Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00183 005177 15188958 na godz. na dobę w sumie
Przygody Piotrusia Pana - ebook/pdf
Przygody Piotrusia Pana - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 40
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> lektury szkolne, opracowania lektur >> podstawówka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przygody Piotrusia Pana, chłopca uciekającego przed dorosłością, i jego walce z piratami w Nibylandii. Tytułowy Piotruś to chłopiec, który nie chciał dorosnąć, więc zaraz po narodzinach wyfrunął przez okno sypialni, by zamieszkać wśród wróżek i elfów Ogrodów Kensingtońskich w Londynie. Tam przeżywa przygody wraz z innymi dziećmi i nigdy nie ma więcej niż 7 dni. Tytułowa postać wrosła na stałe nie tylko w kanon literatury światowej, ale także stała się inspiracją do nazwania pewnej postawy czy predyspozycji psychologicznej, zwanej kompleksem lub syndromem Piotrusia Pana – niedojrzałego, wiecznego chłopca.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. James Matthew Barrie PRZYGODY PIOTRUSIA PANA Opracowała ZOFIA ROGOSZÓWNA Tytuł oryginału angielskiego Peter Pan 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, Gda(cid:276)sk 2000 3 Rozdział I Wielka wyprawa do Parku Leśnego Byłoby wam trudno zrozumieć przygody Piotrusia Pana, gdyby(cid:286)cie nie wiedzieli, jak wy- gl(cid:261)da Park Le(cid:286)ny. Park ten jest olbrzymi i le(cid:298)y w pobli(cid:298)u bardzo wielkiego miasta, w którym mieszka król. Prawie codziennie chodzimy z Daniem do parku i Danio jest wprost oszoło- miony mnóstwem wra(cid:298)e(cid:276), jakich tam doznaje. Nigdy jeszcze (cid:298)adne dziecko nie zwiedziło całego parku za jednym razem, bo malcy w wieku Dania musz(cid:261) sypiać od dwunastej do pierwszej w południe i dlatego trzeba spieszyć z powrotem do domu. żdyby jednak wasze mamy nie przestrzegały tak koniecznie tego spania od dwunastej do pierwszej w południe, to mo(cid:298)e mogliby(cid:286)cie zwiedzić cały Park Le(cid:286)ny w jednym i tym samym dniu. Przed parkiem ci(cid:261)gnie si(cid:266) niesko(cid:276)czenie długi sznur doro(cid:298)ek, nad którymi wasze piastunki maj(cid:261) tak(cid:261) władz(cid:266), (cid:298)e skoro palec do góry podnios(cid:261), doro(cid:298)ka staje, a wtedy dzieci przechodz(cid:261) swobodnie na drug(cid:261) stron(cid:266) ulicy i zatrzymuj(cid:261) si(cid:266) przed wielk(cid:261), (cid:298)elazn(cid:261) bram(cid:261). Bram w parku jest kilka, ale zwykle wchodzi si(cid:266) t(cid:261) pierwsz(cid:261). U wej(cid:286)cia mo(cid:298)na zamienić par(cid:266) słów z „pani(cid:261) od baloników”. Pani ta z takim nat(cid:266)(cid:298)eniem cał(cid:261) sw(cid:261) przysadzist(cid:261) postaci(cid:261) przyciska stołek do bruku chodnika, a plecy do (cid:298)elaznego ogrodzenia parku, (cid:298)e twarz jej jest czerwona jak burak. Ostro(cid:298)no(cid:286)ć ta jest bardzo wskazana, bo gdyby choć na chwilk(cid:266) pu(cid:286)ciła si(cid:266) sztachet i stołka, baloniki, które trzyma w r(cid:266)ku, uniosłyby j(cid:261) w powietrze. I tak si(cid:266) nawet stało którego(cid:286) dnia, bo gdy(cid:286)my o zwykłej godzinie przyszli do parku, zastali(cid:286)my pod bram(cid:261) „now(cid:261) pani(cid:261) od balo- ników”. Widocznie ta dawniejsza, gruba, oderwała si(cid:266) od sztachet i baloniki uniosły j(cid:261) w gó- r(cid:266). Danio bardzo (cid:298)ałował, (cid:298)e nie był przy tym, bo skoro ju(cid:298) w ogóle miało si(cid:266) stać takie nie- szcz(cid:266)(cid:286)cie, byłby przynajmniej chciał je widzieć na własne oczy. Le(cid:286)ny Park jest prze(cid:286)licznym ogrodem, w którym rosn(cid:261) miliony i setki najpi(cid:266)kniejszych drzew. Zaraz za bram(cid:261) zaczyna si(cid:266) żaj Żigowy, ale ka(cid:298)dy umyka st(cid:261)d czym pr(cid:266)dzej, bo tutaj bawi(cid:261) si(cid:266) tylko dzieci, które z nikim „zadawać si(cid:266)” nie chc(cid:261), bo s(cid:261) zanadto dobrze wychowa- ne. Danio i inni bohaterowie w jego wieku nazywaj(cid:261) je pogardliwie „małpkami”. Dzieci te chodz(cid:261) postrojone jak laleczki z wystawy sklepowej, mówi(cid:261) po cichutku i u(cid:298)ywaj(cid:261) wyszuka- nych wyrazów jak ludzie doro(cid:286)li. Nudz(cid:261) si(cid:266) przy tym ci(cid:261)gle, bo w nic si(cid:266) bawić nie umiej(cid:261). Zdarza si(cid:266) jednak, (cid:298)e i najlepiej wytresowana małpa zbuntuje si(cid:266) w zwierzy(cid:276)cu, przesadzi strzeg(cid:261)ce j(cid:261) mury i ucieknie w (cid:286)wiat daleki. Takim buntowniczym duchem była Marynka żrey, o której dowiecie si(cid:266) wi(cid:266)cej, kiedy dojdziemy do bramy ochrzczonej jej imieniem. Ta mała Marynka jest jedyn(cid:261) „małpk(cid:261)”, której wspomnienie przechowało si(cid:266) w Le(cid:286)nym Parku. Teraz przechodzimy na Du(cid:298)(cid:261) Drog(cid:266). Ró(cid:298)nica mi(cid:266)dzy ni(cid:261) a innymi drogami jest prawie ta- ka jak mi(cid:266)dzy wami a waszym ojcem. Danio nie mo(cid:298)e si(cid:266) nadziwić, (cid:298)e droga ta jest z pocz(cid:261)t- ku w(cid:261)ska, a potem rozszerza si(cid:266) i rozszerza, dopóki si(cid:266) nie stanie zupełnie szerok(cid:261) drog(cid:261). Danio twierdzi, (cid:298)e droga ta jest ojcem wszystkich (cid:286)cie(cid:298)ek i (cid:286)cie(cid:298)ynek parku, i wyrysował na- wet obrazek, który mu si(cid:266) ogromnie podoba. Na tym obrazku Du(cid:298)a Droga wiezie w dziecin- nym wózku Mał(cid:261) Dró(cid:298)k(cid:266) na spacer. I na tej drodze spotkać mo(cid:298)na tylko bardzo porz(cid:261)dne towarzystwo. Dzieci bawi(cid:261) si(cid:266) tu zawsze pod okiem dorosłych, którzy pilnuj(cid:261), (cid:298)eby nie za- moczyły nó(cid:298)ek w wilgotnej trawie, i stawiaj(cid:261) je do k(cid:261)ta za to, (cid:298)e s(cid:261) „uparciuchami” albo „mazgajami”. Wyraz „mazgaj” oznacza kogo(cid:286), kto płacze o byle co, na przykład o to, (cid:298)e go niania nie chce wzi(cid:261)ć na r(cid:266)ce albo (cid:298)e mu palec z buzi wyj(cid:266)to. Z dwojga złego lepiej ju(cid:298) być 4 „uparciuchem”, bo tyle najmilszych rzeczy jest zabronionych na (cid:286)wiecie, (cid:298)e warto od czasu do czasu popróbować, czyby si(cid:266) jednak nie dało postawić na swoim. żdyby(cid:286)my si(cid:266) zatrzymywali przy ka(cid:298)dym placu, przez który przechodzi Du(cid:298)a Droga, stra- ciliby(cid:286)my tyle czasu, (cid:298)e musieliby(cid:286)my wracać do domu nie obejrzawszy ani jednej cz(cid:266)(cid:286)ci wszystkich rzeczy godnych widzenia w Parku Le(cid:286)nym. Zwróc(cid:266) wam wi(cid:266)c tutaj tylko uwag(cid:266) na drzewo Mundzia Helwetta, pod którym ów Mundzio, bawi(cid:261)c si(cid:266) pewnego razu, zgubił jednego pensa, a po chwili szukania odnalazł dwa! Od tego pami(cid:266)tnego zdarzenia cała ziemia dokoła drzewa jest rozgrzebana i zryta rydelkami młodocianych „poszukiwaczy złota”. Nieco dalej wznosi si(cid:266) drewniana budka, w której zabarykadował si(cid:266) mały ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266) Henry(cid:286). Mały ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266) mazgaił si(cid:266) przez całe trzy dni bez (cid:298)adnego powodu i za kar(cid:266) przyprowadzono go do Parku Le(cid:286)nego w sukience jego siostrzyczki. Henry(cid:286) nie mógł znie(cid:286)ć takiej ha(cid:276)by. Na Du(cid:298)ej Drodze wydarł si(cid:266) z r(cid:261)k bony, zamkn(cid:261)ł si(cid:266) w drewnianej budce i nie dał si(cid:266) z niej wyprowa- dzić, póki mu nie oddano jego bufiastych majteczek z dwiema kieszeniami. Nie b(cid:266)d(cid:266) was namawiał, (cid:298)eby(cid:286)cie si(cid:266) zbli(cid:298)yli do Okr(cid:261)głego Stawu, bo zanim do(cid:276) dojdzie- cie, nianie wasze, które s(cid:261) okropnie tchórzliwe, odci(cid:261)gn(cid:261) was na pewno w inn(cid:261) stron(cid:266) i poka- (cid:298)(cid:261) wam (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266) wiod(cid:261)c(cid:261) do Dziecinnego Pałacu. W pałacu tym mieszkała samiute(cid:276)ka jedna, w otoczeniu bardzo wielu lalek, najsławniejsza dziewczynka z całego parku. Je(cid:286)li kto poci(cid:261)- gn(cid:261)ł za sznurek dzwonka, wstawała zaraz z łó(cid:298)ka. O szóstej zapalała (cid:286)wiatło i odmykała drzwi w koszulce nocnej, a wszyscy wołali w uniesieniuŚ „Cze(cid:286)ć królowej! Niech (cid:298)yje królowa!” Dania jednak najbardziej dziwi, sk(cid:261)d taka mała dziewczynka wiedziała, gdzie s(cid:261) schowane zapałki. Teraz zast(cid:266)puje nam drog(cid:266) Wy(cid:286)cigowa żóra. Zdarza si(cid:266), (cid:298)e dzieci wchodz(cid:261) na ni(cid:261) bez zamiaru gonienia si(cid:266) lub (cid:286)cigania. Ledwie jednak stopy ich dotkn(cid:261) jej szczytu, taka ochota wzbiera w nich nagle, (cid:298)e zbiegaj(cid:261) z góry, jakby im skrzydła wyrosły u ramion. Zwykle za- trzymuj(cid:261) si(cid:266) dopiero wówczas, kiedy ju(cid:298) tak daleko odbiegły od starszych, (cid:298)e nie wiedz(cid:261), jak trafić do nich. Ale na szcz(cid:266)(cid:286)cie jest tu druga drewniana budka, w której siedzi dozorca. Budka ta nazywa si(cid:266) „domkiem znajdków”, bo jak si(cid:266) tylko dziecko zgubi, idzie do dozorcy i mówi mu, (cid:298)e si(cid:266) zgubiło, a dozorca je zaraz znajduje. Na żórze Wy(cid:286)cigowej zabawy i gonitwy nie ustaj(cid:261) nigdy, bo nawet w dni zimne i wietrzne, kiedy dzieciom wychodzić z domu nie wolno, zamiast nich bawi(cid:261) si(cid:266) tu i (cid:286)cigaj(cid:261) z(cid:298)ółkłe, jesienne li(cid:286)cie. Opanowane szałem gonitwy, bez ko(cid:276)ca wiruj(cid:261) tu i goni(cid:261) si(cid:266), a nikt na (cid:286)wiecie nie mo(cid:298)e im dorównać w lekko(cid:286)ci i chy(cid:298)o(cid:286)ci. Z Wy(cid:286)cigowej żóry widzimy, jak na dłoni, Bram(cid:266) Marynki żrey, o której przyrzekłem wam wi(cid:266)cej opowiedzieć. Była to ładna, mała dziewczynka, która co dzie(cid:276) o tej samej godzi- nie zjawiała si(cid:266) w parku w towarzystwie dwóch piastunek albo jednej mamy i jednej piastun- ki. Marynka była zawsze (cid:286)licznie ubrana, wszystkim „małpkom” mówiła „pa” i bawiła si(cid:266) tylko swoj(cid:261) własn(cid:261) piłeczk(cid:261), któr(cid:261) raczyła rzucać na ziemi(cid:266) i kazała podnosić piastunce. I raptem ta grzeczna, ta (cid:286)licznie ubrana i wzorowo wychowana Marynka zmieniła si(cid:266) w najnie- grzeczniejsze stworzenie. Chc(cid:261)c dowie(cid:286)ć, (cid:298)e jest naprawd(cid:266) niegrzeczna, rozwi(cid:261)zała najpierw sznurowadła trzewiczków i wywiesiła j(cid:266)zyk na cztery strony (cid:286)wiata. Potem zdarła z siebie szarf(cid:266) jedwabn(cid:261), zmi(cid:266)ła j(cid:261) i podeptała nogami, pobiegła do kału(cid:298)y i skakała po błocie, póki nim nie obryzgała swojej strojnej sukienki. Potem przelazła przez płot i narobiła jeszcze wiele innych głupstw, na których zako(cid:276)czenie zrzuciła z nó(cid:298)ek oba zabłocone trzewiczki i cisn(cid:266)ła je daleko poza siebie. Wreszcie, ochlapana błotem, rozczochrana i w po(cid:276)czoszkach tylko, po- mkn(cid:266)ła ku bramie, ochrzczonej teraz jej imieniem, wypadła na ulic(cid:266) i byłaby z pewno(cid:286)ci(cid:261) zgin(cid:266)ła w tłumie, gdyby biegn(cid:261)ca za ni(cid:261) matka nie porwała jej na r(cid:266)ce i nie zaniosła do do- ro(cid:298)ki, która zbuntowan(cid:261) „małpk(cid:266)” odwiozła do domu. Stało si(cid:266) to dawno temu i Danio tylko z imienia zna Marynk(cid:266) żrey. Na lewo od Du(cid:298)ej Drogi ci(cid:261)gnie si(cid:266) Aleja Dzidziusiów. Pełno tu dziecinnych wózków i male(cid:276)stw zaledwie raczkuj(cid:261)cych – wprost trudno przej(cid:286)ć nie natkn(cid:261)wszy si(cid:266) na jakie(cid:286) nie- 5 mowl(cid:266), co wywołuje natychmiast okrzyki grozy i oburzenia nianiek. Tu jest tak(cid:298)e przej(cid:286)cie ku mleczarni, gdzie w prawdziwych rondlach gotuje si(cid:266) mleko i gdzie kwiatki kasztanów spadaj(cid:261) wprost do waszych szklanek. Tu pij(cid:261) mleko tak(cid:298)e zwyczajne dzieci i do ich szklanek sypi(cid:261) si(cid:266) kwiatki kasztanów, tak samo jak i do waszych. Teraz rzucimy okiem na studni(cid:266) z basenem. Kiedy do tego basenu wpadł Jurek (cid:285)miały, tyle było w nim wody, (cid:298)e si(cid:266) przelewała przez brzegi. Jurek był pieszczochem swojej matki i ze wzgl(cid:266)du na to, (cid:298)e matka jego była wdow(cid:261), pozwalał jej nawet przy ludziach brać si(cid:266) cza- sem pod rami(cid:266). Jurka ogarniała nieraz niepohamowana (cid:298)(cid:261)dza przygód. Wtedy najch(cid:266)tniej bawił si(cid:266) z kominiarzem Smoluchem. Pewnego razu, kiedy jak zwykle bawili si(cid:266) koło studni, Jurek (cid:285)miały wpadł do basenu i byłby si(cid:266) utopił, ale Smoluch dał nurka w wod(cid:266) i wydobył go na wierzch. I co najwa(cid:298)niejsze, (cid:298)e woda tak doskonale zmyła sadz(cid:266) z twarzy Smolucha, (cid:298)e kiedy z niej wyszedł, wszyscy od razu poznali, (cid:298)e Smoluch jest ojcem Jurka, którego wszyscy uwa(cid:298)ali za zaginionego. Od tego czasu Jurek nigdy ju(cid:298) nie pozwalał swojej matce, aby go brała pod rami(cid:266). Pomi(cid:266)dzy studni(cid:261) a Okr(cid:261)głym Stawem le(cid:298)y boisko przeznaczone dla zwolenników kro- kieta. Tylko (cid:298)e do prawdziwej gry nie dochodzi prawie nigdy, bo podzielenie dzieci na partie zabiera za wiele czasu. Ka(cid:298)de z dzieci chce gr(cid:266) prowadzić, a kiedy po wielu wysiłkach uda si(cid:266) nareszcie wszystkich pogodzić i dwóch partnerów rozpoczyna gr(cid:266), okazuje si(cid:266), (cid:298)e reszta dzieci ju(cid:298) postanowiła bawić si(cid:266) w co(cid:286) innego. Na tym boisku graj(cid:261) w krokieta chłopcy i dziewczynki. Chłopcy u(cid:298)ywaj(cid:261) w grze drewnianej pałki, a dziewczynkom pomagaj(cid:261) rakiety i guwernantki. Nie dziw wi(cid:266)c, (cid:298)e nigdy nie graj(cid:261) porz(cid:261)dnie, a je(cid:286)liby(cid:286) chciał podpatrzyć ich rozpaczliwe wysiłki, doleciałyby ci(cid:266) z boiska najdziwniejsze odgłosy. Z tego powodu zda- rzyła si(cid:266) raz nawet bardzo niemiła historia. Kilka dziewczynek wyzwało do walki „w piłk(cid:266)” Dania i pewne rozwichrzone stworzonko (na imi(cid:266) jej było Anielcia). Dziewczynki zrobiły tyle punktów, (cid:298)e... albo nie, wol(cid:266) pomin(cid:261)ć milczeniem t(cid:266) niefortunn(cid:261) przygod(cid:266) i zaprowadzić was do Okr(cid:261)głego Stawu, który jest dusz(cid:261) całego parku. Staw jest okr(cid:261)gły i le(cid:298)y w samym (cid:286)rodku Parku Le(cid:286)nego, a kto raz stan(cid:261)ł nad jego brze- giem, na pewno nie zechce kroku post(cid:261)pić dalej. Tu widzi si(cid:266) chłopców puszczaj(cid:261)cych na wod(cid:266) tak ogromne (cid:298)aglowce, (cid:298)e dla przewiezienia ich do parku musz(cid:261) u(cid:298)ywać taczek albo wózków dziecinnych. Zauwa(cid:298)yli(cid:286)cie pewnie, (cid:298)e w parku bardzo du(cid:298)o małych dzieci ma wy- krzywione nó(cid:298)ki. Nie mo(cid:298)e być inaczej, skoro bracia i kuzynkowie zabieraj(cid:261) ich wózki na swoje rzeczy, a bobasy musz(cid:261) dreptać do domu piechot(cid:261). Ka(cid:298)dy z was marzył zapewne o posiadaniu (cid:298)aglowej łodzi na własno(cid:286)ć i oto wujaszek spełnił wreszcie wasze (cid:298)yczenie. Ach, wielka to przyjemno(cid:286)ć przywlec taki statek do parku i rozprawiać o nim gło(cid:286)no z innymi chłopcami, którzy nie maj(cid:261) tak zacnego wujaszka! Ale po paru wyst(cid:266)pach wolicie zostawić wasz wspaniały statek w domu, bo wkrótce spostrzegacie, (cid:298)e (cid:298)aden, choćby najkosztowniejszy, nie mo(cid:298)e si(cid:266) nawet równać ze „statkiem z patyka”. Szczególn(cid:261) cech(cid:261) tego statku jest jego dziwne podobie(cid:276)stwo do kawałka patyka przywi(cid:261)za- nego na ko(cid:276)cu sznurka. Podobie(cid:276)stwo to jednak trwa, dopóki statek nie zostanie puszczony na wod(cid:266). Bo skoro tylko zacznie si(cid:266) (cid:286)lizgać po powierzchni stawu, wła(cid:286)ciciel id(cid:261)cy wzdłu(cid:298) brzegu i dzier(cid:298)(cid:261)cy w r(cid:266)ku sznurek widzi natychmiast tłumy majtków uwijaj(cid:261)cych si(cid:266) na po- kładzie, widzi (cid:298)agle wzd(cid:266)te majestatycznie i widzi, jak statek płynie, płynie dniem i noc(cid:261) hen, ku cichej, bezpiecznej przystani, zupełnie niedost(cid:266)pnej kosztownym, sklepowym statkom. Noc zapada szybko, ale nieustraszony (cid:298)aglowiec wypływa na pełne morześ (cid:298)agle jego wzdy- maj(cid:261) si(cid:266) i trzepi(cid:261) na wietrze i płynie wci(cid:261)(cid:298) przed siebie, ponad zatopionymi miastami, coraz to natrafiaj(cid:261)c na rozbójników morskich, z którymi m(cid:266)(cid:298)na załoga musi staczać dzikie walki. Wreszcie po długiej, mozolnej podró(cid:298)y statek twój zarzuca kotwic(cid:266) na koralowych rafach. Najpi(cid:266)kniejsze przygody zdarzaj(cid:261) si(cid:266) zwykle, kiedy si(cid:266) bawisz sam, bo we dwóch nie mo(cid:298)na si(cid:266) tak bawić jak samemu. żdy jeste(cid:286) sam, prowadzisz półgłosem rozmowy, wydajesz 6 rozkazy, wygrywasz bitwy i bawisz si(cid:266) tak znakomicie, (cid:298)e zapominasz zupełnie, gdzie si(cid:266) znajdujesz i (cid:298)e ju(cid:298) czas najwy(cid:298)szy wracać do domu. A kiedy przestajesz si(cid:266) bawić, zapomi- nasz zupełnie, kim byłe(cid:286) i czym twój statek był wyładowany po brzegi. Bo ju(cid:298) wieko twojego skarbca si(cid:266) zatrzasn(cid:266)ło i skarbiec zapadł w gł(cid:261)b twej pami(cid:266)ci. Mo(cid:298)e dopiero po latach inny jaki chłopczyk odkryje go i czerpać b(cid:266)dzie z jego skarbów. Kosztowne sklepowe statki nie kryj(cid:261) we wn(cid:266)trzu swoim (cid:298)adnych tajemnic i dlatego widok sklepowego jachtu nie o(cid:298)ywi nigdy w pami(cid:266)ci dorosłego człowieka najmilszych wra(cid:298)e(cid:276) jego dzieci(cid:276)stwa. Bo tylko „statki z patyka” wyładowane s(cid:261) po brzegi najcenniejszymi wspomnie- niami. Jacht jest tym samym wobec „statku z patyka”, czym jest zwyczajny flisak wobec ma- rynarza. Statek sklepowy o(cid:286)miela si(cid:266) zaledwie kr(cid:261)(cid:298)yć po tafli jeziora, gdy tymczasem „statek z patyka” bez l(cid:266)ku wypływa na fale wzburzonego oceanu. Tote(cid:298) niech dzieci posiadaj(cid:261)ce pi(cid:266)kne jachty nie wyobra(cid:298)aj(cid:261) sobie, (cid:298)e zabawki te wzbudzaj(cid:261) u drugich podziw. O nie, jachty te s(cid:261) zupełnie zbyteczne na Okr(cid:261)głym Stawie! żdyby nawet wszystkie si(cid:266) potopiły albo gdy- by kaczki wci(cid:261)gn(cid:266)ły je pod wod(cid:266) i zagrzebały w mule, Okr(cid:261)gły Staw spełniałby nadal cele, jakie mu przeznaczono. Tak samo jak dzieci, ci(cid:261)gn(cid:261) ku wodzie mniejsze i wi(cid:266)ksze (cid:286)cie(cid:298)ki. Jedne z nich s(cid:261) opa- trzone słupkami z kolczastym drutem. S(cid:261) to porz(cid:261)dne (cid:286)cie(cid:298)ki, czyszczone i (cid:298)wirowane przez ludzi, którzy przy tej robocie zdejmuj(cid:261) z siebie surduty. Oprócz tych (cid:286)cie(cid:298)ek jest mnóstwo innych, zwanych „złodziejskimi”. Dró(cid:298)ki te i (cid:286)cie(cid:298)ynki s(cid:261) miejscami tak szerokie, (cid:298)e dwie osoby swobodnie wymin(cid:261)ć by si(cid:266) mogły, to znów zw(cid:266)(cid:298)aj(cid:261) si(cid:266) tak dalece, i(cid:298) pomimo (cid:298)e sta- wiasz nogi tu(cid:298) przy sobie i tak dotykasz krzaków rosn(cid:261)cych po obu stronach. Naturalnie „zło- dziejskie” (cid:286)cie(cid:298)ki zrobiły si(cid:266) same i Danio bardzo (cid:298)ałuje, (cid:298)e nie mo(cid:298)e nigdy si(cid:266) przyjrzeć, jak one „si(cid:266) robi(cid:261)”. Naturalnie, (cid:298)e to „robienie si(cid:266)” (cid:286)cie(cid:298)ek musi si(cid:266) odbywać ju(cid:298) „po dzwonku”, kiedy bramy parku s(cid:261) pozamykane. Wszystko, co jest ciekawego w parku, robi si(cid:266) zawsze w nocyś ja s(cid:261)dz(cid:266), (cid:298)e (cid:286)cie(cid:298)ki porobiły si(cid:266) dlatego, (cid:298)eby nie stracić sposobno(cid:286)ci przyjrzenia si(cid:266) Okr(cid:261)głemu Stawowi. Jedna z tych ,,złodziejskich” (cid:286)cie(cid:298)yn zaczyna si(cid:266) od placu, gdzie strzyg(cid:261) barany i owce. Mówiono mi, (cid:298)e kiedy fryzjer ostrzygł po raz pierwszy loki Dania, Danio po(cid:298)egnał je bez zmru(cid:298)enia powiek (za to mamie jego łzy si(cid:266) kr(cid:266)ciły w oczach). Nie dziw wi(cid:266)c, (cid:298)e kiedy bara- ny i owce zacz(cid:266)ły umykać przed postrzygaczem, Danio wołał ku nim wzgardliwieŚ „Nie wstyd wam, stare tchórze?!” Kiedy jednak postrzygacz (cid:286)cisn(cid:261)ł owieczk(cid:266) kolanami i rozpocz(cid:261)ł operacj(cid:266), Danio pogroził mu pi(cid:266)(cid:286)ci(cid:261). Nie mógł darować postrzygaczowi, (cid:298)e u(cid:298)ywa do strzy- (cid:298)enia takich wielkich no(cid:298)yc. Po ostrzy(cid:298)eniu owcy postrzygacz otrz(cid:261)sa z niej wełn(cid:266) i zwie- rz(cid:261)tko stoi nieruchomo, zupełnie niepodobne do siebie. Owce s(cid:261) tak zdziwione i onie(cid:286)mielone t(cid:261) now(cid:261) swoj(cid:261) postaci(cid:261), (cid:298)e puszczone wolno nie od razu zaczynaj(cid:261) skubać traw(cid:266). Zapewne im si(cid:266) zdaje, (cid:298)e teraz nie maj(cid:261) ju(cid:298) do niej prawa. Danio nieraz my(cid:286)li nad tym, czy owce po ostrzy(cid:298)eniu poznaj(cid:261) jedna drug(cid:261), czy te(cid:298) mo(cid:298)e bior(cid:261) si(cid:266) za obce i dlatego sprzeczaj(cid:261) si(cid:266) mi(cid:266)- dzy sob(cid:261). Te owce z Parku Le(cid:286)nego s(cid:261) w ogóle zupełnym przeciwie(cid:276)stwem owiec wiejskich. Do(cid:286)ć powiedzieć, (cid:298)e na sam ich widok nasz dzielny Portos podwija ogon ze strachu. Portos jest bernardem i niech tylko na wsi posłyszy z daleka beczenie owiec, biegnie ku nim i gna przed sob(cid:261) całe stado. Ale te miejskie owce id(cid:261) wprost ku niemu z tak dziwnym wyrazem w oczach, (cid:298)e Portosowi od razu robi si(cid:266) niedobrze. Jego psi honor nie pozwala mu, naturalnie, zemkn(cid:261)ć przed owcami, wi(cid:266)c stoi bez ruchu, udaj(cid:261)c, (cid:298)e jest pogr(cid:261)(cid:298)ony w podziwianiu krajo- brazu, a potem raptem zawraca w bok i daje mi zza krzaków do zrozumienia, (cid:298)e mogliby(cid:286)my pój(cid:286)ć dalej. Niedaleko st(cid:261)d zaczyna si(cid:266) W(cid:266)(cid:298)owe Jezioro. Je(cid:286)li si(cid:266) kto przechyli nad jego brzegiem, wi- dzi na dnie zatopiony las, zwrócony wierzchołkami drzew ku dołowi. Ludzie mówi(cid:261), (cid:298)e noc(cid:261) błyszcz(cid:261) w gł(cid:266)bi W(cid:266)(cid:298)owego Jeziora zatopione gwiazdy. Je(cid:286)li to prawda, to je widuje zapewne Piotru(cid:286) Pan, kiedy w gniazdeczku swoim (cid:298)egluje po powierzchni jeziora. Tylko nieznaczna 7 cz(cid:266)(cid:286)ć jeziora znajduje si(cid:266) w Parku Le(cid:286)nym, bo zaraz woda przepływa pod kamiennym mo- stem a(cid:298) ku Ptasiej Wyspie. Wyspa ta jest ojczyzn(cid:261) wszystkich ptaszków, z których wyrastaj(cid:261) pó(cid:296)niej chłopcy i dziewczynki. (cid:297)adna istota ludzka, z wyj(cid:261)tkiem Piotrusia Pana (który jest tylko niby – człowiekiem), nie mo(cid:298)e przedostać si(cid:266) na Ptasi(cid:261) Wysp(cid:266). Ka(cid:298)de z dzieci jednak, bez wzgl(cid:266)du na to, czy jest dziewczynk(cid:261), czy chłopcem, brunetem czy blondynk(cid:261), mo(cid:298)e napi- sać, co mu si(cid:266) (cid:298)ywnie podoba, na karteczce, przymocować li(cid:286)cik ten do papierowego statecz- ka i pu(cid:286)cić go na wod(cid:266). R(cid:266)cz(cid:266) wam, (cid:298)e skoro tylko noc zapadnie, wasz li(cid:286)cik popłynie wprost do Piotrusiowego pa(cid:276)stwa. Do(cid:286)ć na dzisiaj, czas wracać do domu, bo, jak mówiłem, niemo(cid:298)liwe jest zobaczyć wszystko jednego dnia. Musiałbym chyba nie(cid:286)ć Dania na r(cid:266)kach i wypoczywać na ka(cid:298)dej ławce jak pan Salford. Nazwali(cid:286)my tego pana panem Salfordem, bo ka(cid:298)demu, kogo spotka w parku, opowiada o (cid:286)licznej miejscowo(cid:286)ci, w której si(cid:266) urodził, a która nazywa si(cid:266) Salford. Bardzo to miły staruszek. Przesiada si(cid:266) z ławki na ławk(cid:266) i szuka osoby, z któr(cid:261) by mógł na- wi(cid:261)zać rozmow(cid:266) o Salford. Rok min(cid:261)ł od czasu, gdy(cid:286)my go zobaczyli po raz pierwszy, i oto traf chciał, (cid:298)e poznali(cid:286)my si(cid:266) z innym samotnym staruszkiem, który za młodych lat sp(cid:266)dził raz w Salford cał(cid:261) jedn(cid:261) sobot(cid:266) i pół niedzieli. Był to cichy, nie(cid:286)miały starowinaś adres jego był zawsze wypisany wewn(cid:261)trz jego kapelusza. Skoro(cid:286)my si(cid:266) dowiedzieli o jego wycieczce do Salford, powiedli(cid:286)my go w triumfie do pana Salforda. Nie potrafi(cid:266) wam opisać radosnego wzruszenia, z jakim nasz przyjaciel rzucił si(cid:266) na potulnego staruszka, gdy(cid:286)my mu napomkn(cid:266)li o tej sobocie i niedzieli. Od tego czasu obaj staruszkowie nie rozł(cid:261)czaj(cid:261) si(cid:266) ze sob(cid:261). Prym w rozmowie trzyma naturalnie pan Salford i na ka(cid:298)dym przystanku chwyta swego towarzysza za guzik surduta, jakby si(cid:266) l(cid:266)kał, (cid:298)eby mu si(cid:266) potulny staruszek nie wymkn(cid:261)ł. Nie opodal wyj(cid:286)cia napotykamy jeszcze dwie rzeczy godne uwagi. Pierwsz(cid:261) jest Cmentarz Psów, ale tu si(cid:266) nie zatrzymamy, bo przecie(cid:298) nasz Portos jeszcze (cid:298)yje. Jeszcze bli(cid:298)ej bramy ro(cid:286)nie krzaczek z gniazdeczkiem sikorki. Smutne wspomnienie wi(cid:261)(cid:298)e si(cid:266) z tym gniazdecz- kiem. Szukali(cid:286)my w krzakach piłki Dania i raptem zamiast piłki odkryli(cid:286)my cudne, maluchne gniazdeczko, a w nim cztery jajeczka, ozdobione kolorowymi kreseczkami, zupełnie podob- nymi do gryzmołów wypisywanych przez Dania na jego zeszytach. Zapewne mama – sikorka pisała na tych jajeczkach li(cid:286)ciki do piskl(cid:261)tek zamkni(cid:266)tych wewn(cid:261)trz skorupek. Co dzie(cid:276) od- wiedzali(cid:286)my małe gniazdko, ale zagl(cid:261)dali(cid:286)my do(cid:276) tylko wówczas, kiedy (cid:298)adnego z psotnych chłopaków nie było w pobli(cid:298)u. Co dzie(cid:276) sypali(cid:286)my dokoła krzaczka okruszki, a ptaszyna podnosiła główeczk(cid:266) na nasz widok i tak si(cid:266) z nami oswoiła, (cid:298)e trzepotała skrzydełkami na powitanie. Ale kiedy(cid:286)my przy- byli jednego razu, w gniazdku brakowało dwóch jajeczek. Nazajutrz nie było ju(cid:298) ani jednego. A biedna ptaszyna biła skrzydełkami ponad krzaczkiem i patrzyła na nas tak (cid:298)ałosnym wzro- kiem, jakby my(cid:286)lała, (cid:298)e to my(cid:286)my zdradzili jej zaufanie. To było wprost okropne i Danio tłu- maczył jej, jak tylko mógł, (cid:298)e (cid:298)aden z nas nie byłby w stanie wyrz(cid:261)dzić jej takiej krzywdy. Ale boj(cid:266) si(cid:266), czy ptaszyna go zrozumiała, bo kilka lat ju(cid:298) min(cid:266)ło od czasu, jak Danio u(cid:298)ywał ptasiego j(cid:266)zyka. żdy(cid:286)my dnia tego opuszczali Park Le(cid:286)ny, obaj mieli(cid:286)my łzy w oczach. 8 Rozdział II Piotruś Pan Je(cid:298)eli zapytasz swojej matki, czy b(cid:266)d(cid:261)c mał(cid:261) dziewczynk(cid:261) wiedziała ju(cid:298) o Piotrusiu Panu, matka odpowie ci z pewno(cid:286)ci(cid:261)Ś „Naturalnie, moje dziecko, jak(cid:298)e(cid:298) mogłabym nie wiedzieć o nim?” A je(cid:286)li zapytasz jesz- cze, czy Piotru(cid:286) wtedy je(cid:296)dził na kozie, matka wzruszy ramionamiŚ „Có(cid:298) za pytanie, mój mały! Naturalnie, (cid:298)e je(cid:296)dził!” Je(cid:298)eli potem pobiegniesz do babuni i jej zapytasz z kolei, czy kiedy była małym dzieckiem, słyszała co(cid:286) o Piotrusiu Panu, babunia odpowie tak samo jak matkaŚ „Naturalnie, moje dziecko, (cid:298)e słyszałam o nim”. Ale je(cid:298)eli jej zapytasz, czy za jej cza- sów Piotru(cid:286) Pan je(cid:296)dził na kozie, oka(cid:298)e si(cid:266), (cid:298)e babunia nawet nie wie, (cid:298)e Piotru(cid:286) Pan ma ko- z(cid:266). Jedno z dwojgaŚ albo babunia zapomniała o kozie, jak zapomina czasem, (cid:298)e jeste(cid:286) chłop- cem, i nazywa ci(cid:266) Ink(cid:261), jak nazywała twoj(cid:261) matk(cid:266), kiedy była mała, albo te(cid:298) za czasów babu- ni Piotru(cid:286) nie miał jeszcze kozy. S(cid:261)dz(cid:266) jednak, (cid:298)e koza Piotrusia Pana jest rzecz(cid:261) zbyt wa(cid:298)n(cid:261), (cid:298)eby dało si(cid:266) o niej zapomnieć, i my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e chyba za młodych lat babuni Piotru(cid:286) rzeczywi(cid:286)cie nie miał kozy. Tote(cid:298) je(cid:286)liby kto(cid:286) opowiadaj(cid:261)c przygody Piotrusia Pana zaczynał od kozy, to by zrobił to samo, co gdyby ubieraj(cid:261)c si(cid:266) wło(cid:298)ył najpierw surdut, a pó(cid:296)niej kamizelk(cid:266). Rozumie si(cid:266), (cid:298)e Piotru(cid:286) Pan jest bardzo stary, ale to zupełnie wszystko jedno, bo Piotru(cid:286) nigdy nie ma wi(cid:266)cej nad siedem dni (cid:298)ycia. Urodził si(cid:266) wprawdzie bardzo dawno temu, ale nigdy jeszcze urodzin nie obchodził i nie ma nawet (cid:298)adnej nadziei, (cid:298)eby mógł je kiedy ob- chodzić. A to dlatego, (cid:298)e kiedy Piotru(cid:286) Pan miał siedem dni, porzucił ludzi – wymkn(cid:261)ł si(cid:266) przez otwarte okno i poleciał do Parku Le(cid:286)nego. Je(cid:298)eli wam si(cid:266) zdaje, (cid:298)e Piotru(cid:286) był jedynym dzieckiem, które zapragn(cid:266)ło uciec z domu, to znaczy, (cid:298)e ju(cid:298) nie pami(cid:266)tacie pierwszych dni waszego dzieci(cid:276)stwa. Kiedy Danio po raz pierwszy opowie(cid:286)ć t(cid:266) usłyszał, był przekonany, (cid:298)e nigdy nie miał zamiaru uciekać z domu. Wtedy mu poradziłem, (cid:298)eby obu dło(cid:276)mi przycisn(cid:261)ł skronie i dobrze si(cid:266) namy(cid:286)lił. I co powie- cie? Ledwie Danio przyło(cid:298)ył r(cid:266)ce do skroni i przycisn(cid:261)ł je mocno i jeszcze mocniej, zaraz sobie przypomniał, (cid:298)e chciał raz usi(cid:261)(cid:286)ć na samym wierzchołku wysokiego drzewa, a innym razem uło(cid:298)ył sobie, (cid:298)e wdrapie si(cid:266) na komin, skoro tylko jego matka za(cid:286)nie, i zdaje mu si(cid:266) nawet, (cid:298)e siedział na gzymsie komina i matka go stamt(cid:261)d zdj(cid:266)ła. Wszystkie dzieci mog(cid:261) mieć takie wspomnienia, je(cid:298)eli skronie dło(cid:276)mi przycisn(cid:261), bo przecie(cid:298) wszystkie były ptaszkami, zanim stały si(cid:266) lud(cid:296)mi, i dlatego s(cid:261) takie dzikie w pierwszych tygodniach po urodzeniu, i najwi(cid:266)cej łaskotek maj(cid:261) koło łopatek, tam gdzie pierwej rosły skrzydełka. Tak mi to wytłu- maczył Danio. Bo trzeba wam wiedzieć, (cid:298)e z naszymi historyjkami jest zwykle takŚ najpierw ja co(cid:286) opo- wiadam Daniowi, potem on mi to opowiada po swojemu i okazuje si(cid:266), (cid:298)e z tego zrobiła si(cid:266) zupełnie inna powiastka. Wi(cid:266)c znowu ja mu j(cid:261) opowiadam z ró(cid:298)nymi dodatkami, potem on znowu mnie i w ko(cid:276)cu (cid:298)aden z nas nie wie, czy to moja, czy Dania bajka. Otó(cid:298) Piotru(cid:286) Pan wymkn(cid:261)ł si(cid:266) przez okno, bo okno nie było zakratowane. Z gzymsu, na którym stan(cid:261)ł, ujrzał szczyty drzew rosn(cid:261)cych w Parku Le(cid:286)nym i w tej chwili zapomniał, (cid:298)e jest małym dzieci(cid:261)tkiem, w długiej nocnej koszulce, uniósł si(cid:266) w gór(cid:266) i poleciał hen, ponad kominy i dachy domów, prosto do Parku Le(cid:286)nego. Troszk(cid:266) to dziwne, (cid:298)e Piotru(cid:286) latał bez skrzydeł, ale obie łopatki sw(cid:266)działy go zupełnie tak, jakby jeszcze miał skrzydełka, a zreszt(cid:261) 9 mo(cid:298)e mogliby(cid:286)my wszyscy latać, gdyby(cid:286)my mieli tak(cid:261) niezachwian(cid:261) wiar(cid:266) w nasz(cid:261) mo(cid:298)no(cid:286)ć latania, jak(cid:261) miał tego wieczora odwa(cid:298)ny Piotru(cid:286) Pan. Doleciawszy do Parku Le(cid:286)nego, Piotru(cid:286) wyl(cid:261)dował szcz(cid:266)(cid:286)liwie mi(cid:266)dzy Pałacem Dziecin- nym a W(cid:266)(cid:298)owym Jeziorem. Czym pr(cid:266)dzej rzucił si(cid:266) na trawnik i tarzał si(cid:266) po murawie, wierzgaj(cid:261)c nó(cid:298)kami jak małe (cid:296)rebi(cid:261)tko. Piotru(cid:286) zapomniał zupełnie, (cid:298)e był człowiekiem, i my(cid:286)lał, (cid:298)e jest znowu ptakiem, tak jak wtedy, kiedy był na Ptasiej Wyspie. Otworzył usta chc(cid:261)c złapać przelatuj(cid:261)c(cid:261) much(cid:266), ale mucha mu uciekła. Wi(cid:266)c machn(cid:261)ł za ni(cid:261) r(cid:261)czk(cid:261), czego, rzecz prosta, ptaszki nie robi(cid:261) nigdy. Piotru(cid:286) poznał zaraz, (cid:298)e musi być ,,po dzwonku”, bo mnóstwo elfów uwijało si(cid:266) dokoła. źlfy były tak zaj(cid:266)te, (cid:298)e wcale nie spostrzegły Piotrusia. Jedne przyrz(cid:261)dzały (cid:286)niadanie, inne doiły male(cid:276)kie krowy, inne jeszcze nosiły wod(cid:266) w konewkach. Piotrusiowi chciało si(cid:266) tak(cid:298)e pić, wi(cid:266)c poleciał ku Okr(cid:261)głemu Stawowi i zanurzył dziobek w wodzie. Naturalnie Piotru- siowi zdawało si(cid:266) tylko, (cid:298)e zanurzył swój dziób, bo naprawd(cid:266) to zamaczał tylko nosek i tak mało nabrał nim wody, (cid:298)e wcale nie ugasił pragnienia. Wi(cid:266)c spróbował spłukać z siebie kurz, podleciał nad staw, skoczył w dół i od razu znalazł si(cid:266) pod wod(cid:261). Je(cid:298)eli ptaszek spuszcza si(cid:266) na wod(cid:266), to roztacza skrzydełka, ochlapie si(cid:266), wypluska i wychodzi z wody zupełnie suchy, ale Piotru(cid:286) nie mógł sobie przypomnieć, jak to si(cid:266) robi, i bardzo zgn(cid:266)biony wyszedł z wody. Wreszcie postanowił sp(cid:266)dzić noc na gał(cid:266)zi drzewa rosn(cid:261)cego tu(cid:298) nad Alej(cid:261) Dzidziusiów. Trudno mu było z pocz(cid:261)tku utrzymać równowag(cid:266) na gał(cid:266)zi, ale w ko(cid:276)cu usadowił si(cid:266) ja- ko(cid:286) i zasn(cid:261)ł. Dobrze przede dniem obudził si(cid:266) i dr(cid:298)(cid:261)c od nocnego chłodu mrukn(cid:261)łŚ – Jak (cid:298)yj(cid:266), nie sp(cid:266)dziłem na dworze takiej zimnej nocy. Naprawd(cid:266), to b(cid:266)d(cid:261)c ptaszkiem sypiał na drzewach w noce o wiele chłodniejsze jeszcze, ale zimno dokucza znacznie mniej ptaszkowi okrytemu piórkami i pierzem ni(cid:298) małemu chłop- czynie maj(cid:261)cemu za całe odzienie cienk(cid:261) koszulk(cid:266) nocn(cid:261). Piotrusiowi było jako(cid:286) niedobrze. T(cid:266)sknił za czym(cid:286) bardzo, ale główk(cid:266) miał tak skołatan(cid:261), (cid:298)e ani rusz przypomnieć sobie nie mógł, czego mu wła(cid:286)ciwie brakuje. Nagle rozległ si(cid:266) jaki(cid:286) łoskot i co(cid:286) tak mocno wstrz(cid:261)sn(cid:266)ło Piotrusiem, (cid:298)e omal go z drzewa nie zrzuciło. Piotru(cid:286) obejrzał si(cid:266) niespokojnie i nie domy(cid:286)lił si(cid:266) nawet, (cid:298)e to on sam kichn(cid:261)ł tak gwałtownie. I coraz mocniej chciał czego(cid:286), ale nie wie- dział czego. Z pewno(cid:286)ci(cid:261) pragn(cid:261)ł, (cid:298)eby mu mama nosek obtarła, ale (cid:298)e nie mógł zdać sobie sprawy ze swego pragnienia, wi(cid:266)c postanowił poradzić si(cid:266) elfów, bo słyszał nieraz, (cid:298)e elfy umiej(cid:261) na wszystko znale(cid:296)ć dobr(cid:261) rad(cid:266). Wychyliwszy si(cid:266) spo(cid:286)ród gał(cid:266)zi dostrzegł Piotru(cid:286) dwa elfy, które obj(cid:261)wszy si(cid:266) wpół, w wesołych pl(cid:261)sach kr(cid:261)(cid:298)yły po Alei Dzidziusiów. źlfy d(cid:261)saj(cid:261) si(cid:266) czasem na ptaki, ale je(cid:298)eli si(cid:266) kto do nich zwróci uprzejmie, nigdy mu nie odma- wiaj(cid:261) pomocy. Tote(cid:298) Piotru(cid:286) zdziwił si(cid:266) i rozgniewał, bo kiedy zeskoczywszy na ziemi(cid:266) przemówił do elfów, oba elfy na jego widok rzuciły si(cid:266) do ucieczki. Tak(cid:298)e pewien stary elf, który rozparty na krze(cid:286)le ogrodowym spokojnie czytał pocztówk(cid:266) zgubion(cid:261) w parku przez jakiego(cid:286) pana, na głos Piotrusia porwał si(cid:266) z miejsca i z przera(cid:296)liwym krzykiem pobiegł si(cid:266) ukryć za wielki kielich tulipana. W któr(cid:261)kolwiek stron(cid:266) skierował si(cid:266) Piotru(cid:286), wszystko umykało przed nim. Kilkunastu drwali, zaj(cid:266)tych obalaniem truj(cid:261)cego grzyba, rzuciło si(cid:266) do ucieczki w takim po(cid:286)piechu, (cid:298)e nie zd(cid:261)(cid:298)yli nawet pozbierać narz(cid:266)dzi le(cid:298)(cid:261)cych na ziemi. Dziewczyna wracaj(cid:261)ca od doju wy- pu(cid:286)ciła z r(cid:266)ki skopek z mlekiem i przewróciła si(cid:266) na nim. Cały park był w ruchu. Tłumy el- fów gnały to w t(cid:266), to w ow(cid:261) stron(cid:266) i pytały si(cid:266) nawzajem, czy bardzo si(cid:266) boj(cid:261). Jedne gasiły (cid:286)wiatła, inne barykadowały drzwi, a z gł(cid:266)bi pałacyku królowej rozlegało si(cid:266) głuche warczenie b(cid:266)bnów i d(cid:296)wi(cid:266)k tr(cid:261)b, (cid:286)wiadcz(cid:261)ce, (cid:298)e królewska gwardia gotuje si(cid:266) do obrony zamku. Wkrót- ce cały regiment ułanów, uzbrojonych w palmowe kolce, wymaszerował na Du(cid:298)(cid:261) Drog(cid:266). Piotru(cid:286) słyszał zewsz(cid:261)d krzyki i nawoływania, (cid:298)e „człowiek” został w parku ,,po dzwonku”. I nie przyszło mu nawet na my(cid:286)l, (cid:298)e to on sam jest tym człowiekiem. Było mu coraz duszniej i dałby nie wiem co, (cid:298)eby si(cid:266) dowiedzieć, co wła(cid:286)ciwie dzieje si(cid:266) z jego noskiem. Ale nie miał 10 si(cid:266) kogo poradzić, bo wszystko w popłochu uciekało przed nim. Nawet armia ułanów, uj- rzawszy go na szczycie Wy(cid:286)cigowej żóry, co tchu umkn(cid:266)ła w jedn(cid:261) z bocznych (cid:286)cie(cid:298)ek, pod pozorem, (cid:298)e z ukrycia lepiej obserwować ruchy nieprzyjaciela. Widz(cid:261)c, (cid:298)e z elfami nie dojdzie dzi(cid:286) do ładu, Piotru(cid:286) postanowił zwrócić si(cid:266) o pomoc do ptaszków, ale zaraz przypomniał sobie, (cid:298)e kiedy wieczorem próbował usadowić si(cid:266) po(cid:286)ród gał(cid:266)zi, wszystkie ptaszki w popłochu opu(cid:286)ciły drzewo. Serduszko Piotrusia (cid:286)cisn(cid:266)ło si(cid:266) bole- (cid:286)nie, zrozumiał nagle, (cid:298)e nie wiadomo czemu wszystko, co (cid:298)yje, unika go jak wroga. Roz(cid:298)a- lony Piotru(cid:286) usiadł na ziemi i rozpłakał si(cid:266) rzewnie. W zmartwieniu swoim nie zastanowił si(cid:266) nawet nad tym, (cid:298)e siedzi zupełnie nieprawidłowo, bo przecie(cid:298) ptaszki nie u(cid:298)ywaj(cid:261) do siadania tej cz(cid:266)(cid:286)ci ciała, któr(cid:261) teraz posługiwał si(cid:266) Piotru(cid:286). I dobrze, (cid:298)e o tym nie pomy(cid:286)lał, bo byłby w ko(cid:276)cu stracił wiar(cid:266) w swoj(cid:261) mo(cid:298)no(cid:286)ć latania, a kto utraci wiar(cid:266) w siebie, nigdy ju(cid:298) nie wzbije si(cid:266) ponad ziemi(cid:266). Ptaki dlatego lataj(cid:261) tak niestrudzenie, (cid:298)e nigdy wiary w swój lot nie trac(cid:261). Bo mieć wiar(cid:266) to to samo, co mieć skrzydła do lotu. Nikt, z wyj(cid:261)tkiem ptaków, nie mo(cid:298)e przedostać si(cid:266) na wysp(cid:266) poło(cid:298)on(cid:261) po(cid:286)rodku W(cid:266)(cid:298)owe- go Jeziora, bo cała wyspa otoczona jest ostrokołem, a na ka(cid:298)dym jego palu siedzi ptak – wartownik, który czuwa nad wysp(cid:261) we dnie i w nocy. Kiedy Piotru(cid:286) przelatywał nad ostro- kołem, warty spały jeszcześ Piotru(cid:286) niepostrze(cid:298)enie spu(cid:286)cił si(cid:266) na ziemi(cid:266) i serduszko zabiło mu (cid:298)ywiej, kiedy poznał, (cid:298)e jest znowu w swojej ojczy(cid:296)nie. Udał si(cid:266) prosto do kruka Salomy, który wstawał najwcze(cid:286)niej ze wszystkich ptaków, i opowiedział mu wszystko, co zaszło od czasu, jak opu(cid:286)cił Ptasi(cid:261) Wysp(cid:266). Kruk wysłuchał w milczeniu jego przygód, a potem bez ogródek powiedział mu, co my(cid:286)li o tym. – Je(cid:298)eli mi nie wierzysz, to przyjrzyj si(cid:266) swojej koszulce nocnej – zako(cid:276)czył. Piotru(cid:286) popatrzył najpierw na swoj(cid:261) koszulk(cid:266), a potem na (cid:286)pi(cid:261)ce na drzewach ptaszki. Nie – (cid:298)aden ptaszek koszulki nie miał na sobie. – Czy wszystkie twoje ko(cid:276)czyny s(cid:261) opatrzone szponami? – pytał dalej nieubłagany Salomo i znowu ujrzał Piotru(cid:286), (cid:298)e r(cid:261)czki jego i nó(cid:298)ki zako(cid:276)czone s(cid:261) paluszkami. A(cid:298) mu si(cid:266) gor(cid:261)co zrobiło, tak si(cid:266) przeraził tym odkryciem. – Nastrosz pióra! – rozkazał stary Salomo, ale na pró(cid:298)no zrozpaczony Piotru(cid:286) próbował spełnić jego polecenie. Nie miał ani jednego piórka. Cały dr(cid:298)(cid:261)cy popatrzył na Salom(cid:266) i rap- tem przypomniał sobie otwarte okno sypialnego pokoju i pewn(cid:261) (cid:286)liczn(cid:261), młod(cid:261) pani(cid:261), która go bardzo mocno kochała. – To ju(cid:298) chyba wróc(cid:266) do mojej matki – b(cid:261)kn(cid:261)ł nie(cid:286)miało. – Z Bogiem! – mrukn(cid:261)ł Salomo i drwi(cid:261)co popatrzył na niego. Piotru(cid:286) si(cid:266) oci(cid:261)gał. – Czemu(cid:298) nie lecisz? – zagadn(cid:261)ł go po chwili kruk. – A czyja... czy ja mog(cid:266) jeszcze latać? – zaj(cid:261)kn(cid:261)ł si(cid:266) Piotru(cid:286). Oczywiste, (cid:298)e Piotru(cid:286) stracił wiar(cid:266) w siebie. – Biedny, mały niby – człowieczku – pokiwał głow(cid:261) Salomo (który w gruncie rzeczy miał bardzo dobre serce) – nigdy ju(cid:298), nawet w wietrzne dni, nie b(cid:266)dziesz mógł si(cid:266) unie(cid:286)ć w po- wietrze. Na zawsze ju(cid:298) musisz pozostać na Ptasiej Wyspie. – I nigdy ju(cid:298) nie wróc(cid:266) do Parku Le(cid:286)nego? – (cid:298)ało(cid:286)nie pytał Piotru(cid:286). – A jak(cid:298)e dostaniesz si(cid:266) przez wod(cid:266)? Widz(cid:261)c jednak smutek Piotrusia, Salomo przyrzekł wyuczyć go wszystkiego, co mogło mu si(cid:266) przydać w obecnych jego warunkach. – A czy ja ju(cid:298) nigdy nie wyrosn(cid:266) na prawdziwego człowieka? – pytał jeszcze Piotru(cid:286). – Nigdy. – I nigdy nie b(cid:266)d(cid:266) prawdziwym ptakiem? – Nie b(cid:266)dziesz. – Wi(cid:266)c có(cid:298) b(cid:266)dzie ze mnie? – B(cid:266)dzie to, co i teraz. Ni to, ni owo – pokiwał głow(cid:261) Salomo i uderzony trafno(cid:286)ci(cid:261) swej uwagi, z zadowoleniem podrapał si(cid:266) w łebek. 11 Ptaki, zamieszkuj(cid:261)ce wysp(cid:266), nie oswoiły si(cid:266) nigdy ze zmian(cid:261), jaka zaszła w Piotrusiu. Wszystko, co robił, (cid:286)mieszyło je i dziwiło, tak jakby Piotru(cid:286) zmieniał si(cid:266) nieustannie. Tym- czasem on był zawsze taki sam, tylko ptaszki zmieniały si(cid:266) ci(cid:261)gle. Ledwie wykluły si(cid:266) z ja- jek, a ju(cid:298) (cid:286)miały si(cid:266) z Piotrusia na całe gardło. Ledwie im urosły skrzydełka, posyłano je do ludzi, a z jajek wykluwało si(cid:266) nowe pokolenie piskl(cid:261)t. Nieraz zdarzało si(cid:266), (cid:298)e samiczki znu- dzone długim wysiadywaniem piskl(cid:261)t szeptały leniuszkom wygrzewaj(cid:261)cym si(cid:266) w skorupkach, (cid:298)e teraz mog(cid:261) zobaczyć, jak Piotru(cid:286) Pan si(cid:266) myje albo pije wod(cid:266), a wtedy ptaszki wyskaki- wały z ciekawo(cid:286)ci do góry, tłukły skorupki i wykluwały si(cid:266) o cały jeden dzie(cid:276) wcze(cid:286)niej, ni(cid:298)- by nale(cid:298)ało. Tysi(cid:261)ce ptaszków zlatywało si(cid:266) co dzie(cid:276) dokoła niego i przygl(cid:261)dało mu si(cid:266) z takim samym zaj(cid:266)ciem, z jakim wy patrzycie na pawia rozpo(cid:286)cieraj(cid:261)cego swój ogon. I wszystkie darły si(cid:266) z podziwu, kiedy Piotru(cid:286) brał w r(cid:261)czk(cid:266) kromk(cid:266) chleba, zamiast j(cid:261) podj(cid:261)ć z ziemi ustami. Na rozkaz Salomy ptaszki znosiły mu codziennie kawałki chleba w dziobach, bo, ku wielkiemu ich zgorszeniu, Piotru(cid:286) nie chciał jadać much i robaków. Tote(cid:298) je(cid:298)eli ci kie- dy ptak jaki porwie kromk(cid:266) chleba, to nie krzycz na niegoŚ „(cid:297)arłok! (cid:297)arłok!”, bo z pewno(cid:286)ci(cid:261) ptak odniesie twoj(cid:261) kromk(cid:266) Piotrusiowi Panu. Piotru(cid:286) nie nosił ju(cid:298) teraz koszulki nocnej, bo coraz to który(cid:286) z ptaków prosił go o strz(cid:266)pek płótna dla wzmocnienia swojego gniazdka, a Piotru(cid:286) zaraz mu kawałeczek oddzierał i byłby cał(cid:261) rozdarował, gdyby si(cid:266) w spraw(cid:266) nie wdał Salomo i nie kazał mu ukryć reszty koszulki w bezpiecznym schowku, przykrytym kamieniem. Piotru(cid:286) biegał wi(cid:266)c nago po dworze, ale nie my(cid:286)lcie, (cid:298)e mu z tym (cid:296)le było. Przeciwnie, Piotru(cid:286) był zawsze wesół, a to dlatego, (cid:298)e Salomo dotrzymał obietnicy i nauczył go wielu rzeczy, które doskonale umiej(cid:261) ptaki. Wi(cid:266)c nauczył go radować si(cid:266) z byle czego, nauczył go pracować z ochot(cid:261) i nauczył go wierzyć, (cid:298)e ta praca jest czym(cid:286) potrzebnym i wa(cid:298)nym. Ledwie Piotru(cid:286) oczy otworzył z rana, zaraz zaczynał pomagać ptakom przy budowaniu gniazd i wkrótce umiał sklecić gniazdko nie gorsze od gniazd goł(cid:266)- bich. Tylko zi(cid:266)bom dogodzić nigdy nie mógł, wi(cid:266)c wykopywał w pobli(cid:298)u ich gniazd zgrabne dołeczki na wod(cid:266) i paluszkami wybierał spod kamieni robaczki dla ich piskl(cid:261)t. Wkrótce po- siadł cał(cid:261) wiedz(cid:266) ptakówŚ po smaku odró(cid:298)niał wiatr wschodni od zachodniego, widział, jak trawa ro(cid:286)nie, i słyszał ruch najdrobniejszych nawet owadów, przechadzaj(cid:261)cych si(cid:266) w gł(cid:266)bi spróchniałych drzew. Salomo nauczył go tak(cid:298)e, co nale(cid:298)y czynić, (cid:298)eby mieć zawsze w sercu rado(cid:286)ć i wesele. Wszystkie ptaszki maj(cid:261) t(cid:266) rado(cid:286)ć w sercach i dlatego (cid:286)piewaj(cid:261) tak wesoło i rado(cid:286)ć ta nie opuszcza ich nigdy, chyba (cid:298)e im kto z gniazdka jajka wybierze. Salomo znał si(cid:266) doskonale na ptasich sercach, bo ci(cid:261)gle miał z ptakami do czynienia, wi(cid:266)c nie dziw, (cid:298)e mógł i Piotrusiowi tej cennej nauki udzielić. Piotru(cid:286) czuł w sercu tak(cid:261) rado(cid:286)ć, (cid:298)e musiał całymi dniami ta(cid:276)czyć i (cid:286)piewać z uciechy, tak jak to robi(cid:261) ptaszki. Ale (cid:298)e był i człowiekiem po troszku, wi(cid:266)c nie wystarczyło mu samo (cid:286)piewanie i wkrótce wykr(cid:266)cił sobie fujark(cid:266) z trzciny i wygrywał na niej prze(cid:286)liczne melodie. Wieczorem siadywał na brzegu jeziora i na(cid:286)ladował na fujarce ciche westchnienie wiatru i (cid:286)piewne pluskanie fal. Czasem chwytał dłoni(cid:261) promienie ksi(cid:266)(cid:298)yca i pakował je do fujarki, a wtedy fujarka grała tak pi(cid:266)knie, (cid:298)e ptaszki dopytywały si(cid:266) wzajemnie, czy to naprawd(cid:266) złota rybka plusn(cid:266)ła w jezioro, czy te(cid:298) Piotru(cid:286) wygrywa piosenk(cid:266) o „złotej rybce”? Czasem znowu Piotru(cid:286) opowiadał na fujarce, jak to piskl(cid:266)ta na (cid:286)wiat przychodz(cid:261). Wtedy samiczki unosiły si(cid:266) w gniazdku i ogl(cid:261)dały si(cid:266) poza siebie, dumne, (cid:298)e zniosły ju(cid:298) białe jajecz- ko. Kto cz(cid:266)sto bywa w Parku Le(cid:286)nym, zauwa(cid:298)ył pewnie, (cid:298)e kasztan ró(cid:298)owy, rosn(cid:261)cy koło ka- miennego mostu, kwitnie najwcze(cid:286)niej ze wszystkich drzew. Mało osób jednak wie, czemu si(cid:266) tak dzieje. Oto Piotru(cid:286), st(cid:266)skniony za wiosn(cid:261), wygrywa wieczorami piosenki o jej nadej- (cid:286)ciu, a (cid:298)e poczciwy kasztan ro(cid:286)nie najbli(cid:298)ej i słyszy go najlepiej, wi(cid:266)c my(cid:286)li, (cid:298)e wiosna na- prawd(cid:266) ju(cid:298) si(cid:266) zbli(cid:298)a, i zaraz zaczyna kwitn(cid:261)ć. 12 Czasem znowu Piotru(cid:286) zapadał w zadum(cid:266)ś skoczne i wesołe piosenki zmieniały si(cid:266) w (cid:298)ało- sne i t(cid:266)skne. Ach, bo Piotru(cid:286) widział poprzez łuk kamiennego mostu cudny Park Le(cid:286)ny, do którego jednak dostać si(cid:266) nie mógł! Piotru(cid:286) dobrze wiedział, (cid:298)e prawdziwym człowiekiem nigdy nie b(cid:266)dzie, i niewiele mu nawet na tym zale(cid:298)ało. Ale jak(cid:298)e gor(cid:261)co pragn(cid:261)ł bawić si(cid:266) tak, jak si(cid:266) bawi(cid:261) prawdziwe dzieci, a wiadomo, (cid:298)e Park Le(cid:286)ny jest wymarzonym miejscem dla wszystkich zabaw. Ptaszki nieraz opowiadały mu, jak (cid:286)wietnie bawi(cid:261) si(cid:266) w parku ró(cid:298)ne małe dzieci, a wtedy gorzkie łzy napływały do oczu Piotrusia. Pewnie dziwicie si(cid:266), (cid:298)e Piotru(cid:286) nie przepłyn(cid:261)ł W(cid:266)(cid:298)owego Jeziora, ale Piotru(cid:286) nie umiał pływać, a na wyspie nikt, prócz kaczek, nie posiadał sztuki pływania. A kaczki były takie głupie! Wprawdzie z ochot(cid:261) ofiarowały mu si(cid:266) za nauczycielki, ale uczyły go mniej wi(cid:266)cej takŚ „Si(cid:261)d(cid:296) na wodzie, jak ja, i wiosłuj nogami, jak ja moimi wiosłuj(cid:266)”. Piotru(cid:286) próbował po sto razy usi(cid:261)(cid:286)ć jak kaczki i po sto razy wpadał pod wod(cid:266), zanim zacz(cid:261)ł wiosłować nogami. A kaczki twierdziły, (cid:298)e to jest takie łatwe, (cid:298)e nie warto czasu tracić na obja(cid:286)nianie tak prostej rzeczy. Przez par(cid:266) dni bawiła na wyspie para łab(cid:266)dzi, któr(cid:261) Piotru(cid:286) karmił swoim chlebem, w nadziei, (cid:298)e ptaki naucz(cid:261) go za to pływania, ale kiedy mu zabrakło chleba, niewdzi(cid:266)czne łab(cid:266)- dzie sykn(cid:266)ły na niego gniewnie i po(cid:298)eglowały w dal. Ju(cid:298) zdawało si(cid:266) raz Piotrusiowi, (cid:298)e znalazł sposób przedostania si(cid:266) z wyspy do parku, bo pewnego dnia jaka(cid:286) cudowna biała rzecz, podobna do gazety porwanej wiatrem, ukazała si(cid:266) w górze ponad wysp(cid:261) jak ptak, któremu postrzał złamał skrzydło. Zatrzepotała si(cid:266) par(cid:266) razy w powietrzu i run(cid:266)ła na ziemi(cid:266). Piotru(cid:286) przel(cid:261)kł si(cid:266) troch(cid:266), ale ptaki obja(cid:286)niły go, (cid:298)e to jest la- tawiec, który wyrwał si(cid:266) z r(cid:266)ki jakiego(cid:286) chłopczyka w Parku Le(cid:286)nym i przyw(cid:266)drował a(cid:298) tutaj. A potem wy(cid:286)miewały Piotrusia, (cid:298)e si(cid:266) tak rozkochał w tym latawcu. Piotru(cid:286) nie rozstawał si(cid:266) z nim przez cały dzie(cid:276), a nawet kiedy zasypiał, kładł go koło siebie i obejmował go jedn(cid:261) r(cid:261)czk(cid:261). Nic dziwnego, (cid:298)e Piotru(cid:286) go tak pokochał, bo przecie(cid:298) latawiec ten nale(cid:298)ał przedtem do prawdziwego chłopczyka. Tego to ju(cid:298) ptaszki zrozumieć nie mogły, ale (cid:298)e starsze ptaki czuły szczer(cid:261) wdzi(cid:266)czno(cid:286)ć dla Piotrusia za to, (cid:298)e mnóstwo piskl(cid:261)t wyleczył z odry, wi(cid:266)c ofiarowały si(cid:266) pokazać mu, jak si(cid:266) latawca puszcza w powietrze. Sze(cid:286)ć ptaków uczepiło si(cid:266) jego dzioba i ku szalonej rado(cid:286)ci Piotrusia latawiec uniósł si(cid:266) w gór(cid:266), a nawet latał wy(cid:298)ej od ptaków. Piotru(cid:286) wołałŚ „Jeszcze!”, a gdy ptaszki niezmordowanie powtarzały zabaw(cid:266), Piotru(cid:286) za- miast im podzi(cid:266)kować klaskał w r(cid:266)ce z uciechy i wołałŚ „Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze!” Widać, (cid:298)e niezupełnie zapomniał, (cid:298)e był kiedy(cid:286) prawdziwym chłopczykiem. I raptem w m(cid:266)(cid:298)nym sercu Piotrusia zrodził si(cid:266) plan nast(cid:266)puj(cid:261)cyŚ poprosi ptaszki, (cid:298)eby raz jeszcze uniosły w gór(cid:266) latawiec, a wtedy uczepi si(cid:266) jego ogona i uniesie si(cid:266) nad Park Le(cid:286)ny. W okamgnieniu cała setka ptaków zaprz(cid:266)gła si(cid:266) do latawca i Piotru(cid:286) obur(cid:261)cz chwycił si(cid:266) jego ogona... ale zanim doleciał do Parku Le(cid:286)nego, latawiec na znacznej ju(cid:298) wysoko(cid:286)ci rozleciał si(cid:266) na kilka kawałków i Piotru(cid:286) byłby si(cid:266) pewnie utopił w W(cid:266)(cid:298)owym Jeziorze, gdyby nie po- moc niewdzi(cid:266)cznych łab(cid:266)dzi, które go wydobyły z wody i odwiozły na grzbietach do Ptasiej Wyspy. Po tej przygodzie ptaszki stanowczo odmówiły mu swej pomocy w tak karkołomnych wyprawach. I nigdy by si(cid:266) Piotru(cid:286) nie był dostał do Parku Le(cid:286)nego, gdyby mu nie przybył z pomoc(cid:261) stateczek Shelleya. 13 Rozdział III Gniazdeczko drozdów Pewnego razu przechadzał si(cid:266) po Parku Le(cid:286)nym młody człowiek, który nazywał si(cid:266) Shel- ley. Shelley był ju(cid:298) od dawna dorosły, ale wcale na to nie wygl(cid:261)dał. Shelley był poet(cid:261), a poeci zawsze robi(cid:261) takie wra(cid:298)enie, jakby co(cid:286) z dziecka w nich pozostało. Poeci wcale nie dbaj(cid:261) o pieni(cid:261)dze i radzi s(cid:261), je(cid:298)eli maj(cid:261) tyle, ile im trzeba na prze(cid:298)ycie jednego dnia. A wła(cid:286)nie Shel- ley miał ponadto banknot dziesi(cid:266)ciofuntowy. Wi(cid:266)c zrobił ze(cid:276) mały stateczek i pu(cid:286)cił go na W(cid:266)(cid:298)owe Jezioro. Stateczek dopłyn(cid:261)ł szcz(cid:266)(cid:286)liwie do Ptasiej Wyspy, a warta odniosła go do kruka Salomy. Salomo my(cid:286)lał, (cid:298)e to jest zlecenie jakiej(cid:286) damy, domagaj(cid:261)cej si(cid:266) „towaru w najlepszym ga- tunku”. Salomo otrzymywał co dzie(cid:276) całe tuziny takich listów. Je(cid:298)eli list mu si(cid:266) podobał, wy- syłał towar wyborowy, ale najcz(cid:266)(cid:286)ciej bileciki te tak go gniewały, (cid:298)e b(cid:261)d(cid:296) wcale nie odpo- wiadał na nie, b(cid:261)d(cid:296) te(cid:298) wysyłał całe gniazdko byle jakich piskl(cid:261)t. Salomo najlepiej lubi, (cid:298)eby wszystko zostawić jego własnej głowie – bo je(cid:286)li kto mu tylko napomknie, (cid:298)e tym razem spodziewa si(cid:266) chłopczyka, to, jak dwa a dwa cztery, dostanie zno- wu dziewczynk(cid:266). Ka(cid:298)dy, kto pisze do Salomy, czy by to była dorosła osoba, czy mały chłop- czyk, który koniecznie pragnie mieć mał(cid:261) siostrzyczk(cid:266), powinien bardzo dokładnie podać swój adres. Nie macie poj(cid:266)cia, ile niemowl(cid:261)t rozsyła co dzie(cid:276) Salomo pod fałszywym adre- sem. Strach, co sobie Salomo głowy nałamał, kiedy mu dor(cid:266)czono stateczek Shelleya. W (cid:298)aden sposób nie mógł zrozumieć, co ten bilecik oznacza, wi(cid:266)c wezwał cał(cid:261) Wielk(cid:261) Rad(cid:266) do pomo- cy. Radcy spogl(cid:261)dali na banknot to jednym, to drugim okiem, ka(cid:298)dy przejechał po nim szpo- nem i wreszcie orzekli, (cid:298)e list ten musi pochodzić od jakiej(cid:286) wysoko postawionej osobisto(cid:286)ci, która (cid:298)yczy sobie mieć dziesi(cid:266)cioro dzieci na raz. Twierdzenie to opierali na cyfrze dziesi(cid:266)ć wypisanej wyra(cid:296)nie na banknocie. – Istne wariactwo! – krzykn(cid:261)ł w pasji Salomo i podarował banknot Piotrusiowi. Wszystkie niepotrzebne rzeczy dawano Piotrusiowi do zabawy. Ale pomimo (cid:298)e Piotru(cid:286) tylko przez tydzie(cid:276) był prawdziwym chłopczykiem, niejedno za- pami(cid:266)tał z pobytu swego mi(cid:266)dzy lud(cid:296)mi i dobrze wiedział, jak(cid:261) warto(cid:286)ć ma taki banknot. Tote(cid:298) z rado(cid:286)ci(cid:261) przyj(cid:261)ł podarunek, bo zaraz mu przyszło na my(cid:286)l, (cid:298)e z pomoc(cid:261) tak znacz- nej ilo(cid:286)ci pieni(cid:266)dzy bez trudu dostanie si(cid:266) do Parku Le(cid:286)nego. Tysi(cid:261)c pomysłów snuło mu si(cid:266) po głowie, ale Piotru(cid:286), nauczony do(cid:286)wiadczeniem z latawcem, postanowił bardzo dokładnie rozwa(cid:298)yć wszystkie przeciwno(cid:286)ci, zanim rozpocznie now(cid:261) wypraw(cid:266). Zaraz te(cid:298) obja(cid:286)nił pta- kom, jak(cid:261) warto(cid:286)ć ma ten stateczek Shelleya, bo wiedział, (cid:298)e ptaki s(cid:261) zbyt dobrze wychowa- ne, by (cid:298)(cid:261)dać od niego zwrotu rzeczy, która została mu ofiarowana. Rzeczywi(cid:286)cie, ptaki nie odebrały mu banknotu, ale tak kr(cid:266)ciły głowami i tak koso spogl(cid:261)dały na Salom(cid:266), (cid:298)e zawsty- dzony kruk zacz(cid:261)ł sam pow(cid:261)tpiewać o swoim rozumie, odleciał na drugi koniec wyspy i z wielkiego wstydu schował głow(cid:266) pod skrzydło. Piotru(cid:286) wiedział, (cid:298)e bez pomocy Salomy nie da sobie rady na wyspie, wi(cid:266)c pod(cid:261)(cid:298)ył za nim i w serdecznych słowach dodał mu otuchy. Piotru(cid:286) u(cid:298)ył jeszcze innego sposobu, by zupełnie pozyskać przyja(cid:296)(cid:276) starego kruka. Wie- dział, (cid:298)e Salomo pragnie po wysłu(cid:298)eniu emerytury przenie(cid:286)ć si(cid:266) do żaju Żigowego i tu (cid:298)yć na pie(cid:276)ku cisowym z pensji i kapitaliku, który od lat ju(cid:298) całych składał w starej po(cid:276)czosze. Po(cid:276)- czoch(cid:266) t(cid:266), nale(cid:298)(cid:261)c(cid:261) zapewne do jakiej(cid:286) zwyczajnej osoby, wiatr zaniósł na Ptasi(cid:261) Wysp(cid:266), a Salomo u(cid:298)ył jej za kas(cid:266) oszcz(cid:266)dno(cid:286)ci. Po(cid:276)czocha zawierała ju(cid:298)Ś sto osiemdziesi(cid:261)t o(cid:286)ródek 14 chleba, trzydzie(cid:286)ci cztery orzechy, szesna(cid:286)cie skórek, jedn(cid:261) wycieraczk(cid:266) do piór i jedno sznu- rowadło od bucika – ale Salomo postanowił nie podawać si(cid:266) do dymisji, póki po(cid:276)czocha nie b(cid:266)dzie wyładowana po brzegi. Salomo obliczył, (cid:298)e mniejszy kapitał nie wystarczyłby mu do spokojnego (cid:298)ycia w żaju Żigowym. Otó(cid:298) Piotru(cid:286) pozyskał dozgonn(cid:261) przyja(cid:296)(cid:276) Salomy w ten sposób, (cid:298)e ostro zako(cid:276)czonym patyczkiem odci(cid:261)ł ze swego banknotu kawałek papieru wielko(cid:286)ci sze(cid:286)ciu pensów i ofiarował go krukowi. Kruk nie posiadał si(cid:266) z rado(cid:286)ci i od tej chwili przemy(cid:286)liwał wraz z Piotrusiem nad jego podró(cid:298)(cid:261) do Parku Le(cid:286)nego. Całymi dniami roztrz(cid:261)sali najró(cid:298)niejsze projekty i wreszcie zwołali walne zgromadzenie wszystkich drozdów zamieszkuj(cid:261)cych Ptasi(cid:261) Wysp(cid:266). A czemu wybrali drozdy – o tym si(cid:266) zaraz dowiecie. Posiedzenie zagaił Salomo. Piotru(cid:286) odst(cid:261)pił głos krukowi, bo Salomo zawsze si(cid:266) gniewał w czasie przemówie(cid:276) innych mówców. Salomo zacz(cid:261)ł od wyra(cid:298)enia szanownemu zgroma- dzeniu drozdów gł(cid:266)bokiego podziwu dla genialnych zdolno(cid:286)ci, jakie wykazuj(cid:261) przy budowie swych gniazd. Szmer zadowolenia rozległ si(cid:266) mi(cid:266)dzy drozdami, bo ptaki nieustannie tocz(cid:261) spory o to, czyje gniazdko jest najtrwalsze i najpi(cid:266)kniejsze. – Nie wszystkie ptaki – mówił Salomo rad, (cid:298)e udało mu si(cid:266) wprawić drozdy w dobry hu- mor – nie wszystkie ptaki wylepiaj(cid:261) gniazda swoje glin(cid:261). Tote(cid:298) nie dziw, (cid:298)e gniazda ich s(cid:261) przemakalne!... – Tu Salomo z dum(cid:261) powiódł okiem po zgromadzeniu, zadowolony ze znale- zienia tak (cid:286)wietnego argumentu. Na to jejmo(cid:286)ć zi(cid:266)ba, która nieproszona wcisn(cid:266)ła si(cid:266) na zgromadzenie, pospieszyła wetkn(cid:261)ć swoje trzy grosze. – Przecie(cid:298) gniazda buduje si(cid:266) dla piskl(cid:261)t, nie na wod(cid:266)! – zaskrzeczała drwi(cid:261)co. Drozdy spojrzały niespokojnie na Salom(cid:266)ś kruk, zaskoczony uwag(cid:261) jejmo(cid:286)ć zi(cid:266)by, wypił raz po raz kilka łyków wody. Biedaczysko zapomniał j(cid:266)zyka w dziobie. – Ogólnie wiadomo – zacz(cid:261)ł znów po chwili – jakie ciepłe s(cid:261) gniazdka wylepione glin(cid:261). – Ogólnie wiadomo – wrzasn(cid:266)ła w odpowiedzi zi(cid:266)ba – (cid:298)e je(cid:286)li woda napłynie do gniazdka, z którego nie ma odpływu, to wszystkie piskl(cid:266)ta si(cid:266) potopi(cid:261)! Drozdy błagalnie spojrzały na Salom(cid:266), spodziewaj(cid:261)c si(cid:266), (cid:298)e jednym słowem ukróci gada- nin(cid:266) jejmo(cid:286)ć zi(cid:266)by, ale zakłopotany Salomo znowu zamilkł. – Poci(cid:261)gnij no jeszcze łyczek, staruszku! – zach(cid:266)cała drwi(cid:261)co jejmo(cid:286)ć zi(cid:266)ba. Na imi(cid:266) jej było Ka(cid:286)ka, a wiadomo, (cid:298)e wszystkie Ka(cid:286)ki s(cid:261) strasznie przekorne. Salomo wypił znowu łyk wody i jako(cid:286) mu si(cid:266) l(cid:298)ej zrobiło. – Jestem pewien, (cid:298)e gdyby gniazdo zi(cid:266)by wpadło do W(cid:266)(cid:298)owego Jeziora, rozleciałoby si(cid:266) w kawałki – rzekł – a gniazdo drozdów płyn(cid:266)łoby po wodzie jak najlepszy (cid:298)aglowiec! Dopiero(cid:298) to drozdy zacz(cid:266)ły bić brawo. Nareszcie dowiedziały si(cid:266), do czego słu(cid:298)y glina, któr(cid:261) wylepiały gniazda. A gdy jejmo(cid:286)ć zi(cid:266)ba zacz(cid:266)ła drzeć si(cid:266), (cid:298)e gniazd nie buduje si(cid:266) na W(cid:266)(cid:298)owym Jeziorze, tylko na drzewach, wyproszono j(cid:261) z sali obrad. Potem szło ju(cid:298) wszystko doskonale, a(cid:298) do chwili kiedy Salomo powiedziałŚ – Nasz młody przyjaciel Piotru(cid:286) Pan pragnie gor(cid:261)co przepłyn(cid:261)ć W(cid:266)(cid:298)owe Jezioro i prosi szanowne zgromadzenie o udzielenie mu pomocy przy budowaniu statku. Na to mi(cid:266)dzy drozdami powstała taka wrzawa, (cid:298)e Piotru(cid:286) był pewny, (cid:298)e sprawa jego prze- padła zupełnie. Ale Salomo tłumaczył dalej jasno i dobitnie, (cid:298)e Piotrusiowi nie idzie o statek, jakiego zwykle u(cid:298)ywaj(cid:261) ludzie. Chciałby po prostu mieć gniazdko, byle tak du(cid:298)e, by móc pomie(cid:286)cić si(cid:266) w jego wn(cid:266)trzu. Widoczne było, (cid:298)e pro(cid:286)ba ta nie trafia drozdom do gustu. – My tam nie mamy czasu do tracenia, mamy do(cid:286)ć swej roboty – mrukn(cid:261)ł wreszcie jeden ze starszych drozdów. 15 – Zapewne – odparł Salomo – tote(cid:298) Piotru(cid:286) Pan nie chce, (cid:298)eby(cid:286)cie mu pomagali za darmo. Ale, jak wiecie, warunki jego materialne poprawiły si(cid:266) bardzo w obecnej chwili. Wła(cid:286)nie Piotru(cid:286) Pan polecił mi zawiadomić was, (cid:298)e ka(cid:298)dy robotnik otrzyma sze(cid:286)ć pensów dniówki! Drozdy zatrzepotały z rado(cid:286)ci i zaraz przyst(cid:261)piły do budowy statku Piotrusia. Musiano przerwać wszystkie inne roboty. Była to wła(cid:286)nie pora zakładania gniazd, ale drozdy nie miały czasu my(cid:286)leć o sobie, bo całymi dniami pracowały dla Piotrusia. Wkrótce te(cid:298) zapas małych drozdów zupełnie si(cid:266) wyczerpał i Salomo był w niemałym kłopocie, bo nie wiedział, czym by je zast(cid:261)pić. A wła(cid:286)nie zamówie(cid:276) na piskl(cid:266)ta drozdów napływało mnóstwo, bo najtłu(cid:286)ciejsze dzieci, te, co tak wspaniale prezentuj(cid:261) si(cid:266) w wózkach, a postawione na ziemi przewracaj(cid:261) si(cid:266) co krok, pochodz(cid:261) od drozdów i wszystkie panie przepadaj(cid:261) wprost za nimi. Tote(cid:298) Salomo nie miał innego sposobu, jak zwołać wszystkie wróble gnie(cid:298)d(cid:298)(cid:261)ce si(cid:266) pod strzechami domów i szop i dać im za mieszkanie opuszczone gniazdka drozdów. Wróble cał(cid:261) chmar(cid:261) zleciały si(cid:266) na Ptasi(cid:261) Wysp(cid:266), a gdy si(cid:266) ich piskl(cid:266)ta wykluły, Salomo porozsyłał je paniom, zar(cid:266)czaj(cid:261)c, (cid:298)e s(cid:261) to najprawdziwsze drozdy. Rok ten nazywano na Ptasiej Wyspie Wróblim Rokiem i je(cid:286)li zdarzy ci si(cid:266) spotkać w par- ku kogo(cid:286), co si(cid:266) puszy i nadyma, i wyobra(cid:298)a sobie, (cid:298)e jest wart o wiele wi(cid:266)cej ni(cid:298) inni ludzie, to mo(cid:298)esz być pewny, (cid:298)e urodził si(cid:266) we Wróblim Roku. Spytaj go zreszt(cid:261) o to. Piotru(cid:286) sumiennie płacił robotnikom ka(cid:298)dego wieczora. Drozdy z powag(cid:261) zasiadały na gał(cid:266)ziach drzew i czekały cierpliwie, (cid:298)eby Piotru(cid:286) odci(ci
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przygody Piotrusia Pana
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: