Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00258 003976 12915566 na godz. na dobę w sumie
Przywódca wilczej hordy: Czarny Rycerz - ebook/pdf
Przywódca wilczej hordy: Czarny Rycerz - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 363
Wydawca: Red Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3942-7653-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść historyczna
Porównaj ceny (książka, ebook (-18%), audiobook).

Anglicy mają Robin Hooda. Szwajcarzy Wilhelma Tella. Polacy Janosika, a Francuzi...? Francuzi mają Theo de Bongrais.

Jeśli kochacie Trzech Muszkieterów, a powieść płaszcza i szpady jest bliska waszemu sercu, ta książka jest właśnie dla was. 'Przywódca wilczej hordy: Czarny Rycerz' to otwarcie trylogii, której akcja toczy się w kluczowym momencie wojny stuletniej. Młody Hrabia de Bongrais doznaje zdrady od najbliższego sojusznika. Jego towarzysze zostają wymordowani, dla niego zaś szykowany jest szafot. Jedynie dzięki uporowi i niezwykłej odwadze starego przyjaciela udaje mu się ujść cało.

Zdradzony przez sojuszników i zaszczuty przez wrogów wiedzie życie banity, którego imię już wkrótce sieje popłoch wśród angielskich żołnierzy. Skryty w leśnej gęstwinie odkrywa prawdziwą przyjaźń, miłość i wszystkie uroki życia.

Teraz pozostaje pomścić poległych towarzyszy i przelać krew zdrajcy..
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

* * * Już po pierwszych ruchach Anglika odgadł w nim prawdzi- wego mistrza i zdwoił ostrożność. Tak rozpoczynali walkę tyl- ko ci, którzy nie bez powodu byli pewni swojej ręki. Pierwsze złożenia przeszły bez żadnych niespodzianek. Służyły tylko do tego, by wyczuć prawdziwą siłę umiejętności przeciwnika. Po- tem walka z wolna stawała się coraz bardziej zacięta, przecho- dziła w strategiczną rozgrywkę, w grę na wytrzymałość, gdyż ten, kto miał silniejsze ramię i potrafił dłużej wygrywać z wła- snym zmęczeniem, przeważnie zostawał zwycięzcą. Sir Win- slow walczył czysto, w wyrównany sposób, stylem, który był dla Francuza obcy. Theo parował i zadawał ciosy, nadaremnie wypatrując jakiejś luki w obronie przeciwnika i czując, jak ogarnia go niechętny podziw, a nawet szacunek dla tego angiel- skiego rycerza. Był odmienny od tych Anglików, których znał do tej pory, to trzeba było przyznać. Był też bardzo skuteczny. Kilkakrotnie jego miecz poważnie zagroził życiu młodego Francuza, raz drasnął go w szyję, a raz przeszedł o włos od jego lewego boku, rozcinając skórzany kaftan na przestrzeni kilku cali. Theo musiał wytężać wszystkie swe siły i umiejęt- ności, by unikać zabójczego ostrza, a jednocześnie wszelkie jego próby dosięgnięcia Anglika spełzały na niczym. Musiał przyznać, że jest on rzeczywiście bardzo dobry, lepszy nawet niż o nim mówiono Nie wiedział przy tym, że sir Winslow po- dobnie ocenia i jego umiejętności. Co do kompanów Theo, to obserwowali tę walkę z najwyższym niepokojem, którego sta- rali się nie okazywać. Milczeli przy tym, starając się nawet od- dychać jak najciszej, co było dla nich wielkim wyrzeczeniem, gdyż zazwyczaj, obserwując czyjąkolwiek walkę, nie szczędzi- li obu stronom złośliwych komentarzy. Teraz jednak stawka była za wysoka. Ośmielony pewną przewagą, jaką udało mu się uzyskać, sir Winslow wykonał nagłą szarżę z półobrotu, od- słaniając na mgnienie oka swój prawy bok. Banita błyskawicz- nie przerzucił miecz do lewej ręki, odbił skierowane w jego bark cięcie i nim Anglik zdążył się osłonić, zadał swój lubiony cios. Miecz, skierowany w podbrzusze przeciwnika, omijał za- stawę górą i uderzał sztychem na skos, rozplątując niefortunne- go szermierza od żeber aż do łona. Sir Winslow skręcił się w miejscu, rozpaczliwie usiłując odbić cięcie, ale udało mu się jedynie zmienić nieco jego kierunek. Ostrze rozorało mu bok i udo, wchodząc w ciało aż do kości. Wypuścił broń z dłoni i runął na ziemię, przyciskając ręce do rozprutego ciała. Theo przyklęknął obok niego, dobytym nożem rozciął mu kaftan i zatamował krew strzępami materiału, owiązując starannie rozcięte udo. – Czy ty aby do reszty nie zbzikowałeś, ukochany wodzu ty mój? – Zagadnął go Pierre możliwie najdelikatniej, obserwując z pewnym zdziwieniem te czynności. – Daj spokój, rannego nie będę przecież dobijać. A gdybym go tu zostawił, na jedno by wyszło. Zawiozę go do klasztoru – odparł mu rycerz z pewną irytacją. – Ależ to będzie ballada... – westchnął uszczęśliwiony Gwi- don, ześlizgując się z drzewa. – Ja ci zaraz dam balladę... Wypiszę ci każde słowo na tej głupiej gębie! – Wsiadł na niego z góry Pierre. – Wszyscy w las. A ty lepiej go zostaw. On by cię od razu... – Ostatnie sło- wa skierowane były, ma się rozumieć, do hrabiego, który ostrożnie układał rannego Anglika na końskim grzbiecie. Theo nie odwrócił nawet głowy na tę uwagę. Znał dobrze swych ludzi i wiedział, że może z wyjątkiem jednego Bertran- da żaden go nie zrozumie. Na dobrą sprawę sam nie wiedział, czemu tak naprawdę robi to wszystko, ale czuł się dziwnie. Do tej pory każdego spotkanego Anglika zabijał bez wahania i rzekł . „Pomyśl trochę. Koniecznie chcesz być taki, jak oni?” Po raz pierwszy od czasu rzezi w Bongrais miał wątpliwości, co było mu bardzo nie na rękę. Nie chciał ich mieć. W jego odczu- ciu obniżały sprawność bojową i niepotrzebnie mąciły rozezna- nie, ale ten rycerz zmuszał go do zmiany sposobu myślenia i wiedział już, że od tej pory nie będzie mógł tak szybko i bez skrupułów chwytać za broń. Wcale mu się to nie podobało. Ranny poruszył się i szepnął. – Czemu mnie ratujesz? Przecież następnym razem mogę cię zabić. – Milczałbyś lepiej – warknął Theo. – Robię tylko to, co muszę. Udowodniłeś mi, że mogą istnieć Anglicy, mający po- czucie honoru, tacy Anglicy, których nawet można polubić. Przedtem nie dopuszczałem do siebie nawet istnienia takiej możliwości i może dlatego mogłem być tak skuteczny. Trudno mi wyjaśnić ci, co zniszczyłeś. Ja... ja nigdy ci tego nie wyba- czę. Szarpnął w bezsilnej złości wodzami konia i nie odezwał się więcej ani słowem. Jezioro pod wieczór było nagrzane i spokojne. Theo pływał i nurkował, zmywając z ciała krew i kurz, ale wciąż nie mogąc uwolnić się od myśli o rannym rycerzu, pozostawionym przed klasztorną bramą. Do tej pory nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że Anglik również może mieć w piersi rycerskie, szla- chetne serce, tymczasem przykład sir Winslowa dowodził cze- goś wręcz przeciwnego. Trudno mu było pogodzić się z tym. – Hej hej! – Rozległ się na brzegu świeży i dźwięczny głos Bellette. – Pierre mówi, że w głowie ci się przewróciło i żeś do reszty zgłupiał. Co właściwie zrobiłeś? – Ach, nic nadzwyczajnego! – Odkrzyknął jej Theo – Od- wróć się, bo muszę wyjść, a jestem trochę goły! – Nie widziała dupa słońca, ogorzała od miesiąca – warknął Pierre, wyłaniając się z krzaków. – Idę do klasztoru na prze- szpiegi, a jak wrócę, macie skończyć to migdalenie – Odszedł, nie oglądając się za siebie. Bellette zachichotała. – Ten to się nigdy nie zmieni – powiedziała, siadając na brzegu i ogarniając kolana rękoma. – Wychodź śmiało, nie ta- kie rzeczy widziałam – Theo podpłynął do niej. – Jesteś słodka – powiedział czule. – Wiesz, mam wrażenie, że przez to wszystko zamieniłem się w wilka i dopiero teraz powoli staję się na nowo człowiekiem. Jak ty ze mną wytrzy- małaś? – Normalnie. Kocham cię takim, jakim jesteś. Dla ciebie stanę się kim zechcesz, nawet wilczycą. Chcesz, to powyjemy razem do księżyca? – Odpowiedziała mu przekornie. Rycerz roześmiał się serdecznie. – Jesteś moim słońcem, moim życiem – rzekł. – Boli mnie to, że oprócz ukradkowych pocałunków na sianie nic ci dać nie mogę. Być może nawet stanę się przyczyną twej zguby. – Jeśli nawet, to możesz być pewny, że umrę błogosławiąc cię. Kocham twe oczy, czarne jak noc bez gwiazd, kocham twe wargi, gdy do mnie mówisz, kocham twe silne ramiona, gdy mnie obejmujesz... – dziewczyna pochyliła się i pocałowała go prosto w usta. – Dobrze, że Pierre tego nie widzi, chyba by mnie zabił – mruknął cicho Theo. – A Gwidon ułożyłby z tego wiersz do ckliwej melodii – dodała Bellette. – Ach wy gołąbki – odezwał się za nimi Pierre. – Specjalnie zawróciłem, by sprawdzić co robicie. Bellette, do domu! Ojco- we krowy ryczą już pewnie jak zarzynane, pora udoju dawno minęła. A ty, łotrze, jak się nie wstydzisz dotykać mojej siostry tą samą łapą, którą przed chwilą rozpłatałeś tego Anglika? Swoją drogą, że też ona się niczego nie brzydzi... - siostra ze śmiechem trzepnęła go po plecach i odeszła w stronę wioski. Pierre zrzucił kaftan i skoczył do jeziora. – Zostaw ty ją w spokoju – poprosił, wynurzając się tuż przy swym herszcie. – Jest młoda, zapomni. Z tobą nie czeka jej nic dobrego. Nie ożenisz się z nią przecież, co by na to powiedzia- ła twoja sfera? – Zapewniam cię, że nic mnie to nie obchodzi. Ożenię się z Bellette, choćby zabronił mi tego sam papież. Wiem, że tobie się to nie podoba, ale ostatecznie żenię się z nią, nie z tobą - odpowiedział mu Theo poważnie, wychodząc z wody i pospiesznie zakładając ubranie. – Tego by brakowało... Co za czasy – westchnął Pierre z rezygnacją. – Król w niewoli, kraj zrujnowany, a siostra scho- dzi na psy... Nie po raz pierwszy dźwięk dzwonka przy bramie klasztoru zwiastował przybycie kogoś, kto potrzebował pomocy. Ojciec Prospero nie był więc zdziwiony samym faktem znalezienia rannego pod furtą, choć zaskoczyło go trochę to, iż jest nim an- gielski rycerz. Anglicy nie korzystali zazwyczaj z jego usług. Nie okazując jednak zdumienia, przy pomocy dwóch milczą- cych braciszków wniósł rannego do jednej z wolnych cel. – O, widzę znak cechowy naszego rębacza – powiedział, po- chylając się nad odwiniętą z prowizorycznego opatrunku okropną raną. – Zatem jeszcze nie zapomniał, jak robić lu- dziom krzywdę. Proszę się nie ruszać. – Spróbuję – odparł rycerz, zaciskając zęby z bólu. – No tak – mruczał mnich. – Nieprędko znowu wsiądziecie na swego pięknego rumaka, a i tak możecie uważać się za szczęściarza. Zazwyczaj każdy Anglik, który ma ten kiepski pomysł, by skrzyżować miecz z Theo le Vengeur, gryzie piach – dolał do kubka z winem kilka kropli jakiejś esencji z bute- leczki i zmusił rycerza, by to wypił. – Pomoże wam to znieść ból – wyjaśnił. – Muszę zszyć tę ranę. Biorąc udział w krucjacie nauczyłem się, że rany zszywa- ne smołowaną nicią goją się czysto i szybko, ale samo szycie jest niewymownie przykre. – Czy ja wyzdrowieję? – Spytał sir Winslow, konstatując, że pod wpływem esencji o nieznanym mu składzie ból rzeczywi- ście zmalał, a ukłucie grubej igły jest tępe i jakby odległe. Mnich spojrzał mu w oczy. – Jeśli noga nie zacznie gnić, to tak – odparł. – Jednak moc- no krwawiące rany rzadko kiedy gniją. Jakimś cudem arteria w udzie nie została przecięta, a więc pewnie wyzdrowiejecie choć nieprędko. Radzę wam tu zostać, bo trzeba będzie prze- mywać wam ranę ziołowymi odwarami, a ja tu mam wszystko pod ręką. – Zostanę – rzekł sir Winslow poważnie. – Ojcze, ten banita, który mnie zranił... Nie rozumiem go. Prowadzi prywatną woj- nę? Przecież nie jest to żaden zbój, a rycerz z krwi i kości. Dla- czego on to robi? – Prospero wzruszył ramionami. – Bo ja wiem? Myślę, że on ma po prostu kłopoty z równo- wagą. Nie tak dawno złożył taką dziwną przysięgę, że pozosta- nie wierny koronie Francji. A że jest honorowy i uczciwy do przesady... – Urwał i zapatrzył się w okno. Nie bardzo wie- dział, jak wyjaśnić temu Anglikowi, zapewne święcie przeko- nanemu o słuszności roszczeń swego króla, czym dla Theo i jemu podobnych było utwierdzenie angielskiej dominacji w ich ojczyźnie. Jak w kilku słowach przekazać ból tysięcy prawych francuskich rycerzy? – Podpisano przecież traktat... – Bąknął sir Winslow, odga- dując widać jego myśli. – Ach, traktat – westchnął Prospero. – Traktat podpisali kró- lowie, a cierpią ich poddani, szczególnie prości ludzie, których broni Theo. Wy wszyscy uważacie ich za swoje bydło robocze i nic was nie obchodzi, co czują i jak żyją. Theo nauczył się wi- dzieć w nich swych braci i przyjaciół, więc walczy w ich obro- nie i będzie walczył nadal. Mści się za to, co wasi pobratymcy robią z biedakami, a do królów wtrącać się nie myśli. – A ty co o tym myślisz, ojcze? – Spytał podchwytliwie An- glik – Przecież też jesteś Francuzem – mnich spojrzał na niego surowo. – Ja jestem zakonnikiem – rzekł dobitnie. – Kocham bliźnie- go swego jak siebie samego. Nie czynię drugiemu, co mnie jest niemiłe i nie sądzę, żebym nie był sądzony. Nawet gdybym po- pierał działania tego młodzika, i tak mu tego nie powiem. On zresztą nie pyta mnie o zdanie – Sir Winslow milczał przez chwilę. – Czy znajdzie się tu inkaust, pióro i kawałek czystego per- gaminu? – Spytał po chwili zmęczonym głosem. – Niedaleko stąd stacjonuje mój kuzyn, książę Walii. Chciałbym posłać mu wiadomość, co się ze mną dzieje, bo on wie, po co tu przyby- łem i jeśli pomyśli, że zostałem zabity, może zrobić coś bardzo brzydkiego. Czy któryś z ojca braciszków mógłby zanieść pi- smo? Tylko niech za dużo nie gada. – Z tym nie będzie problemów, moi bracia ślubowali mil- czenie – odparł szorstko Prospero. Nie bardzo odpowiadał mu taki gość pod jego dachem, ale nie mógł przecież odmówić chrześcijańskiej posługi nawet wrogowi. Wiadomość, że Czar- ny Książę jest niedaleko ze swym wojskiem, nie była pomyśl- na, mimo dwornych manier i zamiłowań artystycznych, słynął bowiem z raczej barbarzyńskich metod prowadzenia wojny. W całej Europie sławiono jego wdzięk i dowcip, a jednocze- śnie lękano się go jak diabła. Był niebezpieczny, amoralny i gwałtowny, a jednocześnie umiał być sprytnym dyplomatą, gdy zaszła taka potrzeba. „Ciekawe po co go tu diabli przynieśli” pomyślał Prospero, przynosząc rannemu przybory do pisania. W myślach układał już reprymendę, jakiej udzieli Theo za sprowadzenie mu na kark nieproszonego gościa, ale dał sobie z tym spokój, gdy uświadomił sobie, że dzięki temu otrzymali ważną wiadomość, właśnie tę, że Czarny Książę jest w okolicy. Kapitan Moore wszedł do komnaty, w której Don Paulino ślęczał nad wykazami inwentarza, przygotowywanymi dla Ro- gera de Valois. Po jego minie widać było, że nie przynosi do- brych wiadomości. – Sir Winslow przysłał list do księcia Edwarda – powiedział ponuro. – Theo zranił go dość poważnie, ale darował mu życie. Leży teraz w klasztorze karmelitów bosych nad jeziorem. Nasz przyjaciel rozharatał mu bok i udo, a potem uprzejmie zawiózł pod opiekę mnichów. Winslow pisze o nim podobno w samych superlatywach. Innymi słowy, znowu pudło. Don Paulino ski- nął głową i w zadumie jął obgryzać koniec gęsiego pióra. – Powinniśmy to przewidzieć – rzekł po chwili. – Ten prze- klęty banita zawsze spada na cztery łapy, jak kot. Umie być układny i czarujący, i prawie każdy da się zwieść tej jego słod- kiej buzi... Gdyby chociaż chłopi go nie popierali tak bezwa- runkowo... Może dałoby się wtedy coś... – urwał i huknął pię- ścią w stół, aż kałamarz podskoczył, a ciemnogranatowy atra- ment trysnął, plamiąc wszystko dookoła. – Że też wcześniej na to nie wpadłem! – Krzyknął – Kapita- nie, zbierz kilkunastu ochotników spośród żołnierzy, wywabi- my tego lisa z nory. – Niby jak? – Moore nie krył sceptycyzmu. Poprzednie pró- by pochwycenia kłopotliwego banity kończyły się źle i koszto- wały życie wielu żołnierzy, służących pod jego rozkazami. Nie miał zamiaru sprzeciwiać się Paulinowi. Choć ten w zasadzie nie miał prawa mu rozkazywać, nawet w zastępstwie nieobec- nego chwilowo Czarnego Rycerza, Moore na ogół uznawał jego polecenia. – To proste jak bonjour – gorączkował się intendent. – Theo obwołał się samozwańczo obrońcą ludności tych okolic i kon- sekwentnie to realizuje. Na pewno da się zwabić wiadomością o zagrożeniu życia tych chłopów, którzy wciąż uważają go za swego seniora. Jeśli ogłosimy, że gdy się nie zjawi, puścimy wieś z dymem, a mieszkańców powywieszamy na okolicznych drzewach, to jak myślisz, co zrobi? – A ta wieść do niego dotrze? – Spytał z powątpiewaniem kapitan. – O to jestem spokojny – roześmiał się Paulino. – Ci banici słyszą, jak trawa rośnie. Zbierz ludzi, najlepiej tych, co jeszcze nie mieli z tym szczeniakiem do czynienia. – A nie lepiej przycisnąć któregoś wieśniaka i wydobyć z niego położenie kryjówki tych wyrzutków? – Poddał Moore. – No przecież Theo nie jest idiotą – Hiszpan potarł dłonią swój cofnięty podbródek i zamyślił się. – Nie ujawniałby cze- goś tak ważnego byle chłopu. Sądzę jednak, że jakoś się z nim porozumieją w potrzebie. To było coś, co mogło się udać. Miał co prawda rozkaz nie zabijać Theo, póki nie wróci Czarny Rycerz, ale były przecież inne sposoby na wywarcie pomsty, gdy dostanie już znienawi- dzonego wroga w swoje ręce. - Dobra. Można spróbować - zgodził się z nim kapitan, oży- wiony nadzieją dostania wroga w swoje ręce. Nienawidził hrabiego de Bongrais prawie równie mocno, jak nienawidził go Paulino, ale darzył go też pewną dozą nie- chętnego szacunku. W końcu jako żołnierz umiał docenić za- równo odwagę, jak i sprawność bojową, a temu banicie nie bra- kowało ani jednego, ani drugiego. Zatrzymał się na chwilę przed wejściem do kordegardy, patrząc na swoje odbicie w tar- czy. Wypolerowany metal ukazywał mu zwalistego, wąsatego mężczyznę o pokrytej bliznami twarzy i wypłowiałych kosmy- kach wokół pokaźnej łysiny, ubranego w gruby kaftan i noga- wice wpuszczone w długie buty, oraz kolczugę z ciemnego me- talu. Był to wizerunek bardziej pasujący do zbójcy niż do żoł- nierza, ale nie przejmował się tym. Służył w wojsku od dziec- ka, a tam nie liczy wygląd zewnętrzny, choć w głębi ducha bo- lał czasem nad swoją brzydotą, zwłaszcza gdy na zabawach dziewczęta ignorowały go, zwracając się ku innym, hojniej ob- darzonym przez naturę. „Chętnie popatrzę na egzekucję tego Francuzika” pomyślał. „Nie pomogą mu piękne oczy, gdy trafi w moje ręce. Osobiście obedrę go ze skóry.” Gdyby ktoś w tym momencie wytknął mu, iż powoduje nim zawiść, żachnąłby się zapewne ze złością i zaprzeczył, jednak było to faktem. Zazdrościł Theo urody, młodości, a nade wszystko szlachetnego urodzenia. On sam był synem londyńskiego przekupnia i nienawidził tego. Może dla- tego tak dobrze rozumiał się z Don Paulinem, który podobnie jak on był nisko urodzony i jego ambicja nie mogła tego ścier- pieć. Choć nie zawsze akceptował jego plany, na ogół zgadzali się ze sobą, tak jak teraz. Kapitan wszedł do kordegardy, wy- brał najlepszych jego zdaniem żołnierzy i przystąpił do realiza- cji planu Paulina. O tym wszystkim, rzecz prosta, banici nie mieli żadnego po- jęcia, i nic dziwnego. Nie mieli przecież „swojego człowieka w obozie wroga”. Tego dnia pracowali głównie nad tym, żeby zapełnić spiżarnię, w której ziały przeraźliwe pustki. W lasach coraz trudniej było cokolwiek upolować, a przecież musieli jeść. Wczorajsza kolacja, na którą składał się gulasz z drob- nych gryzoni, doprawiony kaszą z mielonej trawy, stała wszystkim kością w gardle i chętnie zagryźliby ją czymkol- wiek, kłopot jednak w tym, że niczego nie mieli. Od rana uga- niali się więc po lesie, a w ich „domu” został tylko Martin, pil- nujący kotła, pełnego na razie tylko wody. Jako pierwszy wró- cił Gwidon, prowadząc ze sobą małego chłopca z zawiązanymi oczami. – Miałeś nałapać ryb – zwrócił mu uwagę Martin. – Tym chudziną się nie najemy. – Bardzo śmieszne. Gdzie nasz wódz? – spytał Gwidon, nie- naturalnie jak na niego poważny. – Sprawdź na sianie. Pewnie figluje tam z moją rozpustną siostrą – powiedział Pierre, wychodząc z krzaków. – Pytam poważnie – zniecierpliwił się trubadur. – Poważnie odpowiadam – rzekł Pierre, rzucając Martinowi dwie dzikie kaczki. – Nie sądzę, by było inaczej. Wróciłem, bo zepsuł mi się sandał, ale zdążyłem ustrzelić te pisklaki. Zoba- czycie, on nic nie przyniesie. – Coś ty taki cięty na naszego wodza? Jeśli szybko nie wró- ci, obojętne, z łupem czy bez, będzie w Dwóch Prętach jatka - rzekł ponuro Gwidon, zdejmując przyprowadzonemu chłopcu opaskę z oczu. – Wymyśliłeś to sobie, czy rzeczywiście coś się kroi? – Spy- tał Pierre podejrzliwie. Chłopiec zaczął płakać. Tymczasem na polanę powoli ściągali inni członkowie bandy, przeważnie z pustymi rękami i kwaśnymi minami. Jako ostatni wrócili Theo z opróżnionym do połowy kołczanem i Bertrand, wyma- chujący pękiem ustrzelonych zajęcy. – Zawsze mówiłem, że zostaniesz dobrym łucznikiem, jak się przyłożysz – Bertrand rzucił zające Martinowi i zmarszczył czoło, spojrzawszy na płaczące dziecko. – Co tu się dzieje? – Spytał. Chłopczyk podbiegł do rycerza i objął jego nogi, wtrącając go w okropną konfuzję. – Ratujcie, panie... – wychlipał. – Masz tobie. Od czego? Mówże składniej – Theo rozejrzał się po swoich ludziach, szukając jakiegoś wytłumaczenia. – Don Paulino sprowadził Anglików do wioski. Biją i rabu- ją, chcą wieszać. Mówią, że jeśli nie zjawisz się sam, spalą całą wioskę i wszystkich zabiją – płakał chłopiec, tuląc się do niego rozpaczliwie. – Ach tak – Theo zrozumiał w końcu, o co chodzi. – No cóż, Paulino wreszcie wpadł na świeży pomysł. Ten szczur kaducz- nie chce się do mnie dobrać. Zrobię mu chyba tę przyjemność. Niech mnie, co chce, kosztuje, ja się w to angażuję. – Nie rymuj. To moja domena – obraził się Gwidon. – Dobra, dobra. Wyprowadź dzieciaka na drogę i co duchu tu wracaj – polecił mu wódz surowo, uspokajając chłopca jak się dało. Gwidon co prędzej spełnił rozkaz i zadyszany wrócił na polanę. – Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli tam pójdziesz, to jakbyś sam prosił się o jakieś nieszczęście? – Powiedział do wodza. Theo dokończył spokojnie czesanie potarganych i ozdobio- nych zeschłymi liśćmi włosów, po czym umył twarz i ręce w strumyku. – Jak na poetę bywasz strasznie przyziemny – zauważył, prostując się i wycierając dłonie o kaftan. – Jak wyglądam? – Jak banita bez piątej klepki – odparł Pierre. – Co ty masz zamiar zrobić? – Zrobię Paulinowi niespodziankę – odpowiedział mu ry- cerz. – Pójdziesz tam sam? – Upewnił się Jean. – Ależ oczywiście. – To gdzie ta niespodzianka? – spytał sceptycznie Olivier. – A ta niespodzianka to to, że zostawię was za sobą w ukry- ciu – wytłumaczył mu przyjaciel. – Policzycie do stu pięćdzie- sięciu i... – Do stu pięćdziesięciu? – przerwał mu PierreP – Boże święty, my nie umiemy. – Żaden? Co za banda ignorantów – westchnął Theo, podno- sząc oczy ku niebu. – Igno... co takiego? – Nie zrozumiał Pierre. – Nieważne. Który z was umie liczyć do jakiejś przyzwoitej sumy? – Spytał rycerz, rozglądając się po swych mocno zmie- szanych kompanach. – Ja – zgłosił się Alain i dodał. – Do piętnastu. Tyle brałem za podkucie konia. – Dobrze. Zatem policzysz dziesięć razy do piętnastu – zgo- dził się Theo z rezygnacją. – Potem zaatakujecie te psy angiel- skie od tyłu. Ja będę stał od przodu i absorbował ich uwagę. Nie wystawcie mnie tylko do wiatru, bo mogę stracić głowę. Dosłownie. – No wiesz co? – Obrazili się przyjaciele nieomal jednogło- śnie. – Jeśli dobrze to rozegramy, te matoły połapią się, gdy bę- dzie już grubo za późno – dokończył rycerz. – Miło było cię poznać, mimo wszystko – mruknął Jean, przygryzając nerwowo rudy wąs. – Cicho bądź, wiewiórko. W zasadzie wiem, co robię – Theo trzepnął go po przyjacielsku w plecy, następnie rozwinął swą procę i obejrzał ją dokładnie, czy się nie strzępi. Nie my- ślał, by w tej misji była potrzebna, ale wolał być przygotowany na wszelkie ewentualności. Nie wiedział, ilu dokładnie Angli- ków zastanie w Dwóch Prętach, ale wszelkie wątpliwości za- chowywał dla siebie. Inni nie zgłaszali już sprzeciwu. Theo za- wsze umiał narzucać innym swój punkt widzenia, a na dodatek robił to tak, że nikt nie ośmielał mu się sprzeciwić. Tymczasem w wiosce Dwa Pręty Don Paulino i kapitan Mo- ore czekali na efekt swoich działań, niecierpliwie rozglądając się dookoła. Wieśniacy, spędzeni na środek wioski, stali spara- liżowani strachem, Żołnierze plądrowali ich chaty, wyciągając z kątów tych, co zdołali się gdzieś ukryć i rabując co tylko się dało. Większość wieśniaków nie wierzyła w to, że Theo zjawi się, by im pomóc, no bo któż to widział, by ktoś narażał życie w obronie całkiem obcych ludzi? Żeby szlachcic narażał życie dla chłopów? Mimo to rozglądali się z irracjonalną nadzieją, gotowi powitać z wdzięcznością każdego, kto wstawiłby się za nimi. I chociaż jedni i drudzy rozglądali się tak pilnie, ten, na którego czekali, zjawił się zupełnie niespodziewanie, jakby wyrósł spod ziemi. Stał spokojnie, założywszy ręce na piersi, i spod rozwichrzonej wiatrem grzywy przyglądał się zgroma- dzonym, spokojny, jakby oglądał uliczne przedstawienie. U jego pasa połyskiwał miecz w ozdobnej pochwie, na rozchy- lonym kaftanie lśnił matowym blaskiem rodowy ryngraf z ku- tego srebra. Mimo że nie wyglądał szczególnie groźnie, wszy- scy zastygli w miejscu, zaskoczeni tak nagłym jego pojawie- niem się między nimi. – Czekacie na kogoś, czy tak sobie postanowiliście postać? – Spytał Theo drwiąco. – A więc jesteś! Nie mogliśmy się ciebie doczekać! – Zawo- łał Don Paulino. – Żołnierze marzą tylko o tym, by dostać cię w swoje ręce! – Banita uśmiechnął się zimno. – To niech mnie sobie wezmą – powiedział z zamierzoną prowokacją. – O nie – odrzekł kategorycznie Paulino. – Nie dam ci oka- zji do bohaterskiej śmierci. Podejdziesz tu grzecznie i oddasz broń, zrozumiano? – To zły pomysł – Theo uśmiechał się nadal, ale tak, że wszystkich patrzących na to przechodził dreszcz. – Jeśli podej- dę do ciebie na długość miecza, jak nic zdarzy się jakieś nie- szczęście, przynajmniej dla ciebie i dla twego angielskiego przyjaciela, którego podkomendni kryją się dzielnie za plecami kilku wystraszonych wieśniaków. No co jest, wesoła Anglio? Ruszcie się. Ja jestem jeden, a was ze dwudziestu, może któryś przeżyje, kto wie? A tak przy okazji, zaczęliście bawić się w katów, czy też może to taki angielski zwyczaj, by wieszać chłopów, gdy jaśnie pan się nudzi? Zabawa niezła, przyznaję, tylko jakaś niesmaczna - kapitan Moore splunął i spiął konia, ale Don Paulino chwycił go za ramię. – Nie. On próbuje cię sprowokować – ostrzegł go. – Niech twoi ludzie wezmą kusze i skoro tylko ten banita się ruszy bez mojego pozwolenia, niech wpakują mu strzałę w jakieś mniej ważne miejsce. Muszę wziąć go żywcem. – To ma sens – zgodził się z nim Moore. Rzeczywiście, gdy w pierś człowieka mierzy kilkunastu kuszników, jego umiejętności szermiercze tracą na znaczeniu. Naprawdę trudno byłoby zarzucić cokolwiek temu rozumo- waniu, tyle tylko, że żołnierze nie zdążyli sięgnąć po odłożone wcześniej kusze. Nie wiadomo skąd za ich plecami pojawili się uzbrojeni ludzie i nim Anglicy zdążyli zorientować się w no- wym zagrożeniu, padli pierwsi zabici i ranni. Paulino i kapitan Moore, przerażeni i zdezorientowani rozpętaną nagle bitwą, nie od razu zorientowali się, że Theo, miast włączyć się do bitwy, zrobił coś zupełnie innego. Przemknąwszy się pod brzuchami ich koni wskoczył na siodło Hiszpana, tuż za nim. Intendent wrzasnął z przerażenia, gdy muskularne, ogorzałe ramię owi- nęło się wokół niego, przyciskając mu ręce do ciała. Umilkł jednak zaraz, poczuwszy ostrze sztyletu na szyi. – Kapitanie Moore – powiedział Theo głośno. – Proszę na- kazać swoim ludziom przerwanie walki, w przeciwnym razie poderżnę gardło temu zdrajcy, a przysięgam, że ręka diabelnie mnie świerzbi. Wy, kapitanie, będziecie następni, i zapewniam, że zdążę, nim którykolwiek z żołnierzy przyjdzie wam z pomo- cą... zakładając, że któryś z nich jeszcze będzie żył. – Złożyć broń! – Krzyknął Moore wściekle. Jego żołnierska krew burzyła się na samą myśl o uleganiu bandzie leśnych zbójców, był jednak na tyle bystrym taktykiem, by wiedzieć, że tę bitwę przegrał, a nie chciał niepotrzebnie szafować życiem swych ludzi. – Tak lepiej – skinął głową banita. – Hej, was to też doty- czy! Alain, zostaw tego żołnierza, nie jego wina, że jest ofer- mą. – Więc? - zwrócił się kapitan do niego ostro. Theo uśmiech- nął się. – Tylko spokojnie, kapitanie, takie wzburzenie wam nie przystoi – rzekł i zeskoczył z konia, ściągając Don Paulina ze sobą. – A zatem, przede wszystkim zostawicie w spokoju tych ludzi, jak na jeden dzień wyrządziliście tu dosyć szkód. To moi poddani i będę ich bronił. Po drugie, zawrzyjmy układ. Wy nie dopuszczacie się gwałtów na tych terenach, nie mordujecie i nie rabujecie, a ja nie zabijam więcej angielskich żołnierzy, jeśli nie będę musiał. W przeciwnym razie ostrzegam, za każ- dego zabitego chłopa z tych okolic i za każdą zniewoloną ko- bietę zapłaci mi życiem jeden angielski żołnierz. Czy to jasne? – Moore... - jęknął Paulino czując, jak ostrze sztyletu wpija mu się w szyję. Kapitan pomyślał przez chwilę, starając się uspokoić wzburzone nerwy. – Zgoda, niech ci będzie – rzekł wreszcie lodowato. – Ze swej strony jednak obiecuję ci solennie, mości banito, że po- wieszę cię na pierwszym lepszym drzewie, gdy dostanę cię wreszcie w swoje ręce. – Może być – stwierdził Theo, niespeszony tą zapowiedzią. – Wolę wisieć martwy na francuskim drzewie, niż chodzić żywy w angielskich barwach, ale rozumiem, że to kwestia oso- bistych upodobań. Zaś co do ciebie, Paulino... Postanowiłem, że jeszcze cię nie zabiję. Co mi przyjdzie z tego, że udekoruję tę miłą wieś twoimi flakami? Mam zamiar zemścić się na tobie dużo boleśniej, a to wymaga czasu, więc na razie zostawię ci tylko coś na pamiątkę - przejechał ostrzem sztyletu po jego le- wym policzku, rozcinając skórę od czoła do podbródka. – To zaliczka – rzekł z paskudnym uśmiechem. – Pełna wy- płata czeka cię za jakiś czas, ale nie powiem kiedy. Będziesz wtedy wył o śmierć. No, panowie Anglicy, zabierajcie się stąd, ale już, bo mogę zmienić zdanie i cały układ diabli wezmą.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Przywódca wilczej hordy: Czarny Rycerz
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: