Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00475 012816 15980236 na godz. na dobę w sumie
Rastamańskie baśnie ludowe. Szara książka - ebook/pdf
Rastamańskie baśnie ludowe. Szara książka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 70
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-933728-7-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dmitrij Hajduk to ukraiński, piszący po rosyjsku twórca. Jego 'Rastamańskie baśnie ludowe' to kultowe w kręgach ukraińskiej, rosyjskiej i okolicznej alternatywy historie, opowiadane przez Hajduka przy okazji koncertów reggae, czasem też zapisywane i publikowane, zarówno w internecie, jak i na papierze. Hajduk opowiada slangowym językiem przezabawne, ale nierzadko mądre historie z życia palaczy marihuany. Spolszczył je Jacek Podsiadło, kóry opatrzył je też obszernymi przypisami, sformułowanymi w sposób wyraźnie pokazujący, że tłumacz za dużo się naczytał oryginałów i załapał jakiś odmienny stan świadomości... Poza walorami artystycznymi książka ma niebagatelną wartość poznawczą, czytelnik dowie się z niej m. in. o sposobach palenia w Rosji i na Ukrainie, gdzie znajduje się dolina porośnięta tysiącami hektarów zioła dobrej jakości i dlaczego w zielu tym tarzają się nagie dziewczęta, jakie kapele cieszą się w młodzieżowym undergroundzie Rosji największą popularnością, dlaczego w całej Rosji nie jest znany wynalazek skręta ani lufki itp.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ŚWIWIWIWIĘTA HISTORIA TA HISTORIA TA HISTORIA TA HISTORIA No i tego, znaczy się, pewnego razu Jah się napalił, że będzie stwarzał świat. Trzy dni zasuwał, wszystko już w sumie postwarzał, ale jednak czegoś mu wciąż brakowało. No i siedzi Jah i myśli: cze- go tu jeszcze może brakować. I tu wewnętrzny głos podpowiada mu: gandzi! W ogóle nie ma gandzi na tym twoim świecie. Patrzy Jah: i rzeczywiście. W sumie wszystko już jest git, tylko gandzia ni- gdzie nie rośnie. Normalnie jak w Karelii. No to stworzył gandzię. Siadł, zajarał, popatrzył wkoło i myśli: ech, joły-pały! I po co tyle badziewia żem tu nastwarzał dokoła. Trzeba się teraz konkretnie wziąć do roboty i stworzyć coś porząd- nego, niebadziewnego. Stworzyć coś naprawdę pojechanego. Bo to wkoło to totalny chłam, normalnie to samo co w telewizorze. I stworzył Jah rastamana. Stworzył go i mówi mu: no i patrz, kolego. Tu masz słońce, tu masz morze, tu masz warzywa i owoce, a tutaj masz swoją gan- dzię. No, jednym słowem, co tu dużo gadać, masz tu, jak to mówią, raj. Używaj i raduj się. A rastaman przypalił gandzię i mówi: a tak wogle to klawo by było teraz muzy posłuchać. Dobra. Jah stworzył mu magnetofon i kasety, piętnaście tysię- cy sztuk. I mówi: no i patrz, ten tego. Słońce, morze, warzywa- -owoce, kiełbasa po dwa dziesięć, piwa potąd, trzymetrowa gan- dzia, z magnetu Bob Marley - rastaman, wajbrejszyn jea, pozitiw! Używaj, kurwa fa, i raduj się. A rastaman przewinął kasetę do koń- ca i mówi: a w ogóle to klawo by było teraz pograć na gitarce. Dobra. Stworzył mu Jah gitarę. I mówi: no, teraz to naprawdę wszystko gites. Słońce, powietrze, morze, szaszłyki, warzywa-owo- ce, gandziocha tak samo. I to, trzeba powiedzieć, gandziocha w po- rządalu, nie jakaś tam indiucha czy inna słabizna. Używaj, kurtyna, i raduj się. A rastaman pograł na gitarce i mówi: ech! Żeby tak dzie- 48 wczynę - to by dopiero, rozumie się, wszystko już było naprawdę git. Dobra. Stworzył mu Jah laskę. Naprawdę fajną laseczkę mu stworzył. I mówi: oto macie tu, że tak powiem, cały raj dla siebie. Używajcie i radujcie się. A ja jadę na urlop na Krym. Bo już się zgrzałem od stwarzania wam tego wszystkiego. I odjechał. No i tego, rastaman i jego laska bujają się po raju, palą gandzię, słuchają muzyki, śpiewają piosenki, grają na gitarze, uprawiają seks po klombach. Tak to właśnie wygląda, to rajskie życie. Zatrzęsienie jadła wokół, do roboty chodzić nie trzeba, przez cały rok lato, men- dy się nie czepiają, lachony się nie przystawiają, starzy na psychę nie włażą. Tak to właśnie wygląda, znaczy się, to rajskie życie. A tu wąż pełznie obok. Chudy, blady, źrenice jak kropeczki, ogolony na zero, całe ciało to jedna długa żyła, pokłuta wszędzie od głowy do ogona. Rastamany mówią: te, wąż! Przyczołgaj no się tu do nas, popalimy gandzi. A wąż mówi: dziękuję, ludzie. Nie, na- prawdę, dzięki. To są jazdy dla młodzieżówki, całe to kurzenie gan- dzi. Dlatego, że nie ma po niej żadnego odlotu, wiadomka. Tak, za- liczyć małego tripka, nagadać się, muzyki posłuchać... Nie no, lu- dzie, to ma być odlot? Odlot - to żeby, wiecie, raz i poleciał! I la- tasz, latasz, latasz w ciepłej nieskończoności... To jest, ma się rozu- mieć, odlot. Wtedy rastamany pytają: a jak dostać takiego odlotu? A chytry wąż pokazuje na klomb: a oto i on, prawdziwy odlot, rośnie sobie pod waszymi nogami. Tu macie łodyżki, na nich zielone koszyczki, a w koszyczkach biały sok. I z tego to soku uwarzymy teraz zupkę mleczną i rozprowadzimy ją po żyłkach. I wtedy od razu załapiecie, co to jest prawdziwy odlot. Rastaman mówi: o, klawo! Dawaj, warzymy. A laska mówi mu: poczekaj. Przecież to nic innego, tylko mak. A przed makiem, pamiętasz, Jah nas ostrzegał: to jest, pipole, syfiasty mak. Nie jedz- cie go, nie pijcie i nie palcie, i zupy z niego nie gotujcie, bo stanie- cie się grzejnikami, zaprzedacie się systemowi i na koniec zaćpacie 49 się na śmierć. Wtedy wąż mówi: no, on kopie, wiadomo, ale tak jakby nie z całej siły od razu. Od jednego razu nikt jeszcze ćpunem nie został. Ja sam trzy lata pod rząd grzałem mak na maksa, zanim przegiąłem. No, przegiąłem to przegiąłem, nic strasznego. Potem odgiąłem i wszystko się wyprostowało. I nikt się nie zaćpał. Dlate- go, że jak grzejesz z rozumem, to nic ci nie będzie. Wtedy laska rastamana mówi: jak nic ci nie będzie, jak Jah mówi, że będzie. A wąż mówi: on po prostu nie czai. Sam nigdy nie próbował, więc co on może wiedzieć. A wy weźcie i spróbujcie, od razu będziecie wiedzieć więcej niż on. No i, kurwa fa, namówił wąż naszych rastamanów, żeby dali sobie w żyłę. Sam walnął cztery centy, i jeszcze zawołał swoich kumpli ćpunów. Oczywiście, kiedy już wieść o grzance się rozeszła. I zaczęły się w raju zwykłe makowe jazdy. Rano się zaprawia- ją, wieczorem poprawiają - i cały dzień siedzą, wytrzeszczają się, drapią, kontemplują obuwie. Zawiecha, kurwa fa, konkretna. I żad- nych odlotów - no tak, przyjemnie, jasne, ale gdzie ten nieziemski odlot? A wąż mówi: jeszcze się dobrze w kompot nie wkręciliście. Ale jak się już wkręcicie, to dopiero będzie odlot. No i rastamany zaczęli się na dobre wkręcać w kompot. Z po- czątku po pół centa, potem po cencie, a po dwóch tygodniach doszli już do czterech centów. Ciągle chce im się totalnych odlotów, a od- lotów jak nie było, tak nie ma. A tu jak raz cały mak w raju się skończył. Wąż mówi: dawajcie waszą trawę, wymienimy ją na szpryce. Trawa tak czy owak już nie kopie, dawajcie, wymienimy ją na szpryce. przehandlowali warzywa i owoce, potem magnetofon i gitarę, po- tem ciuchy razem z plecionkami z koralików. No i tego, przyjeżdża Jah z urlopu, patrzy - a w raju burdel totalny, wszędzie porozsta- wiany sprzęt, nasrane, nasyfione, snują się wszędzie jakieś łyse kar- czycha, tylko patrzeć, jak się tu mendownia zwali. A jeszcze jakieś lewusy piłują drzewa. Jah jak na nich nie naskoczy: a co to za piło- Krótko mówiąc, wymienili całą trawę na szpryce. Potem 50 wanie drzew tutaj? A oni mówią: idź, chłopie, i nie truj nam tu du- py. Myśmy ten las kupili, po centymetrze za metr płaciliśmy. Wtedy Jah wzywa do siebie rastamana i jego laskę. Rastaman i laska przychodzą: chudzi, brudni, obcięci na łyso, goli, ręce i nogi całe w zrostach. Przyszli i stoją, telepie ich. Jah ich pyta: a czemu to chodzicie na golasa? A rastaman odpowiada: a bo nam gorąco. Wte- dy Jah ich pyta: czy mi się zdaje, czy wyście przegięli z kompotem? A rastaman mówi: to wąż, paskuda, nas w to wszystko wkręcił. Przegięliśmy i nie możemy teraz odgiąć i naprostować tego wszyst- kiego. Wtedy Jah wzywa do siebie węża - ale wąż popełzł już dalej, na nowe miejsce. Gdzie jest więcej maku. Zrozumiał bowiem, że tutaj nic ciekawego go już nie czeka. Chyba, że obrażenia ciele- sne. No, tu już Jah prawdziwie się rozsierdził. Jak nie wstanie na całą długość, do samego nieba, jak nie ryknie: A POSZLI MI STĄD WSZYSCY W CHUJ! I jakby wiatr poszedł, z miejsca wywiało wszystkich lewusów z raju. Zostali tylko rastaman i jego laska. Stoją goluteńcy, z głodu ich trzęsie - bo to już zaczęło ich puszczać, a nie ma czym poprawić. I oto Jah wziął ich oboje w garść, i ścisnął do kupy jak kulkę plasteliny. A potem z tej kulki ulepił ich na no- wo. W szmateksie kupił im nowe ciuchy, plecionki już sobie sami zrobili, nasiali nowej gandzi - i żyli sobie na luziku, i nikt ich z raju nie wypisywał. I ichnich dzieci, i wnuków też nikt z raju nie wypi- sywał. I po dziś dzień wszyscy żyjemy w raju, tylko nie całkiem się w to wkręciliśmy. Za to jak już się wkręcimy - no to co tu gadać, wiadomka. 51 Przypisy tłumacza 52 Biełomory - a co tam biełomory. Trza wogle zacząć od tego, Ŝe właściwy człowiek przełoŜył tę ksiąŜkę. I to dobrze przełoŜył, wiadomka. Nie jakiś profesor doktor, co to zna znaczenie kaŜdego słowa, ale nic a nic z nich nie rozumie, tylko ostry luzak. Na przy- kład z tłumaczeniem tej ksiąŜki to wrzuciłem na luz od razu na początku tłumaczenia. Tak. I teraz aŜ przyjemnie się czyta, co? Znaczy się, na przykład te biełomory, skoro juŜ tacy jesteście cie- kawi. Kto wie, co to jest biełomor, spolszczany teŜ jako białomor? Grzyb? Pojazd księŜycowy? Widzę trzy rączki w górze. Czarny Piter wie, bo napisał w wierszu o Winstonie Tongu, teoretycznie Chińczyku: „na jego ramieniu usiadła planeta, / zdjęła okulary, poprawiła kołnierz, strzepnęła / biełomora szepcząc Patrz, wokół stóp ci / się owijają aksamitne kałuŜe i śmieją się z ciebie łyse dmuchawce Winsto- nie”. BoŜe, jakie to piękne. Lopez Mauzere wie, bo w „Sowieckich kastanietach” napisał: „Gniazdowała baba z misiem, palili bieło- mory i jedli ptysie”. A Śliwa w „Popcornie dla Mussoliniego”: „Chyba jednak Sztyrlic przecenia moją cierpliwość, / więc pytam: »Sztachniesz białomora dla kuraŜu? / Wam, istotom z Zorna, nie wypada odmawiać. Białomory / z tekturowym ustnikiem, to nie byle co. Mogę coś / na ten temat powiedzieć, na ten i inne, Ŝeby nie wspomnieć / o »Kosmosach«, które ćmili moi starzy w Pustomytach pod Lwowem”. Krótko mówiąc, Czarny Piter, Lopez i Śliwa. Bardzo fajni, konkretni kolesie, bez ściemy. Tzn. Czarny Piter za bardzo mruczy pod nosem, jak mówi, ale to ze skromności, a skromnym być bar- dzo dobrze i chwalebnie. A wiecie, Ŝe Lopez bardzo zeszczuplał ostatnio? To moŜe i Czarny Piter nauczy się głośno mówić. Aha, czyli, znaczy, o tych Pustomytach to w internecie sobie poczytaj- cie, a biełomor to papieros. Po rosyjsku papirosa, nie mylić z siga- rietą, bo sigarieta to papieros b e z ustnika czy filtra. Nazwę swą biełomor zawdzięcza Kanałowi Białomorskiemu zbudowanemu z rozkazu Stalina. SołŜenicyn określił liczbę ofiar tej budowy na ćwierć miliona i szybko przeliczył, Ŝe jedno Ŝycie to koszt bu- dowy niespełna metra kanału. Mapka kanału znajduje się na opa- kowaniu papierosów. To dziwne. Jan Krzysztof Kelus śpiewał kie- dyś o spotkaniu polskiego opozycjonisty z lewakami z RFN-u: „Oczywiście SołŜenicyn / i w rozmowie przerwa... / Willy mówi, Ŝe dla niego / to zgniła konserwa. // Zapal, Willy, biełomora / mam ich cały karton, / moŜe zechcesz to pokazać / kolegom le- 53 Rozgrzana, w czerwonej sukience. JakieŜ to piękne. No, ale wakom? // (...) Powiedz, Willy, jako Niemiec / chyba byś się zrzy- gał / płacąc za Auschwitze z filtrem / markę i feniga?”. I teraz tak. Biełomor to jakby nasz sport czy popularny, tylko mocniejszy i mocniej osadzony w kulturze rosyjskiej oraz w tektu- rowej tutce. I ta kultura, znaczy, chciałem powiedzieć, ta tutka, niczym szklana lufka uŜywana w Polsce, pozwala wypalić papiero- sa do końca, ale pełni teŜ rolę podwójnego filtru. Mini instrukcję obsługi biełomora mamy w opowiadaniu Ołeksandra Irwanecia „Zaginięcie Golana” (niezły ze mnie erudyta, co, kapuściane gło- wy?): „Zaniosło mnie na dyskotekę do politechniki. W sali było duszno, błyskało światło i dźwięk, coś jęczała Tina Turner. Wy- szedłem zapalić na schody, a tam stała ona, wyszła zaczerpnąć powietrza, rozgrzana, w czerwonej sukience. Stanąłem stopień ni- Ŝej, oparłem się o poręcz, dmuchnąłem w ustnik, przełamałem go na pół, Ŝeby tytoń nie właził w usta”. właśnie, czyli ten ustnik trza zgnieść celem zwęŜenia go: przez wą- ziutką szparkę dym wciąga się wolniej, dzięki czemu biełomor nie zabija od razu, ponadto niweluje się ryzyko wciągnięcia do płuc niespalonego tytoniu, który w biełomorach tradycyjnie jest za słabo ubity, lub zgoła palącego się tytoniu z końcówki. Bie- łomory to najmocniejsze papierosy świata, zawierają dwa razy więcej nikotyny i cztery razy więcej substancji smolistych niŜ czerwony marlboras z filtrem! Palą je tylko najostrzejszy luzacy, m.in. wilk z kreskówki „Nu, pogodi!” i ja. Ja, zanim wrzuciłem z paleniem na konkretny luz, to paliłem nie tylko biełomory, ale i primy, które teŜ pojawiają się u Hajduka. Opisałem nawet w jed- nej ksiąŜce, jak to dostałem primy w prezencie, Ŝeby natychmiast oduczyć się palenia. A to wszystko jest bardzo waŜne, więc teraz będzie powtórka przerobionego materiału. Papierosy dzielimy na papirosy i sigariety (sigariety to np. primy), zaś papirosy dzielimy dodatkowo na papirosy z ustnikiem (biełomory) i papirosy z fil- trem, takie jak te wszystkie najpopularniejsze u nas. W kontek- ście dzieła Dmitrija Hajduka niezwykle istotna jest rola biełomora w zrewolucjonizowaniu sposobu palenia gandzi na terenie Rosji wraz z przyległościami. OtóŜ na całym obszarze występowania bie- łomorów joint rozumiany jako skręt praktycznie w ogóle nie wy- stępuje. Po co męczyć palce i skręcać, jak ojczyzna daje człowie- kowi gotowy sprzęt do ręki? Stąd teŜ w luźnych wieczornych roz- mowach toczonych przy niezliczonych ogniskach przez rosyjskich rastamanów, stale wraca motyw znany pod nazwą „a jakby tak 54 do Amsterdamu eksportować biełomory, to dopiero byłby biznes!”, takŜe wykorzystany przez Hajduka w tej ksiąŜce. Ale przecieŜ tłu- macz nie moŜe wszędzie, gdzie w oryginale pojawia się biełomor napchany gandzią, czyli „kosjak” albo jakiś jego synonim, uŜywać zwrotu „biełomor napchany gandzią”, bo czytelnicy by go wyśmia- li. Tak, tak, śmialibyście się ze mnie jak z debila, nie wypierajcie się teraz. Dlatego przetłumaczyłem tę ksiąŜkę tak, jakby jej boha- terowie palili zwyczajne skręty, dla waszego dobra to zrobiłem i teraz mogę się z was śmiać, debile. Boris Griebienszczikow, GraŜdanskaja Oborona - krótko mówiąc, trzeba powiedzieć, Ŝe to dwoje kultowych, ale i zupełnie odmiennych, innymi drogami idących wykonawców rosyjskiego rocka. Griebienszczikow, zwany Griebieniem, to taki rosyjski Hoł- dys, a Letow to taki rosyjski Robi Goldrocker, jasne? Nie? No to trzeba, wiadomka. A moŜe znacie przynajmniej ten mój wiersz z osiemdziesiątego dziewiątego roku, w którym na- pisałem: „Lennon śpiewa, Ŝe nie wierzy / ani w tarota, ani w Hi- tlera, ani w Babę, ani w Gitę, ani w Presleya, / ani w Jezusa, ani w I Ching, ani w Beatlesów, ani w Kennedy ego, / ani w magię, ani w Zimmermana, ani w mantry, / tylko w Yoko i siebie. / Na drugiej stronie kasety mam nagrane sowieckie reggae: / Wawi- łon eto sostajanije uma, poniał ty ili niet?”? No widzicie, juŜ wtedy słuchałem „Akwarium” Griebienszczikowa, zresztą nie ma się czym chwalić. On taki, tego, nie to, Ŝeby wiecie, totalny lewus albo coś, co to, to nie, no ale z drugiej strony – wiadomka. Jak napisał kiedyś S. Guriew w „KontrKultUrze”: „Promienny rocker w pełnej harmonii ze światem to łatwy łgarz - jak Borys Griebienszczikow, ta świetlista fontanna fałszywego świata, metafizyczne ananasy w szampanie”. Co prawda, to prawda. Ale przecieŜ była teŜ „GraŜ- danskaja Oborona”, ostra kapela punkowa załoŜona przez Jegora Letowa w osiemdziesiątym czwartym roku, metafizyczne papryki w denaturacie! Kiedy Griebienszczikow zbierał brawka, Letow za swoje piosenki trzy miechy jechał w wariatkowie na haloperido- lu. Kiedy Griebień rzępolił w najlepszych studiach nagraniowych, „GraŜdanskaja...” nagrywała w „studiu” na chacie u Letowa. Pięć totalnie pojechanych płyt w samym tylko 1987 roku! Potem Leto- wowi włączyły się haloperidolowe flashbacki i wkręcił sie w polity- kę, i to narodowo-bolszewicką, potem przyszedł XXI wiek, a potem Jegor Letow umarł. Trochę za duŜo pił, to trzeba przyznać, ale Ŝe- by tak od razu umierać? Był to super gościu, więc popatrzcie 55
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rastamańskie baśnie ludowe. Szara książka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: