Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00138 004802 12592091 na godz. na dobę w sumie
Rae Ragis - ebook/pdf
Rae Ragis - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: SELF-PUBLISHER Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3940-1781-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-100%), audiobook).
W drugim tomie sagi Era Mroku, Paweł (znany już jako Pablo Sauromata) musi odbyć podróż na daleką północ. W podziemiach opustoszałej twierdzy Rae Ragis spoczywa super-komputer zarządzający planetą. Jedynie jego reset może sprawić, by Sauromata mógł powrócić do domu.

W tej niebezpiecznej wyprawie towarzyszyć mu będą: niewyżyty seksualnie złodziejaszek, pewien stary lokaj smoka oraz zapijaczony maszynista, który musi ich wszystkich przewieźć zardzewiałą lokomotywą przez nawiedzony las.

Aha... ściga ich też banda kowbojów na żołdzie pewnego alfonsa.

Książka pełna tak ostrego i groteskowego humoru, na jaki tylko pozwolić sobie może niezależny twórca.

bartoszadamiak.com
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Copyright © 2015 Bartosz Adamiak Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Kontakt: bartosz.adamiak@gmail.com http://bartoszadamiak.com https://www.facebook.com/bartoszadamiakcom Jeżeli spodoba Ci się ta książka, napisz o tym tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/257117/rae-ragis 2 (...) Wyrocznia nie była wiekową wiedźmą. Nie była też grupą nagich nimf zanurzonych w świętym jeziorku. I powiedzmy sobie szczerze: wyrocznia nie była nawet staruszką piekącą ciastka. Pablo, Brot i Klaus zostali wyciągnięci z celi, a następnie powleczeni ulicami miasta jak zwierzęta prowadzone na rzeź. Stojący po obu stronach drogi mieszkańcy obrzucali ich wyzwiskami, zgniłymi jajami i gównami. Nie musieli znać aresztowanych, ani nawet wiedzieć, za co właściwie zostali pojmani. To była taka mała tradycja, która pozwalała oderwać się od codziennych, zwyczajnych trosk. Katorżniczy marsz zakończył się przed potężnym amfiteatrem, przypomi- nającym nieco rzymskie Koloseum. Tyle, że oczywiście nikt nie zdążył jeszcze napisać na nim markerem „Byłam tu. Gosia”. Przed amfiteatrem gromadzili się ludzie, którzy w oczekiwaniu na otwar- cie bram robili zakupy przy licznych straganach rozstawionych wokół obiektu. Było tam wszystko od jaszczurek na patyku, poprzez wszelakie alkohole, na odzieniu kibica skończywszy. Prawdziwą furorę robiły wielkie rękawice z napi- sem „zniszczcie ich”, oraz „damy wasze zwłoki dzikusom do zgwałcenia”. Aresztantów wprowadzono osobnym wejściem, które strzeżone było przez dwóch rosłych strażników z włóczniami. Długi tunel prowadził do po- 3 mieszczeń, w których kazano im się przebrać w jednolite, jasne tuniki oraz wy- sokie sandały. Potem przeprowadzono ich do celi, która jednak wcale nie była celą. Jedna z jej ścian okazała się być bramą, za którą był już tylko ubity piach areny. Pablo wyjrzał przez szpary między deskami i ujrzał, że ławki na widowni były jeszcze puste. Zamierzał właśnie wyrazić swoje oburzenie w tej kwestii, gdy drzwi pomieszczenia uchyliły się i wewnątrz znalazło się jeszcze dwóch więźniów: rosły, brodaty bandzior oraz niski, wątły młodzieniec o podkrążo- nych oczach. Strażnicy wnieśli także podłużny, owinięty szmatami pakunek, który po rozwinięciu okazał się zawierać stare zardzewiałe miecze. W kącie sta- ło wiadro wody oraz drugie, zawierające coś, co przypominało fasolę z ryżem. – Nie jedzcie! – przestrzegł wszystkich Brot – Jeżeli zostaniecie ranni w brzuch, macie większe szanse na przeżycie, gdy wasze kiszki będą puste. Pablo kończył właśnie wylizywać swoją miskę. Był piekielnie głodny. Nie zjadł porządnie chyba od dnia, kiedy Farasz przeniósł ich na północ. – Skąd tak daleko idący wniosek, że możemy zostać ranni? – zapytał wy- cierając usta fragmentem tuniki. – Jeżeli nie zamierzasz tego jeść, ja chętnie wezmę twoją porcję. Jeszcze chwila, a padnę z głodu tutaj, w tej szopie. Brot machnął ręką z rezygnacją, a Klaus odruchowo zabrał swoją miskę i przesypał jej zawartość do kieszeni znajdującej się po prawej stronie tuniki. – Zjem później – poinformował wszystkich, gdy zorientował się, że jest obserwowany. Wysoki barbarzyńca roześmiał się. – Nie będzie żadnego później starcze! Zginiemy z mieczem w dłoni, jak prawdziwi wojownicy, walcząc z jaszczurami. I trafimy do okrężnicy Wielkiego Hoga, gdzie przebywają nasi ojcowie. – Z jaszczurami? – zapytał Brot. 4 – Gady. Wielkie jak świnia i żarłoczne jak stado wygłodzonych lwuśnic. Brot uniósł do góry jedną brew, a następnie skierował swój wzrok w stro- nę zardzewiałych mieczy. Nie były szczególnie ostre. Od biedy można było nimi zadać rany kłute, ale cięcia pozostawały w sferze mrzonek. W tym właśnie momencie na dobre zaczął żałować tej całej eskapady. – Kretyn ze mnie. Pieprzony kretyn. Mogłem uciekać na własną rękę, na pustynię... Do dzikusów. – Mogłeś – powiedział Pablo z pełnymi ustami, a pojedyncze ziarnka fa- soli wypadały mu na ziemię – ale wtedy straciłbyś niepowtarzalną okazję ubicia kilku jaszczurek. Barbarzyńca znów się roześmiał. – Podobasz mi się grubasku. Skoro przyszło nam razem walczyć i umie- rać, poznajmy się. Jestem Gorgoroth, syn Grogototha. Barbarzyńca. Wszyscy przedstawili się. Wszyscy poza tym tajemniczym młodzianem, który wciąż siedział w kącie i obserwował arenę przez szparę w drzwiach. Trudno było orzec, czy przemawiał przez niego spokój czy paraliżujący strach. – Młodzieńcze – zagadnął Klaus. – Jak ci na imię? – Harold. – Harold? Trochę niemęsko – zaśmiał się Sauromata. – Pablo Sauromata też dupy nie urywa – odgryzł się młody. – Wymyśla- nie pseudonimów jak widać nie jest sztuką łatwą. Nie mieli czasu na dłuższe docinki, bo nagle wrota zaczęły się uchylać. Złapali za miecze i ustawili się w oczekiwaniu. – Wychodźcie, nie bójcie się! – zawołał ktoś z zewnątrz. Na trybunach siedziało już trochę ludzi. Głównie znudzeni arystokracji w bogato zdobionych szatach. Objadali się udkami kurczaka z blaszanych wia- derek i popijali winem z dużych, skórzanych bukłaków doczepionych do cza- 5 pek. Na środku, pod zadaszeniem, siedział mer wraz ze swoją świtą. Gdzieś po jego prawicy Pablo dostrzegł Musafira Kabana. Ten gość musi być kimś ważnym – pomyślał. – Uwaga! Uwaga! – zakrzyknął głos, który wcześniej wywołał ich z celi. Należał do niskiego, krępego kastrata w sukience. – Zebraliśmy się tutaj dziś, aby być świadkami wyroku. Przed wyrocznią staną ci oto tam na dole – wska- zał niedbale palcem, na którym znajdował się wielki, złoty pierścień z brylan- tem. – Ci trzej po lewej, podejrzani są o szpiegostwo na rzecz dzikusów z Row- ling. Ten wysoki to dobrze znany wam Gorgoroth Barbarzyńca, który rzekomo zgwałcił kozę hrabiny Drake. Młodzieniec zaś to Harold Smith, który podobno para się tym obrzydliwym zajęciem, jakim jest okradanie grobów. Eunuch przerwał, by nabrać powietrza i wina. – Dziś dowiemy się jaka jest prawda. Wyrocznia wskaże nam, kto kłamał, a komu należy się łaska. Przypominam, że tradycja ta ma już tysiąc lat i w całej historii, nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby wyrocznia wydała wyrok niezgodny z prawdą – na widowni rozległ się entuzjastyczny szum. – Przy okazji chciał- bym wspomnieć, że sponsorem dzisiejszego spotkania jest sklep Suweniry z Twierdzy, repliki oraz oryginalne pamiątki z Rae Ragis dla wszystkich, którzy utracili swoje ukochane dziedzictwo. Życzę miłej zabawy i przypominam, że zakłady przyjmuję ja, Ciepły Elmo... – dodał znacznie ciszej. – Dwadzieścia Drakonów na Gorgorotha – wyrwał się ktoś z widowni. – Zaczynamy! – krzyknął Elmo widząc gest mera. Z czterech stron areny otwarły się bramy, z których wypełzały jaszczury przypominające legwany, jednak wielkością dorównujące krokodylom. W ich pyskach roiło się od ostrych zębów, z których każdy był wielkości sztyletu. Szybko też do nosów Pabla i kompanii dotarł obrzydliwy smród szczątków po- konanych, które utkwiły pomiędzy zębami gadów. 6 – Chwała nieustraszonym! – zawołał Gorgoroth i ruszył na pierwszego z brzegu jaszczura. Potężne cięcie nie przyniosło spodziewanego efektu. Skóra gada była gru- ba, a miecz tępy, jak sam Barbarzyńca. Zreflektowawszy się, zmienił chwyt i uderzył od góry, wbijając głownię w czaszkę stwora. Z rany tryskała na boki rzadka, brunatna, grudowata posoka. Pablo sporo napatrzył się na różne obrzy- dliwości w ciągu ostatnich miesięcy, ale to wyglądało wyjątkowo ohydnie. Po- czuł, jak ryż z fasolą podchodzą mu do gardła. W ostatniej chwili zdołał jednak zachować posiłek przy sobie. – Do roboty! – zawołał Klaus unosząc swój tępy oręż. – Uspokój się dziadek, bo coś sobie złamiesz – Brot usiłował zachować zdrowy rozsądek. Pablo i Harold także nie kwapili się do walki. Jaszczury były powolne, ale było ich dużo. Stanowczo zbyt dużo. Krąg zacieśniał się i było jasne, że w końcu dojdzie do bezpośredniego starcia. Alternatywą był dość paskudny ko- niec, w pełnych zgniłego mięsa paszczach gadów. Pablo gorączkowo myślał. Uznał, że najlepiej będzie zaczekać, aż wszyst- kie potwory skupią się wokół nich, a potem wyrąbać sobie drogę na zewnątrz kręgu. Zanim gady się odwrócą, zdołają zabić jeszcze kilka i znów przebiją się poza oblężenie. Taktyka ta wydawała się żmudna i wymagała dużej dyscypliny, ale jednocześnie przedstawiała pewne nadzieje na przeżycie. Szybko streścił ją pozostałym zainteresowanym. – To na pewno lepsze rozwiązanie niż to, co robi ten kretyn – powiedział Harold wskazując Gorgorotha. Barbarzyńca tłukł na oślep jednego z jaszczurów, podczas gdy dwa inne zachodziły go od tyłu. Wyraźnie opadał przy tym z sił. – Ustawmy się plecami do siebie tak, aby każda flanka była zabezpieczo- 7 na – zadysponował Pablo. Musafir obserwował walkę z trybuny. Widział, jak na środku areny stało tych czterech, zbitych w kupę niepozornych gości. Barbarzyńca wykańczał ko- lejnego jaszczura, ale był niebezpiecznie odsłonięty przed innymi. Ten stary grubas machał do niego ręką i przywoływał do środka, jednak wielkolud najwy- raźniej uznał to za objaw tchórzostwa. – Do boju! – krzyczał Gorgoroth. – Nie traćcie odwagi bracia! Jeszcze dziś wieczór zasiądziemy do wspólnej wieczerzy z przodkami! – Chodź tu do nas! – Pablo nie dawał za wygraną. Nagle spostrzegł, że jeden z jaszczurów zbliżył się zanadto. Pchnął miecz wprost w jego pysk przebijając podniebienie. Ohydna, rzadka ciecz tryskała z paszczy, jak z przebitego bukłaka z wodą. Na widowni rozległ się entuzja- styczny szum. Pablo uniósł miecz i uśmiechnął się tryumfalnie. – A jednak był winny! – zawołał Elmo. – Gorgoroth zgwałcił kozę pani Drake! Sauromata obejrzał się za siebie i nagle dotarło do niego, że ludzie nie oklaskiwali jego. Cieszyli się ze śmierci barbarzyńcy. Cztery gady rozrywały w pyskach pozbawiony kończyn tors. Głowa potoczyła się na skraj areny. Ręka z mieczem wystawała z paszczy kolejnego z jaszczurów. Gdy bestie rozerwały korpus, a wnętrzności wylały się na piasek, Klaus zwymiotował na swoje san- dały fasolą z ryżem. Pablo skrzywił się z niesmakiem, starzec musiał po kryjo- mu zjeść czyjąś porcję. – Trzymaj się dziadek, zbliża się nasz moment – zawołał Harold. – Może zdążę jeszcze zjeść swój prowiant – odparł wycierając usta i jed- nocześnie pochłaniając garść jedzenia, które znajdowało się w jego tunice. Krąg był już tak mały, że wszyscy musieli robić co chwilę uniki przed kłapiącymi paszczami. Pablo zacisnął dłonie na rękojeści miecza. Była owinięta 8 rzemieniem, wyślizganym od wielu lat użytkowania. Broń była przechodnia. Walczyły nią kolejne pokolenia ludzi stających przed wyrocznią. Był ciekaw, czy jego miecz przyniósł szczęście któremukolwiek z jego poprzedników. Miał nadzieję, że jemu przyniesie. *** Elmo siedział wygodnie w swojej loży i obserwował krwawe widowisko rzucając raz po raz jakąś błyskotliwą i zabawną uwagę. Nie robił tego z myślą o staruchu Pickermannie. Na widowni siedziało wielu znacznie bardziej znako- mitych obywateli Howard, którzy być może już wkrótce będą sprawowali wła- dzę. A zawsze warto zatroszczyć się o swoich przyszłych chlebodawców. Ko- niec mera była nie do uniknięcia. Ile on mógł mieć lat? Sto pięćdziesiąt? Sto siedemdziesiąt? – Spójrzcie na głowę tego nieszczęśnika. Wygląda jak rozgnieciona po- marańcza! Jedna z jaszczurek właśnie ją pożera – roześmiał się, jednocześnie sięgając dyskretnie dłonią w stronę swojego krocza. – Zaraz się porzygam! Na arenie pozostali już tylko zawodnicy wagi piórkowej. No może poza tym gruba- sem. Tak się poci, że aż tu go czuję. Publika ryknęła gromkim śmiechem, Elmo przepłukał gardło słodkim, mocnym winem z Haarken i pławił się w samozadowoleniu. Nie dostrzegł na- wet, że w dole Pablo pokazuje mu środkowy palec. – Kretoszczuryyy na patyku! Kretoszczuryyy na patyku! – Podejdź chłopcze – zawołał Elmo oblizując lubieżnie wargi na widok chudego młodzieńca. - Daj mi jednego. – Życzy sobie pastę z gorczycy? – Pastę z gorczycy? – skrzywił się eunuch. – Cóż to za nowinka? To się 9 nie przyjmie. Żadnej gorczycy. Mocno przypalony kretoszczur zwisał smętnie z patyka, który wetknięto mu w tyłek. To zwierzę symbolizowało upadające, stare Howard, rządzone przez skretyniałego, robiącego pod siebie dziada – pomyślał Elmo. – Jednak nadchodzi nowe i lepsze. Nie jakaś tam pasta z gorczycy. Zaghator to człowiek myślący zupełnie innymi kategoriami. Otworzy mury dla handlarzy, pociągnie kolej żelazną do Pustynnej Krainy, zreanimuje i postawi na nogi to gnijące pro- sektorium, a sakwy elit będą napełniać się złotem, niczym urynały po dobrej imprezie. – Co jest do diabła? – zakrzyknął Ebereth Mark, tłusty właściciel zamtu- za. – Postawiłem pięćdziesiąt Drakonów, że nikt nie wyjdzie stąd żywy! Jeden rzut oka na arenę i Elmo poczuł zimny dreszcz. Chore z nadwagi nogi zaczęły mu drętwieć. Grubas, staruch i te dwa szczypiory przedarły się na zewnątrz. Stali już przy murze okalającym arenę, podczas gdy powolne gady dopiero rozpoczynały zawracanie. Zabijali kolejne bestie atakując od ogona. – Faul! Faul kurwa! – zakrzyknął ktoś, gdy Brot wraził miecz w odbyt jednego z jaszczurów i rozciął go na pół jednym, mocnym szarpnięciem. Wśród tłumu wzbierał gniew. Krople potu wystąpiły na czole eunucha. Postawił całą swoją pensję na pięć trupów. Liczył, że szybko pomnoży gotówkę i kupi sobie jakąś luksusową, czystą niewolnicę. Ten dzień miał rzucić odrobinę światła na jego potwornie samotne i smutne życie. A teraz fortuna obracała się przeciwko niemu, z zupełnie niewiadomych przyczyn. Mer gestem ręki uspokajał tłum. Pojawiły się niebezpieczne sugestie, że na arenie stosowana jest magia, i że doszło do oszustwa. Ktoś krzyknął, że stary idiota dał się oszukać. Jednak Musafir Kaban wiedział swoje – ci czterej wal- czyli po prostu sprytnie. Stał w cieniu tuż za merem z założonymi rękoma i uśmiechał się tajemniczo pod wąsem. 10 *** – Zostało już niewiele! Damy radę! – krzyknął cały umazany w cuchnącej brei Brot. Nikt nie został ranny. I dobrze. Paszcze tych maszkaronów były tak prze- pełnione zgniłymi resztkami, że najdrobniejsze skaleczenie mogłoby mieć kata- strofalne konsekwencje. Pablo zakłuwał ostatniego jaszczura swoim mieczem, gdy wzburzony tłum zaczął pomału opuszczać trybuny. Mer wstał z kciukiem skierowanym ku górze, na co część z jego ludzi zareagowała entuzjastycznymi oklaskami. Trud- no jednoznacznie stwierdzić, czy było to spowodowane poparciem dla walczą- cych, czy jedynie wyrażało uznanie dla mądrości i roztropności wodza. A może po prostu była to ta część klakierów, która klaskała zawsze. (…) Zapraszam do zakupienia pełnej wersji. 11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rae Ragis
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: