiecie Zambrzyckiej oraz Natalii Zarzyckiej. Prawdziwymi autorkami książki są nasze rozmówczynie, wspaniałe kobiety, które zdecydowały się powierzyć nam swoją historię. Wyrażamy im wielką wdzięczność i podziw. Dziękujemy także zespołowi i współpracownikom Archiwum Historii Mówionej, którzy na różnych etapach współtworzyli tę publikację. obóz pracy oczami więźniów, tłum. H. Pustuła-Lewicka, Wołowiec 2012. [2] Niezależna akcja środowiska „Karty”, prowadzona w latach 1987–1990, [1] Por. chociażby Christopher R. Browning, Pamięć przetrwania. Nazistowski w ramach której na terenie całej Polski zarejestrowano około 1200 relacji osób represjonowanych przez system sowiecki. [3] Międzynarodowy projekt International Slave and Forced Labourers Documentation Project, finansowany przez berlińską Fundację „Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość” i prowadzony merytorycznie przez Instytut Historii i Biografii Uniwersytetu w Hagen, dokumentował losy więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i robotników przymusowych. Zespół Historii Mówionej Ośrodka KARTA nagrał w ramach projektu ponad 60 relacji kobiet i mężczyzn z całej Polski. „KRÓLIKI” z Ravensbrück Bogumiła Bąbińska (z domu Jasiuk). Ravensbrück, październik 1944. Fot. zbiory USHMM Sierpień 1944 – kwiecień 1945 to w KL Ravensbrück czas narastającego chaosu. Obóz był przepełniony – kobietami przywiezionymi z powstania warszawskiego oraz ewakuowanymi więźniarkami innych obozów, do których zbliżał się front. Jedna z warszawianek w trakcie przyjmowania do obozu wymieniła aparat fotograficzny na kromkę chleba. Kobiety poddawane eksperymentom pseudomedycznym (tzw. króliki) chciały udokumentować dokonywane na nich zbrodnie z myślą o dostarczeniu dowodów do ukarania ich oprawców po wojnie. Zdjęcia za jednym z baraków wykonała Joanna Szydłowska. Film przemyciła do Paryża Germaine Tillon, francuska więźniarka, która opuściła obóz pod koniec kwietnia 1945 wraz z transportem Szwedzkiego Czerwonego Krzyża (por. s. 209). Po wojnie przesłała negatywy do Polski, gdzie najpierw przechowywała je Helena Hegier-Rafalska, a następnie Jadwiga Dzido. Władysława Karolewska, Maria Broel-Plater Skassa, Jadwiga Dzido i Maria Kuśmierczuk 17 grudnia 1946 zeznawały na jednym z tzw. procesów norymberskich przeciwko 23 niemieckim lekarzom z KL Ravensbrück. The Ravensbrück Lapins (Króliczki z Ravensbrück) to niezwykły projekt amerykańskiej filantropki, Caroline Ferriday, którą poruszył los polskich więźniarek. Ferriday zaangażowała do współpracy prof. Williama M. Hitziga, lekarza, i Normana Cousinsa, redaktora naczelnego „The Saturday Review”, inicjatorów projektu The Hiroshima Maidens, w ramach którego organizowali operacje plastyczne dla kobiet okaleczonych w wyniku ataku atomowego. Półroczny pobyt Polek w Stanach Zjednoczonych miał uwzględniać specjalistyczną opiekę medyczną, wsparcie psychologiczne, zawodowe i ogólną integrację z amerykańskim społeczeństwem. Koszty projektu pokryły datki od czytelników „The Saturday Review” (Cousins nagłośnił projekt serią artykułów) i wsparcie kilku fundacji. Czytelnicy nadsyłali także ubrania, żywność i leki. Podobno magazyn „Seventeen” we współpracy z nowojorskim sklepem Lane Bryant zaprojektował dla kobiet nawet specjalną linię ubrań, a bostoński Rogers we współpracy z Converse przygotował kolekcję obuwia. Przeloty zasponsorowały linie lotnicze Pan American. Barbara Pietrzyk, w tle Maria Kuśmierczuk. Ravensbrück, październik 1944. Fot. zbiory USHMM Ferriday i Cousins odbyli serię wizyt w Polsce, przekonując do projektu zarówno socjalistyczne władze, jak i same – z oczywistych względów nieufne – byłe więźniarki. Następnie grupa została przebadana przez polską i amerykańską komisję medyczną – na zdjęciach widzimy badania w Klinice Ortopedii Akademii Medycznej przy ul. Oczki w Warszawie. U kobiet zdiagnozowano m.in. choroby układu krążenia, anemię, reumatyzm, astmę, różnorakie alergie, zapalenie wątroby oraz oczywiście trwałe uszkodzenie nóg. Komisja miała orzec, które z byłych więźniarek są w stanie odbyć podróż i w jakim stopniu można im pomóc. Tak tamtejsze spotkanie wspominał dr Hitzig: Siedziały w bezruchu, jakby odgrodzone od świata, słuchając naukowych wyliczanek na temat swoich blizn – długości, głębokości i wpływu ropienia ran na organy wewnętrzne. Ich twarze były blade, zbolałe, zawstydzone, skąpane w łzach po wysłuchaniu przemówień na temat cierpień, jakie były ich udziałem. Tylko kilka z nich podchodziło do sytuacji ze stoickim spokojem; zapewne kierowało nimi poczucie dumy i niechęć zdradzenia się z tragizmem ich obozowego doświadczenia. Większość jednak nie była w stanie kontrolować emocji. Ostatecznie do Stanów wyjechało w dwóch turach (w grudniu 1958 i marcu 1959) trzydzieści pięć z żyjących wówczas jeszcze w Polsce pięćdziesięciu trzech „królików” (zob. relacja Heleny Hegier-Rafalskiej). Ravensbrüczanki poddano leczeniu w szpitalach na terenie całego kraju, mieszkały w prywatnych domach rodzin, które zechciały wesprzeć projekt. Na koniec, latem 1959, „króliki” wyruszyły we wspólną podróż po Ameryce. Ostatnim przystankiem był Waszyngton, gdzie miał się zrealizować jeden z najważniejszych celów projektu – międzynarodowe nagłośnienie sprawy i wywarcie presji na rząd RFN w sprawie odszkodowań (ravensbrüczanki nie dostały żadnego zadośćuczynienia, ponieważ RFN nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z PRL). Kobiety spotkały się z kongresmenami, senatorami i reprezentantami ONZ. Dwa dni po tym spotkaniu rząd RFN przysłał list wyrażający wolę podjęcia tematu i czek na pokrycie kosztów pobytu kobiet w Stanach. Sprawa odszkodowań ciągnęła się jeszcze latami, natomiast bezdyskusyjnym efektem projektu Ferriday stało się, wedle słów jednej z więźniarek, „odzyskanie przez «króliki» wiary w ludzi”. Maria Buko (M.B.) Jadwiga Hassa (z domu Dzido) pokazuje blizny dr. Leo Alexandrowi, biegłemu sądowemu. Norymberga, 20 grudnia 1946. Fot. zbiory USHMM Maria Broel-Plater Skassa i dr Leo Alexander. Norymberga, 20 grudnia 1946. Fot. zbiory USHMM Stanisława Bafia badana w Akademii Medycznej przez prof. Williama Hitziga. Warszawa, 1958. Fot. zbiory USHMM „Króliki” w czasie badań w Akademii Medycznej. Pierwsza z lewej w drugim rzędzie od dołu Helena Hegier-Rafalska, pierwsza z prawej w drugim rzędzie od góry Stanisława Bafia. Warszawa, 1958. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Maria Kapłon. Warszawa, 1958. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Z lewej Helena Hegier-Rafalska. Warszawa, 1958. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego „Króliki” na lotnisku w Warszawie przed odlotem do USA. Grudzień 1958. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Od prawej: Jadwiga Gisges, Genowefa Kluczek, Bogumiła Bąbińska. Stany Zjednoczone, 1959. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Byłe więźniarki i Norman Cousins (siedzi w środku). Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Druga od prawej Helena Hegier-Rafalska. Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Fot. zbiory Muzeum Lubelskiego Anna BURDÓWNA aresztowana we wrześniu 1939 Urodziłam się w 1911 roku w Łodzi. Cała moja rodzina związana była z tym miastem. Było nas pięcioro rodzeństwa, ja byłam najstarsza. Mój dziadek miał duże gospodarstwo i dużo dzieci. Te dzieci dostały przydziały ziemi, a mój ojciec, ponieważ był najmłodszy, dostał wykształcenie. Był na tyle zdolny, że został felczerem. To była oczywiście szkoła rosyjska. Po tej szkole chyba lepiej mówił po rosyjsku, język polski miał zaniedbany. Moja mama bardzo interesowała się lecznictwem, sąsiedzi ciągle przychodzili do niej po poradę. Miała kilka tomów książki księdza Kneippa – z poradami, z zestawieniami leków. Znajomość mamy z ojcem rozpoczęła się poprzez nie – ojciec miał pretekst, chciał poznać tę panią, co ma takie uczone książki. Przed I wojną mieszkaliśmy przy ulicy Rokicińskiej, prowadzącej na Widzew. Mieliśmy ładne mieszkanie, z balkonem. Po przeciwnej stronie był las. Tam się bawiłam z córeczką sąsiadki. Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Po mnie urodził się mój braciszek, Janek. Gdy miał przyjść na świat drugi brat, to wybuchła wojna i już ojca nie było. Mama musiała sama utrzymać dzieci. Nie była do tego przygotowana, do tej pory tylko prowadziła dom. Teraz trzeba było wychować trójkę dzieci i dać im jeść. Ale z czego? Musiała zlikwidować mieszkanie, było za drogie. Z Rokicińskiej przeprowadziliśmy się niedaleko, na ulicę Niską. Mieszkaliśmy tam na trzecim piętrze, z balkonem. Potem przeprowadziliśmy się do jeszcze mniejszego mieszkania, na ulicę Główną. Każde kolejne coraz ciaśniejsze, coraz brzydsze. Ostatnie było już naprawdę okropne, blisko ustępu i strasznie ciemne. Mama sprzedawała ubrania ojca. Były porządne, bo tata był takim trochę elegantem. Chodziła sprzedawać za Łódź, do Czarnocina, skąd wywodziła się rodzina ojca. Ta rodzina jakoś nie interesowała się naszym losem... Anna Burdówna, Łódź, ok. 1920. Fot. zbiory Janusza Tajcherta Mama nie brała pieniędzy, tylko przynosiła mąkę i mleko. Tutaj, w Łodzi, był straszny głód. Nie tylko było trudno o chleb, ale ten chleb nie był dobry – mieszano w nim trociny i dzieciom puchły brzuchy. Mama wolała więc piec placuszki albo gotować kluski. Była wspaniała. Wychodziła rano i wracała jeszcze tego samego dnia, a przecież do Czarnocina dostawała się pieszo. Na rogatce stała niemiecka straż, bo przez jakiś czas Łódź była pod okupacją niemiecką. (Najpierw byli tu Rosjanie, a potem Niemcy. Jedni i drudzy niedobrzy). Mama zawsze szczęśliwie przechodziła. Była szczupła, wszystko jakoś potrafiła pochować tak, że było niewidoczne. Wiedziałam, o co chodzi, dlaczego mamy nie ma. Nigdy nie dałam się uśpić, czekałam na nią. Bracia spali, ciocia też, a ja robiłam wszystko, żeby nie zasnąć. I zawsze doczekałam do jej przyjścia. Wyskakiwałam z łóżka, a mama cieszyła się. Pierwszą rzeczą była miednica – ciocia przygotowywała mamie ciepłą wodę i mama moczyła w niej nogi. Musiały ją boleć, przecież chodziła tyle kilometrów (około sześćdziesięciu w obie strony!). Zawsze przychodziła taka zdrożona, zmęczona, z bolesnym wyrazem twarzy. Musiałam poczekać, aż się położy, i kładłam się obok. To było szczęście, nagroda za to, że musiałam tak długo czekać. Ciocia uczyła nas pacierza, bo mama nie miała na to czasu. Nasza modlitwa zawsze kończyła się słowami: I żeby tatuś wrócił z wojny... Janek trochę trzpiotował, ale ja podchodziłam do tego poważnie i wierzyłam, że tak będzie. Przez cztery lata wojny nie widziałam wsi, nie wiedziałam, jak wygląda pole. Dopiero w 1918 roku ciocia zawiozła nas do Gałkówka, do swojej rodziny. I to już była wieś, nieduże leśne kępy... Prześlicznie. Wchłaniałam to wszystko, za te lata mieszkania w Łodzi. Pojechałam tam z braćmi, Jankiem i Bogumiłkiem, i czekaliśmy na powrót taty. Dostawaliśmy mleko prosto od krowy. Najmłodszy dostawał nie tylko mleczko, ale też serek. Mówił do cioci: Jak tatuś wróci z wojny, to przywiezie nam sera i tobie też dam. To była taka jego komitywa z ciocią. Był oczywiście jej pieszczoszkiem. Wreszcie powiedzieli nam, że tatuś przyjedzie najbliższym pociągiem. Przyszliśmy na stację, ale pociąg już odjechał i nikogo nie było. Zawiadowca mówi: Był tutaj taki jeden, obcy, w mundurze, jakby niepolskim. Ale wszyscy się rozeszli i on też sobie poszedł. Pomyśleliśmy, że może jest już w domu, więc szybko wróciliśmy. Patrzę: jest, siedzi, w mundurze, przy stole, noga na nogę założona. Wyciąga do mnie ręce, a ja nic. Zesztywniałam – nie przypominała mi ta postać dawnego tatusia, który brał mnie na ręce... Wreszcie ktoś mnie poprowadził, tatuś wziął mnie na kolana. Twarde były. Nie mogłam, nie umiałam objąć go za szyję, nie umiałam się do niego przytulić. Ale ojciec to wszystko rozumiał. Gdy przyjechaliśmy do Łodzi, to już do nowego mieszkania, chociaż też skromnego. To było przy ulicy Konstantynowskiej, potem nazywała się 11 Listopada. Dom był duży, dwupiętrowy, my mieszkaliśmy na drugim piętrze. Na podwórku było bardzo dużo dzieci, wesoło. To były różne dzieciaki, mogłam tam nauczyć się wielu złych rzeczy, ale bardzo mi się podobało. To było środowisko robotnicze. Urodziły się moje dwie siostry. Tatuś myślał, że dostanie się do fabryki, w której wcześniej był felczerem, ale miejsca były już zajęte. Brakowało mu też dobrej znajomości polskiego. Nie wiem, może nie wzbudzał zaufania... Wrócił z wojskiem Dowbora-Muśnickiego. Służył tam w taborach, nie na froncie. Dostał zaświadczenie, że był w polskim wojsku. Tutaj, w Łodzi, toczyły się utarczki z Niemcami i trzeba było uwolnić koszary od niemieckich niedobitków – ojciec wstąpił do polskiej policji. Dostał mundur i ja go takiego pamiętam – przychodził do domu jako polski policjant. Polacy uwolnili te koszary i mogli sobie wziąć z nich różne rzeczy. Ojciec przyniósł koc i piękną książkę z bajkami po niemiecku, dla mnie. Śliczne obrazki. Byłam za to bardzo wdzięczna. Czasem wracał w nocy, ośnieżony, stawiał w kącie karabin, a ja się budziłam i sprawdzałam, czy to on. W końcu jednak go zwolniono. Nie nadawał się do takiej służby, coraz bardziej dokuczało mu serce. Legitymacja harcerska Anny Burdówny, 1925. Fot. zbiory Janusza Tajcherta Do harcerstwa należałam prawie od lat dziecinnych, bardzo kochałam tę organizację. Pełniłam różne funkcje: byłam zastępową, drużynową... Skończyłam państwowe gimnazjum w Łodzi. Mieliśmy trudne warunki, bo ojciec chorował, a mama, chwytając się różnych zajęć, i tak nie mogła utrzymać takiej gromady dzieci. Czułam się w obowiązku pomagać, więc po maturze ukończyłam kursy pedagogiczne w Łodzi. Po tych kursach dostałam pracę nauczycielki w Konstantynowie. Miałam propozycję studiów w Warszawie, otrzymywałabym nawet stypendium ze szkoły. Mimo że to mi się podobało, podziękowałam – musiałam po prostu jak najszybciej zacząć pracować, by pomóc rodzinie. Trudno było o posadę nauczycielską, nawet w okolicach Łodzi. Taka posada w Konstantynowie, 11 kilometrów od Łodzi, to był sukces. Pracowałam tam kilka lat, założyłam drużynę harcerską. Zaliczono mi szkołę instruktorską na Buczu i podczas wakacji mogłam pomagać w prowadzeniu obozów w Polsce i za granicą, w Belgii, dla dzieci polskich górników. Byłam tam w 1937 roku w Ostendzie, na wybrzeżu. Mieszkaliśmy w internacie przy jednej ze szkół. Prowadziłam swoją grupę nad morze. Byłam wtedy pełna życia. Było ślicznie, piękna plaża. W tych piaskach, na pagórkowatych terenach, organizowałam różne zabawy, podchody. Dzieci czuły się ze mną dobrze. Ja też polubiłam to środowisko. W 1938 roku zaproszono mnie po raz drugi. Z Warszawy, z Komendy Głównej, zaproponowano mi znów wyjazd do Belgii, na południe, w Ardeny. To były piękne góry... Mogłam tak wyjeżdżać, mogłam też jeździć do Francji. Ale wtedy już Gdańsk potrzebował nauczycieli i instruktorów harcerskich. Zmieniono więc plany w stosunku do mnie i zaproponowano mi wyjazd do Wolnego Miasta Gdańska. Tutaj rozwijało się szkolnictwo polskie, prowadzone przez Macierz Szkolną[4]. Dostałam urlop ze swojej szkoły w Konstantynowie na cały rok, na razie na próbę, i pojechałam. Rodzice nie chcieli, bym wyjeżdżała. Postanowiłam jednak przyjąć tę pracę. Chciałam zobaczyć, jak to będzie. Myślałam, że zamieszkam blisko morza, że zobaczę je znów jak tam, w Belgii. Ale wszystko było inaczej. Dostałam posadę tuż przy granicy polsko-gdańskiej, w miejscowości Szymankowo, po niemiecku Simonsdorf. To była szkoła dwuklasowa. Kierownik był w więzieniu, jego mieszkanie zostało zaplombowane i nie można było tam się dostać. Nie miałam gdzie się zatrzymać. Drugim nauczycielem była pani Edyta, mieszkała po drugiej stronie granicy, w Tczewie, i codziennie dojeżdżała. Zaproponowała mi, żebym zamieszkała w Polsce, przy granicy, w domu, w którym mieszkali jej rodzice. Będzie raźniej, gdy będziemy codziennie wspólnie dojeżdżać. Tak zrobiłam – wprowadziłam się piętro wyżej, do bezdzietnego małżeństwa. To było bardzo męczące: trzeba było zrywać się rano, pociąg nieraz stał na granicy, w związku z czym spóźniałam się na lekcje. Dzieci też były trudne, po tych naszych, już takich uformowanych, ułożonych. To były dzieci robotników z jednej i drugiej strony granicy. Mówiły po polsku, ale między sobą częściej po niemiecku. Biły się. Gdy w zimie rzucały śnieżkami, to były w nich kamienie. Słowa niewybredne też słyszałam. Najgorsze jednak było to, że miałam ciągle stan podgorączkowy. Tam była depresja, miasteczko leżało poniżej poziomu morza. Gdy przyjechałam do domu na urlop świąteczny, mama chciała, żebym została: Nie jedź, dziewczyno, jak ty wyglądasz! Napisałam do kierownika Macierzy, że chciałabym zrezygnować, bo fizycznie nie daję rady. Ale oni powiedzieli, że jeszcze można ze mnie coś wykrzesać. Byłam obowiązkowa, nauczyło mnie tego harcerstwo i dom rodzinny. Obchodziliśmy Święto Morza, to było 10 lutego, i urządziłyśmy z Edytą akademię, taką jak w Polsce. Ona grała na skrzypcach, prowadziła chór, ja znałam różne piosenki, wiersze. Urządziłyśmy dużo inscenizacji morskich, był referat o przyłączeniu morza do Polski. To była bardzo udana impreza. Przyszli kolejarze, Polacy z jednej i drugiej strony granicy. Informacja o imprezie doszła do kierownika. Powiedział mi: My pani już nie puścimy, tylko zmienimy pani klimat. Pójdzie pani gdzie indziej, bo tu faktycznie depresja. Będzie pani pracować w lepszych warunkach, na Kaszubach. Wtedy dopiero będzie mogła pani powiedzieć, czy może z nami pracować, czy nie. Wolelibyśmy, żeby pani została. Po Bożym Narodzeniu, chyba na wiosnę 1939, przeniesiono mnie urzędowo do Lamenstein, to znaczy do Ełganowa. Tam było bardzo ładnie: las, gaiki, suchy piasek, tylko do morza dość daleko... Pracowałam w jednoklasowej szkole jako kierowniczka i nauczycielka, ze mną ochroniarka. Miałam też kilka godzin w sąsiedniej szkole w Wielkich Trąbkach – Groß Trampken. Tam był polski personel, kierownikiem był pan Kurek. Dzieci mówiły po kaszubsku, ale to byli rdzenni Polacy, patrioci. Czułam się tam pod każdym względem dużo lepiej niż w Simonsdorf. W Wielkich Trąbkach dostałam godziny historii, języka polskiego i religii. Jeździłam tam dwa razy w tygodniu, a pan Kurek przyjeżdżał do nas uczyć niemieckiego, obowiązującego wtedy w szkole podstawowej. Kaszubi byli bardzo religijni i w niedzielę zawsze śpiewaliśmy na chórze, po polsku – były dwie msze, dla Polaków i Niemców. Ksiądz znał oba języki. Czasem było tak, że Polacy przychodzili też na tę mszę po niemiecku – nie było jakichś antagonizmów. Sołtysem był Kaszub, ale jako urzędowa osoba musiał mówić po niemiecku. Gdy kierownik spytał mnie, czy zostaję, odpowiedziałam mu, że na pewno do końca roku. I miałam tam same przyjemne przeżycia. Była wycieczka wszystkich szkółek z tamtego terenu do Poznania, na wystawę, zdaje się Polska 20-letnia. Moja maleńka szkółka wylosowała śliczny sztandar ufundowany przez poznanianki. Byliśmy tam trzy dni, dzieci oglądały defiladę wojskową, oglądały Polskę wielką, ważną. Anna Burdówna z uczennicami w szkole w Trąbkach Wielkich, ok. 1939. Fot. zbiory Janusza Tajcherta Przyjechałam z powrotem zdecydowana, że zostanę z tymi dziećmi. Ale to już był maj, czerwiec. W czerwcu wakacje. Postanowiłam zostać na Pomorzu. Chciałam ściągnąć tutaj mamę, żeby zobaczyła, jak żyję. Wykupiłam w Gdyni wczasy dla siebie i dla niej. Nawet niedrogo to kosztowało. Mieszkałyśmy nad samym morzem – ona, romantyczka, była zachwycona! Godzina czwarta, piąta rano i już jej nie było w łóżku, już spacerowała. Upajała się tym wszystkim. Był tam taki pan, który kwaterował w tym samym domu co my. Zaczął się mną interesować, ale ja nie miałam czasu, zawsze byłam czymś zajęta, więc on dużo rozmawiał z mamą. Poza tym świetnie pływał, a ja się bałam morza. Pochodzę z Łodzi, w której nie ma żadnej wody i nie miałam gdzie nauczyć się pływać. No to nauczył mnie. Potem wziął do wody mamę: pohuśtał, pohuśtał i przeszła na jego stronę! Zaczęła o nim dobrze mówić, że taki sympatyczny, kulturalny i że ona może teraz odjechać, będąc spokojna o mnie. Jej się podobał, mnie tak sobie. Musiałam wracać. Ten pan nie mógł przyjechać do Ełganowa, a chciał się ze mną zobaczyć. Przyjechał do dworu, który stał po drugiej [polskiej] stronie granicy. Napisał do mnie list z pytaniem, czy moglibyśmy się spotkać. Podjechałam bryczką, zostawiłam ją przed granicą i przeszłam przez pusty plac. To było mało uczęszczane przejście, ale kontrola była po jednej i po drugiej stronie. Czekał na mnie. Pospacerowaliśmy trochę, potem poszliśmy do dworu pokazać się mieszkającej tam opiekunce ochronki pana Kurka. Tam już nie było właścicieli – uciekli. Widać było popłoch. Pozdejmowali wartościowsze obrazy, wszędzie leżały powyciągane kosze z rzeczami. Została służba. Gdy zapytaliśmy, kiedy wrócą państwo, odpowiedzieli, że nie wiedzą, że wszystko odbyło się bardzo szybko. Mój towarzysz powiedział, że to znak dla nas, że trzeba stąd uciekać, bo może być bardzo, bardzo gorąco. Zaproponował, żebym wszystko zostawiła i że on przeprowadzi mnie w bezpieczne miejsce. Zaczęłam oponować, że przecież nie mam z nikim żadnego konfliktu, że Niemcy nie mogą mieć do mnie żadnej urazy, bo jestem sprawiedliwa... Bardzo prosił, ale byłam nieugięta i nawet poczułam do niego pewną niechęć – jak on mnie, harcerce, może proponować takie rzeczy? Jak mogłabym zostawić szkołę, młodzież?! Rozstaliśmy się niemalże w gniewie. Tylko mu pokiwałam, kapelusik zdjęłam z głowy: Do zobaczenia. Stał jak słup soli. Gdy przechodziłam przez granicę, to po niemieckiej stronie zostałam już dokładnie skontrolowana. Strażniczka sprawdzała mi nawet spódniczkę. Pytali, gdzie byłam, z kim się spotkałam. Odpowiedziałam, że to znajomy, że nie mógł przejść ze mną, bo się spieszył, ale jeszcze się zobaczymy. Serce biło mi mocno. Na tamtych terenach wakacje kończyły się 15 sierpnia. Zaczął się rok szkolny, już wyczuwało się nastrój wojenny. W autobusach zwracano nam uwagę na to, że mówimy głośno po polsku. Zamazano polski napis na kapliczce – zasmołowano go. W ostatnią niedzielę pan Kurek, nasz dyrektor, pojechał do Gdyni i już nie wrócił. Wiedział, czym to pachnie. Opiekunka ochronki też nie wróciła. Zostałam sama i starałam się jakoś łatać jego lekcje. W poniedziałek trochę uczyłam u siebie w szkole, potem zrobiłam ciche zajęcia i pojechałam na dwie godziny do szkoły pana Kurka. Ciągle miałam nadzieję na jego powrót. Z radia słyszało się, że jesteśmy zwarci, gotowi, nie damy ani guzika. „Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły-Rydz!”. Ale w rzeczywistości widzieliśmy, jaka siła idzie przeciwko nam. Tak więc w poniedziałek jakoś załatałam te lekcje. We wtorek zrobiłam odwrotnie: tam ciche zajęcia, u nas głośne. Na ostatniej lekcji – historii – miałam hołd pruski. Jako pomocy użyłam obrazu Matejki, na którym przedstawiony jest Hohenzollern klęczący przed naszym królem. Nie skończyliśmy tematu, więc przybiłam ten obraz do tablicy i powiedziałam, że dokończymy to później, może jutro. Potem zostało to wykorzystane przeciwko mnie. W środę dostałyśmy wiadomość z Macierzy, że mamy zawiesić zajęcia. Dzieci mają zostać w domu. Wcale się nie ucieszyły, pytały, czy mogą przyjść do szkoły, chociaż na boisko, i pograć w piłkę. Pozwoliłam im. I tak nasłuchiwałyśmy. W radio mówią co innego, a ludzie co innego. Mówią, że idzie wielka nawała. Moja pani ochroniarka, mądra kobieta, powiedziała: Kto z Bogiem, Bóg z nim. Ja jestem wierząca, 1 września wypadł w pierwszy piątek miesiąca – idziemy raniutko do kościoła. Kościół parafialny był w Trąbkach. Szłyśmy przez pola i gdy dotarłyśmy na skraj lasu, jakiś Kaszub jednym konikiem orał pole. Niebo czyste, bez chmurki. Raptem jak nie gruchnie, jak się ziemia nie zatrzęsie! Koń zaczął strzyc uszami, a Kaszub mówi: Słyszą panie, zaczęło się. Ale to nie jest od lądu, to od morza. Niech panie wracają, bo nie wiadomo, co będzie. Ta starsza pani ochroniarka mówi: To właśnie trzeba iść do kościoła, pomodlić się. Kto z Bogiem, Bóg z nim. A pani? To ja mówię: Ja z panią, musimy się trzymać razem. Gdy wrócimy z kościoła, pani pójdzie do mnie i zje u mnie obiad. W kościele panował nastrój panikarski. Trochę dzieci, trochę starszych. Ksiądz Niemiec odprawiał. Po polsku mówił dobrze, żyliśmy z nim w przyjaźni. Jak komunię podawał, to mu się ręce trzęsły. Gdy wyszłyśmy z kościoła, to już wszędzie wisiały czerwone flagi ze swastykami. Prawie na każdym oknie, z każdego komina. Ochroniarka mówi do mnie: Ja panią tu pożegnam, pójdę sprawdzić, czy na naszej szkole, nad ochronką, też taka płachta powiewa. – Ale przyjdzie pani na obiad? – Tak, przyjdę, przyjdę. Ja z dwoma dziewczynkami poszłam aleją. Byłam roztrzęsiona, okropnie zdenerwowana. W połowie drogi zatrzymuje nas jakiś człowiek i mówi do dziewczynek: Wasz tatuś aresztowany, więc one mnie zostawiły i dalej poszłam sama. Podchodzę do pierwszych domów, a tam cisza. Wszystko pozamykane, nie ma żywego ducha. Najpierw musiałam przejść koło niemieckiej szkoły – duża, nowa szkoła z pięknym boiskiem. A nasza szkółka taka jednoklasowa, po dawnej karczmie, tylko trochę przystosowana. Przy tej niemieckiej szkole stoliczek, a na nim papiery. Przy stoliczku stał szupo [policjant] z Gdańska i żandarm w mundurze. Czekali na mnie. – Pani jest aresztowana. Ja pytam: Za co, przecież ja tu jestem legalnie. Mam prawo tutaj przebywać, tak jak uzgodniono między Senatem Gdańskim a naszą Macierzą. – Dobrze, dobrze, będzie się pani tłumaczyć tam, gdzie trzeba, a teraz proszę nie zabierać nam czasu, bo i tak długo na panią czekaliśmy. Patrzę, obok stoją już dwa auta pełne mężczyzn, a wokół nich tłum płaczących, lamentujących kobiet i starszych dzieci. Ci w samochodach to byli znaczniejsi ludzie z Ełganowa i Trąbek. Zgarnęli ich jak kartofle. Miałam długie włosy, to powyjmowali mi z nich szpilki i macali, czy nie mam ukrytych tajnych liścików. Niczego oczywiście nie miałam. Nawet dość grzecznie mi pomagali, gdy prowadzili mnie do samochodu. A ja mówiłam do nich: Proszę panów, to jest nielegalne, ja protestuję. Będziecie mieli z tego wielką nieprzyjemność. Spojrzeli na siebie – pewnie pomyśleli, że jestem strasznie naiwna, że nie wiem, co mnie teraz czeka. Auta były pełne mężczyzn, kobiet było tylko kilka. Powieźli nas do Trąbek, tam, gdzie był kościół. Na drodze stała ta starsza pani, ochroniarka. Nazywała się Słyszałyśmy wszystko, co się działo na zewnątrz. A tam piekło: krzyki, strzelanina, przekleństwa po niemiecku! Już można było sobie wyobrazić, jak traktują naszych współtowarzyszy. Tak minęły piątek i sobota. Nie spałyśmy, tylko przytulałyśmy się do siebie. W niedzielę dano nam jeść, ale ja nie mogłam, coś stanęło mi w gardle. Pani Pawłowska zaczęła mnie namawiać do jedzenia: Proszę jeść, nie wiadomo, co nas tutaj czeka, musimy być silne fizycznie i psychicznie. Spróbowałam, jedzenie było gorzkie. W końcu otworzyli nasz areszt. Sceneria zupełnie inna: nie było już ludzi Kunegunda Pawłowska. Zdążyła wejść do domu, wziąć neseserek, ręcznik, koszulkę, troszeczkę zjeść. Aresztowali ją. Modliłam się tak, jak umiałam, ale to nie była normalna modlitwa – byłam zła. Miałam straszliwy żal do Pana Boga. Pani Pawłowska zaczęła tłumaczyć, że musimy być cierpliwe, że to wszystko musi się wyjaśnić. Prosiła, żebym nie reagowała tak ostro. Nas dwie zamknięto w ciemnej komórce, bez okna, były tylko jakieś szpary. z Ełganowa ani z Trąbek, żadnych aresztowanych. Teraz stali niemieccy żołnierze, ale w innych mundurach niż gdańszczanie. Tu kilku, tam kilku, jakieś ognisko... Przydzielono nam wartę – jednego żołnierza – pozwolili trochę pochodzić po pomieszczeniu. Byłam taka słaba, że gdybym nie trzymała się pani Kunegundy, to nie mogłabym zrobić kroku. Ona umiała świetnie mówić po niemiecku. Zapytała jednego żołnierza, skąd oni są. A on mówi: Z Westfalii. (W ciągu dwóch dni cały ten korpus dostał się do Gdańska...). Pani Pawłowska wypytywała go o różne sprawy, a on jej opowiadał: Nie martwcie się, wojna nie będzie długa, potrwa może trzy, cztery dni. Polacy się poddadzą, muszą się poddać. Wyjął jeszcze z kieszeni aspirynę i dał pani Pawłowskiej, żeby zachowała dla mnie, bo mizernie wyglądałam. To był dobry człowiek. Potem wróciłyśmy do aresztu, a na drugi dzień miałam już przesłuchanie – tam, na miejscu, w Pruszczu. Pytali nas, co robiłyśmy poza nauczaniem. Wszystko mieli zapisane: nazwiska, daty... Pytali o zebrania z młodzieżą. Odpowiadałam, że dzieci przychodziły na spotkania, gry, na zabawy, pogadanki. Pytali o te pogadanki. Powiedziałam, że na przykład o szkodliwości picia alkoholu. Wszystko notowali. Potem śledczy zaczął mówić: I co z tego? Na nic wam się to wszystko zdało, bo dzieci urodzone tutaj to są dzieci niemieckie i wy nie mieliście prawa nam przeszkadzać. Tutaj znów będą Niemcy. Niemieckie wojska szybko zajmują tereny, są już w Częstochowie. Tak postraszył. Ale mnie bardzo ukłuło, że był tak pewny siebie. Wydawało mi się, że to musi być bajka, bo przecież Częstochowa nie może być zabrana. Jak to, pół Polski zajęte? Сhyba zauważył moje niedowierzanie i włączył radio. Nadawali dziennik po niemiecku. Zaczęłam słuchać i padła tam nazwa: Częstochowa. Pomyślałam, że to jakieś matactwa. Wzięłam się na odwagę i powiedziałam mu, jak potrafiłam, po niemiecku: Ja, aber der Krieg ist noch nicht zu Ende – wojna nie jest jeszcze skończona. No bo co on w ogóle mówi?! Przecież to dopiero czwarty dzień wojny, poniedziałek! Myślałam, że będzie ze mną koniec – tak go to rozwścieczyło. Nie tyle moja naiwność, ile jakaś pycha. Na biurku leżał ciężki przycisk, położył na nim rękę. Gdyby mnie uderzył... Pani Pawłowska ze złożonymi rękami podeszła do niego i zaczęła prosić: że ja nie chciałam tego powiedzieć, że nie znam dobrze niemieckiego, że nie miałam nic złego na myśli... Był bardzo zdenerwowany, ciągle patrzył na mnie gniewnym okiem. Myślałam, że to może moje ostatnie godziny – kto wie, w czyich rękach jestem. Ale pokrzyczał, poklął, a potem kazał nam wyjść. Auto już na nas czekało. Wywieziono nas do Gdańska, do ciężkiego, krzyżackiego więzienia. Tam nas rozdzielono. To był czteropiętrowy budynek, z oficynami. Wprowadzili mnie do celi. Byłam w lekkim płaszczyku, świątecznej sukience, bo przecież wracałam z kościoła. Do tego zamszowe buciki. Ciągle miałam warkocze, wyglądałam dosyć dziecinnie. Za mną weszła dozorczyni w białym fartuchu, przyniosła wiadro i szczotkę do szorowania. Mówiła do mnie po niemiecku, szybko, nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Ta cela to był taki wysoki pokój na trzecim piętrze, widny, z zabielonymi szybami. Dozorczyni kazała mi go wyszorować. Ale tam było czysto, stało łóżko (przytwierdzone do ściany za pomocą kłódki), stoliczek, krzesło, wiadro i miska. Jaki porządek powinnam tutaj zrobić? Pomyślałam sobie, że to bez sensu, i usiadłam. Postanowiłam, że jak przyjdzie dozorczyni, to powiem jej, że jest czysto. Przyszła, zobaczyła, że nic nie robię, i zapytała, dlaczego nie spełniam poleceń. Kazała wziąć się do szorowania, bo czas upływa. Powiedziałam jej, że przecież jestem nieprzygotowana, mam na sobie świąteczną sukienkę. Nic jej to nie obchodziło, miało być wyszorowane i koniec. Zdjęłam sukienkę, zostałam w halce. Kopnęłam wiadro, woda się rozlała, pomoczyłam wszędzie, gdzie trzeba, ale nie szorowałam, bo przecież nie było czego. Niemka wróciła i zaczęła mi prawić kazanie, że mam się stosować do poleceń, że może nigdy stąd nie wyjdę i będzie lepiej, jak będę słuchać i z nią współpracować. Chciała mnie upokorzyć. Jedzenie było tam straszne. Ciągle brukiew i brukiew. Gdy potem zrobiło się zimno, to ta brukiew była zmarznięta, zgniła i cuchnąca. Kazano nam ją obierać w piwnicy, a tam okropnie śmierdziało. Przed zimą zabrano nas na dwa, trzy tygodnie do prac rolnych, żeby sprzątnąć resztę plonów, która została w ziemi. Zawieźli nas, całe auto, do Wyszecina, gdzie było więzienie w byłym majątku. Nocowałyśmy tam, a w dzień pracowałyśmy przy wycinaniu główek kapusty. Stamtąd udało mi się wysłać list, na lewo, a mama nawet przysłała mi ciepły sweterek – bo ja ciągle w tej samej sukience i tym samym płaszczyku, w zamszowych butach. Do wszystkiego przyczepiało się błoto. Ręce nam marzły, drętwiały. Tam się prawdziwie nacierpiałam. Czułam niewolę. Przywieziono, też jako więźniów, marynarzy z Oksywia. Oni wykonywali cięższe prace. Spali w innych celach, ale ogrzewanie było przez te same rury, więc spotykaliśmy się często przy piecu, gdy przychodziliśmy ogrzać ręce. Warunki do spania były okropne: na podłodze, na pogniecionej słomie, która ruszała się od pcheł. Pięć nas na niej leżało. Ja przykrywałam się płaszczykiem, inne jakimiś szynelami, jeden był nawet pokrwawiony. Nikt się nie rozbierał – spało się w ubraniach, a potem w tym samym szło do pracy. Ale gdy przyszli żołnierze, ci marynarze, to zaczęli nas trochę lepiej karmić. Między nimi był kucharz, poza tym z nimi się liczono, bo to jednak było wojsko. Śpiewali. Nawet miałam im za złe, że tak śpiewają, gdy tu cała Polska upadła. Jeden nucił bardzo ładnie: Morze, nasze morze, będziem Ciebie wiernie strzec, mamy rozkaz Cię utrzymać albo na dnie Twoim lec. Powiedziałam mu: Tak pan sobie śpiewa, ale jak wyście strzegli? Co jest gorsze od tego dna, na którym teraz jesteśmy? A on mi na to: Proszę pani, ale my się jeszcze nie poddajemy! Jeszcze pani zobaczy – taka krzywda, jaka się teraz Polsce stała, musi być pomszczona. Skończyła się praca i zabrali nas z powrotem do więzienia w Gdańsku – mnie i jeszcze dwie czy trzy osoby. Wszyscy myśleli, że jadę do domu. Dawali mi grypsy, listy z adresami, mówili: jak pani będzie w Łodzi, to proszę pójść tam i tam... W więzieniu w Gdańsku spędziłam Boże Narodzenie, potem Wielkanoc. Stamtąd wysłałam list do rodziny. Najpierw siedziałam sama, potem do mojej celi przydzielili inne kobiety, głównie z Gdyni i Gdańska. Było nas pięć, między innymi urzędniczka, która dostała pomieszania zmysłów. Siedziała przy rurze, gdzie było najcieplej, trzymała się jej kurczowo i patrzyła na nas podejrzliwie. Nie chciała jeść. Siedziałam tam osiem miesięcy, a potem, 10 kwietnia 1940, wywieziono mnie do Ravensbrück. Nie powiedziano nam, dokąd jedziemy, tylko zapakowano do wagonów towarowych. Bałyśmy się, czy nie na rozstrzelanie. Pomyślałyśmy, że jak zatrzymamy się w lesie, to na pewno nas pozabijają. Ale pociąg dojechał do Fürstenbergu, do stacji kolejowej. Tam czekały na nas ciężarówki. Jechałyśmy niedaleko – Fürstenberg był nawet widoczny z Ravensbrück, z wyższych pięter budynku, ponad jeziorem. Schwedtsee to było piękne, duże jezioro. Na początku, jak zobaczyłam obóz, to byłam szczęśliwa – pomyślałam sobie, że będzie inaczej, a może i lepiej. W więzieniu były okropne pluskwy, straszne jedzenie, listy można było wysyłać tylko na święta, a tutaj jest więcej Polek, może uda się coś wykombinować z listami... Na początku budziła się w nas nadzieja. Nie bałyśmy się jeszcze. Brama się otworzyła, potem zamknęła... Najpierw była kąpiel pod prysznicem, wszystkie kobiety nago. Ale zanim zaczęła lecieć woda, to komendantka Johanna Langefeld[5] zaszczyciła nas wizytą i rozmową. Przyszła z rulonem w dłoni, oglądała nas. Miałam długie włosy – rozpuściłam je, bo myślałam, że będę myć głowę. Okryłam się nimi jak Ewa. Jeżeli człowiek jest wychowywany w skromności, to nagość razi. Komendantka spytała, jak się nazywam i skąd jestem, jaki mam zawód i za co zostałam wysłana do obozu. Powiedziałam, że nie wiem, bo wypełniałam swój obowiązek, według programu. Odpowiadałam spokojnie. Rozgarnęła mi włosy, coś sobie zapisała. Potem mi je ścięto. Długie, dobrze utrzymane włosy Niemcy wykorzystywali do celów przemysłowych, zwykłe obcinali maszynką do zera i rzucali na stos. Na kwarantannie siedziałyśmy w celach. Wtedy była ze mną starsza pani, też ogolona. Patrzyłam na nią, ona patrzyła na mnie – kobieta brzydko wygląda bez włosów... Na tej kwarantannie siedziałyśmy parę dni, potem poszłyśmy do polskiego bloku, gdzie spotkałyśmy się z koleżankami z tego samego transportu. Na początku w obozie byłyśmy tylko my, Polki, i Czeszki. Niemki też trafiały do lagru – za to, że buntowały się przeciwko rządom Hitlera. Gdy przyjechałam do Ravensbrück, było chyba piętnaście albo szesnaście baraków. Po numerach można było poznać, ilu jest więźniów. Ja miałam numer 3048. Wypisany był na pasku papieru. Najpierw, na lewej piersi, był czerwony trójkąt z literą „P”, a pod trójkątem numer[6]. Trzeba było mieć go zawsze: na kurtce, na sukience, gdy było już ciepło. Wszystko wyraźne i przyszyte. Porządek musiał być – tak zawsze mówiono. I trzeba było się meldować według numeru. Budziła nas syrena. Czasem ktoś budził, gdy trzeba było wstać jeszcze wcześniej. Rano nie było apelu, wprowadzili go po pewnym czasie. Kolumny wychodziły do pracy o różnych porach: do lasu, na pola, do sprzątania mieszkań prywatnych, urzędowych... Każda grupa miała swoją dozorczynię i ona wyprowadzała nas o odpowiedniej godzinie, była za nas odpowiedzialna. Dozorczyni zawsze była Niemką. Chodziłyśmy w trepach, a jak było ciepło, to boso. Bolało, bo na ziemi leżał czarny, węglowy żwir. Brudził nogi i można się było pokaleczyć. Potem, gdzieś od 1942 roku, jak zaczęły przychodzić paczki, dostawałyśmy już buty z domu. W czerwcu zaczęto przydzielać nas do różnych robót. Nasze Polki, starsze, mądre kobiety, zastanawiały się, czy nie zaprotestować. Czy nie lepiej od razu powiedzieć: nie, jesteśmy polityczne, nie będziemy zmuszane do żadnej pracy. Tego zabraniają ustawy międzynarodowe. Ale inne mówiły: wiecie, marne Dostałam się do dobrej pracy, do kuchni. Przydzielono tam prawie wszystkie młode Polki, zastępując nimi badaczki Pisma Świętego albo „czarne łaty”, czyli dawne ulicznice. Wiedziano, że Polki są czyste, inteligentne, że będą się do tego nadawać. Kuchnia była wielka jak kościół, stały w niej olbrzymie kotły o pojemności może ośmiuset litrów. Więźniarki, które gotowały, musiały wchodzić na stołeczki, żeby dobrze zamieszać – a mieszało się tam wiosłami. W piwnicy była obieralnia ziemniaków, pracowało się przy świetle elektrycznym, w wilgoci i na glinie. Część kobiet podawała jedzenie, część przenosiła gary do kantyny. Musiały nosić ciężkie kotły, a to było daleko. Dźwigały brudne, porcelanowe naczynia, w koszach jak na bieliznę. Tam było olbrzymie tempo, nie wolno było się zatrzymać, przerwać, nad czymś zastanowić. Ciągle trzeba było być w ruchu. To tempo zabijało. Jak kończyłaś jedną robotę, to musiałaś się zabierać za następną, na przykład pucować okna albo szorować podłogę. Jak człowiek czasem siedział i obierał kartofle czy jakąś inną jarzynę, to był szczęśliwy, że przynajmniej na pięć minut może usiąść. Mnie, chociaż nie umiałam mówić po niemiecku, przydzielono do pracy jedzenie nam dają. Jak będziemy pracować, to muszą nam dać jeść. Posłuchałyśmy Heleny Korewiny[7] – ona potem stała się taką naszą reprezentantką – która była za pracą. Powiedziała: Wytrzymamy, może to wszystko nie będzie trwało długo. Ciągle żyłyśmy tą nadzieją. w kantynie. Nie p
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: