Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00294 005136 14683081 na godz. na dobę w sumie
Przewrotka - ebook/pdf
Przewrotka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 190
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61154-97-6 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przewrotka to zbiór dziewięciu opowiadań współczesnych, których bohaterowie zmagają się z rzeczywistością „postawioną na głowie” albo sami tworzą piekiełko codzienności. Zderzają się ze sobą w sytuacjach rodzinnych, zawodowych, małżeńskich, często błądząc we mgle odpustowej, jedynej słusznej religii, podczas gdy życie ochoczo weryfikuje ogólnie przyjęty system wartości. Bohaterowie Przewrotki próbują lawirować i kreować świat podług własnych przyjemności, lęków i fobii, co zwykle wychodzi na opak.

Forma opowiadań chroni je przed wszelkimi odmianami stereotypu i patosu, bo nie ma tu narzekania na życie w świecie nienajlepszym z możliwych. Szczypta ironii i groteski doprawia najsłabsze punkty zachowań poszczególnych bohaterów, co czyni lekturę łatwą i przyjemną, a przede wszystkim kusi do zdrowej refleksji o naszym tu i teraz.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Przewrotka Jacek Wangin Jirafa Roja Warszawa 2012 © Copyright by Jacek Wangin, 2012 © Copyright by Jirafa Roja, 2012 Redakcja: Korekta: Łamanie: Rysunek na okładce: Ewa Sabała Zdjęcie autora: Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu tatsu@tatsu.pl Karolina Wangin ISBN 978-83-61154-97-6 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2012 Spis treści Trybalik 7 Lena 19 Śmieszna Góra 49 Przewrotka 61 Bądźcie posłuszne 87 Akwizytor 111 Popołudnie Pesela 125 Nawiedzenie 135 Melon dramat 161 Trybalik Autobus był coraz bliżej, a od przystanku dzieliła mnie ulica. Wybiegłem wprost pod rozpędzonego matiza i oparłem się o ma- skę. Hamulce jęknęły, a z okna wyskoczyły blond loczki: — Ślepy jesteś, capie?! — Serdeczne panią przepraszam, nie mogłem oprzeć się pokusie. — Palant! Nie miałem czasu na wzajemność. Słońce przylepiło koszulę do pleców, przypalało skórę bez litości, ale zdążyłem. Autobus za- kwitł na światłach przed skrzyżowaniem. Na przystanku młode małżeństwo dyskutowało o wielkości pampersów dla bobasa po- mrukującego w wózeczku. Neoplan w końcu podjechał i bobas, zdrętwiały ze zdziwienia, znalazł się wewnątrz wraz z wehiku- łem i rodzicami. Mężczyzna pozwolił małżonce usiąść, a sam trzymał rękojeść spacerówki. Żona zwaliła się ciężko naprze- ciwko i mocno wachlując udami chłodziła trójkąt granatowe- go stroju kąpielowego. Skrawek materiału tym razem nie mógł pobudzać męskości. Jego funkcja publiczna, plażowa, nijak nie przystawała do pokusy zaglądania w kobiece intymności. „Kiełbie we łbie, coś ze mną nie tak”, pomyślałem i przesze- dłem na tylny pomost. Drzwi z sykiem otworzyły się na następ- nym przystanku. Osobnik, który przy mnie stanął, po zmroku mógłby wywołać paniczny strach. Dobrze obejrzałem go przez 7 szybę, zanim dobiegł do przystanku. Drugi wyglądał na grzecz- nego licealistę i za logo buntu musiała mu wystarczyć wojskowa „kostka” na parcianych paskach, pokryta licznymi rysunkami oraz glany, śmieszne w tym upale. Czułem zagrożenie bliskością ich łokci, znalazły się na wysokości mojego nosa. Obaj trzymali się poziomego drążka pod sufitem i bez intencji wpychali mnie w kąt. Starszy nie potrzebował przy tym agresji. Pacyfikował mnie ostrym kwasem spod pachy i skutecznie pozbawiał nie tylko woli walki, ale wręcz woli obrony terytorium. Próbowałem oswoić sytuację, jakoś zaakceptować przymusową bliskość. Star- szy, na oko trzydziestoletni, wrednym pyskiem przypominał fil- mowego Tatara, ze skoszonym okiem, bródką i łysą pałą. Odkąd „Pan Wołodyjowski” urozmaica święta, taki sam Chalim zawsze napina grzbiet na widok Azji Tuhajbejowicza. I ten też był kłuty siną farbą, tyle że nie po cyckach, a po badylu łapy, wyrastają- cym zbyt blisko moich oczu. Blizna po szczepionce robiła mu teraz za wytrzeszczone oko indiańskiego wodza z nastroszonym pióropuszem. Poniżej, na przedramieniu, chiński ideogram ra- ził pionowym wzorem. Tatarski syn jeszcze raz zdzielił mnie kwachem potu i ostatecznie wyłączył potrzebę dalszej refleksji. Odwróciłem głowę. Gapiłem się w szereg bogatych domów za oknem, zamieniając się w słuch. Licealista, wystarczająco nie- groźny, zaczął delikatnie, z wyraźnym respektem: — Co u ciebie? — Leci, młody, leci dzionek za dzionkiem, co nie? — Twoja Magda już niedługo chyba rodzi? — Rodzi, niech rodzi — tatarskie nasienie ziewnęło mi w szyję. — Magda to jeszcze baba, czy już żona? — Baba, co nie? Na wieki baba. — Nie chce się żenić? — Ona chce, ale co mam się spieszyć? Frajera maca, co nie? A niech ma nadzieję. — Będzie chłopak, czy dziewczynka? 8 — Dziura. Myślałem, że chociaż gangster będzie, że na osiemnastkę dam mu dziarga, co nie? A tu dziura, pod zapy- chanie, młody, wszystko skopane. — Ale sam parę niezłych dziargów strzeliłeś. — Indiańca to we wojsku. Nudy były straszne, to se rysowa- łem, co nie? Potem wziąłem się za dziarganie innych. — A ten japoński napis coś znaczy? — Chiński. Nie wiem, z paczki od makaronu, ale ładny był wzorek, co nie? — Też sobie lubię porysować. Siadam przed pudłem, pilota biorę i patrzę, co tam skacze po ekranie i zawsze coś wymyślę. Patrz mam na kostce trochę wzorków. Ponownie odwróciłem głowę, zaciekawiony, zobaczyłem gra- natowe, wyblakłe nieco mazańce, odrobinę przypominające ro- ślinne pnącze. Młody nieśmiało podniósł wyżej plecak i skrom- nie czekał na ocenę. — Twoje trybaliki, czy brałeś od kogoś? — Nie, to moje, serio. Długopisem rysowałem, sam wy- myśliłem. — No to jeszcze musisz dopracować. Bo mało kręci, co nie? A trybalik musi być twój, młody, najważniejsze żeby znaleźć swoje, co nie? Kurwa, młody, to po grób ma być twoje, bo co se wymyślisz, to tylko twoje jest i nikt ci ze skóry nie zdejmie. Trzeba się jakoś wyróżnić z tych leszczy w krawatach, ze stada świrów, co nie? A masz już coś na łapie? — Nie, jeszcze nie… za młody jestem. Wiesz, boję się rozstę- pów potem, jak ręka pójdzie wszerz, wszystko się rozjedzie. — To może rzeczywiście poczekaj. Potem wzorek na łapę i kremik Nivea, powinno pomóc, co nie? Fajna sprawa, młody. Gówniary się podniecają, ćwoki się boją, a ty gość jesteś i srasz na leszczy, co nie? — No. Trochę też rysuję, wiesz, z gazet coś zobaczę, jest takie pisemko, sporo tam można znaleźć. Dziś walnąłem taką babkę na kolorowo… 9 — Teraz masz wakacje, co nie? Głupoty po głowie chodzą, babki się marzą? — Nuda jak cholera, siedzę przed ekranem, a jak wpierda- lam następne kilo czekolady, to chociaż sobie porysuję. Może sprzedam komuś pomysł, znasz kogoś? — No, ja też parę sprzedałem, dla jaj sobie malowałem, co nie? Poszedłem do takiego, co wiesz, te chujumuju farbką na Monciaku maluje waflom i gówniarom, na skórze. Pokazałem, co nie, a on do mnie, że zapłaci. Myślałem, że jaja sobie robi. Widzisz, młody, na sztuce idzie dziś zarobić! — Pracujesz gdzieś? — Latem trochę. Zimą w domu siedzę, nudzę się, bo lubię się ponudzić. Flaszkę strzelę ze sąsiadem, co nie. Lubię przy oknie posiedzieć, popatrzeć, jak piździ na ulicy i syf dokoła. La- tem u takiego męta na budowie trochę, żeby się pokazać psom, bo węszą. Wiesz, młody, wojownik musi mieć i na łapie pióro- pusz i pod deklem rozum, co nie? Wskazał Indianina na ramieniu, gdy zbliżyłem się do drzwi. Zachłysnąłem się powietrzem i teraz silniej poczułem pragnie- nie. Zbyt długo czekałem, żeby zacząć wolny dzień od piwa. Szło za mną od drzwi mieszkania i pachniało wszędzie. Po- dobnie jak pachniała wytęskniona samotność w tłumie, bez- interesowne zanurzenie w potoku turystów przewalających się przez Monciak. Wszedłem do piwnego ogródka i już wpatrywałem się z roz- koszą w plastikowy kubek, napełniany złotem z pianką. Czar- nula uśmiechała się za wąskim blatem, ponad stanikiem ob- ciążonym do granic tekstylnej wytrzymałości i rzucała krótkie życzliwe spojrzenia, jakby czekała na moje „stop” nalewaniu. Widać pragnienie miałem wypisane na gębie, posłała jeszcze jeden uśmiech gratis i już czułem pod palcami chłodną rosę. Z każdym łykiem wypełniał mnie luzik pierwszego dnia urlo- pu, a pole widzenia pokrywało się przyjemną mgiełką. I tylko w nosie kręcił ciągle smród spod pachy tatarskiego nasienia. 10 Ale już nadszedł dobry stan, gdy pytania zatrzymują się w biegu, a oczy chętniej szukają stałego punktu odniesienia. Mózg, błogosławiony przez alkohol i słońce, stawał się papką bez śladu refleksji. Na chodniku falowały rytmicznie postaci, którym mogłem przyglądać się bez intencji, interesu i inte- rakcji. Na odległość ludzie zwykle wydają się normalni, mili, otwarci i inteligentni. A dziś szczególnie stanowiło to podporę miłości bliźniego. Coś mnie jednak korciło, gdy po raz kolejny zatrzymałem wzrok na starszym gościu. Prawie byłem pewny, że go znam. Z profilu przypominał aż nadto docenta, z którym przed kil- koma laty miałem ćwiczenia i wykłady z historii filozofii. Ni- gdy nie uzyskaliśmy pewności, czy mocniej pociąga go mark- sizm czy egzystencjalizm. Chodził w czarnym golfie i czarnych sztruksach, palił fajkę, ale wykładał najchętniej Lenina, Marksa i podpierał się Engelsem. Na konsultacje przyjmował w pokoju z biurkiem obwarowanym książkami Kierkegaarda, Jaspersa, Sartra i podczytywał Camusa. Zupełnie jakby dwa kierunki po- dzieliły jego osobowość. Do zainteresowania pierwszym zmu- siła epoka, w której przyszło żyć i budować karierę, do drugie- go zaś zachęcała pasja. Może było odwrotnie? Dziś nie miało to żadnego znaczenia. I tak nic nie pozostało z jego wykładów. Najwyżej uraz, nawet niewielki, bo przecież to był mój pierwszy egzamin na studiach, pierwszy egzaminator, a pijany był jak w Szwecji. Siedział czerwony niczym indor, a po każdym py- taniu zostawiał mnóstwo czasu. Wychodził do kantorka, gdzie walił w gardło aż dudniło. Dotrwałem tak do ostatniego pyta- nia o dewiacje teorii marksistowskiej, a jego oczy świeciły już króliczą czerwienią i nad głową zawisł monstrualny obłok tra- wionego alkoholu. A dziś docent, to był on z całą pewnością, nie wyglądał nawet na dewianta marksistowskiego. Zaczepianie go nie miało najmniejszego sensu, ale piwo i upał rozmiękczyły mnie i zachęcały do absurdalnego towarzystwa. Nie mogłem oprzeć się pokusie. 11 Czarnula zerkała na moje piwo, pozostawione na stoli- ku, ale o nic nie pytała. Spojrzała na otwartą dłoń, a na niej przeliczyła sześć złotych. Uspokojona napełniała nowy pla- stik, lejąc ostrożnie po ściance, żeby nie bić zbytecznej piany. Po drodze zabrałem swój kubek i podszedłem do jego stolika. Postawiłem dwa piwa na brzegu, przed sobą i czekałem aż mnie zauważy. Nie podnosił głowy. Oglądał coś pod stołem, niespokojnie, i co chwila zerkał na dwa srebrne mercedesy stojące w pobliżu. Trochę zaskoczyło mnie to ignorowanie i przerwałem milczenie. — Dzień dobry, panie docencie. Podniósł głowę wolno, jakby nie wierzył, że to do niego, i nie- co podejrzliwie przemówił: — Przepraszam, my się znamy? — Znamy, to za dużo powiedziane. Raczej spotykaliśmy się kiedyś przez jakiś czas, a teraz niespodziewanie mogę podzięko- wać za tamto spotkanie. Nie odesłał mnie pan wtedy na wrze- sień, a cieniutki byłem z tych dewiacji marksistowskich. Obejrzał się szybko dokoła i pochylił nad blatem stolika, aku- rat w tym momencie, kiedy przesuwałem do niego piwo. — To przeszłość. Odeszła, niech pan jej nie woła z ciem- ności, już tylko wstyd z tego może wyjść. No i niech pan głośno nie wspomina, mówi pan do emeryta. Był zatem emerytem. Wolnym filozofem pośród wyścigu szczurów i innych gryzoni. Przeżył swój bieg, przepił, czego nie mógł przeżyć, a teraz trwał w prostej jednostajności dni. — Ale piwo to miły gest z pana strony. Szczególnie w taki upał, dziękuję. Tak, bardzo dziękuję. Mówi pan: spotkaliśmy się? Dawno to było? I co ja panu dałem z tych dewiacji? — Kilka lat upłynęło. To był miły gest ze strony pana do- centa. Jak zacząłem żałosną odpowiedź, wyszedł pan do kan- torka, potem wrócił i wstawił w indeks dostateczny z plusem. Już nikt nie robił mi takich gratisów. — To znaczy, że tak na początku lat dziewięćdziesiątych 12 to było? Początek tego dramatu, co? Prawda, że było ciekawiej? Tyle nadziei wszyscy wiązali z wolnością. Oplótł dłonie wokół kubka. Łysina wydłużała smutną twarz, a skóra zapadała się głęboko w miejscach przeznaczonych na policzki. Docent miał na twarzy tyle smutku, co wewnętrznego spokoju i tylko nerwowo przywierał wzrokiem do dwóch srebr- nych mercedesów po drugiej stronie ulicy. Jednak przeniósł spojrzenie z karoserii aut i przyglądał mi się dosyć badawczo, jakby grzebał w pamięci. Nie zamierzałem mu przeszkadzać, chociaż byłem ciekawy następnej reakcji. — A wie pan, że zaczynam coś kojarzyć? Tak, pan chyba należał do tych aktywnych studentów, którzy lubią podysku- tować. Zresztą, nie ma wielu mężczyzn na pedagogice, skan- dynawistyce, filologii słowiańskiej, chyba jakoś tak mam pana kojarzyć, prawda? W latach, o których pan wspomniał, już nie pozwalali mi prowadzić wykładów na innych kierunkach… mi- nęła moda na marksistów i byli źle widziani. A że nie starczyło odwagi na wykopanie reliktów z uczelni… czekali cierpliwie, aż sami powyzdychamy jak mamuty… nieważne. Ale pan cią- gle młody, a ja ciągle stary. Co pan teraz porabia, po skończo- nych studiach? — Rzeczywiście, studia skończyłem, nawet z drugą notą na roku. I jak wszyscy poszedłem do pracy, budować wolny rynek, jako przedstawiciel handlowy. Nie chciałem męczyć się w szko- le za grosze, nosiło mnie, więc zacząłem sprzedawać soki i na- poje. Włóczyłem się codziennie po północy kraju. Samochód, hurtownie, sklepy, ciekawi ludzie, których los nie pieści. Ale zmieniło się kierownictwo. W modę weszło pranie mózgu, tar- gety, debilne szkolenia, optymizm na transparentach, gorszy niż w realnym socjalizmie. Odszedłem do takiej fundacji, któ- ra jakoś umożliwia dalszy rozwój. Teraz akurat cieszę się urlo- pem. Jeszcze chętnie pochodziłbym do szkoły. Może zaocznie zacznę studiować, może jakiś marketing? Nie wiem. Magiste- rium zeszło na psy, panie docencie, byle prostak może je mieć, 13 więc powinienem zapisać się na studia doktoranckie. Wie pan, byle nie stać w miejscu. — Studia? Doktoranckie? Życia szkoda, tyle dokoła możli- wości. Naukowcy to śmieci w budżecie, mój panie. Pożeracze gotówki, którą można wydać pożytecznie. Przecież wszystko co humanistyczne, to dyscypliny, bez których doskonale obchodzi się wolny rynek. Chce pan uprawiać nieszkodliwe hobby za pań- stwowe pieniądze? Niech pan to przemyśli, dobrze przemyśli. Szkoda czasu. A życie miewa się świetnie zawsze obok nas. — Uśmiechnął się, dyskretnie wskazując palcem blaszane pudła po drugiej stronie. — I co z nimi? Chciałby pan takie mieć? — Nie, za stary jestem. Co ja bym z nimi robił? Ja już nie mam dokąd jechać. Zresztą wie pan, ciągnie od nich dresem, jak to młodzi mówią. Ja to bym je najchętniej gwoździem pory- sował, szybkę stłukł, ale boczną, i może koła przebił? Jedno, na początek. Za dwa dni buchnąłbym przednią szybkę. Odczekał, a za kilka dni, najpewniej podłożyłbym pod nie ogień. — Po co to panu, panie docencie? Nie wygląda pan na zawist- nika. Nie bardzo rozumiem. Szuka pan mocnych wrażeń? Milczał, ale uśmiechał się lubieżnie, po chwili spojrzał mi w oczy: — Może warto trochę zaistnieć na koniec? Takie rzeczy to wie pan, z przeproszeniem, prasa kupi. Emerytowany nauczy- ciel filozofii, szanowany akademik, naukowiec, nikomu niepo- trzebny, rozpieprza mercedesy włodarzom miasta. Czuje pan temat? Może zwariował, a może geriatryczne podrygi buntu i bezradności? Niezłe, co? Prasa, radio, telewizja, pierwsze stro- ny. Panie, ja chociaż przez chwilę poleżę w kioskach, w empi- kach, w czytelniach, w domach na kuchennym stole. Zostanę w archiwach telewizji, na półkach radiowych, a tak nic! Uby- wam razem z tym piwem i nic! — Albo twarz panu otłuką i będzie po zawodach. Chyba zo- stawił Pan po sobie coś ważniejszego? Choćby jako akademik. 14 — To nie to samo, mój panie. Chciałbym pod strzechy, do tysięcy naraz, to jest odbiorca! Masowy! Coś tam wysiliłem przez lata i nabzdyczyłem po czytelniach i sesjach naukowych, ale dziś to zbiera kurz na półkach. Psu na buty! Owszem, było potrzeb- ne, bo były wymogi. Ale byle urzędnik też ma wymogi formalne, zapisuje tony papieru, z których pożytek taki, jak z moich publi- kacji. Prawda, niektórzy sięgają, zło konieczne. Jeśli już ktoś, to tylko studenci. Wie pan, przyjdzie zdać egzamin z filozofii albo cytat potrzebny do magisterki i guzik, nic więcej. Wyłączył się na moment, przełknął sporo piwa i wpółobróco- ny patrzył mi w twarz, jakby jeszcze raz zastanowił się dlaczego zdobył się na to wyznanie. Czy mogłem zrozumieć intencje? Może była to tylko niewinna prowokacja, która zmusi mnie do zmiany decyzji o robieniu doktoratu? Uśmiechnął się i przemówił: — To, co człowiek pisze, tworzy, wyczarowuje z niczego, bądź ze spotkania z innymi, to, czym żyje, jest potrzebne do życia jemu samemu. Nikomu więcej, ręczę panu! Kto chce ina- czej, miesza do tego pychę. W niektórych wypadkach może to potrzebne jeszcze dzieciom, żonie, żeby mogli znajomym poka- zać przy pogrzebowym obiedzie, ku pamięci. Gówno za życia, gówno po śmierci. Nie sposób przecież przejść przez życie bez odrobiny szaleństwa! — Mercedesy uczynią pana innym? Teraz to jaja pan so- bie ze mnie robi? Przecież to takie wydumane i tandetne, pa- nie docencie! — Mercedesy to ja akurat… z przeproszeniem: sram na nie zwyczajnie. Ale wielu może jeszcze da to do myślenia…. właścicielom, co już nie pamiętają jak smakuje porażka, chwi- lowe wykolejenie z sytości. Tym, co nie znają niespełnienia, bo zawsze udaje im się spadać na cztery łapy. Wożą brykami próżność, a przyciemniona szyba przesłania im świat. Jakby odebrać zabawkę… — … wsadzą ciecia za kierownicę, wyślą do warsztatu i każą sobie szybko naprawić. Albo kupią nową brykę, też za publiczną 15 kasę, a pan skończy w pierdlu! W najlepszym razie w wariatko- wie. I to też będzie inne doświadczenie, którego pan nie zna? — To akurat znam. Kilka lat tułaczki po świecie i cztery na wikcie UB. W trosce o godność rodaków, za służbę w pod- ziemiu. — Przepraszam, ale ten pański pomysł wydaje mi się nie tyle szalony, co żałosny… — Nie pomysł, to ja jestem żałosny i chciałbym z tego wyjść, jakkolwiek. Niektórzy mówią: na ból działa tylko silniejszy ból. A propos bólu, przepraszam, ale musimy przerwać pogawędkę. Właśnie nadchodzi mój prywatny barbarzyńca. Spojrzałem w prawo, bo tam wcześniej zerknął mój roz- mówca. Nadchodzili ci dwaj, których spotkałem godzinę temu w autobusie. Tatarski pętak w mgnieniu chwili znalazł się tak blisko, że znowu poczułem kwas spod pachy. Oparty pięścią o blat, błysnął na docenta złym okiem. Grzeczny licealista kręcił się i niespokojnie rozglądał, przestępował z nogi na nogę, jakby czekał na sygnał do ucieczki albo zabezpieczał tyły. Jeszcze raz tego dnia usłyszałem głos tatarskiego: — Teraz dziadek już przegiąłeś, co nie? Szukam cię go- dzinę, wyłaziłem się za tobą jak jehowy, a ty co? Znowu ba- jerę kręcisz? Mówiłem, kurwa, żadnego filozofowania, masz to dawno za sobą, co nie? Teraz jest rodzina do nakarmienia, komóry do opłacenia, kablóweczkę chce się mieć, prenume- ratę tajmów, jorkerów, jakieś nowe książeczki, w przełyk jeb- nąć też się chce, co nie? A emerytura państwowa i nie idzie uzbierać na browar pod parasolem! Kumasz, czy masz do łba daleko?! Dziadek, tu mówi ziemia, halo, słychać?! Ziemia, a nie rozważania przy browarku z kolesiami, co nie? Gdzie masz towar, dziadek? — Zaraz, moment, spokojnie. Widzisz, Tomuś, są różne techniki marketingowe, przecież ci tłumaczyłem. Dla każde- go klienta obowiązuje inna forma sprzedaży. Przecież to nie rogale, prawda? Mam tu pana, który studiował u mnie, nie 16 mogę tak z grubej rury, na dzień dobry, zaraz proponować to- war, prawda? Profesor mrugnął do mnie porozumiewawczo, czego nie mógł widzieć ani wnusio, ani tym bardziej roztańczony liceali- sta. Wiedziałem już, że muszę się wstawić za emerytem. Wnuk jednak nie dał się nabrać. — Dziadek! Cały różaniec towaru kitrasz po kieszeniach i filozofie mi wkręcasz?! Gdzie kasa?! Sprzedałeś coś? Miałeś spida pchnąć! — Cicho bądź! Reklama akurat nam tu potrzebna? Dopi- jemy piwko, wyjdziemy z panem za róg, dokonamy transakcji i pieniądz będzie. Zresztą, mój znajomy mieszka w hotelu, jest na spotkaniu firmowym, integracyjnym, wieczorem ma im- prezę, znajdzie się nowa klientela, tylko uspokój się i nie płosz gościa. — Tobie, dziadek, całkiem odwaliło, co nie? Skończył się za- srany profesorski żywot! Teraz ma być praca, a ty co?! Zaocznie techniki marketingowe odpierdalasz, co nie?! Nic się nie znasz na interesie, pasożycie!! Małolatów pęta się tu od nasrania, wa- kacyjne żniwo, a ty siedzisz i trącasz browar, co nie?! Wracam za godzinę, w to samo miejsce! Nie chcę cię widzieć przy stolikach, a jak będziesz miał towar w kieszeni, inaczej pogadamy. Oddalał się tyłem z wyciągniętą do przodu prawą dłonią, skierowaną w dół, jak raper z murzyńskiego teledysku. Było mi wstyd, empatia zrobiła swoje. Siedziałem cicho, jakby to mnie wytatuowany palant wstawił wszystkie zjebki. Najchęt- niej wziąłbym działkę, żeby uratować starczą skórę docenta. Twarz mu purpurowiała, jak wówczas, w trakcie egzaminu. Na dłużej stracił werwę do napadu na mercedesy i skóra na twa- rzy się napięła. W końcu uśmiechnął się nieco boleśnie i za- pytał cierpko: — To jak? Kupi pan działkę od starego docenta? — Oczywiście! — Uśmiechnąłem się i chwyciłem za kie- szeń z portfelem. 17 — Wie pan, Tomuś to dobry chłopak, ale wychowany przez matkę. Ojca raz tylko zobaczył, to mu solidnie obił twarz… po- tem szybko się potoczyło, otarł się o poprawczak, no i jest tro- chę nerwowy. Zresztą, ma nerwowych mocodawców, a praco- wać gdzieś trzeba. Wspomagam go jak mogę. Mniej rzucam się w oczy, coraz więcej klientów mnie rozpoznaje, a psy puszczają bokiem starca. — A etyka? Nie przeszkadza to panu? — Etyka, to jest świetny wynalazek, ale w dojrzałym spo- łeczeństwie lub na uniwersytecie. W realiach ulicy, nie można kpić z siebie, tu codziennie trzeba chodzić po ziemi. Pochylił się ku mnie i niby ściskając dłoń, podał mi foliową torebkę z dwiema tabletkami. Oddałem posłusznie bankno- ty. Wstał powoli i przechodząc za oparciem krzesła, uścisnął mój bark. Lena … chwalimy Cię, Błogosławimy Cię, Wielbimy Cię. Wysławiamy Cię. Dzięki Ci składamy, bo wielka jest chwała Twoja. … ale dziś to co innego. Dziś zupełnie nie mogę się sku- pić. Przyszedłem z obowiązku, wiadomo, ale też z wdzięczno- ści. Przeżyłem tydzień w zdrowiu, nawet na chleb wystarczyło i kilka przyjemności, w sumie jest za co dziękować. Wiesz, że nie umiałbym inaczej… chyba. To jak nałóg, może natręctwo? Jeszcze tradycję i przykazanie dorzucę do tego worka, nie zapo- mnę. Sama modlitwa wystarczy w lesie, w autobusie i w piwnicy. Jednak coś mnie tu pcha, bo jak nie przyjdę, przyklei się strach. Obawa, jak z zapowiedzi plag egipskich. Czemu przychodzę, chociaż wiem, że się nie skupię? Wiadomo, boję się ojcowskie- go palca z ostrzeżeniem. A może zemsty? Czy wówczas byłbyś Bogiem Miłosierdzia, czy raczej małostkowym demiurgiem? Mściwym bożkiem, który czeka na potknięcie i najmniejszy przejaw niewierności. Takiego mam się bać? Takiego kochać? A przecież nie mogę nie przyjść tak po prostu. Nie, nie mam żalu o wewnętrzny nakaz, ale szedłem pustymi chodnikami, bo o tej porze normalni ludzie leżą na plaży. Tym bardziej nie powinienem, a szedłem. Czy jestem lepszy niż bab- cie po bokach, co wyciągają różańce zamiast słuchać Słowa? Gor- szy jestem, bo świadomy, mądrzejszy i lepiej wykształcony. A jaki obłudny! Bo co? Bo mam zakodowany obrazek zasmuconej Bozi, 19 jeśli pójdę na piwo zamiast do kościółka? Tak, noszę zarodek pa- ranoi jak znakomita większość rodaków. Rozwija się i naciska na wszystkie ściany brzucha. Kiedyś pęknę i nie zdziw się jak nie przyjdę. Już nie wiem w kogo bardziej wierzę: w sprawiedliwego Sędziego, w surowego Ojca, czy miłosiernego Zbawiciela? W li- zanie rozgrzanej patelni przez wieczność też wierzę, całkiem jak w błogie lenistwo na zielonych łąkach, bo za złe karze, a za dobre wynagradza i tak dalej. Przeskakuję jak po szachownicy, a i tak odmierzone mi będzie jak z aptecznej wagi. Za dużo imion, zbyt wielu nauczycieli i ogrom tłumaczeń, a jeszcze więcej odpusto- wych kazań. — … Oto Słowo Boże… — Bogu niech będą dzięki… Raz mi się udało, przez kilka tygodni nie miałem pokus, ale do spowiedzi przyszedłem, jak Kościół kazał, w pierwszy piątek. Musiałem. Plunąłem kilka razy jadem w tego palanta. Ale jaki tam z niego sąsiad? Zwykły bydlak! Nawet nie to, że psychicz- nie żonę katuje, że robi z niej służącą. Nawet nie to, że każe czekać na siebie za sklepem, gdy ciągnie browar z kumplami. To wszystko było do łyknięcia, ale nie zniosłem, że przychodzi i zwyczajnie z niej szydzi! Gardzi w obecności moich rodziców jej pokorą, jej zmęczonym oddaniem i bezsilnością… jasne! Prze- holowałem! Wiem, przywaliłem, bo nie wytrzymałem! Skorzy- stałem z nieobecności starszych, następna okazja mogła się nie pojawić. Poleciał ze schodów, aż grzechotał orzeszek w puszce na mózg. Mam nadzieję, że więcej nie przyjdzie. Nawet krwią się nie zalał, gnój, na co liczyłem po cichu. Pewnie żaden ząb się nie obluzował, choć i tak zostały mu ze dwa, do picia wódy. Ale starszym nie doniósł, spękał. I tak by nie uwierzyli. Kłamie i obrabia dupę wszystkim do- okoła. Widzisz, czasem warto wyrwać się spod maski złotego młodzieńca i zrobić coś dobrego. Trzydziestka mija, a mamusia skarży się koleżankom, że nie wychodzę z domu. Tylko książki czytam, gazety, ani piję, ani palę, a jak pojawi się dziewczyna, 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przewrotka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: