Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01747 033599 16300127 na godz. na dobę w sumie
Psalmodia - ebook/pdf
Psalmodia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 433
Wydawca: Runa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-89595-61-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Przekonaj się, ilu jest bogów.
Bo Szatan jest tylko jeden.
To rycerz z Calatrava.

Nad Pomezanią pękło niebo. Przez szczelinę sączy się pieśń, a wraz z nią niepokój, lament i strach. Gościńce spływają krwią. Krzyżowcy gromią pogańskie demony. Prusowie popełniają zbiorowe samobójstwa.

Po klęsce pod Brodnicą biskup pruski Chrystian wzywa na pomoc rycerzy z hiszpańskiego zakonu Calatrava. Do Tymawy udaje się dotrzeć tylko jednemu: opętanemu przez diabła mistrzowi Florencjuszowi. Przybysz szerzy postrach wśród pogan, a potajemnie szuka Jeziora Łez, w którym ponoć zaklęto spojrzenie Boga.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ostatnio ukazały się: Jakub (cid:262)wiek – Ofensywa szulerów Anna Brzezińska – Letni deszcz. Sztylet Maciej Guzek – Trzeci (cid:286)wiat Magda Parus – Wilcze dziedzictwo: ukryte cele Wawrzyniec Podrzucki – Mosty wszechzieleni W przygotowaniu: Magdalena Salik – Runy Hordów Agencja Wydawnicza RUNA PSALMODIA Copyright © by Michał Krzywicki, Warszawa 2010 Copyright © for the cover illustration by Magdalena Broniecka Copyright © 2010 by Agencja Wydawnicza RUNA, Warszawa 2010 Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu książki możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy. Opracowanie graiczne okładki: własne Redakcja: Ewa Guttmejer Korekta: Marianna Chałupczak Skład: własny Druk: Drukarnia GS Sp. z o.o. ul. Zabłocie 43, 30–701 Kraków Wydanie I Warszawa 2010 ISBN: 978–83–89595–61–4 Wydawca: Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp. j. Informacje dotyczące sprzedaży hurtowej, detalicznej i wysyłkowej: Agencja Wydawnicza RUNA 00–844 Warszawa, ul. Grzybowska 77 lok. 436 tel./fax: (0–22) 45 70 385 e-mail: runa@runa.pl Zapraszamy na naszą stronę internetową: www.runa.pl Rozdział I Powiecie, że będę bluźnił. Mówcie tak. Powiecie, że jestem winien. Pluję na to. Nazwiecie bękartem, synem kurwy. Proszę bardzo. Oskarżycie o zło. Miło mi. Powiecie, że gdyby nie ja... A ja odpowiem, że gdyby nie wy... Rzygam na wasze symbole, od Jerozolimy aż po Akwizgran. W Tuluzie i Gedanensis. Podczas mszy świętej i żałosnego pogrzebu. Szczam na was od cza- sów Apochonepta III aż po wiek, w którym Abelardowi obcięto jaja. Zresztą zdradzę wam tajemnicę. Listy od pięknej Heloizy pisał sam do siebie. Wieszczą mój powrót, zastanawiają się, czy zostanę normalnie zrodzony, czy z jakiegoś inkuba i kurwy, czy 5 może jako bękart ułomnego księcia. Przestrzegają, że wyskoczę z łona żydowskiej nierządnicy. Słyszano już wiele, że narodziłem się w okolicach Paryża, a moja matka miała na imię Blanche. A niechby nawet. Ładnie przecież. W Tuluzie, w Cyrene i w Aleksandrii obwieszcza- li moje narodziny i w wielu, wielu innych miastach, za imion cesarzy i królów, których nie spamiętam. Poznałem tchórzliwych rycerzy, rzadko tych męż- nych, nie zliczę na palcach, ilu świętoszkowatych psów w habitach i zwykłych szelmów oszukałem. Na stałe związałem swoje losy z Florencjuszem de Vivarem w Mieście o Tysiącu Bramach. Zaraz potem, podczas którejś z wypraw w imieniu króla Kastylii, krzyżowcy z zakonu Calatrava okupo- wali jedno z miast wyzwolonych spod władzy Arabów, na południe od Sierra de Guadarrama – i właśnie tam mój rycerz zakochał się... A przecież kobieta to zło. Florencjusz de Vivar od wczesnych lat wysłuchiwał opowieści, jak jego ojciec i bracia zwalczają Arabów w Hiszpanii. W końcu i on dojrzał, by zabijać. Gdy roz- smakował się w wojnie na dobre, nie poprzestał jednak tylko na organizowanych przez możnych panów krucja- tach, ale sam zaczął stawać na czele algarades, wypraw łupieskich. Wraz z innymi Kastylijczykami, Baskami, 6 rycerzami z Gaskonii, Bretanii kradł Maurom konie i bydło, łupił ich miasta. Wsławił się wprawnym mieczem i odwagą. Widzia- no, jak poturbowany, krwawiący od ran, nie opuszczał oręża i żadnym grymasem na twarzy nie zdradzał, że cierpi z bólu. On sam zwykł mawiać, że tylu wrogów jest wokół niego, że nie ma czasu, by myśleć o śmier- ci. Z upływem lat, gdy krew nieprzyjaciół krzepła na nim jak zbroja, zaczął wierzyć w swą nieśmiertelność. Przestał liczyć się ze zdaniem możnych panów, którzy nie tylko z racji pochodzenia, ale i doświadczenia do- wodzili kampanią. Sam decydował, kiedy i gdzie uderzy wraz z powiększającym się z dnia na dzień oddziałem zapatrzonych w niego młodych rycerzy. Wielmoże królewscy mało przychylnie spoglądali na samowolne wyczyny pośledniego rycerstwa, synów caballeros villanas – drobnych właścicieli ziemskich. Najpierw groźby, a potem kary spadały na tych naj- bardziej krnąbrnych, tak samo zajadłych w walce, jak i w rozboju. Florencjusz postanowił więc sam zadbać o swój los. Na pasie ziemi niczyjej, gdzie nie sięgała władza muzułmanów ani chrześcijan, a gdzie ustawicznie trwa- ły walki, wraz z wiernymi mu druhami stworzył swoje własne królestwo, biorąc w niewolę słabych, mordując silnych, każąc płacić kupcom, pasterzom i pielgrzymom, którzy chcieli przejść przez jego władztwo bezpiecznie. Ale odkąd chrześcijanie zaczęli wypierać Arabów na południe, zrozumiał, że nadejdzie dzień, kiedy będzie musiał wybrać i zapewne podporządkować się nowej władzy, bo inaczej obwołają go banitą. 7 W krótkim czasie ci, którzy z nim przebywali, i ci, których puszczał wolno, nadali mu przydomek Diabeł. Zawsze postępował zgodnie z planem. Zarówno działania wojenne, jak i dyplomatyczne przeprowadzał według wszelkich zasad sztuki wojennej. Szedł na kom- promisy z Maurami, kiedy musiał, zdradzał chrześci- jan, kiedy mu to odpowiadało, jego kompani służyli mu wiernie, większość z nich miała za sobą udział w kró- lewskiej armii albo książęcych kompaniach. Kastylijczyk na swą siedzibę obrał jedno z wielu na wpół opustoszałych miast, leżących na pustynnej ziemi, dzielącej chrześcijan i muzułmanów. Nielicz- ni mieszkańcy, których wziął pod swoją opiekę, zwali je Miastem o Tysiącu Bramach, bo okalające je mury szpeciły liczne wyłomy. Niektóre domy, niegdyś nale- żące do szlachty, zamieniono w prawdziwe twierdze: dodatkowe wieże, wąskie okna, grube ściany. W cia- snych uliczkach przeciskali się strażnicy, pilnując, by nikt nie chodził po zmroku. Każda z dzielnic przypo- minała teraz obóz warowny, bo każda miała swojego dowódcę. (cid:299)ydzi zadbali o przepływ gotówki między mieszkańcami; dzięki ich talentom handel rozkwitł tak, by nie było ani zbyt biednych, ani zbyt bogatych. Flo- rencjusz nakazał, by wszyscy w mieście zostali uzbro- jeni po zęby, nawet kobiety w razie zagrożenia miały stawić czoło oblężeniu. 8 Jego sława przyciągała rycerzy różnej maści, nie tylko wyklętych przez Kościół i uciekających przed rodową zemstą lub prawem, ale i tych, którzy szuka- li przygód. Szybko nauczyli się, że tylko on stanowi tu władzę. Prowadził ludzi do walki, miał wszędzie swoich węszycieli, od Toledo aż po Saragossę, i dale- ko poza granice muzułmańskich miast. Zawczasu dbał o sinansowanie każdej dyplomatycznej rozmowy, do- radzał, jak pertraktować z Arabami, ile pełnych sakw nie urazi godnych grandów. Mówił swoim poddanym, jak żyć i jak umierać. W ciągu zaledwie paru lat jego kompania zmieniła się w prawdziwą społeczność, z namiotów i nędznych szałasów przeprowadzili się do zrujnowanego miasta, w które tchnęli pozory życia. Wśród nich zamieszkali handlarze bydła, kupcy, cieśle, nawet starcy znaleźli tu- taj schronienie, a także kobiety i dzieci. Wszyscy mogli czuć się bezpiecznie w Mieście o Tysiącu Bramach, na ziemi niczyjej, która stała się ich domem, a prawo sta- ło po stronie obywateli, którzy nie musieli więcej ryzy- kować życia na niebezpiecznych szlakach od Pirenejów do Tuluzy. Ziemia niczyja, ziemia de Vivara, gdzie Bóg nie sądzi ani nie karze, gdzie tylu jest bogów, ilu ludzi, tyle modlitw, ile warg – szepczących w półmroku do- mów zamienionych w kapliczki, meczety, synagogi. Nowy pan tej ziemi polubił swoje królestwo. Szyb- ko zapomniał o naprędce budowanych obozowiskach w drodze na algarades, gdzie granice wyznaczał hory- zont, a nie ruiny miasta. Jako syn drobnego właściciela ziemskiego nie mógł liczyć na to, że dostanie ojcowską ziemię. Majątek miał 9 odziedziczyć jego najstarszy brat, średni wyruszył do Ziemi (cid:286)więtej parę lat przed bitwą pod Las Navas de Tolosa. Florencjusza, jako najmłodszego, przeznaczono do stanu duchownego. Nauka w przyklasztornej szko- le, choć pouczająca, dała mu przedsmak tego, co go czeka w klasztornych murach. Prosił ojca, by pozwolił mu sięgać częściej po miecz niż po pióro. Ale stary de Vivar twierdził, że tylko w ten sposób może uchronić się od przekleństwa ciążącego nad całą rodziną. I kie- dy wydawało się, że nic już nie zdoła przekonać star- ca – ani błaganie, ani groźby, że młodzieńcowi zostaje tylko ucieczka i przyłączenie się do pierwszej lepszej bandy – nestor rodu umarł. (cid:286)mierć ojca sprawiła, że Florencjusz nagle miał szan- sę pokochać życie. I oto teraz, po paru latach od tamtego wydarze- nia, w spiekocie lata, chował się w ciasnych uliczkach, szukając cienia, ale też i towarzystwa – chciał poczuć, jak jego miasto oddycha, poznać zalety tego miejsca i ile ma przywar. Pojawiał się na targu, by rozsądzić spór między krzykliwym kupcem a wystraszoną kobie- tą, karcił (cid:299)yda za chciwość, wykpiwał młodzika, któ- ry imponował dziatwie swym mieczem. Wydając sądy i pouczając mieszkańców, nie silił się na ton mędrca ani nie sięgał po frazesy z uczonych ksiąg. Zdawał się wyłącznie na intuicję – choć uczeni w piśmie zwą to po prostu rozsądkiem – i miał nadzieję, że dzięki temu nikt nigdy nie nazwie go za plecami głupcem. Niedługo jednak zachował wewnętrzny spokój. Prze- cież to, co zbudował, nie mogło trwać wiecznie. Miasto o Tysiącu Bramach runie jak domek z kart. 10 Zaczął się w chować w wieży, żeby już tylko z wy- soka obserwować swoich poddanych – bo tak ich za- czął nazywać – jak nieśpiesznie wracają do domów, by zdążyć przed zmierzchem. Im bardziej ich poznawał, z tym większą niechęcią myślał o tym, że mógłby do nich zejść, przyglądać się ich tępym twarzom, ohydzie ich codziennych czynności, jakby wykonywanych w le- targu: przekrzykiwali się na targu, okradali, bezmyślnie pochłaniali wieczerzę, udawali gorliwość w modlitwie, kochali się i zdradzali nawzajem, by w końcu umrzeć i nic po sobie nie zostawić. Po prostu żyli. Dla cieśli, pasterzy i drobnych kup- ców to było zresztą aż – w tych trudnych czasach, a dla niego tylko tyle. Czuł się jak Bóg, gwarantował im bez- pieczeństwo, życie. Florencjusz tak bardzo pragnął znaleźć swoje miejsce na ziemi, z dala od znienawidzonych królewskich ry- cerzy i rozpolitykowanych możnych. Jeszcze niedawno wierzył, że w mieście mógłby się schronić przed świa- tem, teraz już nie chciał grzebać swojego życia w ru- inach. Z dnia na dzień ulatywała gdzieś jego pewność siebie, nocami nawiedzał go niespokojny sen. Budził się skąpany w pocie, zaczęły dręczyć go majaki. Wydawa- ło mu się, że ktoś szeptał mu do ucha wpierw rzeczy wielkie o nim samym, potem wyłącznie szyderstwa, że śmierdzi trupem. Zaczął się obawiać, że przestrogi ojca, mówiące o tym, że cały ród jest przeklęty, coś znaczą. Choć do tej pory nigdy nie dawał im wiary. Mijały miesiące w spiekocie słońca i w zimie. Przez długie dnie nie opuszczał swych komnat. Stra- cił na wadze, wiele rzeczy, których kiedyś nie dostrzegał, 11 teraz zaczęło go drażnić. Winił swojego kucharza za niestrawne jedzenie albo że nie czuje smaku potraw. Służbę przeklinał za nie dość skrupulatne wypełnianie rozkazów, kochanki, że są zbyt oschłe i zimne. Kom- pani od wina, od których teraz stronił, mówili za jego plecami, że popada w obłęd, a gdy doszły go słuchy, że ktoś inny pożąda jego władzy, kazał go zgładzić, a po- tem jego żony, dzieci i kochanki. Wielu rycerzy uciek- ło z miasta w obawie przed nieuchronną zgubą, którą rychło przewidywali, pasterze nie wracali o zmierzchu do domów, kupcy znikali na szlakach. Niektóre dziel- nice opustoszały. W mieście przestano sobie ufać, z lę- kiem też spoglądano na wieżę. Zdarzyło się nawet, że de Vivar stanął przy oknie i chciał wyskoczyć. Poczuł się jak podczas bitwy z Mau- rami, gdy wybierał najgroźniejszych wrogów w zasięgu wzroku, jakby chcąc zginąć w walce. Pewnego wieczora, jedna z nałożnic – ale tego nie był do końca pewny, bo gdy się obudził, nikt przy nim nie leżał, a prześcieradło było gładkie po jego prawej stronie – opowiedziała mu historię poprzedniego wła- ściciela tego miasta. Hrabia Berengar, ulegając Mau- rom, którzy przez wiele dni oblegali miasto, kazał ponoć żywcem zamurować się w jednej z zamkowych piwnic, nie chcąc oddać niewiernym swego poematu. Skrył go pod koszulą, bo tylko tyle zdążył włożyć na siebie, ucie- kając z sypialni. (cid:299)ałosna to śmierć, jeżeli jesteś zdecy- dowany ponieść ją dla paru linijek poezji. Florencjusz kazał odszukać jego grób. Po kilku dniach opukiwania ścian podziemi zamku i rozkruszania murów odkryto zimną celę, a w niej hrabiego. Wyglądał 12 jak trup, ale wydawał się jeszcze żyć. W ręku trzymał zwój idealnie zakonserwowanego papieru, skarb, dla którego poświęcił życie. Ledwie ustami poruszał, ale wyraźnie prosił, by go zabić. Bez ulgi na twarzy przy- jął jednak cios noża w pierś. Zamilkł. A poemat... Nic szczególnego. Tylko kilka słów. – Co za diabeł? – mruknął pod nosem rycerz. I mimo że nic się właściwie nie wydarzyło, w jed- nej chwili wstąpiła w niego jakaś niewidzialna moc, bo jeszcze tej samej nocy odzyskał wiarę we własne siły, apetyt, by zjeść wieczerzę w towarzystwie najwierniej- szych druhów, a do łożnicy wziął sobie nawet dwie (cid:299)y- dówki. Czuł, że musi dać swoim podwładnym dowód, że nie popadł w obłęd. O świcie zebrał ludzi i wyruszył do niewielkiego miasta leżącego na drodze do Toledo. Szli setką, trzy dziesiątki konnych, piechurzy i strzel- cy. Pod mury podeszli o zmroku. Ryk przerażonych mieszkańców zlał się z grzmotem burzy i tryumfalnym krzykiem najeźdźców wpuszczo- nych przez opłaconych strażników. Zgon miasta przy- pominał trzęsienie ziemi. To tyle. Poezja śmierci. Florencjusz nie brał udziału w mordzie. Wrócił poza mury, rozsiadł się na wzgórzu nieopodal, by podziwiać 13 kłęby dymu i ogień nad miastem, którego blask roz- świetlał zaczarowane granatem niebo. Jeżeli ciało ludzkie jest narzędziem duszy, to czyż jego dusza jest chora? Roztarł w dłoniach piasek. Bóg stworzył pokój, ale przecież zrodził też wojnę. Którą drogę obrać, by mu się przysłużyć? Z krzyżem na pier- si w klasztornym zaciszu czy z mieczem w ręku skie- rowanym przeciwko niewiernym? Pokręcił głową, patrząc w gwiazdy. Po cóż człowie- kowi wolność, kiedy wybór jest taki niepewny, obcią- żony winą? Rzeź trwała całą noc. Wraz ze świtem pozostałych przy życiu pozamykano w paru ocalałych od zniszcze- nia domach. De Vivar wyznaczył po kilku ludzi, którzy wypro- wadzali oiary na główny plac, by odrąbać im głowy toporem. Raz za razem – starzec, dziecko, zdrowy męż- czyzna i kobieta. Niektórzy zdążyli zapłakać, innym po- zwolono pomodlić się jeszcze, ktoś przeklął oprawców, komuś, zanim obcięto głowę, złamano szczękę. Wska- zywał niekiedy litościwie jedną z oiar i puszczał wol- no, choć szybko stracił rachubę. Ci, którym pozwolono odejść, zyskali szansę na przeżycie. Jeżeli przejdą nie- bezpieczne szlaki na północ lub na południe, opowie- dzą, do kogo należy ziemia niczyja, i jak wielki jest ich strach przed rycerzem z Miasta o Tysiącu Bramach. 14 Jeden z uwolnionych, garbaty starszy mężczyzna, przestrzegł Florencjusza, że właśnie wydał na siebie wyrok. – Zgubiła cię własna pycha – syknął. Rycerz złapał śmiałka za brodę i spytał: – Jak zwie się twój ród? W odpowiedzi usłyszał przysięgę, że w swoim cza- sie na pewno pozna odpowiedź. Lubił wyzwania, więc pobłogosławił szyderczo swo- ją oiarę i puścił wolno, a gdy ktoś z tłumu zdradził szeptem imię mężczyzny, kazał jednemu ze swoich lu- dzi narzucić staremu na plecy jakiś płaszcz, by osłonił mu chude ramiona i resztki popalonego ubrania. – Nie szata zdobi szlachcica, tylko jego duma – rzekł garbus, ale podarunek przyjął. Florencjusz odprowadził go wzrokiem do bramy. Znieważył już zbyt wielu możnych, plądrując ich mia- sta, by teraz przejąć się zemstą Matiasa. Do południa uporali się z robotą, zostawili sobie dziesiątki kobiet na usługi i dla gwałtu. A potem roz- począł się systematyczny rabunek. Nadjechały z dawna oczekiwane wozy, które pośpiesznie ładowano. Bra- no wszystko, bez wyjątku: kosztowności, naczynia, dywany, meble, zwierzęta, ktoś przygarnął schowane w skrzyni dziecko. Gdy odchodzili, Florencjusz odwrócił się, spogląda- jąc na dokonane zniszczenia. Z daleka wymarłe mia- sto wydawało się normalne. Tylko gdzieniegdzie słupy dymu były świadectwem niedawnej masakry. Ile takich miast obrócił w ruinę, ilu jeszcze mieszkańców na zie- mi niczyjej stanie się jego oiarami? 15 Berengar, nie wierząc w Boga, który nadałby sens jego istnieniu, oddał się sztuce. Kreślił literki, zwał je poematami. Obiecałem mu życie wieczne. Minęły lata, a on wciąż żarł, srał i... pisał. Nie wyściubiał nosa poza mury swego zamku, okoliczni mieszkańcy omijali jego siedzibę z daleka. Na usługach miał tylko nicponi, któ- rzy przychodzili i odchodzili, tylko on trwał. (cid:299)ądał ode mnie, bym pokierował jego dłonią, gdy pisał. Wzorem starożytnych poetów chciał zyskać nieśmiertelność. Za- kpił ze mnie, choć on uważał, że to ja zakpiłem z niego. Mam talent, ale nie do wierszy. Co najwyżej mógłbym podpowiedzieć, jak napisać kronikę, przekłamać histo- rię. Powtarzałem mu to do znudzenia. Tłumaczyłem, że jest mi przeznaczony, niemal jak kochanek, ale mam mu do zaoferowania zupełnie co innego. Gdy jego siedzibę napadli Maurowie, rozkazał za- murować się w piwnicy. Nie tylko ze strachu, ale i żeby mnie ukarać za to, że – jak utrzymywał – z rozmysłem go zawiodłem, to jego marzenie... by stać się wielkim poetą. Tkwiłem z nim tam, wysłuchując jego skarg i nie- udolnych prób sklecenia jakiegoś wiersza. Płakał, prze- klinał, w chwilach słabości nawet modlił się, za nic ma- jąc me pomstowanie i pogróżki. Musiałem przy nim tak trwać. Z trudem zachowywa- łem spokój. Ratowała mnie tylko myśl, że przeznaczony mi człowiek zawsze mnie spotka na swojej drodze. Nie ukryje się przede mną ani pod habitem, ani w zamku. 16 Słyszałem odległe kroki, przytłumione głosy. Nasłu- chiwałem, chciałem krzyczeć. Uwolnijcie mnie! Dam wam wszystko to, o czym marzycie. Wtedy hrabia, scho- wanym przy pasie nożem, odciął sobie język, bym nie wrzeszczał. Gdybym mógł sprawić, żeby gołymi rękami rozdrapał ścianę, zmusiłbym go, a tak mogłem huczeć tylko w jego głowie, naigrawać się bądź prosić, użalać się nad swym losem, zupełnie jak on. Często wyobrażałem sobie świat jako grób, gdzie ludzie nie mogą nawet wzrokiem przebić wieka nieba, choć błagalnie wyciągają w jego stronę ręce. Jak żyw- cem pogrzebani. Moim grobem był Berengar, jego ciało i loch. Tak długo czekałem. Chciałoby się rzec: Boże, miej litość... Pewnego dnia usłyszałem walenie w ścianę, posy- pał się gruz i niespodziewanie odkryto moje więzienie. (cid:286)wiatło łuczywa przegnało mrok. Rycerz, który wszedł do środka, przez chwilę wdychał stęchłe powietrze. Miał łysą głowę, brodę, która okalała wąskie usta, prosty nos, szpetne blizny na twarzy, śniadą cerę. Ciemne, niemal pozbawione białek oczy. Dla mnie jawił się jak najlep- szy ogier, którego duszę będę musiał posiąść. Otrzepał się z kurzu, nachylił nad Berengarem i oniemiał, wi- dząc, że hrabia, na wpół przytomny, oddycha. Szarpał nim przez chwilę, a ten zamglonymi oczyma wskazywał mu zwitek papieru, który trzymał w ręku. Nieznajomy wyciągnął go, zerknął na niego niedbale, a widząc, że hrabia chce coś szepnąć, nachylił się ku niemu. A ja huczałem z jego napuchniętej gęby, ze skróconym ję- zykiem: – Zabij mnie, skróć męki, miej litość. 17 Rycerz zrozumiał, sięgnął po nóż i jednym wpraw- nym cięciem po gardle odebrał mu życie. Zamarł, bo trup rozsypał się w proch. Nie zdziwiłem się, gdy w strachu wymówił me imię. Wyszedł z celi. Nawet nie poczuł, że odtąd nie jest już sam. Nie od razu go poznałem. Nie miałem pewności, że to on. Czasami zanim dotrę do tego, który jest mi przezna- czony, pasożytuję na innych. To jest piekło dla diabła właśnie. Takiego jak ja. Wędrują dusze przeklęte, wędruje i diabeł. Jest poza czasem, ale zaklęty w przestrzeń. Pan wypchanych la- lek. Diabeł impregnuje martwą skórę. Jestem pasożytem, tego nie kryję. Nie ja jestem twórcą, cesarzem, królem, choć bardzo bym tego chciał. Ja mogę jedynie splugawić ołtarz w Jerozolimie krwią krzyżowców, zatruć czystą wodę Jordanu trupami, ale i tak najbardziej pożądam świątyni z mięsa i kości, i serca, gdzie Bóg ukrył ludzką duszę. Przechodzę z ciała na ciało, jak zaraza. Kobieta, którą Florencjusz de Vivar ujrzał w dzień świętego Pawła, stała na targu niby posąg, jakby ktoś odmalował życie miasta tylko dla niej, jako tło. Straga- ny, ciasne uliczki, białe domki; ich obraz stał się roz- myty. Odcinała się od nich czarnym konturem swych szat i śniadą cerą. 18 Lśniła. Błyszczała w słońcu. (cid:299)ydowski lichwiarz, stojący tuż obok, wyrwał go z odrętwienia, przywrócił do świata, sprawił, że gwał- townie odczuł szpetotę krzykliwych przekupek, chy- trych kupców, napływających do miasta chrześcijan i wyjątkowo nieco bardziej cichych Arabów. Przychyl- niej patrzył na mullawidów o śniadych twarzach, prze- mykających niepewnie między straganami. Zachowali wiarę w Chrystusa, ale przyjęli zwyczaje ze Wschodu. Pocili się nie od spiekoty, tylko od arabskich szmat, któ- re ich krępowały. Potraili jednak sprawiać wrażenie, że są mniej widoczni niż inni. Promienie słoneczne odbiły się od złotego dachu meczetu, oślepiając na chwilę rycerza. Stracił kobie- tę z oczu, więc zaczął przepychać się przez tłum. Gdy ponownie odnalazł ją wzrokiem, sięgała po pomarań- czę, jakby w zwolnionym tempie. Chłonął każdy jej ruch, każdy skrawek boskiego dzieła: nadgarstek, smuk- łe dłonie, wąskie palce. Szczupłe ciało skrywała pod ciemną suknią bez żadnych ozdób. Czując jego wzrok na sobie, odwróciła głowę. Przyjrzał się jej: wychudła nieco na twarzy, o ostrych rysach, miała mocno zary- sowany trójkątny podbródek, wystające kości policzko- we, prosty mały nos i ciemne oczy. Wydawało mu się, że na jej obliczu nigdy nie zagościła zmarszczka gnie- wu ani zwątpienia, ale zaniepokoiła go źle ukryta me- lancholia, jakby myślami uciekała gdzie indziej, jakby za czymś tęskniła. Przed oczami mężczyzny stanęły wszystkie przypad- kowe dziwki, ich plecy wygięte w łuk, obite półkuliste 19 kształty rytmicznie uderzające o jego biodra, to jak klę- czały, gdy brały jego członek do ust. I wszystko to na- brało teraz innego znaczenia, stało się zadrą w sercu, w jednej chwili wezbrało w nim obrzydzenie. Uśmiechnęła się do niego, a potem pozwoliła, by starsza kobieta, która wyłoniła się z tłumu, zapewne piastunka, zaprowadziła ją do lektyki. Wiedział, że jej twarz i to spojrzenie, choć przelotne, zapamięta już na zawsze. To ta chwila, o której trubadu- rzy śpiewają, że zmienia życie w wieczne oczekiwanie. Odtąd bezczynność wypełnia dzień, a zamiast klarow- nych myśli w głowie gnieździ się obłęd. Rzygam. Tkliwe szczyny. Anna. Jej imię poznał miesiąc później, kiedy wojska króla Kastylii, któremu podlegali calatravensi, po zdobyciu miasta odeszły dalej na południe, kierując się w stronę siedzib Maurów na drodze do odległej Kordoby. Była żoną Alfonsa, miejscowego musta’riba, chrześcijanina, który pozostając pod władzą Maurów, przyswoił sobie ich zwyczaje, ale pozostał przy Chrystusie. Do niego też zwrócił się król, by zadbał o porządek w mieście, ponieważ znał zwyczaje i miejscową ludność lepiej niż przybyli rycerze. Florencjusz miał już okazję spotkać go wiele miesięcy temu, gdy dokonywał jakiejś trans- akcji – sprzedał mu towar zagrabiony w jednym ze spalonych miast na szlaku do Toledo. Teraz skorzystał z zaproszenia do domu. Wnętrze urządzono wygodnie: w środku komnaty, korytarze i schody wyłożono dywa- nami, ogrzewając zimą albo zwilżając latem za pomocą przemyślanego systemu rur. Zapoznał się ze zbiorami 20 ogromnej biblioteki, w której gospodarz łaskawie po- zwalał mu spędzać wiele godzin. Przy każdej wizycie natykał się na Annę, która nie stroniła od męskiego towarzystwa, a mąż pozwalał jej na pełną swobodę, tym bardziej że domagała się tego całą swoją postawą. Należała do tych kobiet, które nie znoszą sprzeciwu, ale jednoczenie znają swoje miejsce i wiedzą, że mężczyźnie trzeba pozwolić, by nim pozo- stał. Pod muzułmańskim panowaniem musiała zapewne przysłaniać twarz, teraz obnosiła ją z dumą. Dziwka! Niewiele mówiła, raczej słuchała. Czuł na sobie jej wzrok, ukradkowe spojrzenia. Pewnego razu, gdy na- lewała mu jakiś napar, musnęła jego dłoń, pochylona nad stołem, i zatrzymała na chwilę swój policzek przy jego brodzie. Wtedy po raz pierwszy poczuł, jak pięk- nie pachnie. Rozmawiali po łacinie albo po kastylijsku, w jego rodzimym języku, co sprawiało mu szczególną przyjem- ność, a gdy zaczęła mówić po arabsku, nagle poczuł się jak w klatce pełnej świergocących ptaków. Ale ha- łas szybko przerodził się w intrygującą melodię. Mowy mahometan nigdy dobrze nie poznał, a teraz nie tyl- ko rozumiał każde czułe słowo Anny, ale i sam potra- ił przemówić równie pięknie. Niesamowite uczucie. Dar od Boga? A choćby i od diabła, pomyślał. Po prostu cieszył się, że może poroz- mawiać z tą czarującą kobietą zupełnie swobodnie. Bóg poplątał ludziom języki, ja je rozplątuję. Jak szybko mój rycerzyk zaakceptował swój nowy dar. Mia- łem nadzieję, że tak samo ucieszy się z innych... 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Psalmodia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: