Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00344 007056 14486373 na godz. na dobę w sumie
Rezydencja na skale  - ebook/pdf
Rezydencja na skale - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8299-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kiedy Lucy poznała i pokochała Khaleda, był gwiazdą sportu. Uwielbiali go zarówno kibice, jak i piękne kobiety. Jednak dopiero gdy zniknął bez słowa wyjaśnienia, uświadomiła sobie, jak wiele ich dzieliło. Ona wychowywała się w skromnych warunkach. On od dziecka przywykł do luksusu należnego następcy tronu. Po czterech latach Lucy wciąż pamięta wstyd i upokorzenie, jakich doznała, gdy Khaled złamał jej serce. Mimo to wyrusza w podróż, by porozmawiać z byłym kochankiem i ostatecznie zamknąć ten rozdział życia...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Kate Hewitt Rezydencja na skale Tłumaczyła Halina Kilińska Tytuł oryginału: The Sheikh’s Love-Child Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2009 Redaktor serii: Małgorzata Pogoda Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga Korekta: Krystyna Cholewa ã 2009 by Harlequin Books SA ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Z˙ycie są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8299-2 ŚWIATOWE Z˙YCIE –323 PROLOG Bardzo mi przykro. Zdanie to jeszcze wciąz˙ brzmiało w uszach, chociaz˙ człowiek, który je wypowiedział, juz˙ wyszedł. Bardzo mi przykro. W głosie chirurga była nuta współczucia, nawet litości, a pacjent klął w duchu, poniewaz˙ ogarnęła go bezsilna wściekłość. Był unieruchomiony, więc mógł jedynie patrzeć na drzwi, które zamknęły się za leka- rzem. Khaled El Farrar został sam ze zmiaz˙dz˙onym kolanem, zwichniętą karierą sportowca i pięknymi marzeniami, które nigdy się nie spełnią. Nie musiał oglądać zdjęcia rentgenowskiego ani karty choroby, poniewaz˙ okrutną diagnozę dosłownie czuł w kościach. Niespodziewanie stał się wrakiem. Za oknem płynęły cięz˙kie szare chmury zasłaniają- ce widok na miasto. Królewicz odwrócił wzrok od okna i mocno zacisnął pięści, bo przeszył go ostry ból. Nie brał środków przeciwbólowych, poniewaz˙ chciał wiedzieć, co się z nim dzieje i z czym będzie musiał radzić sobie do końca z˙ycia. Nic juz˙ nie moz˙na zrobić. Z˙adna operacja ani intensywna rehabilitacja nie naprawi zniszczonego kolana, nie umoz˙liwi gry w rugby. W wieku dwudziestu ośmiu lat Khaled El Farrar usłyszał wyrok skazujący. 6 KATE HEWITT Rozległo się delikatne pukanie i przez uchylone drzwi zajrzał Erik Chandler. – Moz˙na? Nie czekając na odpowiedź, wszedł i zamknął drzwi. – Czego się dowiedziałeś? – wycedził Khaled przez zaciśnięte zęby. – Lekarz powiedział mi mniej więcej, jaki jest twój stan. – Nie ma z˙adnego ,,więcej’’ – warknął chory. – Mocno boli? – spytał Erik. – Bardziej cierpię z tego powodu, z˙e juz˙ nigdy nie zagram w rugby. Nigdy nie... Urwał, poniewaz˙ nie był w stanie głośno wyrazić obaw. Dokończenie zdania oznaczałoby przyznanie się do poraz˙ki. Erik milczał. Khaled był wdzięczny przyjacielowi, z˙e nic nie mówi. Co tu powiedzieć? Słowa nie pomogą, nic nie zmienią. Nie ma ratunku. Nic nie naprawi kolana, nie przy- wróci zdrowia i sprawności. Przyjaciele dość długo milczeli. W ciszy słychać było jedynie urywany oddech chorego. Wreszcie ode- zwał się Erik. – Co z Lucy? Imię to wywołało wspomnienia, przed którymi cho- ry się bronił. Pomyślał, z˙e piękna dziewczyna nie potrzebuje kaleki, i zalała go fala goryczy. Odwrócił głowę, aby Erik nie zauwaz˙ył jego cierpienia. – Co z Lucy? – powtórzył obojętnym, zimnym tonem. Erik popatrzył na niego zaskoczony. REZYDENCJA NA SKALE 7 – Chciałaby cię odwiedzić. – Z˙eby zobaczyć mnie w takim stanie? Lepiej niech nie przychodzi. – Martwi się o ciebie. Khaled pokręcił głową. Lucy lubiła go, moz˙e nawet kochała, lecz nie będzie kochać takiego, jakim jest teraz. Mocniej zacisnął pięści. – Ty chyba tez˙ się martwisz, a niepotrzebnie – rzekł chłodno. Wszystko go bolało, od zniszczonego kolana po krwawiące serce. Trudno wytrzymać tyle bólu fizycz- nego i psychicznego. – Co łączy cię z Lucy? – syknął, chociaz˙ wiedział, z˙e nie ma prawa pytać. – Nic – odparł Erik spokojnie. – Waz˙niejsze, czym ona jest dla ciebie. Khaled odwrócił głowę i niewidzącym wzrokiem patrzył za okno. I tak niewiele mógłby zobaczyć, bo gęsta mgła zasłaniała widok. Zamknął oczy i ujrzał Lucy, jej bujne włosy, piękne oczy, ujmujący uśmiech. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, coś w nim drgnęło, miał wraz˙enie, z˙e otrzymał cenny dar. Lucy była fizjoterapeutką reprezentacyjnej druz˙y- ny rugby i od dwóch miesięcy jego kochanką. Po dwóch cudownych miesiącach zdarzyło się nieszczęś- cie. Wszystko mu odebrano, wszystko zniszczono. Przypomniał sobie telefoniczną rozmowę z ojcem i wzdrygnął się na myśl o tym, co czeka go w ojczyź- nie. Biryal będzie więzieniem. Z˙ycie, jakie wiódł w Anglii, skończyło się bezpowrotnie. Nadszedł kres wszystkich marzeń. 8 KATE HEWITT – Lucy mało znaczy. – Wstydził się przed sobą, z˙e coś takiego mówi i udaje, z˙e w to wierzy. – Gdzie teraz jest? – Pojechała do domu. – Do domu? – Khaled gorzko się zaśmiał. – Znu- dziło się jej tu siedzieć? – Operowano cię bardzo długo. – Nie chcę jej widzieć. – Dziś nie, ale jutro... – Nigdy. – Co ty wygadujesz? – zawołał Erik. Khaled spojrzał przyjacielowi w oczy. Nie chciał widzieć Lucy, a raczej nie z˙yczył sobie, z˙eby ona zobaczyła go złoz˙onego niemocą. Jej przeraz˙enie, strach i litość byłyby nie do zniesienia. Trzeba za- chować się po męsku. Istniała tylko jedna moz˙liwa decyzja i podjęcie jej przyszło mu stosunkowo łatwo. – Nic mnie tu nie trzyma. Nic i nikt. Czas naj- wyz˙szy wrócić do Biryalu, do czekających mnie obo- wiązków. Obowiązków było śmiesznie mało, poniewaz˙ król Ahmed wolał rządzić niepodzielnie. Khaled wyobraził sobie, co go czeka: kulawy królewicz budzi współ- czucie poddanych i politowanie władcy, czyli swego ojca. Perspektywa była nieznośna, lecz alternatywa jesz- cze gorsza. Jez˙eli zostanie w Londynie, Lucy i przyja- ciele powoli odsuną się od niego. Najpierw będą mu współczuli, ale z czasem – moz˙e bardzo prędko – jego obecność stanie się dla nich cięz˙arem. Wtedy zniena- widzi ich i siebie. Znał podobne przypadki. Jego matka bardzo długo REZYDENCJA NA SKALE 9 chorowała, gasła powoli, a litość, jaką wzbudzała, odbierała jej wrodzoną pogodę ducha. Lepiej od razu pojechać do Biryalu. Zawsze wie- dział, z˙e kiedyś i tak będzie musiał tam wrócić. Poczuł nieznośny ból, piersi ścisnęła mu jakby z˙elazna obręcz, która zmiaz˙dz˙yła resztki nadziei. Erik widział, z˙e chory bardzo cierpi. – Co ci podać? – spytał zmartwiony. – Które lekar- stwo jest przeciwbólowe? Khaled ledwo widział przyjaciela, był bliski omdle- nia, ale przecząco pokręcił głową. – Nie biorę środków przeciwbólowych. Zostaw mnie. – Zaczął cięz˙ko dyszeć, miał wraz˙enie, z˙e w płu- cach rozgorzał ogień. – Proszę cię, nie dzwoń do Lucy. Nic jej nie mów. – Będzie pytać, w jakim jesteś stanie. – Lepiej, z˙eby nie wiedziała. Przygryzł wargę, aby się nie rozpłakać, lecz po wyjściu Erika przestał z sobą walczyć. Okropny ból wycisnął mu łzy z oczu. ROZDZIAŁ PIERWSZY Cztery lata później Lucy Banks spojrzała przez okno samolotu, aby sprawdzić, czy zobaczy wyspę Biryal. Daleko w dole widniał Ocean Indyjski, bezkresna połać migotliwego błękitu. Czy jest na nim choćby skrawek ziemi, cokol- wiek oznaczającego, z˙e zbliz˙ają się do celu? Nie dostrzegła lądu, więc odetchnęła i usiadła wygodniej. Jeszcze nie była psychicznie przygotowana na spot- kanie z następcą tronu. Doskonale pamiętała jego uwodzicielski uśmiech i czarne oczy rozświetlające się na jej widok. Jedno spojrzenie Khaleda wywoływało gorące uczucia, bu- dziło radosne oczekiwanie, sprawiało, z˙e z˙ywiej pły- nęła krew, mocniej biło serce. Bała się wspomnień, starała się usuwać je z pamię- ci. Teraz chwilowo im uległa i przepełniła ją tęsknota za szaloną miłością. Poczerwieniała ze wstydu. Po czterech latach jesz- cze czuła się zaz˙enowana! Oczyma wyobraźni ujrzała siebie w ramionach Khaleda. Przez okno zagląda słońce, a w niej wzbiera perlisty śmiech i najczystsza radość. Khaled całuje ją, jakby była cennym skarbem. Ich ciała i serca stanowią jedno. REZYDENCJA NA SKALE 11 Wtedy nie wstydziła się niczego, była zachwycona, z˙e kocha i jest kochana. Wszystko było proste, oczywi- ste, słuszne. Potem Khaled wyjechał nagle, bez wyjaśnienia, bez poz˙egnania. Wstyd, który się pojawił, zmroził jej duszę. Wstydziła się, z˙e duz˙o osób było świadkiem jej upadku. Znajomi widzieli, z jaką łatwością Khaled uwiódł ją, a potem bezceremonialnie porzucił. Erik popatrzył na nią ze współczuciem. – Jak się czujesz? Lucy uśmiechnęła się blado. – Dobrze, dziękuję. Ze wszystkich osób, którzy widziały jej oczarowa- nie sławnym sportowcem, chyba jedynie Erik ją rozu- miał. Był przyjacielem Khaleda, a po jego odjeździe otoczył ją z˙yczliwą troską. Lucy nie chciała współ- czucia, które niewiele róz˙ni się od litości. – Moz˙e niepotrzebnie wybrałaś się w tę podróz˙? Nic nie jesteś mu winna, nic nie musisz wyjaśniać – uspokajał Erik. Lucy westchnęła. Po wyjeździe Khaleda zapewne oboje czuli się zdradzeni. – Uwaz˙am, z˙e powinien znać prawdę – rzekła półgłosem. – Tyle jestem mu winna. Powie, co ma do powiedzenia, i odjedzie z czystym sumieniem, z lekkim sercem. A przynajmniej łudziła się, z˙e tak będzie. Przyjechała, z˙eby rozmówić się z Khaledem i ostatecznie zamknąć jeden rozdział w z˙yciu. Liczyła, z˙e tak się stanie. Przed laty królewicz wystrychnął ją na dudka, lecz to się więcej nie powtórzy. 12 KATE HEWITT Khaled obserwował samolot schodzący do lądo- wania na jedynym lotnisku w Biryalu. Był spięty, podenerwowany, lecz starał się zachować pogodną twarz. Bardzo interesowało go, kto przyjedzie, lecz nie dopytywał się zbyt dociekliwie. Zapewne tylko część brytyjskiej druz˙yny jest nowa, przyjadą zatem zawod- nicy, z którymi kiedyś grał, oraz ich trener Brian Abingdon. Po meczu, podczas którego doznał kontuzji, roz- mawiał jedynie z Erikiem. Nie chciał widzieć nikogo innego. Mimo woli pomyślał o Lucy i niezadowolony moc- no zacisnął usta, zmruz˙ył oczy. Przez cztery lata unikał myślenia o kochance. Az˙ trudno uwierzyć, ile wysiłku kosztowało go, by o niej zapomnieć. Zapomnieć o jed- wabistych włosach, długich rzęsach, podniecającym gardłowym śmiechu. Ze złością uświadomił sobie, z˙e jednak o niej myśli, chociaz˙ sentymentalne wspomnienia nie mają sensu. Wątpliwe, by Lucy towarzyszyła zawodnikom, a na- wet jez˙eli przyjedzie... Jez˙eli się zjawi... Zaświtała mu nadzieja, więc zirytowany pokręcił głową. Nawet jez˙eli Lucy przyjedzie, to przeciez˙ bę- dzie bez znaczenia. Bez najmniejszego znaczenia. Przed laty podjął decyzję za oboje i trzeba zgodnie z nią postępować. Teraz i zawsze. Samolot zatrzymał się w odległości kilkudziesięciu metrów. Khaled wyprostował się, dumnie uniósł gło- wę. Przez cztery lata przygotowywał się do tej chwili, więc teraz nie stchórzy. REZYDENCJA NA SKALE 13 Jaskrawe słońce oślepiło Lucy. Przyjechała z ponu- rego mroźnego Londynu, przeskok był ogromny. Nie przewidziała, z˙e na powitanie gorący suchy wiatr sypnie piaskiem w oczy. Wyjęła z torebki okulary przeciwsłoneczne. – Jest – szepnął Erik. Podtrzymał ją, aby nie pośliznęła się na stopniach. Odsunęła się od Erika, włoz˙yła okulary i rozejrzała. Niby patrzyła na pas startowy i góry na horyzoncie, ale przede wszystkim widziała Khaleda. Tylko on był waz˙ny, wyłącznie on się liczył. Stał dość daleko, lecz go poznała. Poruszał się dziwnie sztywno, ale na ustach miał uśmiech, który pamiętała. Z trudem oderwała od niego wzrok i za- jrzała do torebki, udając, z˙e czegoś szuka. Nie zamie- rzała od razu podejść do następcy tronu, lecz nogi same ją prowadziły. Zatrzymała się kilka metrów od Khale- da, który odwrócił się ku niej. Poczuła się bezradna i słaba. Gdyby nie osłoniła oczu, co Khaled by w nich zobaczył? Z˙al? Tęsknotę? Poz˙ądanie? Nie! Wyz˙ej uniosła głowę, a on nawet nie mrugnął. Patrzył na nią, jakby była obcą osobą, a nie dawną kochanką. Zrobiło się jej bardzo przykro. Zdawała sobie sprawę, z˙e ludzie pamiętający ich romans bacznie ją obserwują. Przewiesiła torbę przez ramię i odeszła dumnie wyprostowana, z obojętną miną. Zachowała pozory, chociaz˙ postępowanie Khaleda niemile ją dotknęło. Poczuła się niemal upokorzona. Powtarzała sobie, z˙e nie warto dramatyzować z po- wodu jednego spojrzenia. Cztery lata temu po wyjeździe 14 KATE HEWITT Khaleda wpadła w rozpacz, całymi godzinami szlo- chała skulona na łóz˙ku. Czuła się odrzucona, niepo- trzebna. Teraz jedno obojętne spojrzenie przypomniało jej tamte okropne dni. Pokręciła głową. Tym razem nie da się wpędzić w depresję. Kiedyś uległa urokowi Khale- da, ale obecnie jest panią siebie. A raczej chciałaby być, chciałaby zawsze nad sobą panować. Nalez˙ało zająć się bagaz˙em, więc z konieczności przerwała rozmyślania. Panował taki skwar, z˙e Brytyj- czykom pot lał się z czoła. Lucy była cała mokra, a Khaled, na którego ukradkiem zerkała, zdawał się wcale nie odczuwać upału. Nic dziwnego. Przyszły władca Biryalu tutaj się urodził i dorastał. Dawniej znała go jako absolwenta Eton, świetnego zawodnika, czarującego męz˙czyznę. Dopiero gdy wyjechał, gdy nie mogła się z nim skontaktować, uświadomiła sobie jego pochodzenie. Nie tylko wtedy był nieosiągalny. Podobnie jest teraz, chociaz˙ stoi niedaleko. Zawodnicy zaczęli wsiadać do autobusu, a Khaled poszedł do limuzyny z przyciemnionymi szybami. Nawet się nie obejrzał. – Lucy, czekamy na ciebie – zawołał Dan Winters, lekarz i jej przełoz˙ony. – Juz˙ idę. Zajmując ostatnie miejsce z tyłu, zauwaz˙yła, z˙e limuzyna odjez˙dz˙a w tumanie kurzu. Speszona za- mknęła oczy. Dlaczego patrzyła w ślad za samocho- dem? Dlaczego wypatruje Khaleda? Gniewnie zacisnęła usta. Podczas pierwszego spot- REZYDENCJA NA SKALE 15 kania zwiodły ją nerwy, lecz to nie znaczy, z˙e tak będzie podczas całego pobytu. Głęboko odetchnęła raz i drugi. Pochyliła się ku Aimee. – Wiesz, gdzie nocujemy? Aimee uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Nie słyszałaś? Królewicz Khaled zaprosił nas do pałacu. Będziemy jego specjalnymi gośćmi. – Z˙artujesz! – Mówię powaz˙nie. Nie przypuszczałam, z˙e spo- doba mi się jakiś szejk, ale ten... Lucy odsunęła się i spojrzała za okno. Zobaczyła karłowate zarośla, niskie chaty pokryte strzechą, za- rdzewiałe płoty, chude kozy. Ludzie mieszkali w gli- nianych chatach! Jak przed wiekami! Była zaskoczona, z˙e Khaled zaprosił wszystkich do pałacu. Takiego obrotu sprawy nie przewidziała. Myś- ląc o spotkaniu i rozmowie, którą muszą odbyć, wyobra- z˙ała sobie, z˙e umówią się w jakimś neutralnym miejscu, moz˙e na stadionie albo w hotelowej restauracji. Spotka- nie będzie krótkie, rzeczowe, bezpieczne. W pałacu tez˙ porozmawiają, bo miejsce nic nie zmieni, ale... Zorientowała się, z˙e dojez˙dz˙ają do Lahji. Wiedzia- ła, z˙e stolica jest małym miastem z paroma zabytkami. Niepozorne budynki z czerwonej gliny wyglądały, jakby stały tutaj od tysiąca lat. Nieco dalej od ulicy było kilka wyz˙szych, przeszklonych budynków. Za miastem znowu wjechali między niskie zarośla. Morze coraz bardziej się oddalało, a pasmo górskie przybliz˙ało. Góry były czarne, groźne, bez zielonych łąk i drzew, bez śniegu na szczytach. – O, juz˙ widać pałac – zawołała przejęta Aimee. 16 KATE HEWITT Lucy spojrzała we wskazanym kierunku i wzdryg- nęła się. Pałac zbudowany prawie na szczycie przywo- dził na myśl niedostępne orle gniazdo. Autobus powoli piął się w górę. Jechali wąską, niebezpiecznie krętą drogą; z jednej strony wznosiła się skała, z drugiej ziała przepaść. Lucy odwróciła się od okna i zamknęła oczy. Po paru minutach usłyszała westchnienie Aimee, więc otworzyła oczy. Zobaczyła wykutą w czarnej skale bramę z opuszczaną z˙elazną kratą. Odniosła niemiłe wraz˙enie, z˙e wjez˙dz˙ają do więzienia w średniowiecznej twierdzy. Krata opadła z chrzęstem. Zatrzymali się na dziedzińcu wykutym w litej skale. Wiez˙e pałacu wyglądały, jakby wyrastały wprost ze zbocza. Goście wysiadali powoli, poniewaz˙ byli pod wraz˙e- niem niezwykłego miejsca. Lucy rozejrzała się. Świe- ciło oślepiające słońce, lecz na dziedzińcu było ponu- ro, zimno. Skały oraz wysokie mury sprawiły, z˙e dziedziniec znajdował się w głębokim cieniu. Podszedł Erik. – Niesamowicie tu, prawda? Pałac rzekomo jest jednym z cudów Wschodu, ale mnie się nie podoba. A tobie? Lucy lekko się uśmiechnęła i wzruszyła ramiona- mi. Wolała nie przyznawać się, z˙e ma mieszane uczucia. – Jest niezwykły – powiedziała. Witając gości, Khaled niektórych zawodników przyjaźnie klepał po plecach. Lucy chciała wziąć walizkę, ale podszedł słuz˙ący w długim bawełnianym thobe, pokręcił głową i wska-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rezydencja na skale
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: