Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00449 007117 14657818 na godz. na dobę w sumie
Ptakon - ebook/pdf
Ptakon - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 252
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-49-9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Młody prokurator odkrywa nagle mroczną tajemnicę przeszłości swojej żony. To pierwszy, jakże dramatyczny, punkt zwrotny powieści. A potem, jak w słynnej formule Hitchcocka, napięcie systematycznie rośnie. Co zwycięży na koniec w Janie Milewskim – wierność wyznawanym zasadom, czy miłość do Anny?

 

Długo oczekiwane wznowienie znakomitej powieści Witolda Horwatha! Najlepsza od wielu lat polska powieść współczesna. Ptakon to proza przeznaczona nie tylko dla snobów i jajogłowych, ale także dla zwykłych śmiertelników.
Tomasz Łada, „Życie Warszawy”

Groza wiejąca od postaci bohaterki zasadza się na mitycznym schemacie doktora Jekylla i pana Hyde’a. Barwy tej postaci (która, przekonacie się sami, rozgości się w waszej wyobraźni w najlepsze i długo nie będzie chciała jej opuścić) i niepokojącej siły dodaje fakt, że jest to postać kobieca. Oznacza to, że wnosi do dramatu nieodłączny apanaż fatalizmu płci i syndromu Ewy.
Magdalena Bieńkowska, „Życie Warszawy”

Książka Horwatha uderza we wszystkie strony, utrudnia potępianie i rozgrzeszanie, obezwładnia nasz „permisywizm” nie mniej niż naszą skłonność do autorytarnego społeczeństwa i radykalnej penalizacji prawa.
Jerzy Sosnowski.

 

Witold Horwath (właśc. Witold Łagowski) urodził się w 1957 roku w Warszawie. W latach 1976-1982 studiował polonistykę i psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, a w 1994 roku ukończył Studium Scenariuszowe przy PWSFTiT w Łodzi. Zadebiutował zbiorem opowiadań Inna wojna opublikowanym w 1990 roku przez Warszawski Klub Młodej Sztuki. Niedługo później ukazała się powieść Święte wilki – political fiction, nazwana Złym lat 90., która sprzedała się w nakładzie ponad 20 tys. egz. Rozgłos przyniosła mu przetłumaczona m.in. na niemiecki i niderlandzki powieść Seans (W.A.B.), przedstawiająca straceńczą miłość Witka do femme fatale – Mileny. Seans był powieścią pokoleniową, pokazywał Polskę lat 80., ale w ujęciu socjologicznym, nie politycznym. Kolejna powieść, Ptakon (Da Capo), zebrała bardzo dobre opinie krytyki, Horwath przedstawił w niej losy kobiety, która z okrucieństwem popełnia zbrodnię, a potem próbuje zrehabilitować się i wrócić do normalnego życia. W 2005 roku ukazała się obszerna powieść Ultra Montana, historia dziewczyny z prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Ameryce Południowej, która zdobywa pieniądze i pozycję dzięki sprytowi i udanym mariażom, Ultra Montana pisana jest w baśniowej poetyce, a krytycy porównywali ją z prozą Marqueza. Horwath jest też autorem opowiadań zebranych w tomie Africa Korps oraz licznych scenariuszy filmowych, w tym do serialu Ekstradycja i Klan. Mieszka w Warszawie, na Mokotowie, jego pasje to film, szachy, polityka i kobieca dusza. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ptakon Witold Horwath Ptakon Jirafa Roja Warszawa 2006 © Copyright by Witold Horwath, 2006 © Copyright by Jirafa Roja, 2006 Korekta: Magdalena Rejnert Łamanie: Tatsu Zdjęcie na okładce: Żaneta Delegacz ISBN 98-83-62948-49-9 Wydanie II – zmienione Warszawa 2006 When the white fog burns off, the abyss of everlasting light is revealed. Denise Levertov Autobus stanął przy rzędzie płotów, zasłaniających nieład podwórek, smętek domostw z pusta- ków, jazgot kundli. Jak wielki kod kreskowy wyglądał cień rzucany przez sztachety na piaszczyste pobocze lub jak drabina leżąca pod stopami starego człowieka, który wysiadł z autobusu. Naprzeciw, po drugiej stronie spękanego asfaltu, był uskok, a w dole dachy domów, domków, bloków, kościelna wieża i komin fa- bryczny; taki widok miał po lewej ręce, po prawej zaś, gdy już skończyły się płoty, ścianę lasu. Niepewny drogi, zawahał się chwilę, nim skrę- cił w przesiekę. Szedł, wdychając zapach nie nazwany imie- niem brzozy, sosny, paproci, mchu, bo takich nazw nie mógł dać woniom mieszczuch. Szedł, myśląc o narodzinach tych wszystkich roślin; od naj- wyższego drzewa po zapyziałą trawkę, każde wzrosło tam, gdzie wiatr miał kaprys powierzyć ziemi jego zarodek, więc olszyna, którą minął, tak samo powstała przypad- kiem jak on, Stefan Kozerski. 7 Żaneta Psychiatrą został mniej więcej tak, jak człowiek, który wsiada do metra i sam nie wie, czemu wybiera akurat ostatni wa- gon; i rzeczywiście ta specjalność, myślał później często, jest takim na końcu wagonikiem, co odczepił się od lokomotywy postępu — w owych latach jeszcze się mówiło „lokomotywa postępu”, a także „wróg postępu” — i za cholerę nie pozwolił się wywlec z tunelu na pożądaną, naukową jaśń; i chociaż uczeni co i rusz tromtadracko obwieszczali triumf, on, stary praktyk, doskonale wiedział, że tak naprawdę od czasów Pinela i Kraepelina zmieniło się żałośnie niewiele, i w tym interesie dwudziestowieczne jest tylko instrumenta- rium: prąd elektryczny, chemia, ba! nawet komputery zaprzę- gli do roboty, lecz to właśnie czyni komiczny kontrast, kiedy owych urzą- dzeń używają znachorzy, szamani oraz zaklinacze chorób, tacy jak on, których dyplom lekarski, a co za tym idzie, wiedza przy- dać się mogą wyłącznie wtedy, gdy ten, w kim chorobę nazbyt usilnie się zamawia, nie wytrzymuje i dostaje zapaści; a choroba nadal siedzi w mroku, nie bardziej przejrzystym niż średniowieczny. Że tak się sprawy mają, podejrzewał już po dwóch latach praktyki, po dziesięciu był pewien, a dziś, po czterdziestu, nie nazywa nabranego przekonania rozczarowa- niem ani dramatem, 9 jeśli już — to znużeniem. Bo w rzeczy samej nuży profe- sora Kozerskiego myśl, że choćbyś pękł, ludzie się nie zmie- nią, a niektórzy spośród nich — statystycznie od 1 do 3 pro- cent populacji — to wariaci, i ci nie zmienią się już z całą pewnością; można użyć całej magii, podać takiemu kilogra- my narkotyków, na rok uśpić atropiną, kopać prądem aż do wytrząśnięcia bebechów, można jeszcze bardzo wiele, lecz i tak próżny trud, wariat dalej będzie wariatem, a le- karzowi, bo za to bierze pensję, pozostanie tylko pilnować, by nie zrobił sobie lub — co gorsza — innym jakiejś krzywdy; aha! i jeszcze, by ci inni nie skrzywdzili wariata. Mówił to wszystkim swoim studentom, więc również dziewczynie w wytartych dżinsach i niegdyś czarnej ko- szulce, na której napis „Columbia University” wiele prań te- mu kontrastował bielą, a dziś zlał się z tłem w prawie jedno- litą barwę, szarą jak nastrój jego słów i zmierzch za oknem gabinetu, gdzie dzieliło ich biurko, różnica wieku oraz pamięć po- przednich spotkań. Była dość ładna. Nie, zdecydowanie ładna, skorygował z lekkim zaskoczeniem. Zwłaszcza oczy ma wysokiej próby, gdy z napięciem wpatruje się w tekturową teczkę, którą po- łożył przed sobą. Wyciszona, raczej inteligentna twarz mło- dej kobiety, i pewnie trzeba było jego wiedzy, by dostrzec to, co przebijało się przez jej rysy jak palimpsest, coś plebejskie- go, z gruntu wulgarnego; Anka patrzyła na teczkę, a Kozerski monotonnie mówił. — Czy to wszystko ma mnie zniechęcić do psychiatrii? — spytała wreszcie, taktownie mieszcząc się w pauzie. — Pan profesor dobrze wie, że moja motywacja… Był mniej taktowny; przerwał jej. — Twoja… przepraszam, pani motywacja jest rzeczywi- ście szczególna. — Rozsupłał tasiemki teczki, otworzył, 10 maszynopis jak skóra człowieka, z którego zdarto ubra- nie i którego zaraz będą bili, w oczach Anki przedbłyski lę- ku, dobrze skrywane, lecz nie przed starym praktykiem. — Zadała sobie pani iście benedyktyński trud. To imponujące zgromadzić ponad sto, dokładnie dziewięćdziesiąt siedem, opisów przypadków, i to aż od czasów Rzymu po najnow- szą kazuistykę kryminologiczną. Mówiąc nawiasem, w kilku tych sprawach występowałem jako biegły i nie do końca po- dzielam pani punkt widzenia. Ci ludzie nie byli chorzy. Gdy- bym miał choć cień wątpliwości, zaręczam, zaznaczyłbym to w opinii. Poruszyła się niespokojnie. — Nie mam na myśli choroby psychicznej, tak jak rozu- mie to kodeks karny. W świetle prawa byli odpowiedzialni za swoje czyny i ponieśli ich konsekwencje. — Mieli zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokie- rowania swoim postępowaniem — zacytował z artykułu, dokładnie takim samym znużonym tonem, jakim mówił przed chwilą o bezużyteczności psychiatrii. — Jako lekarz musiałem to potwierdzić, a jak jest naprawdę — rozłożył rę- ce w ironicznie bezradnym geście — sam Pan Bóg raczy wie- dzieć. Jeśli rzeczywiście czeka nas po śmierci sąd, to mam nadzieję, że powołuje bardziej kompetentnych biegłych. — Okręcił tasiemkę wokół palca i obserwował, jak jego czubek bezkrwiście blednie. — Ten zgromadzony przez panią mate- riał, a zwłaszcza komentarze są niesłychanie interesujące, przeczytałem jednym tchem jak powieść. Oczywiście rozu- miem, że nie uważa pani tego za pracę naukową. — Sam pan powiedział, że psychiatria nie jest nauką sen- su stricto — zripostowała.. — Oczywiście. Jednak nie jest aż do tego stopnia magią, by dało się ją sprowadzić do jakiegoś jednego kamienia filo- zoficznego, jak to pani próbuje robić. Przeciwnie: im mniej wiemy, tym ostrożniej powinniśmy formułować hipotezy. 11 — Akurat klinika padaczki skroniowej jest dość dobrze opisana. Nie wyszłam w swoich rozważaniach poza to, co mó- wią klasyczni autorzy, Jackson, Gastaut, Janz… Żachnął się. — Ale zupełnie dowolnie rozpoznawała pani zespoły chorobowe. Skąd, na przykład, pomysł, że Neron miał osobo- wość naprzemienną? Badała go pani? Stwierdziła dezorien- tację albo niepamięć, wskazującą na zamroczenie jasne? Przerwał; spięta czekała na dalszy atak. — Albo ten seryjny zabójca z Krakowa. Badałem go oso- biście i gwarantuję, że miał tylko jedną osobowość, całkowi- cie zdominowaną przez zbrodnicze popędy! — I wyklucza pan, że przyczyna tych popędów była zlo- kalizowana w płacie skroniowym? Przecież w tamtych cza- sach dysponował pan tylko odmą czaszkową. Nie było tomo- grafii ani rezonansu… — Zgoda. Dziś możliwości wglądu w centralny układ nerwowy są znacznie większe. Lecz mimo to, w przypadku psychopatów, rzadko znajdujemy tam coś godnego uwagi. Anka wyjęła z paczki ekstra mocnego, obraca w palcach, nie zapala, jej twarz rozmazuje się w szarości, powinien włą- czyć światło, powinien, ale nie robi tego, bo im mniej światła, tym słab- sza pamięć, a po co oboje mają pamiętać przy trzech długich, grubych jarzeniówkach z sufitu; w 1972 na kongresie w Pilź- nie czeski psychiatra miał referat o wpływie oświetlenia szpi- tali na proces leczenia psychoz, hokus-pokus, abrakadabra, czterdzieści lat przyswajania sobie tajników magii; podsunął dziewczynie popielniczkę, podał ogień, sam zapalił. — Oboje wiemy, dlaczego powstała ta praca. Czy po to poszła pani na medycynę, żeby przy pomocy naukowych po- jęć zracjonalizować sobie sprawę Żanety? Zaprzeczyła. Nie słowem, ale jakby każdą komórką ciała. Przez chwilę sądził, że powie coś o spłacaniu długu, co brzmia- 12 łoby jak banał i kicz, mimo że pewnie byłoby prawdą, ale wła- śnie prawda ma to do siebie, że bywa banalna i kiczowata; nie- przypadkowo ci, którzy uciekać chcą w oryginalność, prawie zawsze skazują się na zakłamanie. Nie powiedziała nic, odczekał, dwa razy zaciągnął się pa- pierosem, musiał mówić. — Pani odpowiedzialność za życie Żanety to wyłącznie sprawa sumienia. Choćby nawet odkryto patogenezę takich zachowań… — Poczuwam się do odpowiedzialności — przerwała mu twardo, tonem, którego zwykło się używać przy składaniu przysiąg. — Za jej życie, i za jej śmierć! Choćbyś pękł, ludzie się nie zmienią, a jeśli zmieni ich natu- ralny, biologiczny proces starzenia się, aż wreszcie — i jedy- nie skutecznie — rozkładu, na opuszczone miejsce przycho- dzą inni, niekoniecznie gorsi, jak głoszą katastrofiści, wystar- czy, że dokładnie tacy sami; i dlatego widziałem cię już, słyszałem, mógł powiedzieć dziewczynie, która miała na rękawach piżamy krew i siedzia- ła na brzegu żelaznego szpitalnego łóżka, bo znał ten sposób mówienia i uśmiech, co zdawały się odwiecznym depozytem, przekazywanym z pokolenia na po- kolenie; więc mógł jej powiedzieć — ale jakiż miałoby to sens? nie za to mu płacą — że w słowach i mimice jesteście identyczne, choć upływają stulecia, i zmienia się wszystko, również język, a zatem nie nazywają już was murwami oraz wszetecznicami, i również prawo, a zatem nie sieką już was rózgami u pręgierza i nie wypędzają za bramy miasta; ale na przekór tym i wszelkim zmianom, wy pozostajecie sobą, w jakiejś gatunkowej nieprzeobrażalności, podobnie jak wesz z łona wikinga niczym nie różni się od tych, których nabawi- łaś się tam, w więzieniu dla młodocianych. Mógł też dodać — ale milczał, milczał i patrzył na nią — 13 że ma oczy tej młodziutkiej Niemki, pielęgniarki z ba- raku dziecięcego w Majdanku, która wstrzykiwała mu pod- skórnie kwas borny; tarzał się z bólu po podłodze, a Fraüle- in uśmiechała się prawie identycznie jak ty, szesnastoletnia kanalio, a potem dziesięciolecia praktyki w zawodzie i setki re- plik twoich i jej, więc widziałem cię już, znam każdą twoją myśl, i tak naprawdę nie przerażasz mnie, tylko do mdłości nudzisz — nie powiedział; gdy dziewczyna cicho poprosiła o papierosa, z ulgą podsunął zapalniczkę, bo dym aromaty- zowanego carmena mógł przytłumić troszkę zapach nie my- tego od tygodni ciała, czemu tani dezodorant nie do końca sprostał; tym tylko różniła się od Niemki, że tamta szorowała się dwa razy dziennie i nie śmierdziała. — Nazywasz się? — Tam pisze. — Ruchem głowy wskazała zawieszoną na poręczy łóżka kartę choroby. — A imię? — spytał nie zrażony, jak mógłby określić ktoś, kto z boku przysłuchiwałby się ich rozmowę; lecz laik pojęcia nie ma, czym jest wywiad psychiatrycz- ny, i nie wie, że psychiatry z ponad trzydziestoletnim stażem zrazić nie sposób, bo choćby pacjent pluł mu w twarz, gryzł, kopał, choćby indagowany, nasrał w odpowiedzi w łóżko, co się zdarza — tu zdarzyło się już wszystko, prawdziwy festiwal zachowań, ba- chanalia ludzkich możliwości — dla Kozerskiego to i tak tyl- ko materiał, na podstawie którego udzieli sądowi odpowie- dzi, czy winien jest człowiek, czy choroba, i, dalibóg, myśli za każdym razem, siadając do pisania opinii, lepiej, by był to człowiek, gdyż człowieka można po- wiesić lub zamknąć do więzienia, a z chorobą nie wiadomo, co robić, przynajmniej on, lekarz z profesorskim tytułem, tego nie wie. 14 Tym razem nie stawiała oporu; przeciwnie, z wyraźnym zadowoleniem powiedziała: — Żanet. — I tak mam się do ciebie zwracać? Z akcentem na dru- giej sylabie? Wzruszyła ramionami, miała wąskie ramiona i była wątła i krucha, jak robak, którego powinno się zdeptać. — Pierdol się w ciasną! Możesz się zwracać, jak chcesz. A potem zaciągnęła się głęboko i teatralnie wydmucha- ła dym. — To na kiedy jestem wyznaczona? — Wyznaczona? — No, kiedy zrobicie mi ten zastrzyk? — Lekarz, któ- ry ją prowadził, zanotował w historii choroby, że osią jej sys- temu urojeniowego jest lęk przed śmiercionośnym zastrzy- kiem, raz miał to być morbital, środek do usypiania zwierząt, kiedy indziej — na hitlerowską modłę w serce wstrzyknię- ta benzyna; tego lekarza, młodego chłopaka, świeżo po stu- diach, nazywała doktorem Mengele. Z pustej paczki po carmenach zrobił popielniczkę i pod- sunął jej; dotąd strzepywała popiół na pościel. — Boisz się śmierci? Roześmiała się sztucznie. Albo tylko zabrzmiało sztucz- nie; to także wspólne dla tych wszy, że z boku wygląda, jakby grały przedstawienie w złym guście. — Ochujałeś, doktorek? Dziewczyna na linę się rzuca, a ten pyta, czy boi się śmierci! Trafiła tu po udaremnionej próbie samobójczej, próbie S, jak mawia się we wspólnym żargonie psychiatrów oraz bie- głych w symulacji kryminalistów. Nie był przy tym, ale miał zaufanie do kompetencji służb więziennych — wiedział, że bezbłędnie odróżnią histeryczną demonstrację od prawdzi- wego samobójczego zamachu i z byle powodu nie oddadzą swojego klienta lekarzom. 15 — Sumienie? Miał ją leczyć, nie nawracać, jej moralność interesowa- ła go wyłącznie w medycznym aspekcie; to była pierwsza ich rozmowa, gdy został poproszony o konsultację, a Żaneta za- częła mówić w miarę zbornie, bo do tej pory, jak napisano fachowo w karcie, mowa pacjentki stanowi mieszankę neo- logizmów i dziwactw słownych z wulgaryzmami oraz żargo- nem środowiska przestępczego. Gdy przyszedł, odwiązano ją od łóżka; rzemienne pasy głęboko odcisnęły się na nadgarst- kach, ale krew na piżamie pochodziła nie od pasów, lecz stąd, że mimo ich zastosowania, ciągle wyrywała igłę kro- plówki, a nawet potrafiła gryźć się po rękach; spytał o sumienie, a ona powiedziała coś, co po zakoń- czeniu badania postanowił zanotować. — Nie zrozumiesz, doktorek, ale to jest tak, jakby mi ze skóry wyrastała trawa. Źdźbła przesytu. Ona też to zapisała. Kilka tygodni wcześniej, jeszcze w wię- zieniu. Rosną ze skóry obce źdźbła przesytu I śmierć na pewno jest na dnie przesytu A one ciągle patrzą na mnie mówiąc Że dziewczyna ma ręce tak sprawne jak chirurg Tak mówiły naprawdę o jej rękach, o precyzji dłoni dziewczyny, która zdawała się wydana na żer, bo chociaż skazano ją z budzącego tu szacunek artykułu „kto zabija człowieka”, poza tym była dla nich nikim, nowa, obca, co nie zetknęła się dotychczas z praw- dziwym światem przestępczym, bo przecież Rafał, Sylwek i Bogdan, mimo że skrajnie zdemoralizowani i brutalni, byli chłopcami z dobrych, prominenckich domów; drobna, wręcz filigranowa, 16 całkiem inna niż te, co od pierwszej chwili taksowały ją wzrokiem: zmaskulinizowane, toporne lesby, którymi można tylko rządzić lub zostać ich do dna upodloną niewolnicą; wy- brała władzę, bezwzględną, absolutną, jaką jedynie inteligentny i silny sprawować może nad słabym i głupim; były na pograniczu matołectwa, a ona miała 140 w skali Wechslera, lecz, aby wykorzystać miażdżącą przewagę umysłu, musiała naprzód porazić stado strachem, i zrobiła to drugiego dnia, kiedy obstąpiły ją pod natry- skiem; przesiąknięte smrodem gówna i środków dezynfek- cyjnych nimfy sanitariatu, które były tu tak u siebie, jak gdyby urodziły się gdzieś tam za kiblem: wynaturzone samice o sile fizycznej mężczy- zny gapiły się rozdziawiając usta i uśmiechały do jej nagości, tak jak uśmiecha się niedorozwinięty pomocnik murarza, dla rozrywki wieszając kota. Patrzyła w oczy tej, która podeszła najbliżej, a potem wy- rzuciła do przodu ramię — i już nie miała w co patrzeć, bo gdy ustało epileptyczne miotanie się ciała i kumpel- ki oderwały ręce leżącej od twarzy, była tam sama krew, nic tylko krew, szkarłatna przepaska ciuciubabki. — Którą jeszcze zapisać do Związku Niewidomych? — spytała Żaneta; stado cofnęło się. — Chirurgiem mogłabyś być — powiedziała z podziwem jedyna wśród nich ładna i zgrabna, dziwka, co zabiła Araba, i odtąd we dwie tresowały stado, a naczelnik nigdy nie dowiedziała się, kto okaleczył tamtą dziewczynę; ona sama — ślepa na lewe oko i ledwie widząca prawym — szła w za- parte i zasłaniała się niepamięcią. W niepohamowanym impulsie, jak gdyby nowa, nagła reflek- sja uczynniła bezużyteczne dotąd obszary mózgu, i ów impuls 17 właśnie z nich pochodził, wbrew regulaminowi oraz powa- dze miejsca, uśmiechnął się i zakreślił ołówkiem kilka zdań na 561 stronie; miał dwadzieścia lat, i w bibliotece Colegium Medicum siedział zgarbiony nad opasłym tomem Psychiatrii klinicznej; wzięty w kółko fragment poświęcony był rozszcze- pieniu osobowości, ale to, co za jego sprawą niespodziewanie, iluminacyjnie pojął, dotyczyło podręcznika od deski do de- ski, jego wszystkich dziewięciuset stron oraz milionów stron wszelkich innych tego rodzaju publikacji, lecz — co najważniejsze — dotyczyło studenta Kozer- skiego, i całej jego przyszłej pracy zawodowej. Czasem chory, nauczał czeladnika mistrz, zupełnie wy- raźnie określa swoją nową osobowość, osnutą na urojeniach wielkościowych, twierdzi np., że mianowano go generałem. Na zarzuty, że nie posiada przecież ani potrzebnego wykształ- cenia, ani mianowania, ma gotowe odpowiedzi. Podaje mia- nowicie, że sam nie rozumie, dlaczego właśnie na niego padł wybór, a mianowanie ma mu być wręczone przy najbliższej sposobności. Rzeczowy, nienaganny stylistycznie, klarowny, precyzyjny język profesora — śmieszył; a co za tym idzie, śmieszył opi- sany mente captus, choć przecież oczywiste, iż nie było za- miarem czcigodnego akademika naigrawać się z psychicznie chorych; wtedy, w kolosalnej, marnie ogrzanej sali bibliotecz- nej, poczuł jak gdyby dodatkową porcję chłodu; nie ma ucieczki przed ironią, zrozumiał, bo ona po prostu pierwotnie tkwi w języku, od grubych żartów, jakie cierpieć musi wiejski przygłup, po literacko wy- smakowaną drwinę z Don Kichota; i dlatego autor podręcznika, choć nie chciał, był ironicz- ny, i każdy opis szaleństwa będzie ironiczny, albowiem po- dobnie jak fala morska kształtuje nadbrzeże, tak samo obłęd narzuca wypowiedzi na swój temat formę oraz ton, czyli wła- śnie wymusza ironię, 18 którą on, Stefan Kozerski, adept psychiatrii, przyjmuje i przejmuje jako niezbywalny element swego zawodu; lata mijały, gdy wcale do tej refleksji nie wracał, po prostu palił fajkę, palił papierosy z leciutko ironiczną miną; refleksja wróciła sama, kiedy powtórnie badał Żanetę; już nie w półwięziennej izolatce, ale w gabinecie udo- stępnionym przez ordynatora; jak rozmawiać, pomyślał, o jej źdźbłach trawy bez ironii? Bez tonu pobłażliwej wyższości, gdy samemu należy się do tych, którym na skórze żadna tra- wa nie rośnie? Spytał, bo musiał spytać, sztuka tego wyma- gała, czy to wrażenie było przykre, a wtedy dziewczyna roześmiała się. — Przepraszam, panie profesorze, ale wy, psychiatrzy, to chyba robicie sobie z nas jaja. Musiał uściślić, czy w grę wchodzi omam, czy tylko znalazła metaforyczne określenie dla stanu, który ją nawiedził, i to była oczywiście przenośnia, halucynacje pojawiły się później, w noc próby samobójczej, i nie odstępowały jeszcze długo w szpitalu, gdzie szamocząc się w pasach, przeklinała tych, którzy ją przeklinali, odgrażała tym, którzy grozili; miała klasyczny, podręcznikowy rzut psychotyczny, o symulacji mowy być nie mogło, więc jeśli pytał o początek, to nie w celu przyłapania na oszustwie, lecz by poznać historię choroby — przed rze- telnym lekarzem stoi wszak taki wymóg. — Chciałaś odebrać sobie życie, bo nie mogłaś wytrzy- mać dłużej tego stanu, czy tak? Skinęła głową. — Potrafisz opisać moment, kiedy pierwszy raz to po- czułaś? Nie od razu odpowiedziała. — Musiałabym podać okoliczności, a nie wiem, czy po- winnam… Pan orientuje się, że w Zet-Ka istnieje tak zwane drugie życie? 19 — Orientuję się — odrzekł sucho, trochę jakby krępo- wał go fakt, że mają jakiś wspólny zakres wiedzy; nie krę- pował jednak, raczej doskwierał, niby ćmienie w zębie lub zgaga; ta szesnastoletnia kryminalistka i jej światek oraz set- ki innych, którzy siadali przed nim, kurczowo ściskając w dłoniach swoje światy, niby małe globuski dla dzieci; byli przejrzyści w swym bełkocie, a jednocześnie zakuci w ja- kiś pancerz, od którego odbijały się wszelkie słowa i dzia- łania; nie, nie czuł się katorżnikiem pchającym taczki bezna- dziei, nie ta miara, bardziej właśnie pobolewający ząb, pie- czenie w przełyku. — Znęcałyśmy się nad taką jedną — powiedziała tonem najdalszym od konfesyjnego. — Czy mam mówić szczegółowo? Wzruszył ramionami. — To ty wiesz, co w tym zdarzeniu było ważne… — Nic nie było ważne! — Podniosła nagle głos. — Takie rzeczy działy się tam codziennie, kilka razy dziennie, a po- tem w nocy, i znów w ciągu dnia! — Nie pytając wzięła z jego paczki carmena i obsłużyła się jego zapalniczką — Przesyt, rozumie pan teraz? Bo ile razy można hajcować się tym, że robisz z takiej szmatę? Że coraz bardziej ją upadlasz, aż do ostatecznych granic, za którymi nawet wyczerpuje się pomy- słowość, skoro już zmusiłyśmy ją do wszystkiego, pan powie- dział, że mogę bez szczegółów, i wiem, że każdą jedną zmu- simy, bo ja, Nataszka, plus kilka innych mamy tam większą władzę niż Hitler i Stalin! Nagle, jak gdyby ktoś ją popchnął, osunęła się w głąb fotela. — I wtedy, w ułamku sekundy, poczułam, że tym rzy- gam, że już nawet moja skóra nie może tego znieść, i to było coś jak uczulenie, ale tysiąc razy gorsze, właśnie jakby żyw- cem wyrastała ze mnie trawa! Odgarnęła grzywkę i Kozerski zobaczył jej oczy które wy- 20 rażały rozpacz i dziecięcą skargę; a zarazem były zimne jak kulki rtęci. Rozmawiał z nią jeszcze kilka razy; była umyta, uczesana i nie- zmiennie grzecznie tytułowała go „panem profesorem”; wie- dział, czemu to służy. — Od pana profesora zależy, czy odbędę resztę kary… Z zasądzonych ośmiu lat odsiedziała pięć miesięcy, więc trochę dziwacznie mówić o reszcie, ale to tylko taki jej skrót myślowy, w którym zawierała się nadzieja na amnestię, a także fachowa wiedza o wszystkich przepisach dotyczą- cych skrócenia wyroku, bo kryminaliści jak pacierz znają kodeks karny wykonaw- czy, i to jest ich talia znaczonych kart, którą z reguły ogrywa- ją prokuratora i sędziego penitencjarnego, a temu ostatnie- mu Żaneta już strzeliła bramkę, gdyż w odpowiedzi na swoje urzędowe zapytanie, czy więzienny rygor może zaszkodzić cennemu zdrowiu skaza- nej, otrzyma równie urzędową odpowiedź twierdzącą, a pod nią będzie figurował podpis oraz pieczątka profesora nauk medycznych, Stefana Kozerskiego. — Jesteś chora i nie możesz tam wracać — poinfor- mował Żanetę, i wtedy napięcie zniknęło z jej twarzy, choć przecież od kilku tygodni wiedziała, że inaczej być nie może, a wąski margines niepokoju stąd tylko się brał, że szło o spra- wę najwyższej dla niej wagi; prywatnie był zdania, że takie jak ona powinny do końca życia siedzieć w więzieniu, i to w możliwie najcięższych wa- runkach, pamięć własnego losu bowiem nie tylko nie skła- niała go ku tolerancji, a przeciwnie, czyniła mu owe modne słówko humanistów czymś obmierzłym; jedynie ten, kto widział przerastające wyobraźnie cier- pienie niewinnych, rozumie, jak urągliwie kontrastuje z nim tolerancja dla drani; 21 lecz sąd nie pytał go o poglądy na winę i karę, ale o to, czy kryminalistka o pseudonimie Żaneta: a) naprawdę jest chora? b) czy w więzieniu może powtórzyć zamach samo- bójczy? Więc zgodnie z posiadaną wiedzą musiał dwa razy odpowiedzieć „tak”; inna sprawa, uśmiechnął się nad nie dopisanym do opinii post scriptum, że równie dobrze może powiesić się na wolności, oczywiście wcześniej wyrządzając mnóstwo krzywdy innym, ale to nie będzie już wymiaru sprawiedliwości w naj- mniejszym stopniu obchodziło i obciążało, i na tym polega przecież cały dowcip oraz sens cały jego opinii, żeby żaden naczelnik, oddziałowy, wychowawca albo lekarz więzienny nie miał w związku z Żanetą kłopotów. Orzeczono bezterminową przerwę w odbywaniu kary; w miejscu zamieszkania kuratelę nad Żanetą przejąłby rejono- wy Zespół Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej oraz, ma się rozu- mieć, policja. Nie miał takiego obowiązku, ale uznał za właści- we przestrzec ją przed konsekwencjami uchylania się od comie- sięcznych wizyt u lekarza i cotygodniowych w komisariacie; czy- niąc straszak z siebie i psychiatrii, kreślił nieuchronną w takim wypadku perspektywę powrotu tutaj, do izolatki, pasów, podwyż- szonych dawek chloropromazyny — wzruszyła ramionami. — To wszystko abstrakcja. Nie mogę jechać do domu. Przywieziono mu ją do kliniki Akademii Medycznej; by- ła 10.45, a o jedenastej zaczynał zajęcia ze studentami, któ- rym chciał pokazać Żanetę. To miała być jedna z prób, jakim poddawał ich idealizm i szczeniacki zapał, rodzaj selekcji, podobnie jak na pierwszym roku prosektorium, bo niechże ci przyszli lekarze duszy mają, do cholery, świadomość, że w odróżnieniu od chirurgów, internistów, okulistów i laryngologów, co i rusz będą się stykać z przypadkiem wzbu- dzającym moralny wstręt, silniejszy i stokroć bardziej uza- sadniony od tego fizycznego, wywołanego widokiem krwi, ro- py czy tkanki rakowej; 22 poprzedniemu rocznikowi zademonstrował parkinsoni- ka, który napastował seksualnie dzieci; Żaneta ze swą by- strością, urodą i rodzajem wdzięku mogła wywrzeć jeszcze mocniejsze wrażenie. Przedtem w gabinecie poczęstował ją herbatą. — Dlaczego abstrakcja? Za kilka dni przyjedzie po cie- bie matka… Na chwilę przymknęła oczy; myślał, że chce się zacią- gnąć, ale papieros minął jej twarz, i usta, które przywarły nagle do nadgarstka, jakby składając na nim pocałunek; potem strzepnęła popiół do stojącej między nimi popielniczki, i na szkło biurka pociekła krew. Był to jeden z tych nielicznych momentów, kiedy psy- chiatrze potrzebna jest wiedza lekarska; nie stawiała opo- ru, pozwoliła ucisnąć przedramię opaską; bezwolną, cicho płaczącą, prowadził korytarzem do gabinetu zabiegowego, w stronę dokładnie przeciwną niż sala, gdzie oczekiwali studenci; chyba szkoda, że tego nie widzieli, przebiegło mu przez myśl. Za trzy dni miała być wypisana w tak zwanej niepełnej re- misji, co po ludzku znaczy, że psychiatrzy zrobili, co mogli, wariatka jest już tylko pół-wariatką i niech wraca do rodzi- ny, bo szkoda dalszego zachodu, do końca i tak się jej nie wy- leczy; lecz przegryzając żyły Żaneta odzyskała godność wa- riatki całkowitej, a co za tym idzie, także przywilej przeby- wania w domu wariatów; mało tego, zasłużyła sobie na po- trójne dawki leków i honorową całodobową wartę personelu u drzwi izolatki. Taki reżym trwał miesiąc, po czym ordynator zatelefonował do niego z ponowną prośbą, by skonsultował przypadek; ziry- tował się, bo przecież od strony diagnostycznej nie mogli mieć żadnych wątpliwości, i potrzebowali tylko jego podpisu; skaza- na wyrokiem sądu pacjentka pozostawała, paradoksalnie, pod 23 szczególną opieką prawa, więc też szczególne kłopoty miałby le- karz, gdyby z Żanetą, lub za jej sprawą, wydarzyło się coś złego; pożądali zatem jego autorytetu, by w razie czego móc się nim zasłonić — to nie my, to on, ten sławny profesor się pomylił! Znów jej izolatka, przysunął krzesło do łóżka; odłożyła książkę i trochę się zdziwił, że czyta Kwiatki świętego Fran- ciszka. — Zrobiłaś to, żeby opóźnić powrót do domu? — Bo nie mogę tam wrócić… — Boisz się rodziny tego chłopca, którego zamordowa- liście? Zaprzeczyła ruchem głowy; po chwili wahania spokojnie, rzeczowo wyłuszczyła prawdziwy powód. Służbowy samochód czekał na podjeździe, by zabrać go z po- wrotem do Akademii Medycznej, szatniarz guzdrał się poda- jąc mu palto; Kozerski w zawieszonym obok szatni lustrze widział swoją twarz, starą i zmęczoną, i irytował się, że staro- ści i zmęczeniu przydano jeszcze nowy kłopot; bo w tej chwili nie pozostawało nic innego, jak tylko zwrócić się do władz sądowych, żeby natychmiast wycofa- ły postanowienie, jako że żadnej przerwy w odbywaniu kary być nie może, i ona musi, bezwzględnie musi, pozostać w za- mknięciu oraz ścisłej izolacji, najlepiej na psychiatrycznym oddziale więziennym, tak, panie sędzio, mam świadomość, że takie oddziały są tylko dwa w kraju i dysponują łącznie trzydziestoma łóżkami dla najbardziej niebezpiecznych, cho- rych psychicznie przestępców, ale właśnie ta dziewczyna, za- ręczam panu, należy do pierwszej trzydziestki; sędzia zażąda argumentów, więc uchyli się od bezpośredniej odpowiedzi, ponieważ nie wolno mu łamać tajemnicy lekarskiej i ujaw- niać zwierzeń chorych, powoła się jednak na swe wieloletnie doświadczenie i po- prosi, by nie lekceważono jego rady, tak samo jak apelowałby 24 do rozsądku pracownika zoo, gdyby ten chciał wypuścić na wolność jadowite węże i pająki; do dzisiaj nie wie, czemu nie wysłał pisma ani nie porozma- wiał z sędzią. — Mogłabym pracować w jakimś przytułku albo domu starców jako salowa. Tylko za dach nad głową i jedzenie, bo forsa mi niepotrzebna. Znał taki jeden, prowadzony przez siostry albertynki, więc tam załatwił jej pracę. Sędzia penitencjarny to zaakceptował, musiała jedynie okresowo meldować się na posterunku policji. — Dziękuję za wszystko, co pan dla mnie zrobił — po- wiedziała, gdy przyniósł jej te wieści. — Pewnie się już wię- cej nie zobaczymy. Miała rację; kiedy dwa lata później pojechał do tych sióstr, dowiedział się, że umarła. Ogród wydawał się znacznie większy, niż był w rzeczywisto- ści, a to za sprawą wszechobecnego chruśniaku z labiryntem wąskich ścieżek, po których kluczył, kluczył, kluczył, kierując się ku źródłu dźwięku; harmonijka ustna grała czysto i płynnie, więc nie rozumiał, skąd wplatają się nagle tony ewidentnie fałszywe, tak że nawet jego niemuzykalne ucho to wychwytywało; melodia momentami urywała się, za- cinała, przechodziła w żałosną kocią muzykę; a to próbował grać Słonik; wyciągał po instrument rękę, a dziewczyna, niby przeszyty strzałą krakowski hejnalista, przerywała w pół tonu, by włożyć w błagalnie wysuniętą dłoń pudełko z dźwiękami, a on przykładał do ust, i starał się je wyssać jak sok z owocu, zachłannie, łapczywie, głuchy całkiem na kakofonię; aż z przeciągłym cmoknięciem odklejał wargi od harmonijki, dziewczyna dyskretnie obcierała z niej ślinę, 25 i od urwanego przedtem dźwięku wracała ciągłość melodii, a to był wyraźnie jakiś motyw country, chyba Take me Home, Country Road; obserwował troje siedzących przy prymitywnym ogrodowym stole: śliniący się Słonik, pan Leon z rozłożonym al- bumem kart telefonicznych i Anka, którą wtedy poznał. Pan Leon zauważył go pierwszy i pokazał swym długim palcem. — Nie pokazuje się palcem — skarciła go dziewczyna. — Nigdy tak nie rób, jeżeli chcesz być wytworny. A kiedy do nich podszedł, wstała i podając dłoń, cicho, ale bardzo wyraźnie przedstawiła się: — Anna Bielczyk, jestem ich wychowawczynią. Za ogrodzeniem był stromy stok, a w dole tory kolejowe. — Poczekała, aż elektrowóz minie tamte drzewa, i zbie- gła. Nie, to nie było samobójstwo, tam, gdzie zaczyna się żwir, chciała się odbić i przeskoczyć szyny. Zmierzyła przedtem sto- perem swój czas, i czas pociągu: szansa, że zdąży, była jedna na tysiąc, może na milion, ale jednak szansa. Kozerski ostrożnym starczym krokiem schodził po stromiź- nie; i miał przed sobą włosy Anny rozwiewane przez wiatr: szła pierwsza, dyskretnie go asekurując. — To była jej decyzja czy twoja? Zatrzymała się; stojąc metr niżej, podniosła wzrok, lecz nie miał pewności, czy patrzy na niego, czy w przestrzeń, za- mkniętą masywem klasztoru. — Między nami była zasadnicza różnica — powiedziała, wyciągając z kieszeni dżinsów czarną frotkę i spinając włosy. — Ja chcę robić coś pożytecznego, podnosić swoje kwalifika- cje, a ona traktowała pobyt tutaj wyłącznie jako karę, pokutę; uprawiała to, co ja nazwałam moralną buchalterią, wie pan, bilansowanie złych i dobrych uczynków, ale ten bilans, nie- stety, nie chciał się wyzerować. 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ptakon
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: