Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00452 014113 11053931 na godz. na dobę w sumie
Przygody Hucka (przeł. Teresa Prażmowska) - ebook/pdf
Przygody Hucka (przeł. Teresa Prażmowska) - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 331
Wydawca: Wydawnictwo Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978–83–7639–014–7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> lektury szkolne, opracowania lektur
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przygody Hucka, inny tytuł tłumaczenia Przygody Hucka Finna (tytuł oryginalny Adventures of Huckleberry Finn) - powieść dla młodzieży amerykańskiego pisarza Marka Twaina z 1884r.; pierwsze wydanie polskie - 1898 r. To kontynuacją Przygód Tomka Sawyera, lecz głównym bohaterem jest Huckleberry Finn, występujący wcześniej w Przygodach Tomka jako postać drugoplanowa.

Uciekając od brutalnego ojca alkoholika, Huck Finn trafia na Wyspę Jacksona, gdzie spotyka znajomego Jima, zbiegłego niewolnika. Postanawiają razem spłynąć (na znalezionej tratwie) w dół Missisipi do stanów, gdzie Jimowi nie grozi niewola. Po drodze spotykają rozmaite osoby, co daje autorowi możliwość pokazania życia i obyczajów. Huck jest świadkiem zabójstwa, próby linczu, krwawych waśni między rodzinami sąsiadów i działania zawodowych oszustów. W końcowej części opowieści Huck spotyka Tomka Sawyera.

Wydanie dostępne w nowej wersji formatu MOBI.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Mark Twain Przygody Hucka Armoryka Mark Twain PRZYGODY HUCKA Mark Twain PRZYGODY PRZYGODY HUCKA HUCKA przełożyła Teresa Prażmowska Armoryka SANDOMIERZ 2009 Redaktor: Brunisława (Brunia) Kot Projekt okładki: Juliusz Susak Ilustracja na okładce: Huckleberry Finn, as depicted by Edward Winsor Kemble in the original 1884 edition of the book, (licencja public domain), źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Huckleberry-finn-with-rabbit.jpg Copyright © 2009 by Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa ARMORYKA Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27–600 Sandomierz tel (0–15) 833 21 41 e–mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl http://www.armoryka.strefa.pl/ ISBN 978–83–7639–014–7 Tom I. 5 ROZDZIAŁ I. Cywilizowanie Hucka. Mojżesz w trzcinach. Miss Watson. Tomek Sawyer czeka na mnie. Muszę państwu powiedzieć, że ja i Tomek Sawyer, mój przyjaciel, znaleźliśmy pieniądze, które rabusie ukryli byli w jaskini, i to nas zbogaciło. Dostaliśmy każdy po sześć tysię- cy dolarów, samym złotem. Otóż sędzia Thatcher wziął je i oddał na procent, co nam przynosiło każdemu po dolarze dziennie, przez rok cały. Wdowa Douglas wzięła mnie do sie- bie za syna i obiecała, że mnie ucywilizuje; ciężko jednak było wytrwać w tym domu, tak okropnie porządną i przyzwoitą była wdowa i wszystkie jej postępki. To też ile razy nie mo- głem wytrzymać, wymykałem się, włożywszy na siebie stare łachmany i kapelusz od głowy cukru; czułem się całkiem swo- bodny. Tomek Sawyer zawsze mi obiecywał, że zebrawszy bandę rozbójników i stanąwszy na jej czele, przyłączy mnie 6 do niej, bylebym tylko pozostał u wdowy i porządne wiódł ży- cie. Wracałem też do niej. Wdowa płakała nade mną, nazywając mnie biedną owiecz- ką zbłąkaną i różne inne dając mi przezwiska, którymi zresztą nie chciała mnie krzywdzić. Sprawiła mi też nowe ubranie, w którym się strasznie pociłem, bo było ciasne. Gdy wdowa zadzwoniła na wieczerzę, trzeba było zaraz przychodzić i cze- kać, aż ona, spuściwszy głowę, pomruczy trochę nad jedze- niem, które, prawdę rzekłszy, było niczego sobie. Po wieczerzy wdowa wydobywała księgę i uczyła mnie o Mojżeszu i o trzcinach. Aż poty na mnie bity, tak pragnąłem dowiedzieć się wszystkiego o Mojżeszu, ale gdy się pokazało, że on już od dawna nie żyje, przestałem dbać o niego, bo co mnie tam obchodzą umarli. Dość wcześnie uczuwszy pociąg do tytoniu, prosiłem wdo- wy, żeby mi palić pozwoliła; otrzymałem jednak odpowiedź, że to brzydki nałóg, że z tego w domu nieporządek, że więc palić nie powinienem. Są widać osoby przyzwyczajone do po- wstawania na to, o czym nie mają pojęcia. Wdowa zawracała mi głowę Mojżeszem, który jej ani brat, ani swat, i nikogo nie obchodzi skoro już umarł i broniła mi palić, a sama zażywała tabakę, uważając to, ma się rozumieć, za dobre — ponieważ to ona robiła. Siostra jej, miss Watson, przychuda nieco stara panna, z puklami w obwarzanek zwiniętymi na skroni, zamieszkaw- szy z nią, gnębiła mnie elementarzem, znęcając się nade mną co dzień przez pół godziny. Nie mógłbym wytrzymać dłużej! Potem z dobrą godzinę bywało śmiertelnie nudno, więc też zaczynałem się kręcić. Wtedy miss Watson mawiała: „— Huckleberry, po co kładziesz tu nogi?” — albo: „— Nie garb się tak, siedź prosto.” W parę minut znów zrzędziła: „— Nie otwieraj ust, nie przeciągaj się tak; dlaczego nie siedzisz przyzwoicie” — i opowiadała mi o tym miejscu, gdzie dusze idą za karę. Gdy rzekłem, że chciałbym się tam dostać, 7 aż oniemiała ze zgrozy, choć nie miałem zamiaru powiedzieć nic złego. Po prostu pilno mi było pójść sobie gdzie indziej, pragnąłem zmiany, nie będąc wcale wybredny w wyborze miejsca. Miss Watson twierdziła, że to grzech tak mówić i że ona za nic w świecie nie powiedziałaby tego, albowiem pra- gnie się dostać do miejsca wiecznej szczęśliwości. Nie widząc żadnej dla siebie korzyści w przebywaniu gdziekolwiek z nią razem, postanowiłem nie starać się o to. Tego jednak nie po- wiedziałem, bo byłaby nowa historia, a pożytku żadnego. Górę tedy wziąwszy nade mną, poczęła opowiadać wszyst- ko, co tylko jej było wiadomo o miejscu onej szczęśliwości. Mówiła, że człowiek, nic tam nie robiąc, będzie tylko siedział z harfą i śpiewał. Jakoś mi się to nie zdawało, alem nie pisnął ani słówka. Spytałem tylko, czy Tomek Sawyer tam pójdzie? A ona: „— Nie! daleko mu do tego!” Bardzom się tedy ucie- szył, chciałem bowiem, żebyśmy zawsze byli razem. Ale miss Watson ciągle cierpiała coś do mnie, aż mi się to w końcu uprzykrzyło. Niezadługo potem zaczęła sprowadzać wszystkich Murzynów na pacierz, a po pacierzu iść musiał każdy do łóżka. Ja więc poszedłem do swego pokoju z kawał- kiem świecy, a postawiwszy ją na stole, sam siadłem na krze- śle przy oknie i próbowałem myśleć o czymś wesołym, ale na próżno. Czułem się taki sam i taki smutny, żem prawie śmier- ci już pragnął. Gwiazdy świeciły na niebie, w pobliskim lesie posępnie jakoś szumiały liście; w oddali odzywała się sowa, zawodząc po kimś, kto już umarł; przy domu pies i puszczyk, wzajemnie sobie wtórując, zapowiadały śmierć komuś; wiatr usiłował coś mi powiedzieć, coś do ucha szepnąć, a ja nie mo- głem zrozumieć, o co idzie i aż mnie dreszcze przejęły. Zapra- gnąłem jakiegoś towarzystwa. Aż oto pająk zaczął mi leźć po ramieniu. Strąciłem go tak silnie, że wpadł w płomień; zanim zdążyłem dobiec do stołu, już był nieżywy. Nie wątpiłem, że to zły znak i że śmierć pająka pewno mi smutek przyniesie, toteż przestraszony, zacząłem z siebie zrywać ubranie. Po trzech obrotach w kółko, przy żegnaniu się za każdym razem, 8 wziąłem kosmyk swych włosów i szczelnie obwiązałem go nit- ką, aby oddalić od siebie czarownice, które urzec mnie mogły. Lecz to mi spokoju nie przywróciło. Drżąc ze strachu, wydo- byłem fajeczkę, aby się trochę zaciągnąć, pewny, że mnie te- raz wdowa nie złapie. Siedząc tak, słyszę, że w pobliskim mie- ście zaczyna bić zegar. Bum! bum! bum! dwanaście razy ude- rzył — potem znów cisza. Wtem, na dole, pośród drzew, ga- łązka trzeszczy złamana... coś się tam rusza Prawie tłumiąc oddech, słuchałem. Po chwili zaledwiem dosłyszał na dole: „ — Mia—u! Mi—a—u—u!” Doskonale! Więc ja też: „— Mia— u! Mi—a—u—u!” jak najciszej... Zdmuchnąwszy świecę, wy- szedłem przez okno na gzyms, biegnący wokoło domu. Stam- tąd zsunąłem się na ziemię i podpełzłem pomiędzy drzewami w głąb ogrodu, gdzie, ma się rozumieć, czekał na mnie... Któż by inny, jak nie Tomek Sawyer! 9 ROZDZIAŁ II. Chłopcy wymykają się Jimowi. Banda rozbójnicza. Plany głęboko obmyślane. Szliśmy na palcach ścieżyną, która, wijąc się wśród drzew, wiodła na skraj ogrodu. Idąc, musieliśmy pochylać się, żeby gałęzie nie podrapały nam twarzy. Nagle w ciemności po- tknąłem się o korzeń tuż przy kuchni. Narobiwszy hałasu, musieliśmy przycupnąć do ziemi i leżeć cicho. Jim, ogromny Murzyn, należący do miss Watson, siedział w otwartych drzwiach kuchni, widzieliśmy go jak najwyraźniej, przed światłem. Usłyszawszy hałas, wstał, wyciągnął szyję i nasłu- chiwał przez parę minut. — Kto tam? — zapytał. Znów nasłuchuje, a wreszcie wszedłszy do ogrodu, tak sta- nął między nami dwoma, że każdy z nas mógł był dotknąć go ręką. Jak na złość zaczęto mnie swędzić kolano, potem ucho, następnie plecy, pomiędzy samymi łopatkami. Zdawało mi 10 się, że umrę, jeżeli się nie podrapię. Już ja to nieraz zauważy- łem, że gdy jesteś w przyzwoitym towarzystwie, albo na po- grzebie, albo leżeć musisz, nie mogąc spać w ogóle, wówczas, gdy ci się drapać nie wypada, to od razu w kilkunastu miej- scach poczujesz swędzenie. Po chwili Jim się odzywa: — Kto tam? Odezwij się. Czy tam jest kto? Bodaj pies zdeptał mego kota, jeżelim ja nie słyszał, że coś chodzi. Wiem, co zrobię. Będę tu siedział, póki znów czego nie usły- szę. Usiadł więc na ziemi, pomiędzy mną i Tomkiem. Plecami oparł się o drzewo, a nogi wyciągnął przed siebie tak, że jedną prawie dotykał mojej. Poczułem swędzenie w nosie i to tak silne, że aż łzy mi stanęły w oczach, nie podrapałem się jed- nak, żeby nie zdradzić swej obecności. Małom ze skóry nie wyskoczył, tak mi dokuczało swędzenie w różnych miejscach. Trwała ta męczarnia kilka minut, a wydała mi się bardzo dłu- gą. Gdy już czułem, że nie wytrzymam, Jim zaczął oddychać ciężko, a potem chrapał. Wówczas pełzając po cichu na rękach i na kolanach, odda- laliśmy się od Jima coraz bardziej. Nagle Tomek szepnął mi, czyby nie można przywiązać Jima do drzewa, ot tak przez fi- gle. Ja nie przystałem. Mógł narobić hałasu i zaraz by się wy- kryło, że mnie nie ma w domu. Za chwilę potem Tomek po- stanowił zabrać z kuchni parę świec. Jakoż udało nam się zdobyć trzy świece, za które położył na stole pięć centów. Po- mimo, że na mnie aż poty biły z niecierpliwości, Tomek po- pełznął na czworakach do Jima, aby mu spłatać jakiegoś figla. Skoro powrócił, dowiedziałem się, że zdjąwszy Jimowi kape- lusz z głowy, zawiesił go na dość wysokiej gałęzi. Później Mu- rzyn opowiadał, że czarownice urzekły go i pozbawiwszy przytomności, jeździły na nim wierzchem po okolicy. Pięcio- centówkę zaś nosił zawsze na szyi, zawieszoną na sznureczku, mówiąc, że to dany mu przez diabła talizman na każdą choro- bę i na sprowadzanie czarownic do usług. Schodzili się ze- wsząd Murzyni i dawali Jimowi co kto miał, aby tylko poka- 11 zał im tę monetę, ale żaden nie chciał jej dotknąć dlatego, że była w diabelskim ręku. Jako służący stał się Jim do niczego, tak zhardział od chwili, gdy diabła widział na własne oczy i czarownicom służył za wierzchowca. Spotkawszy Jo Harpera, Bena Rogersa i kilku innych chłopców, ukrytych w sadzie zapuszczonym, popłynęliśmy z nimi łódką ku wąwozowi, odległemu na jakie półtrzeci mili. Tu, w krzakach, Tomek, odebrawszy od nas przysięgę, że do- chowamy tajemnicy, pokazał nam rozpadlinę, wiodącą w głąb wzgórza, a ukrytą w zaroślach najgęstszych; zapaliwszy świe- ce, wczołgaliśmy się wewnątrz na czworakach do obszernej jaskini, Tomek zaś, będący na przedzie, wrócił się popod ścia- nę i znikł niebawem w otworze tak ukrytym, że nikt by go się nie był domyślił. Poszliśmy wszyscy jego śladem, a po przej- ściu przez wąziutki korytarzyk, znaleźliśmy się w małym niby pokoiku, wilgotnym i zimnym. Tomek powiada: — No! teraz utworzymy bandę rozbójników i nazwiemy ją bandą Tomka Sawyer. Każdy, kto chce do niej należeć, niech złoży przysięgę i krwią podpisze swoje nazwisko. Zgoda była ogólna i ochocza. Tomek wydostał więc arkusz papieru, na którym poprzed- nio napisał był przysięgę i przeczytał ją głośno. Każdy, z chcą- cych, należeć do bandy, zobowiązywał się, że święcie docho- wa wszystkich tajemnic. Gdyby który z członków bandy zdradził jej tajemnicę, cze- kała go za to kara ścięcia, po czym trup jego miał być spalony, popioły na wiatr rzucone, imię jego krwią wykreślone ze spi- su członków. Pozostałym wzbraniało się wymawiać imię zdrajcy, które miało być uroczyście przeklęte, a potem na wieki zapomniane. Wszyscy uznali jednomyślnie, że rota przysięgi jest prze- śliczna i każdy zapytywał Tomka, czy ją sam ułożył. Tomek odpowiadał każdemu, że trochę sam, a resztę wziął z książek o rozbójnikach morskich i opryszkach. 12 Niektórzy odezwali się z tem, że należałoby zabijać rodziny zdrajców, którzy wydali tajemnicę stowarzyszenia. Tomkowi podobał się ten pomysł: wziął więc ołówek i dodał kilka słów w tym sensie. Na to odzywa się Ben Rogers: — No, a Huck Finn? On nie ma nikogo z rodziny. Cóż z nim będzie? — Ma przecie ojca — odpowiada Tomek. — Tak, ma ojca, ale nikt teraz nie wie, gdzie się ten ojciec podziewa. Dawniej widywano go po chlewach, gdzie spał pi- jany razem z wieprzami, ale od roku przeszło nikt go nie spo- tkał w tych stronach. Zaczęli rozprawiać o tym i o mały włos nie wyrzucili mnie z pomiędzy siebie, mówili bowiem, że każdy z nas musi mieć rodzinę, lub kogoś, przeznaczonego do zabicia, gdyż w prze- ciwnym razie nie byłoby wśród nas sprawiedliwości. Nikt nie wiedział, co na to poradzić, milczeli więc wszyscy, zakłopota- ni. Ja gotów byłem płakać, ale naraz przyszła mi myśl szczę- śliwa do głowy: — Oddam wam miss Watson! — krzyknąłem. Na co oni, jak jeden, zawołali. — Prawda! prawda! Można zabić miss Watson! Wszystko w porządku! Przyjmujemy miss Watson! Może Huck do nas należeć. Po czym każdy szpilką ukłuwszy się w palec, wycisnął kro- pelkę krwi i nią podpisał swoje nazwisko, kto zaś pisać nie umiał, ten znak swój własnoręcznie położył na papierze. — A teraz — zaczął Ben Rogers — naradzić się trzeba, jaka będzie działalność stowarzyszenia. — Żadna inna, prócz grabieży i morderstw! — odparł To- mek. — Ale kogo i co grabić mamy? Domy, bydło lub... — Pleciesz! Kto zabiera bydło i tym podobne rzeczy, nie rozbójnikiem jest, lecz złodziejem — odpowiada Tomek. — My nie złodzieje, jeno rozbójnicy. W maskach na twarzy, za- 13 trzymując na gościńcach wozy z towarami, będziemy zabijali podróżnych, żeby im zabierać zegarki i pieniądze. — Czy koniecznie zabijać trzeba? — Koniecznie. Tak wypada. W niektórych książkach czyta- łem, że lepiej nie, ale w innych uważane to jest za koniecz- ność. Z wyjątkiem, ma się rozumieć, tych podróżnych, któ- rych się tu przyprowadzi do jaskini i trzymać będzie, dopóki nie złożą okupu. — Okupu? Co to znaczy? — Nie wiem dobrze... „Wziąć okup”. Tak stoi w książkach, naturalnie więc tak czynić trzeba. — Ale jakże możemy tak czynić, skoro nie wiemy dobrze, co to jest? — E! nie nudź. Musimy i koniec. Nie słyszysz, tak w książ- kach stoi! — Więc chcesz być rozbójnikiem byle jakim i robić nie to, co potrzeba, lecz to, co ci przyjdzie do głowy? — Dobrze ci mówić, Tomku, ale ja bym tylko chciał wie- dzieć, co będzie, jeżeli i nasi jeńcy nie będą rozumieli, co to jest „okup?” Jak ty myślisz: co to znaczy? — Nie... nie wiem... Może oni będą wiedzieli... — A jeżeli nie będą, to co? — Ha! to trzeba ich będzie trzymać w niewoli, dopóki nie pomrą. — A! tak, to rozumiem. Tak, to dobrze. Czemużeś od razu tak nie mówił? Myślę tylko, że będzie z nimi dużo kłopotu, bo to im trzeba jeść dawać i pilnować, żeby nie pouciekali. — Co też ty pleciesz, Ben? Jakże mogą pouciekać, spod straży, gotowej do zabicia ich, gdy palcem ruszą? — Straż? A to mi się podoba! Więc musimy pilnować ich dnie i noce? — Głupstwo! Dlaczego nie marny zabić ich od razu, za- miast czekać aż „wezmą okup” i umrą? — Dlatego, że tak stoi w książkach. Powiedz mi zaraz, Ben, czy chcesz być prawdziwym rozbójnikiem, czy nie? Albo my- 14 ślisz może, że ci, co pisali książki, nie wiedzieli, jakim rozbój- nik być powinien? Czy chcesz ich uczyć rozumu i myślisz, żeś ty od nich mędrszy? Nie... Prawda? A więc kiedy nie, to siedź cicho i postępuj według prawideł. — Dobrze już, dobrze. Nie upieram się, tylko chciałem zro- zumieć. A kobiety? Czy także mamy zabijać? — Słuchaj, Ben, gdybym tak niczego nie rozumiał, jak ty, to już bym przynajmniej cicho siedział. Zabijać kobiety? W jakiejże książce powiedziano, że można zabijać kobiety? Nie! Przyprowadziwszy je do jaskini, będziesz dla nich słodki jak cukierek; zawsze skończy się na tym, że kobieta zakocha się w tobie i nie zechce wracać do domu. — No, kiedy tak, to tak. Tylko widzisz, niezadługo tyle się w jaskini nazbiera kobiet i jeńców czekających na „okup”, że zabraknie miejsca dla rozbójników. No, ale niech i tak będzie. Mały Tom Barnes rozespał się przez ten czas na dobre; gdy go zbudzono, przestraszył się i zaczął krzyczeć, że on chce iść do domu, do swej mamusi, a nie myśli już wcale być rozbój- nikiem. Inni, śmiejąc się z niego, przezywali go beksą, Tom więc rozzłoszczony, zagroził wydaniem wszystkich tajemnic. To- mek Sawyer dał mu tedy pięć centów, żeby milczał, nam zaś polecił rozejść się i wyznaczył schadzkę za tydzień. Ben Rogers oświadczył, że będąc wolnym tylko w niedzie- le, w inne dni na rozbój chodzić nie może. Ale wszyscy chłopcy oparli się temu, utrzymując, że grzech rabować w niedzielę jako w dzień Pański. Po czym, obrawszy Tomka Sawyer dowódcą, a Jo Harpera jego namiestnikiem, rozeszliśmy się do domów. Wróciłem przez okno do pokoju przed samym świtem. Nowe moje ubranie potłuszczone było i całe gliną zawalane, a ja okropnie zmęczony. 15 ROZDZIAŁ III. Porządna tura. Dwie opatrzności. Geniusze. Tomek Sawyer okłamuje mnie. No, porządną też wziąłem burę nazajutrz rano od starej miss Watson za to, żem tak powalał ubranie! Ale wdowa nie łajała mnie wcale, tylko wzięła się do czyszczenia i wywabia- nia plam, a tyle przy tym miała roboty, tak się zmęczyła, że postanowiłem być lepszym choć przez dni kilka. Właśnie wzięła mnie z sobą miss Watson do maleńkiego pokoiku i za- częła modlić się ze mną, mówiąc, że o cokolwiek bym prosił, otrzymam. Prosiłem, modliłem się co dzień, co rano, ale nie. Nic nie otrzymałem! Próbowałem znów. Nic! Raz dostałem wędkę, ale bez haczyków. Wędka bez haczyków na nic. Prosi- łem więc kilka razy o haczyki, ale nadaremnie. Po paru dniach spytałem miss Watson, czy ona nie mogłaby prosić za mnie, ale odpowiedziała, żem głupi, nie tłumacząc mi nawet, dlaczego. 16 Pewnego dnia długo nad tym w lesie rozmyślałem: Jeżeli każdy może otrzymać wszystko, o co prosi, dlaczego sąsiad nasz nie może odzyskać pieniędzy, które stracił na wie- przach? Dlaczego miss Watson nie może przytyć troszeczkę? Nie, to coś nie tak, jak mówi miss Watson. Idę tedy do wdowy i pytam jej, jak to jest naprawdę. A ona mi tłumaczy, że każdy otrzymać może to, o co prosi, ale że prosić należy jedynie o „dary duchowe”, nie zaś o nabytki doczesne. Za mądre to było dla mnie, ale mi zaraz wytłumaczyła: „— Powinieneś dopomagać drugim, każdemu dobrze czy- nić, myśleć o szczęściu drugich, o swoim zaś najmniej. Star- szych trzeba szanować i słuchać...” No, to się już do miss Watson odnosi... z pewnością! Znów poszedłem do lasu, żeby to sobie obrócić w głowie na wszystkie strony. Nie widząc jednak dla siebie żadnej ko- rzyści w myśleniu ciągłym „o drugich”, postanowiłem dłużej się tym wcale nie frasować. Czasami wdowa, wezwawszy mnie, tak opowiadała o Opatrzności, że mi się aż miękko na sercu robiło, ale już na- zajutrz z nowych rozpraw miss Watson — o Opatrzności — wyciągałem wnioski wprost odwrotne. Przypuszczałem więc, że muszą być dwie Opatrzności: z Opatrznością wdowy było- by biedakowi jak u Pana Boga za piecem, ale gdyby go złapała Opatrzność miss Watson, to już po nim! Wszystko to sobie obmyśliwszy, postanowiłem, w razie gdyby mnie przyjęła Opatrzność wdowy, pójść pod Jej rządy. Nie wiem tylko jaką by ona korzyść stąd miała, boć ja nieborak głupi i prosty, włó- częga biedny i nic więcej. Taty nie widział nikt od roku przeszło i bardzo mi z tym było dobrze; nie miałem najmniejszej ochoty znów go zoba- czyć. Miał brzydki zwyczaj bić mnie zawsze, nawet gdy był trzeźwy, to też spędzałem w lesie prawie cały czas bytności jego w okolicy. W tych dniach właśnie znaleziono go w rzece, o jakie dwanaście mil od miasta: utonął! Tak przynajmniej mówiono, gdyż topielec tego samego był wzrostu, tak samo 17 obdarty, takie same długie miał włosy — Tatko wykapany! Twarzy tylko rozpoznać nie mogli, bo tak długo leżała w wo- dzie, że już przestała być twarzą. Zwłoki, płynące na wznak, wydobyto i pogrzebano na brzegu. Ale ja ciągle byłem niespo- kojny, bo mi zawsze stało na myśli, com kiedyś słyszał: że mężczyzna gdy utonie, wypłynąć na wznak nie może, tylko zawsze twarzą do wody. — Pewien więc byłem, że to nie Tat- ko, lecz jakaś kobieta w stroju męskim. Bawiliśmy się od czasu do czasu w rozbójników, z miesiąc może, a potem daliśmy pokój. Nikogośmy nie ograbili, ani za- bili, tylko tak udawaliśmy, że napadamy. Czyniąc zasadzki w lesie, uderzaliśmy na ludzi pędzących wieprze do miasta, na kobiety wiozące na targ jarzyny, niewolników jednak nie braliśmy. Tomek Sawyer nazywał wieprze „jeńcami” a jarzy- ny „łupem”. Pewnego dnia Tomek wyprawił jednego z naszych chłop- ców do miasta i kazał mu biegać po ulicach z zapalonym pa- tykiem, t j. z „żagwią mordu”, na znak, że banda powinna się zebrać czym prędzej. Po zebraniu powiedział nam, że przez szpiegów swoich ważne otrzymał wiadomości. Nazajutrz sta- nąć miała obozem w jednej z dolin górskich karawana kup- ców hiszpańskich i Arabów bogatych, wiodąca z sobą dwie- ście słoni, sześćset wielbłądów i przeszło tysiąc mułów, obju- czonych samymi brylantami; cała zaś straż karawany składa- ła się z czterystu zaledwie żołnierzy. Otóż uczyniwszy zasadz- kę, mieliśmy niespodzianie uderzyć na karawanę, rozbić ją i zabrać skarby. Kazał nam broń wyczyścić, opatrzeć i stać w wojennym pogotowiu. Nawet przy pogoniach za wózkiem z rzepą musieliśmy zawsze mieć broń wyczyszczoną, choć składała się ona tylko z kijów od mioteł i blaszanych szabelek, które trzeć można było i szorować do siódmego potu, blacha zaś zawsze była blachą, tak jak kij kijem. Nie wierząc, żeby- śmy mogli pobić taką moc Hiszpanów i Arabów, z ciekawości jedynie ujrzenia wielbłądów i słoni, stawiłem się nazajutrz, w sobotę, o wyznaczonej godzinie. 18 Z gęstych zarośli na komendę wodza zbiegliśmy pędem w dolinę. Nie było tam jednak Hiszpanów, ani Arabów, nie było wielbłądów, ani słoni, ale za to spotkaliśmy dzieciaków z niedzielnej szkółki, na majówce. Napadliśmy na nie i rozpędzili, jedyną wszakże naszą zdo- byczą były pierniczki i marmolada. Ben Rogers znalazł wprawdzie zwiniętą z gałganów lalkę, a Jo Harper książeczkę do nabożeństwa, lecz nauczyciel, zmusiwszy nas do oddania łupu, rozpędził bandę. Brylantów nie widziałem wcale i po- wiedziałem to Tomkowi, on jednak upierał się, że były ich tam cale fury; byli też i Arabowie, słonie i wszystko, co być miało. Na pytanie moje, dlaczego ja nic nie widziałem, nazy- wał mnie nieukiem, dodając, że gdybym znał „Don Kichota”, pytać bym nie potrzebował. Stało się to wszystko za sprawą czarów. Nieprzyjaźni nam czarnoksiężnicy przemienili wszystko w dzieciaków z niedzielnej szkółki, w pierniczki i w galaretę. — Skoro tak — odpowiedziałem — to trzeba bić się z czar- noksiężnikami. — Cóż ty sobie myślisz, głowo cielęca — odparł Tomek — czy to czarnoksiężnik nie ma całego wojska geniuszów, które cię rozsiekają na drobny mak, zanim policzysz do trzech? Każdy geniusz wysoki jak drzewo, a gruby jak kościół. — A jeżeli kilku geniuszów stanie po naszej stronie, czy nie możemy zwyciężyć tamtych? — Aha! A skądże weźmiesz geniuszów? — Nie wiem. Skądże ich biorą czarnoksiężnicy? — To co innego. Taki czarnoksiężnik potrze sobie pier- ścień albo starą lampę blaszaną i geniusze hurmem się cisną do niego... Pioruny biją, grzmot huczy, błyskawice po niebie latają, dym bucha kłębami, a czarnoksiężnik geniuszom roz- kazuje i co im powie, to one czynią. Dla nich to nic wyrwać wieżę z korzeniami i przerzucić ją sobie przez głowę razem z dyrektorem niedzielnej szkółki. — Któż ich zmusi do wyrwania wieży? 19 — Każdy, kto potrze lampę albo pierścień. One są poddane każdemu, kto posiada lampę albo taki pierścień i muszą być posłuszne każdemu rozkazowi swego władcy. Jeżeli im po- wie: „ — Zbudujcie mi pałac na czterdzieści mil długi, cały z diamentów i napełnijcie go od dachu do piwnic cukierkami, porwijcie cesarzowi chińskiemu córkę dla mnie za żonę, one zrobić to muszą i to zaraz, nim słońce wstanie. Więcej ci po- wiem: muszą na twój rozkaz przenosić ten pałac z miejsca na miejsce i to prędko: raz, dwa, trzy, jak walca tańczył. Rozu- miesz? — Wiesz, co ja myślę? Głupie być muszą te geniusze, jeżeli tak szafują pałacami i cukierkami, zamiast je zatrzymać dla siebie! Niedoczekanie niczyje, żebym ja porzucał to, co robię, i pędził na rozkazy pierwszego lepszego, kto potrze starą lam- pę albo pierścień! — Sam nie wiesz, co gadasz, Huck. A ja ci powiadam, że rad nie rad i ty byś przyjść musiał. — Ja? Gdybym był wysoki, jak to drzewo, a w sobie taki, jak nasz kościół?! No, dobrze, przyszedłbym, ale za to zmusił- bym tego człowieka do wdrapania się na drzewo najwyższe w całym lesie. — Wiesz, Huck, z tobą gadać nie warto. O niczym nie masz pojęcia! Istna cielęca głowa! Rozważając to wszystko przez dni kilka, postanowiłem wreszcie przekonać się, czy jest w tym cokolwiek prawdy Wy- szukawszy starą, blaszaną lampę i również stary pierścień że- lazny, tarłem go w lesie aż do potu, licząc na to, że zbudowa- ny przez geniusza pałac sprzedam za dobre pieniądze. Ale wszystko na nic! Nie przyszedł ani jeden geniusz. Doszedłem więc do wniosku, że cała gadanina była kłamstwem, przez Tomka wymyślonym. Może on zresztą i wierzył zarówno w Arabów, jak i w słonie, ale ja nie. To była po prostu szkółka niedzielna. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przygody Hucka (przeł. Teresa Prażmowska)
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: