Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00329 005525 13606989 na godz. na dobę w sumie
Przyloty na Ziemię - ebook/pdf
Przyloty na Ziemię - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 467
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-929666-2-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Ten obszerny tom zawiera dziewięć mikropowieści SF Edwarda Guziakiewicza, napisanych w latach 1995-2011: „Afrodyta”, „Banita”, „Ekscytoza”, „Przerwany lot”, „Genesis”, „Misja: Europa”, „Syreny z Cat Island”, „Supernowa” i „Kasandra”.

Są to utwory o podobnej wielkości. Różnią się one znacznie tematyką i czasem akcji, jednakże ich zestawienie nie jest całkiem przypadkowe. Znajdujemy w nich podobny motyw przewodni. Wiążą się one bowiem nie tyle z okrzyczanymi wyprawami w kosmos (odlotami z Ziemi), co raczej z powrotami na planetę matkę.

Jaka jest fantastyka, prezentowana w tych utworach? Może ona bawić, wzruszać i śmieszyć. W pierwszej kolejności dostarcza więc rozrywki. Nie brakuje w niej wątków sensacyjnych i kryminalnych. Ze względu na nasycenie erotyką kwalifikuje się ona do tzw. subtelnej różowej serii. Wyobraźnia szukającego nowych doznań czytelnika znajduje tu pożywkę w postaci zaskakujących konwencji i rozwiązań. Nie jest jednak przy tym pozbawiona głębszych analiz o charakterze psychologicznym.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Przerwany lot 1 Zapowiadał się nudnawy lot. Wprawdzie porażający swoją wielkością okrzyczany „Titanic” należał do komfortowych i luksu- sowo wyposażonych kosmicznych statków pasażerskich, istnych gigantycznych hoteli w próżni, jednak pech chciał, że tego roku Jo- wisz i Mars ulokowały się złośliwie po przeciwnych stronach Słoń- ca — jedna z tych planet była w aphelium, a druga w peryhelium. Na pokonanie dzielącego je koszmarnego dystansu, wynoszącego ponad miliard kilometrów, trzeba było około miesiąca. Na tę absur- dalną podróż decydowali się więc przeważnie ci, którzy mieli nóż na gardle i z ważkich powodów musieli jak najszybciej dotrzeć do Czerwonej Planety. Pamiętający o tym Bob straszliwie ziewał już w dniu odlotu. Nie pojmował, dlaczego szefowie jego właśnie odde- legowali na Marsa. Czy tam nie mieli speców od Świetlistych? Nie ominęło go wrażenie, że został złośliwie wypchnięty w próżnię. Z gasnącą nadzieją na odmianę podłego losu marudnie się przyglą- dał ostatnim nieśpiesznie okrętującym się pasażerom, jednak wśród ładujących się na pokłady nie dostrzegł absolutnie nikogo, z kim chciałby zawrzeć bliższą znajomość. Wreszcie opuścili statek por- towi kontrolerzy zabezpieczeń i zatrzaśnięto włazy, odcinając mu ostatecznie drogę ucieczki. Wcześniej usiłował oswoić się z rozkładem głównych po- mieszczeń kosmicznego kolosa, a było tego niemało. Po starcie zaś tkwił nastroszony około godziny przed grubym, ale przejrzystym iluminatorem, z bólem żegnając najpierw odpływającą w dal stację orbitalną z cumującymi przy jej rękawach czarnymi kontenerowca- 211 mi, a następnie otoczonego cienką powłoką lekko fluoryzującej at- mosfery kurczącego się Ganimedesa. Akurat jego dwa sztuczne słońca kryły się za zakrzywioną linią horyzontu. Statek miał całkiem niezłe przyspieszenie, więc oddalający się księżyc zamienił się w mig w ledwo widoczny świecący punkt na rozgwieżdżonym niebie. Potem jeszcze jakiś czas gapił się na Jowisza, jakby to on był winien jego zgryzot. Cóż było czynić? Nie mógł już się wycofać. — Zła passa — rozżalony bąknął pod nosem, godząc się jakoś z tym, że tego nie zmieni. Zawrócił do swojej kabiny, omijając wyłożony tłumiącym kro- ki miękkim dywanem szeroki korytarz, wiodący do sal reprezenta- cyjnych. W centrum była wysoka na trzy poziomy i otoczona antre- solą sporawa sala jadalna, główne miejsce codziennych spotkań pa- sażerów, a wprost z niej można było przejść do kilku jeszcze pusta- wych pierwszego dnia kawiarenek i salonów rozrywki. Najbardziej podniecające było ponoć złociste kasyno o wiele mówiącej nazwie „Las Vegas”, ale nie przypuszczał, że będzie tam częstym gościem. Na drugim poziomie znajdowała się pływalnia z prawdziwą wodą, ambulatorium medyczne, pomieszczenia rekreacyjne, siłownie, so- laria i gabinety masażu oraz pasaż ze sklepami. Jego apartament był dosyć przyzwoity i z urządzony wyrafinowanym smakiem, żadna tam pokraczna więzienna cela czy rodzaj przyciasnego korytarzyka ze ścienną wnęką do spania. Kwaterę wyposażono — między inny- mi — w porządne wirtualne okna z powiewem, zapachami i gamą naturalnych dźwięków. Znaczyły się za nimi, zależnie od wybranej opcji, bądź to ściana gęstej tropikalnej dżungli z rozświetloną słoń- cem żółtą plażą, bądź to surowy w swym majestacie zalodzony ma- syw Herkulesa. Aby znaleźć inne ugłaskane świetlne obrazy, należa- ło cierpliwie pogrzebać w katalogu. Bob mógł ponadto zmieniać kolor ścian, ale meble pozostawały wciąż te same. Korzystając z rzuconego na fotel podręcznego terminala z lektorem jeszcze raz w skupieniu przejrzał listę pasażerów, ale znowu nie dostrzegł niczego zajmującego. Lektor miał głos obojętnie matowy i nie nadawał się na rozmówcę. „Titanic” mógł standardowo pomieścić na swoich pokładach dwustu piętnastu podróżnych, jednakże tym razem zabrał 212 ich tylko osiemdziesięciu dwóch. Po starcie część z lecących zwykle decydowała się na płytką hibernację. Rozejrzał się po salonie. To wyjaśniało, dlaczego za cenę kajuty drugiej klasy leciał w komfor- towym apartamencie pierwszej. Zaintrygowała go klasyczna biblio- teka, gdyż na nią akurat natrafił w terminalu. Obok niezliczonej ilo- ści e-filmów i e-booków, księgozbiór obejmował kilkadziesiąt tysię- cy bardzo starych papierowych pozycji książkowych z różnych dziedzin — począwszy od filozofii, etyki i religii, a skończywszy na naukach przyrodniczych. Musiał sobie jakoś poradzić z nadmiarem wolnego czasu i przyszło mu do głowy, że mógłby wzorem dziadka Brunona podumać nad pismami Arystotelesa ze Stagiry, bądź też zastanowić się nad sensem życia i wreszcie przeczytać Biblię, której nigdy nie trzymał w rękach. — To jest myśl! — półszepnął. Nie należało pochopnie rezy- gnować z asystencji uskrzydlonych muz. Jego dziadek cieszył się opinią znakomitego filozofa, myślicie- la nowej generacji, a laury zdobywał w okrzyczanej Akademii Hu- manistycznej w Nowym Amsterdamie na południu księżyca. W ter- minalu zachwalano ponadto ogród botaniczny, w którym mieściło się kilka tysięcy prawdziwych okazów ziemskiej flory. Ponoć kwia- ty wolno było własnoręcznie zrywać, a pachnące bukieciki i wią- zanki zabierać do kajut. Oprócz tego oczekiwało na zwiedzających sporawe oceanarium z różnymi gatunkami morskich stworów, jed- nak nie dające możliwości płetwonurkowania wśród paradnych podwodnych brzydali. Zapraszało nadto kilka innych naturalnych środowisk, ale z jakich planet, tego nie sprawdzał. Znudzonym głosem podzielił się z naściennym komunikatorem danymi o sobie, a potem skorzystał z zajmującej róg łazienki kabiny do regeneracji, wcześniej odruchowo wodząc palcami po jej dostęp- nych ustawieniach. Okazało się, że w tę wbudowano kilka arcycie- kawych modułów. Między innymi była wyposażona w poszerzony zespół reduktorów nadwagi, co pozwalało wygodnickiemu pasaże- rowi w ogóle nie martwić się o kalorie. Odświeżony i zrelaksowany z ciekawości zajrzał potem do pokładowego menu, chcąc się zorien- tować, czym załoga „Titanica” ma zamiar truć skazanych na nie- kończący się lot podróżnych i gwizdnął z niekłamanym uznaniem. 213
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przyloty na Ziemię
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: