Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00336 009526 15553248 na godz. na dobę w sumie
Reporter Diabła - ebook/pdf
Reporter Diabła - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 344
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-923606-6-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> słowniki
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Armia niemiecka jako pierwsza na świecie wprowadziła do swoich szeregów nowe oddziały – Kompanie Propagandy. Wcielenie do wojska pisarzy, reporterów radiowych i prasowych, fotoreporterów, rysowników oraz kamerzystów miało ukrócić “dziką” sprawozdawczość wojenną znaną z lat 1914-1918, która często wbrew władzom pokazywała okrucieństwa wojny, czego skutkiem było zniechęcenie społeczeństwa do wojny. Zamiast tego wszystkie gazety, czasopisma, radia i kroniki filmowe miały zostać włączone do systemu propagandy III Rzeszy zbudowanego przez de Josefa Goebbelsa. Członkowie oddziałów PK służyli na wszystkich frontach walk armii niemieckiej.Georg Schmidt-Scheeder był fotoreporterem w oddziałach PK od samego ich powstania. Jego szlak bojowy prowadził przez Polskę, Belgię, Francję, Rozję, Węgry i zakończył się wraz z upadkiem III Rzeszy w Niemczech.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział Trzeci 1 OFENSYWA NA ZACHODZIE. PONTONAMI PRZEZ MOZĘ. SFOTOGRAFOWANA ŚMIERĆ. HILDEBRAND I HADUBRAND. Sztab dywizji znajdował się w Xanten. Nasz nowiuteńki Mercedes 170 V toczył się powoli wąskimi ulicz- kami rozmarzonego, malutkiego miasteczka, prowadzony przez podoficera Neidharta, wzoru Prusaka z błyszczącymi srebrnymi splotkami. Odniosłem wrażenie, że wszyscy się za nami oglądają. Najwspanialsze było teraz z nami Tammo i jako dowódca oddziału siedział z przodu, po prawej stronie w samochodzie. to, że zamiast Toniego był jednak Na początku wojny został powołany pomyłkowo wskutek zamieszania do piechoty i podczas kampanii polskiej służył jako strzelec karabinu maszy- nowego. Dopiero przy podziale Kompanii Propagandy, kiedy potrzebowano więcej reporterów, wyciągnięto go z tej doliny. Ależ to była radość, kiedy nagle stanął przede mną! Już nie wiem, ile razy klepaliśmy się nawzajem po plecach. I ile półlitrówek przechyliliśmy z okazji naszych świeżo zawartych „zaślubin reporterskich”! – Pamiętasz jeszcze – przypomniało mi się – pamiętasz, jak musieliśmy u Pioruna ćwiczyć to szybkie wysiadanie i wsiadanie? I jak za każdym razem opadał nam hełm na nos?! To było dokładnie rok temu! Od tego maja..! – Morda w kubeł! – warknął cicho Tammo i uśmiechnął się do mnie ponad oparciem siedzenia w samochodzie. Przed domem, gdzie zakwaterowany był oficer Ic, kazaliśmy Neidhartowi zatrzymać się i wysiedliśmy spokojnie. W pokoju służbowym siedział mały, starszy podoficer. Kiedy usłyszał słowa „korespondenci wojenni”, zrobił głupią minę. Prawdopodobnie byliśmy pierwszymi, którzy dotarli do tej dywizji. Z uśmieszkiem na twarzy poszedł w końcu do pokoju obok – do miejsca najświętszego, do swojego szefa. Słyszeliśmy przez otwarte drzwi, jak kapitan wstał i szedł w naszym kierunku. Kiedy nas jednak zobaczył i stwierdził, że jesteśmy tylko dwójką 82 Reporter Diabła zwykłych szeregowców, zawrócił szybko, usiadł za swoim biurkiem i od niechcenia mierzył nas przez swój monokl. – Więc zostaliście przydzieleni do mnie jako korespondenci wojenni – mówił przez nos. Dostaliście już kwaterę? – Nie, panie kapitanie – odpowiedział Tammo – Dopiero co przyjechaliśmy. – No, to każcie sobie potem dać jakąś kwaterę prywatną. Załatwi to mój podoficer. Ilu was właściwie jest? – Czterech, panie kapitanie: jeden podoficer i trzech szeregowców! – Co, eee? Co mówicie? Podoficer? A gdzie on jest? – Siedzi w samochodzie przed budynkiem, panie kapitanie. – A, eee, dlaczego nie melduje się u mnie podoficer? – On jest tylko naszym kierowcą, panie kapitanie! – Eee... Tego pierwszego dnia kapitan nie miał więcej pytań... No to byliśmy na Zachodzie, w poczciwym, czyściutkim miasteczku z brukiem i tradycją. Każdy żołnierz miał swoje stałe wejścia „na piękne oczy”, a w niedzielne przedpołudnie chodziło się nawet razem grzecznie do kościoła. Jedynym zmartwieniem było prawdopodobnie tylko to, że pewnego dnia wszystko się może skończyć i wszyscy będą musieli wracać do domu. Nikt nie myślał już o wojnie. O Wale Zachodnim słyszało się pocieszne historie. Francuzi strzelali wprawdzie codziennie swoją ciężką artylerią, ale zawsze dokładnie w to samo miejsce na otwartym terenie. I zawsze o tej samej porze. To interludium używano do nastawiania zegarków. Jednak któregoś wieczoru w tym małym miasteczku spokój się skończył. Coś wisiało w powietrzu. Żołnierze z tornistrami wyładowanymi tobołkami z bielizną w ręce biegli na miejsce zbiórki. Łącznicy na motocyklach gnali w tę i z powrotem. Co się działo? Czyżby Francuzi jednak zaatakowali? Nie. Wszystkie wiadomości, które do nas docierały, mówiły, że z przodu jest spokojnie jak zawsze. Tammo był w sztabie dywizji. Najnowsze hasło brzmiało: należy prze- prowadzić ćwiczenia nocne. Ćwiczenia nocne! Prawdopodobnie, aby wybu- dzić zmęczonych żołnierzy z ich snu śpiącej królewny. Jednak wszystko nale- żało zabrać ze sobą. Wszystko! Wszyscy byli poruszeni, szeregowcy i oficerowie. 83 Reporter Diabła Czyżby planowano przeniesienie sztabu? Na miłość boską, to by było straszne! Tak pięknie się już tu zadomowiliśmy, nawiązaliśmy kontakty, aby zaspokoić wszystkie potrzeby, mieliśmy swoje dobre kwatery. I mielibyśmy zaczynać wszystko od nowa, kilka kilometrów dalej, na nowo ustalać wejścia „na piękne oczy”? Po co to niepotrzebne obciążenie? Dlaczego nie zostawią wszystkiego tak jak jest? A wojna? No tak, przecież znajdowaliśmy się z Francją w „stanie wojny” i to przecież wystarczy! Francuzi wiecej niczego nie chcieli. I my też nie. Prawdziwa walka? Z ostra amunicją? Bzdura! Może z powodu Polski? Przecież już dawno została podzielona między Rosję i Niemcy. Już przecież w ogóle nie istniała. Czyli zostawała tylko jedna możliwość: ćwiczenia nocne – a potem z powrotem do starych, dobrych kwater! Z zapadnięciem zmroku ulicami jechały pierwsze kolumny pojazdów. O północy wyruszył również sztab dywizji. Włączyliśmy się do szeregu za samochodem kapitana Ic – jako jeden z wielu małych punkcików w niekończącym się szeregu pojazdów, które z przyciemnionymi światłami poruszały się przez noc. Godzina za godziną mijały w powolnym toczeniu się i drzemaniu. Gdzie właściwie byliśmy? W jakim kierunku jechaliśmy? W kółko? Zatrzymaliśmy się gdzieś. Pojazdy zjechały na skraj lasu i zostały starannie zamaskowane. Wysiedliśmy i rozprostowaliśmy nogi. Przeszył nas chłód nocy. Postawiłem kołnierz mojego płaszcza, pobiegłem do sąsiednich samo- chodów i zacząłem wypytywać kierowców. Ale nikt nie wiedział nic nowego. Neidhart, nasz kierowca–podoficer, położył na samochodzie brzozowe gałęzie. Walterchen zsiadł ze swojego motoru i podszedł do nas. Staliśmy blisko siebie i paliliśmy papierosy. – Jak myślicie – powiedział Neidhart – zaczyna się? Zaproponował nam, abyśmy mówili do siebie na „ty”, jeśli nie ma w pobliżu oficera. Walterchen zrobił zamyśloną minę. – Kiedy myślę o wojnie 1914–18, mój Boże! Czego mi ojciec nie naopowiadał! Miotacze ognia! Czołgi! Gazy trujące! Ogień zaporowy! Jako dziecko widziałem nawet raz film: „Bitwa nad Sommą”. Kobiety mdlały i musiały zostać z niego wyniesione... – Rany boskie! Ale gówniarz z ciebie! – powiedział Neidhart – Pokażmy wreszcie Francuzom! Jeśli sami tego chcą – Żabojady i Angole! Zakasujemy ich wszystkich razem! Paliliśmy i milczeliśmy. Na wschodzie pełzało pierwsze światło budzącego się dnia. 84 Reporter Diabła – Słyszycie? – powiedział Walterchen i nadsłuchując uniósł głowę – ptaki Najpierw tylko kilka ćwierkało ospale. Wkrótce świergotało już wszędzie Niebo jaśniało na żółto i czerwono. Zapowiadał się piękny wiosenny się budzą! w całym lesie. dzień. Nagle się zaniepokoiłem. – Tam! Samoloty! Wysoko w słońcu zamigały małe punkciki. – I tam! I tam! – krzyczeli wszyscy kilka sekund później – Bombowce! Niemieckie bombowce! Cały szwadron! Potem znowu było cicho. W skupieniu staliśmy na dukcie ze wzro- kiem skierowanym w niebo i obserwowaliśmy widowisko nad nami. Warkot silników mieszał się cicho ze świergotem ptaków. – A więc jednak! – usłyszałem szepcącego Walterchen – a więc jednak... Krótko potem rozkazy rozdarły ciszę. Sznur pojazdów znowu ruszył. I już kilka minut później rozpoznaliśmy po złamanym szlabanie, który leżał w rowie, że przekroczyliśmy granicę! Byliśmy w Holandii! Zaczęła się kampania na Zachodzie! – Dołączcie do pułku przed nami! – zawołał do nas kapitan Ic – kompanie otrzymują w tej chwili rozkaz do ataku! Popędziliśmy samochodem i zaraz znaleźliśmy się w samym środku – na wojnie! dził za daleko. Neidhart w swojej nadgorliwości naszym szybkim samochodem popę- – Zwariowaliście?! – krzyczeli do nas żołnierze, którzy leżeli całkowicie ukryci w rowach. – Tu się będzie strzelać! Sami zdążyliśmy już to zauważyć. Kule świszczały przez nasz składany dach i zostawiały po sobie małe dziurki. Neidhart zatrzymał się ostro, że aż zapiszczały hamulce. Wyskoczyliśmy i rzuciliśmy się na ziemię. Widziałem jeszcze, jak Neidhart wrzucił wsteczny bieg i mocno dodał gazu. Przed nami szeroka aleja przecinała ulicę. – Ci bandyci siedzą na drzewach i strzelają do nas jak do zajęcy! – zawołał jeden, który czołgał się obok mnie. Nacisnąłem guzik z boku i przygotowałem Leicę, ustawiłem migawkę Wtem usłyszałem, jak ktoś z tyłu przysuwał się do mnie. Tammo! i przesłonę. 85 Reporter Diabła – Uważaj – powiedział – zaraz coś się zdarzy! Tam po prawej strzelec z karabinem maszynowym szykuje się do skoku! Obróciłem się. Cholera! Już świstało nad moją głową. Ale teraz i ja go zobaczyłem. Strzelec trzymający kurczowo swoją broń podciągnął kolana, przygotowywał się do skoku – do decydującego skoku. To, co wydarzyło się później, było kwestią kilku sekund. Jednym susem wyskoczył z rowu i po prostu rzucił się odważnie ze swoim karabinem maszy- nowym na środek drogi i już z lufy sypała się pierwsza seria strzałów. Poderwałem aparat do góry. Ten facet był odważny aż do zuchwalstwa! Wszystko postawił na jedną kartę! Jego pociski sycząc przeszywały korony drzew. Liście i gałęzie wirowały w powietrzu. Dla Holendrów jego atak, do tego z lepszą bronią, musiał być zaskocze- niem, ponieważ nie mieli nawet czasu wziąć go na celownik. Wraz z opada- jącym listowiem na aleję spadło bez życia kilka brązowych postaci. – Spadają jak dojrzałe śliwki! – wrzasnął ktoś przekrzykując odgłosy walki. psubraty... I nagle było po walce. Podczołgałem się do Tammo, który akurat się podnosił. Potrząsał głową. – Czy to nie było szalone ze strony Holendrów... żeby wchodzić na drzewa! Czyste samobójstwo! Milcząc przytaknąłem mu. Ale po chwili powiedziałem cicho: – Biedne Przyglądał mi się przez chwilę zdziwiony, ale nic więcej nie powiedział. Pięć minut później nikt nie myślał więcej o tym zajściu. Za drzewami mienił się soczystozielony brzeg porośnięty gdzieniegdzie krzewami czarnego bzu. A za nimi lśniła jasna wstęga Mozy. Sielankowy obraz... Jednak przyglądając się dokładniej zauważyliśmy na drugim brzegu kilka płaskich, czerwonobrązowych bunkrów: pierwsza linia obrony Holendrów! Na razie było jeszcze całkowicie cicho. Żaden strzał z tej czy drugiej strony nie zapowiadał czekającej nas walki. Ale nasza piechota przygotowy- wała się już wszędzie, cicho i niesamowicie. W rowie obok alei, która była położona wyżej i dawała dobrą ochronę przed przeciwnikiem, pojawili się saperzy z pontonami. Zwinnie i prawie bezszelestnie posuwali się naprzód, grupowali się, skakali przez drogę – grupa za grupą – i znikali bez śladu w zaroślach. Tammo leżał obok mnie i obserwował uważnie przygotowania do ataku. 86 Reporter Diabła – Nie pomyśl sobie teraz, że chcę pójść na łatwiznę – powiedział nagle – ale dla mnie będzie korzystniej pójść na to wzniesienie tam z tyłu po prawej, stamtąd będę mógł wszystko lepiej zobaczyć. Ty musisz być oczywiście bliżej – żeby fotografować. Podejrzewam, że będziesz się trzymał saperów. Zmarszczyłem czoło. – „Wzniesienie dowódcy”, co? – powiedziałem ironicznie. Rzeczywiście byłem trochę zaskoczony i faktycznie pomyślałem najpierw, że chce się wycofać. Muszę jednak od razu zaznaczyć: Tammo na pewno nie był tchórzem. Później miałem na to jeszcze dużo dowodów. Poza tym zasadniczo robił tylko to, co uważał za słuszne. Więc dyskusja z nim nie miałaby sensu. Jednak trochę rozczarowany patrzyłem wtedy jeszcze przez chwilę za nim, jak pochylony pędził przez rów. Potem przyłączyłem się do następnej grupy saperów i przeskoczyłem z nimi na drugą stronę drogi. Wszędzie w zaroślach panował ruch. Saperzy z purpurowymi twarzami czołgali się po łące od krzaka do krzaka i sapiąc ciągnęli ciężkie pontony. Podporucznik, który kierował grupami, zainteresował się mną. – Korespondent wojenny? Proszę się postarać, żeby się pan znalazł w jednym z pierwszych pontonów! Ale proszę się pospieszyć, zaraz się zacznie! Poczołgałem się do grupy na czele, która leżała w gotowości w cieniu krzaka czarnego bzu i czekała tylko na ostatni rozkaz. – Mam z wami popłynąć! – krzyknąłem do nich. Żołnierze przy pontonie odwrócili się zdziwieni. – Co chcesz? Mamy komplet! Podniosłem moją Leicę do góry. – Korespondent wojenny. Przysyła mnie podporucznik... – Podporucznik? – Spojrzeli na siebie, kręcą z niedowierzaniem głowami. – W pontonie nie ma centymetra wolnego miejsca – powiedział pierwszy z przodu. – Mamy ze sobą karabin maszynowy, a na środku leży ładunek wybuchowy i granaty ręczne. Jeden z nas musiałby zostać, ale kto? – Wy musicie to wiedzieć! – Umiesz w ogóle wiosłować? – spytał się znowu pierwszy. – Raz siedziałem w kajaku, ale właściwie nigdy w pontonie. Ale co to za różnica? – To w ogóle nie wchodzi w rachubę! – zawołali teraz wszyscy razem – początkujący na łodzi – teraz! To byłoby samobójstwo! Dla nas wszystkich! Rozumiałem ich. Byli zgraną drużyną, mieli dopracowany każdy ruch. I kto miałby teraz w ostatniej chwili zostać? Nawet, jeśli któryś by tego chciał. 87 Reporter Diabła Kilka metrów przede mną odkryłem małą nieckę i wczołgałem się do niej. Przykręciłem do aparatu teleobiektyw i obserwowałem żołnierzy pojedynczo przez wizjer. Nagle z bunkrów naprzeciwko zawyły pierwsze granaty. Wybuchy brzmiały głucho w miękkiej ziemi i wyrywały czarne dziury w zielonej jeszcze przed chwilą powierzchni. Fontanny błota wzbiły się do nieba. Brzęczały odłamki. Grudy ziemi leciały w powietrzu. Karabiny maszynowe terkotały, smagał ogień karabinowy. Holendrzy przejęli inicjatywę i rozpoczęli ogień obronny, zanim zaczęło się właściwe starcie. Przylgnąłem do ziemi. Ale nie spuszczałem grupy z oczu. Żołnierze leżeli płasko przy mocno napompowanym czarnym pontonie. Ich dłonie kurczowo trzymały linki nośne. Większość była zwrócona do pontonu. Jednak jednego mogłem jeszcze rozpoznać. Odwrócił głowę w moim kierunku. Jego twarz robiła wrażenie chłopięcej, prawie delikatnej – mimo wojennej scenerii. Wyrażała zdecydo- wanie, ale jego oczy migotały niespokojnie. Czy to strach? Strach przed tym, co się wydarzy teraz, w najbliższych minutach? Niezliczoną ilość razy ćwiczył na pewno podczas szkolenia: zerwać się na nogi z pontonem – dotrzeć biegiem do brzegu – wrzucić ponton na wodę – wiosłować ze schyloną głową poprzez nurt. Niezliczoną ilość razy pocił się przy tym i przeklinał. Ale tym razem nie będzie myślał o przeklinaniu. Tym razem jest na poważnie. Spojrzałem ponad aparatem. Nasze spojrzenia spotkały się. Chłopięca twarz próbowała uśmiechnąć się spod hełmu. Zbliżyłem aparat do czoła. Czy to był rzeczywiście uśmiech? Teraz jeszcze...? Miałem w wizjerze jego głowę wielką jak portret. – Do gazety! – krzyknąłem do niego. Skinął tylko głową. A ja spostrzegłem, że przez chwilę wyglądał na rozmarzonego. Może myślał o domu. Może myślał, co powiedzą, kiedy nagle zobaczą jego zdjęcie w gazecie: matka, przyjaciele, dziewczyna. O! Jest bohaterem! Jaka jestem z niego dumna! Myśli te przemknęły mi przez głowę jak błyskawica, a potem ujrzałem coś, co jeszcze długo po tej godzinie nie dawało mi spokoju. Młody saper odwrócił się ode mnie i skierował wzrok przed siebie. W każdej chwili mógł nadejść rozkaz ataku. 88 Reporter Diabła I wtedy na jego twarzy zaszła przemiana, którą rejestrowałem aparatem zdjęcie po zdjęciu. Jeszcze przed chwilą wpatrywał się z zaciśniętymi ustami i przymrużonymi oczami w rzekę, ale teraz, przy huku wybuchu, który uderzył ledwo pięć metrów od jego grupy i rozerwał ziemię, jego ciało prze- szył wstrząs. Dosłownie skurczył się w sobie, przycisnął mocno do ziemi. I kiedy potem gwałtownie podniósł głowę do góry, wtedy jakby z jego twarzy opadła maska: wytrzeszczał oczy, usta miał na pół otwarte, jakby łapał powie- trze, a na całej jego twarzy, którą widziałem w wizjerze, malował się strach, czysty śmiertelny strach. Mój palec mechanicznie zginał się na spuście i już aparat był ponownie naciągnięty – jeszcze jedno ujęcie – i jeszcze jedno... Byłem jak opętany, aby każdą fazę wyrazu jego twarzy uwiecznić na moim filmie. Wybuchy dudniły rytmicznie. Ziemia drżała pod gradem odłamków. Przez chwilę wydawało mi się nawet, jakby mój „model” chciał uciec – gdzie- kolwiek, byle dalej z tego piekła. Czy była to jego pierwsza akcja, jego chrzest bojowy? O tak, znałem go dobrze, ten śmiertelny strach – z Polski, kiedy podczas pierwszego ostrzału sam myślałem, że to już koniec. Tylko spokój, mój chłopcze, mógłbym do niego zawołać, to minie! Odwrócił głowę do tyłu, jego wzrok błądził wokół jakby w poszuki- waniu ratunku. Wtedy nadszedł rozkaz ataku. Działa obrony przeciwpancernej rozwrzeszczały się za nami. Na takie przedsięwzięcie była to skromna obrona ogniowa! Jak poderwani niewidzialną ręką, saperzy zerwali się na nogi, pociągnęli ze sobą ponton, popędzili przez łąkę – naprzód – naprzód – nie zważając na nieprzyjacielski ogień... Trzymam aparat przy twarzy – moi saperzy ciągle jeszcze wielcy w wizjerze – naciskam, naciągam, znowu naciskam, naciągam – każdy ruch odbywa się automatycznie – ma powstać cała seria z ataku – jak film... Jeszcze tylko kilka metrów dzieli grupę od rzeki i wtedy przeszywa mnie dreszcz – mój saper upada! Widzę, jak inni potykają się o niego, upadają na siebie, jak ponton nakrywa wszystkich – przez sekundy! Ale natychmiast się podnoszą, od nowa ciągną ponton, dociągają aż do brzegu, wrzucają z klapnięciem na wodę, wskakują do niego, pochylają się, wiosłując między fontannami wybuchów płyną przez rzekę... W ich pontonie brakuje jednego żołnierza. 89 Reporter Diabła Zamieram w mojej niecce. Sfotografowałem śmierć. Śmierć żołnierza. Młody saper z chłopięcą twarzą leży w trawie dwadzieścia kroków przede mną. Wkrótce pierwsze grupy docierają na środek rzeki. Głowy żołnierzy w pontonach są prawie niewidoczne, tak nisko się pochylili. Wystają tylko ich ramiona wiosłujące jak koła łopatkowe. Te pływające wory odznaczają się wyraźnie na tle rozświetlonej wody – jak tarcze! Ogień karabinów maszynowych Holendrów z bunkrów jest morderczy. Przesunąłem się jakieś dwadzieścia metrów do przodu, próbuję złapać w wizjerze leżące po drugiej stronie umocnienia. Wtem hałas walki rozdzierają piskliwe krzyki. Jeden ponton został trafiony, rozsiekany na strzępy. Widzę, jak żołnierze wskakują do wody, zrywają hełmy z głów i walczą z nurtem o życie, jak kilku uczepia się tonącej łodzi, inni podpływają do następnego pontonu, który niestety już także jest zalany. I dalej od strony bunkrów grzmi salwa za salwą, pociski trafiają celnie w kipiące piekło. Kilka naszych dział przeciwpancernych nie jest w stanie stłumić ognia obrony Holendrów. Widzę płynących saperów próbujących przypłynąć wrócić do naszego brzegu. Przede mną jeden ciężko ranny wczołguje się ostatnimi siłami na brzeg. Ale w tym samym momencie pierwsze pontony docierają na drugi brzeg, saperzy wyskakują, kryją się, podnoszą i nacierają. Wiele ładunków trafia w szczeliny bunkrów – podnoszą się szare chmury, chmury powybuchowe, które szybko rozdmuchuje wiatr. Inne grupy skradają się bliżej, aby zaata- kować bunkry od tyłu. Nie wiem, gdzie najpierw powinienem skierować mój obiektyw – na prze- mian strzelam zdjęcia drugiej stronie brzegu i tonącym na rzece pontonom. Potem nieprzyjacielski ogień słabnie trochę – i w tym samym momencie zauważam, że skończył mi się film. Muszę go zmienić. Wzdrygam się odruchowo, kiedy obok mnie spada gruda ziemi. To Tammo! – Coś ci się stało? – zawołał. Powoli wycofałem się z mojego ukrycia i przeskoczyłem do niego, do przydrożnego rowu. – Nie. Nic mi się nie stało. – powiedziałem tylko. – Musiałeś zrobić niezłe zdjęcia tam z przodu! 90 Reporter Diabła Milczałem i spoglądałem na rzekę. Jeszcze nie mogłem o tym mówić. Nagle ponad naszymi głowami zaświszczały ciężkie granaty lecące na drugi brzeg. – Są! Nasze ciężkie działa przeciwlotnicze! – powiedział Tammo z dumą w głosie. – Nareszcie strzelają! – Co znaczy „nareszcie”? – Posłuchaj! Kiedy stałem tam na moim „wzniesieniu dowódcy” – zaczął nerwowo – nagle przyleciał starszawy major i osobiście naprowadzał ciężkie działo przeciwlotnicze. Niestety, ciągnik co chwilę osuwał się na piasku, tak że drużyna daremnie trudziła się, żeby ustawić na pagórkowatym terenie to ciężkie działo kalibru 8,8 cm1. W każdym razie nie było jeszcze gotowe do strzału, kiedy nagle zobaczyliśmy, jak na dole saperzy wyskoczyli ze swoimi pontonami. Musiał byś widzieć starego! „Szaleństwo!” krzyczał, „to szaleń- stwo co oni tam robią! Kto dał rozkaz do ataku?!” Wrzeszczał tak, że tętnice nabrzmiały mu na szyi. Ale na dole oczywiście nikt nie mógł go usłyszeć. Odległość była za duża. Gdyby nasi saperzy wyskoczyli kilka minut później, nasze działko zdążyłoby zatkać włazy tym tam po drugiej stronie! I nie byłoby tylu strat w naszych. A tak, bez całkowitej obrony ogniowej, pierwsza fala trochę nie wyszła... Zrobił krótką przerwę. Potem sarkastycznie dodał: – Imponderabilia... Zdjąłem mój hełm i wytarłem pot. – Masz papierosa? – spytałem. Wyciągnął wymiętą paczkę R6 z kieszeni, wyszukał najmniej zgniecio- nego papierosa i podał mi go. – Ty drżysz – powiedział, kiedy podawał mi ogień – Co się dzieje? – Nic. – powiedziałem. Najpierw sam ze sobą musiałem dojść do ładu. Docierały do nas głuche detonacje znad rzeki. To saperzy wysadzili w powietrze bunkry. Wszystko otulał dym i kurz. Krótko potem nastąpiła całkowita cisza. Nasi sanitariusze zwozili ostat- nich rannych – na trafionym pontonie nie było, dzięki Bogu, zabitych. Walka o pierwszą linię obrony była zakończona. Holendrzy albo zostali wzięci do niewoli, albo wycofali się. Na końcu alei pojawiły się ciężkie ciągniki, ich wyjące silniki ponownie rozdarły ciszę: na pontonach nadciągali saperzy od budowania mostów. Machina wojenna ruszyła. Precyzyjnie jak w zegarku odbywało się to, co sztab generalny zaplanował przy stoliku z mapami. Niecałą godzinę 1 Chodzi o działo przeciwlotnicze Flak 18, którego Niemcy używali często do wsparcia piechoty ogniem bezpośrednim strzelając na wprost oraz do walki z czołgami lub umocnie- niami przeciwnika (przyp. red.). 91 Reporter Diabła później promy pontonowe już kursowały na Mozie i przewoziły na drugą stronę ciężkie działa. Przepłynęliśmy zaraz na pierwszym i rozglądaliśmy się. Prymitywne bunkry stały puste i spalone, żelazne drzwi były rozdarte wybuchami. Wszędzie leżały porozrzucane stalowe hełmy, maski gazowe, karabiny i menażki. Pomiędzy nimi na ziemi siedzieli jeńcy i spoglądali błędnym wzro- kiem na pilnujących ich niemieckich szeregowców. Tammo zatrzymał się i zlustrował ich spojrzeniem. – Hm – westchnął potem – a więc to oni, nasz „wróg”! Wydawało się, że rozmyśla nad czymś, a potem potrząsnął głową: – Właściwie szkoda. Czy nie są ludźmi, blisko z nami spokrewnionymi charakterem i sposobem bycia, mówiącymi prawie tym samym językiem co ja i ty, ludźmi, którzy nie mają powodu, aby prowadzić z nami wojnę?! Lekko zdziwiony podniosłem głowę. Nie znałem go od tej strony. On jednak kontynuował rozważania, bardziej jakby mówił do siebie niż do mnie: – To zawsze było tragedią Germanów – musieli walczyć przeciwko sobie. Jak Hildebrand i Hadubrand w starym eposie rycerskim – ojciec przeciwko synowi. Wysunął do przodu podbródek, spojrzał w słońce: – Jak to było? Jako sztubak musiałem kiedyś napisać o tym wypracowanie. Racja: młody Hadubrand nie chciał uwierzyć, że w pojedynku jego przeciwnikiem był jego własny ojciec, zgadza się? A ten nie miał innego wyboru, jak tylko walczyć i zabić własnego syna! Potrząsnął głową. – Tak było wtedy... A teraz? Ciągle to samo! Dzisiaj Hildebrandem jest być może holenderski producent sera albo hodowca tulipanów. A reński ślusarz Hadubrandem. Może nie od razu ojciec i syn, ale ta sama germańska krew... Chciałem mu jakoś przytaknąć, ale on machnął ręką: – Już dobrze, Żorż, czasami zjawiają się takie dziwne myśli. – Roześmiał się krótko, to był gorzki śmiech: – Żołnierz nie powinien za dużo myśleć, tylko wypełniać swoje obowiązki! No więc stary – dalej! Do roboty! Jeńcy słysząc jego śmiech podnieśli głowy. Milcząc patrzyli na nas niezbyt przyjaźnie. Tammo stanął, zawahał się. Potem pewnym krokiem podszedł do siedzących na ziemi: – Proszę panów – zaczął – mam nadzieję, że mnie panowie rozumieją, nie znam holenderskiego, ale nie śmiałem się z panów, w żadnym wypadku! Śmiałem się tylko z siebie samego – wskazał palcem na swoją pierś – Rozumiecie mnie? 92 Reporter Diabła Twarze większości Holendrów pozostały niewzruszone, ale dwóch jeńców siedzących najbliżej niego skinęło głowami uśmiechając się i wyko- nało uspokajający gest. A jeden z nich, gruby i łysy, powiedział nagle jasno i wyraźnie: – Ja – producent sera! Ty – porządny człowiek! Tammo otwarł buzię: – Do diaska! On wszystko rozumiał! Co ty na to, Żorż? Łysy uderzył się w uda i roześmiał się swobodnie. I zaraz dołączyli się wszyscy jego towarzysze i cała grupa śmiała się do nas. Tammo bez słowa sięgnął do kieszeni i rzucił im swoją do połowy pełną paczkę papierosów. Trzymający straż żołnierze spojrzeli się na nas zdziwieni, kiedy odcho- dziliśmy, lekko dotykając naszych hełmów. Kiedy wróciliśmy ponownie na drugi brzeg, automatycznie ciągnęło mnie do małej niecki, w której wcześniej leżałem. Tammo został przy promie, aby zrobić jeszcze notatki o różnych jednostkach i działach, a ja odnalazłem, niedaleko od miejsca gdzie poległ, mojego martwego sapera, który przez cały czas nie chciał wyjść mi z głowy. Leżał w cieniu krzaka czarnego bzu przykryty płachtą namiotową. Schyliłem się i uniosłem płótno. Chciałem go jeszcze raz zobaczyć. Twarz miał spokojną, niewzruszoną. Jakby uformowaną z wosku. Ktoś musiał zamknąć mu oczy. Mundur miał do połowy rozpięty. Na sznurze wisiał aluminiowy żeton rozpoznawczy2, którego dolna część została odła- mana. Nie mogłem znaleźć na nim żadnej rany, tylko w jednym kąciku ust widać było kroplę krwi. Spojrzałem na niego. Też jakiś młody Hadubrand, pomyślałem, zabity germańską ręką. Poległy w walce na polu chwały, będą mówić. Wielkie słowa! A przy tym ten młody chłopak na pewno nie widział jeszcze nigdy żadnego „wroga”, nigdy „błysku w oku przeciwnika”. Jakiś tam Holender nacisnął spust karabinu maszynowego nie wiedząc, kogo i czy w ogóle trafią kule. Może był to nawet producent sera z drugiej strony, który miał go teraz na sumieniu. Na sumieniu? Ach, przecież to jest w tej nowoczesnej wojnie zupełnie bez znaczenia. Co wie się dziś, w dobie techniki, o tym kto kogo zabija? To czysty przypadek! Szczęście albo pech – bohaterska śmierć na polu chwały! Właściwie to anonimowe zabijanie jest jeszcze bardziej bez sensu, jeszcze 2 Tzw. nieśmiertelnik; owalna blaszka z nacięciem pośrodku z wytłoczonym numerem żołnierza oraz jego imieniem i nazwiskiem. Po śmierci żołnierza należało odłamać połówkę w celu potwierdzenia zgonu (przyp. red.). 93 Reporter Diabła bardziej barbarzyńskie niż pojedynki naszych przodków w zamierzchłej przeszłości! Głos Tammo wyrwał mnie z zadumy. – Co ty tu robisz? Stał obok mnie, spoglądał zdziwiony na mnie i na zabitego. Potrzebowałem chwili, aby się pozbierać. Potem powiedziałem: – Tu, w moim aparacie mam go na zdjęciach – żywego! Godzinę temu uśmiechał się jeszcze do mnie w wizjerze! – No i? – Widziałem jak umierał – powiedziałem cicho – z atakującymi saperami. Chciałem zrobić cykl zdjęć o twarzy młodego żołnierza – przed atakiem – w ataku – i... Dusiło mnie w gardle. Tammo patrzył na mnie z boku trochę podejrzliwie: – I teraz chcesz pewnie zrobić ostatnie zdjęcie – jako zakończenie serii, co? Bohaterska śmierć i Przemienienie Pańskie? O tym – Bóg mi świadkiem – nie pomyślałem w ogóle. Nie czekając na moją odpowiedź mówił dalej: – Właściwie niezły pomysł! Ale z drugiej strony: kto chce to oglądać? Najmniej Ministerstwo Propagandy! Sam wiesz: martwi na zdjęciach są niepożądani – w każdym razie martwi Niemcy. Takie coś nie nadaje się do celów propagandowych! Milcząc opuściłem głowę. Oczywiście wiedziałem, że ma rację. Bezsensowne zużycie filmu powiedziano by jeszcze. Ale słowo „niepożą- dani” trafiło mnie w jakiś sposób. Więc taki także był Tammo: twardy i ściśle logiczny. Spojrzałem jeszcze raz na twarz trupa. Dobrze, że nie może tego słyszeć, pomyślałem. Co by na to odpowiedział? Czy zgodziłby się z tym, że jego wczesny koniec ozdobi się słowami „bohaterska śmierć” unikając jednak z pewnych względów pokazania rzeczywistości ujętej na zdjęciu? Ale martwy żołnierz nie odpowiedział. Tammo chwycił mnie za ramię. – Chodź, wiem, co myślisz. Ale nie ma sensu nad tym rozmyślać. C’est la guerre! Mamy inne zadania. Patrz, prze- prawiają właśnie kilka cięższych dział przez rzekę, takich kolosów jeszcze nie widziałem – super armaty! To będą zdjęcia! Przytaknąłem. – Masz rację, Tammo. – powiedziałem, schyliłem się i ostrożnie przykryłem martwego. Potem wróciliśmy razem nad brzeg rzeki i sfotografowałem „super wielkie armaty”. 94 Reporter Diabła
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Reporter Diabła
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: