Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00479 008143 10737007 na godz. na dobę w sumie
Reminiscencje - ebook/pdf
Reminiscencje - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3652-2722-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-35%), audiobook).
Krótkie historie obyczajowe. Historie podpatrzone, realistyczne i bez happy endu. Życie płata figle jednostce w większym skupisku. Kiedy już się wydaje, że udało nam się osiągnąć stabilizację, nagle otrzymujemy cios, w wyniku którego cofamy się w swoich dążeniach prawie do początku.
Autorka jest dobrym obserwatorem, widzi szczegóły jednostki, wyłuskując historie ludzkie na tle jakiejś społeczności. Człowiek potrzebuje stada i otaczającej go społeczności, ale nie zawsze ta ostatnia jest w stanie zaoferować godne życie. W efekcie, okazuje się, że człowiek jest zawsze samotny ze swoimi problemami, marzeniami i myślami nawet w największym tłumie. Nie potrafi wyjść i zamanifestować swojej samotności, by poszukać pomocy w społeczeństwie, które nie toleruje inności. Inność właśnie jest tu istotnym elementem.
Wszystkie historie spaja osoba Zofii. Społeczeństwo w tych opowiadaniach jest małe liczbowo, niewielka miejscowość. Zofię dotknęło wykluczenie na margines przez redukcję etatów w szkole, w której uczyła. Okazuje się jednak, że nie ona jedna boryka się ze swoimi emocjami i umiejętnością dostosowania do nowej sytuacji.
 
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Zapach porannej świeżości dyskretnie wdarł się do sypialni starej kamienicy przy ulicy Podgórnej, leniwie podnosząc z łóżka postać odurzonej odpływającym snem dziewczyny. Chorowała od kilku dni, zatem z chwilą przebudzenia się mogła natychmiast zapaść w stan fizycznej hibernacji na jawie. Ach, jak cudownie było nie opuszczać wąskich granic łóżka! Wstać tylko po to, żeby tryumfująco wzgardzić wszelką koniecznością działania i zamanifestować to czterem ścianom pokoju — jedynym świadkom przejawów jej życia. Nikt nigdzie jej nie oczekiwał, nic nie wymagało jej fizycznej obecności, nie był przewidziany dla niej żaden odcinek czasu. Mogła kapryśnie rozpłynąć się w tej porannej świeżości i nikt nie zauważyłby dematerializacji: Kosze oliwek i cytryn nieśli przekupnie na głowach. Informację pani dyrektor o zakończeniu ośmioletniej współpracy Zofia zniosła całkiem nieźle, jak na spodziewaną traumę przystało. Zda się teczkę opiekuna samorządu uczniowskiego, wychowawstwo przekaże koleżance wraz z niezbędnymi informacjami o uczniach, opróżni się szafkę, wyniesie się ze szkoły karton z książkami i system będzie płynnie działał dalej. Ktoś inny wypełni szafkę swoimi wolumenami i opowie młodym ludziom historię Wokulskiego i Łęckiej. Może i lepiej, bo Zofia — wbrew założeniom programu — częściej rozumiała Łęcką niż poczciwego Stacha. Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy — oto uświęcona literackim pomnikiem demonstracyjna poza mężczyzny, który nie mógł kupić wybranej przez siebie zabawki, choć stać go na nią było. W dodatku lalka, w której formę bezceremonialnie wpisał obiekt swych starczych gwałtownych porywów, miała defekt, bo nie pozwoliła pociągać się za sznurki. Pomyśleć, że pieniądze przeznaczone na naprawę mechanizmu sterowniczego mogły stworzyć raj na ziemi takiej Stawskiej. Poczciwina zasłużyła na niego swoją cichą wytrwałością we wzdychaniu. Przewzdychaliby resztę życia wspólnie i żadne z nich nie musiałoby roztkliwiać się nad swoją samotnością. Tymczasem Łęcka szukałaby swego Apolla dalej, odkrywając nowe przestrzenie iluzorycznego świata, prawdziwie uwrażliwiającego ją na dostrzeganie piękna realnego. Wśród zwykłych śmiertelników musi istnieć ktoś, kto potrafi autentycznie zachwycić się… Tak, bez szkoły było jej dobrze. Bez pracy gorzej. Jednak wiedziała, że tylko zachowanie wewnętrznego spokoju pozwoli jej nie spanikować. W krótkim czasie opanowała sztukę emocjonalnej nirwany do perfekcji. Czasem tylko spłycony oddech hamował beztroskie nasycanie się letnim powietrzem, a słońce drażniło swoją jasnością przenikającą tajemnice brudnych podwórek w powojennej dzielnicy. Woń płynąca z przydomowych ogródków — genialnie ukrytych przed gwarem ulicy i przechodniami — każdego dnia zdawała się wlewać na nowo w dusze swoich zapomnianych przez świat władców życiodajny eliksir. Emerytowani byli robotnicy miejscowych byłych fabryk nie potrzebowali już tej energii. Ich codzienne czynności sprowadzały się do przemieszczenia się z przypisanego ich ślepym losem piętra kamienicy w centrum wydzielonego we wspólnej przestrzeni ogródka, następnie wielogodzinnego wpatrywania się w przestrzeń. Po tych wybitnie realistycznych refleksjach z pierwszych chwil po przebudzeniu, przypomniała sobie piękny sen, który — wraz z otwarciem oczu — powoli wydostawał się z zakamarków podświadomości. Powracał w ostatnim czasie wyjątkowo natrętnie. Zofia wiedziała, że reprezentuje on tandetną i wyświechtaną symbolikę, mimo to uwielbiała wtapiać się w powstający przed oczyma obraz: Za jej plecami słychać było bulgotanie gęstego bagna, dźwięk ten był złowrogi i trwożący. Wywoływał w jej duszy poczucie zagubienia, jakiego często doznawała, będąc małą dziewczynką z budzącą się świadomością istnienia. Tym razem udało się jej ogromnym wysiłkiem wydostać ze złowrogiej otchłani i z poczuciem ulgi pomknąć przed siebie. Postanowiła jednak stanąć nad brzegiem, by raz jeszcze ogarnąć wzrokiem nieprzyjazny teren. Przypomniała sobie wówczas historię żony Lota — zaczęła rozumieć jej kobiecą ciekawość. Człowiek nie lubi dźwigać na swoich plecach niewiadomego. Odwróciwszy się przez lewe ramię, nie zamieniła się w słup soli. W jej ciele pojawiła się ekstatyczna energia każąca jej iść. I szła przed siebie, a stopy zaczynały stąpać lekko i radośnie po ciepłym piasku. Odgłosy poruszającego się leniwie bagna stawały się coraz mniej groźne, zagłuszyła je radosna cisza, od której odbijała się niezwykła jasność rozpromieniająca nagie ciało Zofii. Czuła każdy swój ruch, ale najbardziej — muśnięcie zmęczoną powieką, która w chwili opadania przywracała na czas okamgnienia obraz ponurego bagna, by rozstać się z nim na ten magiczny moment rozkosznego ubezwłasnowolnienia. — Człowiek po prostu musi wydostać się z bagna o własnych siłach, to zaprogramowany instynkt, silniejszy od bezradności. Uśmiechnęła się do siebie resztkami świadomości. „Freud pokiwałby ironicznie głową na myśl o moim odkrywczym wzruszeniu tak banalną interpretacją. Było w jej życiu wiele chwil pełnodusznego uniesienia i naiwnej radości. Umiała wtapiać się w świat i czuć oddech ziemi, błądząc po kolorowych krainach prowincjonalnego odłamka jej rzeczywistości. W czasach liceum chodziła z Olgą okolicznymi polami na długie spacery. Z zielonych i uzbożonych złotem połaci kradła w dzieciństwie truskawki; wmawiając sobie wraz z innymi dzieciakami, że pola te na pewno są opuszczone i bezpańskie. Były zaniedbane i ubogo obsadzone, ale bogate w dziewczęce zwierzenia. Odwiedzała je regularnie. W tamtym czasie z nikim tak dobrze jej się nie rozmawiało, jak z Olgą. Olga nie pytała, jak minął w szkole dzień, ile razy udało się klasie wyprowadzić panią X z równowagi lub z jakim prawdopodobieństwem nieprzypadkowości pan Y przeszedł obok jej rozdygotanego ciała. O tym mówili wszyscy, ale spragnionym metafizyczności polom należało się więcej. Olga wolała wiedzieć, o czym Zofia myślała, wracając do domu z nieobecną głową umęczoną schematycznym zinterpretowaniem „Powrotu konsula” przez polonistkę. Próbowała zgadywać, w jakim koleżanka była nastroju i co go wywołało, o czym marzyła, gdy stawała się myślowo i werbalnie niedostępna. Z perspektywy czasu Zofia zaczęła postrzegać te dyskusje wśród butwiejących ziemniaków i karłowatych truskawek jako pielgrzymowanie do wnętrza refleksyjnie usposobionej duszy, której tajemniczą zawartość wspólnie z Olgą wówczas odkrywały. Deszcz zaskoczył je kiedyś w najmniej oczekiwanym momencie spaceru, gdy były zbyt daleko, by wrócić do domu, a w pobliżu nie znajdował się ani jeden daszek, pod którym można by znaleźć schronienie. Śmiały się diabelsko, topiąc buty w gęstej błotnistej kałuży zapomnianej ziemi i wyliczając najszczęśliwsze chwile życia. Poraziło je wówczas to, że radosnych momentów było wiele, a wyrastały one z najpospolitszych wspomnień. Te dość rewolucyjne spostrzeżenia dwóch młodych, jeszcze niepełnoletnich dziewczyn, które snuły wizje cudownej przyszłości i światowych podróży, w jednej chwili sprawiły, że deszcz wydał się im eksplozją radości i nadziei. Postanowiły wtedy, że za wszelką cenę będą w życiu szczęśliwe. Podobnego uczucia doznała Zofia teraz, po latach, budząc się ze snu. Pokonanie bagnistej otchłani niosło obietnicę lepszego życia, la vita nova, które miało zbliżyć ją do metafizycznej głębi odczuwanej niekiedy przez jej zniewoloną koniecznością tkwienia w codzienności duszę. Zapragnęła iść. Najpierw w stronę okna. Po raz pierwszy od dawna usłyszała śpiew ptaków w ogrodzie. Łagodny uśmiech po wielu tygodniach pojawił się na jej twarzy, odbijając się w mętnej szybie niczym przyjazny duch. I chociaż nadal nie czuła więzi ze swoim odbiciem, nie bała się już o siebie. Przez całe życie nosiła w swej głowie ten karykaturalny i groteskowy obraz własnej osoby, który nigdy nie pozwolił jej uwolnić się z ciasnej klatki obsianej autoobrzydzeniem. Ciało, dusza, myśli — wszystko to było w Zofii dziwnie niespójne, wewnętrznie sprzeczne i niedopasowane. Dopiero we śnie, przy próbie wyjścia z bagna, znalazło wspólny mianownik w postaci chęci wykonania za wszelką cenę ruchu przynoszącego ulgę. Zofia poczuła się na tyle silna, by wyjść z domu. Przez osiem lat każdego dnia wychodziła o 7:08 na ulicę, wprawiając niedospane jeszcze ciało w jednostajny ruch, który w ciągu 40 minut miał doprowadzić ją do budynku szkoły. Pracowała tam jako najdzielniejszy z Don Kichotów, poświęcając dorastającym ludziom swój cenny ziemski czas. Nie lubiła spotkań z nimi, bo w milczeniu udawali chęć uczenia się od niej, nie oferując — choćby przypadkiem — usługi wymiennej. Czas to bywał zwykle smutny i stracony, ubrany w systematycznie odradzające się złudne nadzieje na jakiś cudowny przełom. Nigdy nie nadszedł. Ale owe nadzieje wystarczały do wypchnięcia jej rano z domu, pomimo noszonego w sercu oporu. Wahania i poczucie bezsensu dydaktycznej misji nie przeszkodziły Zofii być dobrym nauczycielem. Ważniejsze jednak stało się to, że zarabiała na prąd do podczytywania książek w nocy, gaz do przygotowywania pożywienia w dzień oraz na druczek, którego złożenie na poczcie pozwalało przebywać w zbutwiałej przestrzeni zapomnianej kamienicy niezależnie od pory dnia przez najbliższy miesiąc. I żyła tak przez osiem długich lat, które chytrze odbierały jej urodę, młodość, dawnych przyjaciół i zaangażowanie w byt podniebny. Nie tak miało wyglądać jej życie. Mimo to, gdy pani dyrektor wręczyła jej do podpisu tekst wypowiedzenia, poczucie klęski natychmiast wypełniło gabinet gęstym wirem cuchnącego tanim freudyzmem bagna. Znów na chwilę w nim ugrzęzła. Zdrętwiała, składając podpis. System wypluł Zofię bezlitośnie, z dala od zgiełku świata czy empatycznych spojrzeń koleżanek. Szybko i bez ceregieli. Diagnoza była jednoznaczna — po prostu zabrakło dla Zofii dusz w demografii. „Dziękujemy, powodzenia, do widzenia”. Leczyć proszę się na koszt własny. I nastały dni głębokiego snu. Cisza wypełniła zarówno pokój kamienicy przy ulicy Podgórnej, jak również wewnętrzny żywot duszy Zofii. Smak doznanej ulgi stanowił nowe źródło zmysłowych doznań. Nie tęskniła. Nie buntowała się. Spała i obojętniała. Jedynie nieopróżniony z zawartości szkolnych pomocy karton przypominał o bitwie, jaka niedawno rozegrała się między Don Kichotem a przyrostem naturalnym. Ale i on z czasem wykrzywiał się bezkształtnie pod ciężarem opasłych tomisk. Są sejsmiczne uniesienia w duszy człowieka, dzięki którym zaczyna on pojmować swój upadek. Ale wcześniej musi ze wstydem obnażyć się sam przed sobą. Rzadko spotyka się gorszy wymiar wstydu. Odruchowo zaciska się wtedy powieki i splątuje je mocno rzęsami w strachu przed najwęższą choćby strużką światła, która mogłaby rozerwać je w destrukcyjnej misji. Trzeba wtedy prędko działać! Należy szeroko otworzyć oczy i wystrzelić w lustro pocisk heroicznego spojrzenia przyjaźni. Należy zawładnąć widokiem w lustrze. Wówczas wyłoni się z niego delikatna ręka, która cicho poda probówkę ze świeżym tlenem, rozchyli wargi i wleje jej zawartość w otchłań obrażonych na siebie członków ciała. Krystaliczna substancja natychmiast odrodzi podwiędłą fizjonomię, przywracając związek między cielesnością a rozmytym duchem. Podlana życiodajnym nawozem dusza zacznie rozumieć… Zofia podeszła do lustra. Zrozumiała, że czas uśmiechnąć się do świata.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Reminiscencje
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: