Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00387 008686 14650797 na godz. na dobę w sumie
Robinson - ebook/pdf
Robinson - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 201
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7033-847-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> religia i rozwój duchowy >> religia
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Inspiracją dla powstania tej publikacji były listy, które autor pisał do swego przyjaciela księdza.

Pachocki podejmuje w niej najtrudniejsze filozoficzne problemy i pytania, a podyktowane one są niespotykaną wrażliwością autora, lekturą filozoficzną i literacką oraz chorobą (autor od lat cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową).

Co znajdzie czytelnik w książce? Boga, cierpienie, człowieka, dobro i zło, Poznań, Łódź, Warszawę, Cytadelę, Lasek Golęciński, jezuitów i dominikanów, Tygodnik Powszechny, Mszę Rossiniego, Pierwszy Koncert Szymanowskiego, Eliota,  Miłosza i Eckharta, wszystko co składa się też na naszą rzeczywistość i jej paradoksy, bo ta książka to nie 'literackie relanium', ona ma nam pomóc w wyrwaniu się z odrętwienia.
Ta książka jest inna, dlatego zamiast koić i schlebiać, może drażnić, gorszyć, oburzać, złościć, intrygować. Nie znajdziesz w niej chłodnej kalkulacji, wyrachowania ani zdystansowanej obojętności, tylko żywą wiarę - drapieżną, nieokiełznaną katolicką poprawnością. Krzysztof z pasją demaskuje puste kaznodziejskie pocieszenia

Ze wstępu ks. Mariusza Pohla
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KRZYSZTOF PACHOCKI Robinson Robinson KRZYSZTOF PACHOCKI Robinson © Copyright Krzysztof Pachocki 2012 © Copyright for this edition Wydawnictwo W drodze 2012 Redaktor Jerzy Moderski Redaktor techniczny Stanisław Tuchołka Projekt okładki i stron tytułowych Danuta Słomczyńska ISBN 978-83-7033-847-3 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze 2012 ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań tel. (61) 852 39 62, faks (61) 850 17 82 sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl Słowo wstępne Wymyśliłem ostatnio taką oto preambułę, którą poprzedzam wszelkie swoje wypowiedzi. Chcę być fair. „Następujące myśli powstały w chorym umyśle, w związku z czym uprasza się o niebranie ich poważnie”. Po angielsku ten personal disclaimer brzmi o wiele dostojniej. Coś jakby urzędowy stempel uprawniający do publicznej wypowiedzi: The follo- wing thoughts originated in a sick mind. Please do not take them seriously. Zwalnia to z wszelkiej odpowiedzialności za wypowiadane kwestie, jednak za wielką cenę. Od wariata daremnie oczekiwać jakiejkolwiek odpowiedzialności, ale przecież nikt go poważnie nie bierze. Zapytaj, dlaczego jed- nak mimo wszystko jeszcze się wypowiadam? Skoro wiem, że moje myśli są pozbawione jakiegokolwiek znaczenia... Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Pisze się po to, żeby było napisane, jak mawiał Witkacy chyba. Krzysztof Pachocki Czy te słowa to prowokacja, tani chwyt reklamowy? Gdy przeczytasz książkę, przekonasz się, że to tylko poko- ra i szczerość. I że dobrze się stało, że to wszystko zostało napisane. O czym jest ta książka? O życiu w perspektywie osta- tecznej, o sytuacjach krańcowych, o cierpieniu – to my- ślenie konsekwentne, posunięte do granic możliwości, myślenie o Bogu i o człowieku, o dobru i o złu, o prawdzie 5 i niezliczonych przejawach fałszu, o kobietach wreszcie i o luksusowych samochodach,. Autor bez znieczulenia stawia ostre i bolesne pytania o pewniki wiary, demaskuje bezlito- śnie różne pobożne slogany. Co one w istocie znaczą? Czy niosą jakąś nadzieję (przepraszam, Autor bardzo nie lubi słowa nadzieja), więc: czy mają jakiś sens, czy też jedynie mamią człowieka uświęconymi skojarzeniami i brzmienia- mi, a w istocie dobijają ostrzem beznamiętnej logiki? Mylilibyśmy się jednak, oczekując egzaltowanych re- fl eksji, wzruszających zwierzeń, harcerskich gawęd przy ognisku czy podlanych piwem wylewnych monologów. Nic z tych rzeczy. Usłyszymy przenikliwe jak ultradźwięki py- tania. Zobaczymy ostre, skontrastowane problemy, rażące oczy naszego umysłu jaskrawą jasnością. Zdjęcie wykonane w błysku fl esza ukazuje kontra- sty i ostrość, jakich normalnie w naturze nie widać. Błysk taki trwa ułamek sekundy – i całe szczęście: nie dałoby się patrzeć na świat przy takim jaskrawym oświetleniu. Aby normalnie widzieć, potrzebujemy światła stonowanego, rozmytego, miękkiego... Podobnie jest z myśleniem i ro- zumieniem. Boimy się wyrazistej prawdy, konsekwentnej logiki, krytycyzmu, ostrości osądów. Potrzebujemy raczej półprawd, zasłon dymnych, złudzeń, kłamstewek... Współ- czesna kultura osiągnęła niezwykłą biegłość w dostarczaniu nam rozmaitych środków znieczulających na ból jasnego, konsekwentnego i krytycznego myślenia. Kto nie chce prawdy, kto się jej boi, nie musi się martwić: wystarczy włączyć telewizor, komputer, konsolę, wziąć do ręki ko- mórkę – już możemy rozpłynąć się w jałowym błogosta- nie... Nawet nie trzeba do tego piwa. Niniejsza książka na pewno nie jest takim literackim re- lanium. Z niezwykłą ostrością i skontrastowaniem pokazuje naszą rzeczywistość, jej paradoksy, sprzeczności i fałszywe 6 tony; alarmuje i budzi, wytrąca z duchowego odrętwienia i bezmyślnego lenistwa. Zaczynem tej niezwykłej publikacji były listy, które Autor przez prawie dziesięć lat pisał do swego przyjaciela księdza. Korzenie tej korespondencji tkwią w jeszcze dal- szej przeszłości, w latach młodzieńczych buntów, ideałów, w ciągnących się całymi nocami rozmowach, tak zwanych przez nas sessions, gdzie przy muzyce Mike’a Oldfi elda, herbacie i sucharach dyskutowaliśmy bez końca o papie- żu, książkach, wakacjach, życiu, sztuce, fi lozofi i, komunie. Wskutek tych rozmów jeden z nas został politykiem-ama- torem, drugi informatykiem, trzeci architektem, czwarty wstąpił do seminarium duchownego – a Krzysztof? Dość szybko się ożenił, wyjechał do Łodzi, skończył z wysoką notą studia inżynierskie i po traumatycznym roku w wojsku rozpoczął pracę, małżeństwo, potem ojcostwo: życie. Jak do wszystkiego, tak i do samego „życia” podchodził z pasją, z ideałami i wysoko ustawioną poprzeczką. Praw- dą jest, że wybujały idealizm i nadwrażliwość przekształ- cają się często w cynizm albo demolują psychikę. Czy tak stało się i w tym wypadku? Krzysztofa spotkało to drugie: CHAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa. Wszyst- ko, co napisał, jest naznaczone tą chorobą. Przemyślenia zawarte w tej książce są jak najbardziej własne, oryginalne i autentyczne. Mało jest autorów, którzy mieliby odwagę pisać o tak osobistych sprawach, przyznawać się do popeł- nionych błędów, analizować swoją przeszłość. Książka ta to nie jest jednak spowiedź i autopsycho- analiza. Krzysztof podejmuje najtrudniejsze fi lozofi czne problemy i pytania, przedstawia nam zapis wyjątkowego, oryginalnego odbioru świata podyktowanego niespotykaną wrażliwością, lekturą fi lozofi czną i literacką . To nie są teo- retyczne dywagacje, ale osobiste doświadczenie grozy zła, 7 gwałtów, cierpienia, krzywdy, zawinionych i niezawinio- nych absurdów, porażek, klęski. Życie upokarza i doświad- cza Autora na wszelkie możliwe sposoby. To współczesny Hiob, który miejscami skarży się, miejscami buntuje, ale przede wszystkim pyta, szuka zrozumienia, krzyczy. I to na całego, z bezwzględnością, która nie ma sobie równych. No, może Dostojewski, Koniński, Eliot. Dlatego nie znajdziesz w tej książce chłodnej kalkulacji, wyrachowania ani zdystansowanej obojętności, tylko żywą wiarę – drapieżną, nieokiełznaną katolicką poprawnością. Krzysztof z pasją demaskuje puste kaznodziejskie pocie- szenia. Z determinacją Hioba domaga się intelektualnej i lo- gicznej uczciwości i wobec rozumu, i wobec serca. Dlatego ta książka jest tak inna, dlatego zamiast koić i schlebiać, może drażnić, gorszyć, oburzać, złościć, intry- gować. Na pewno nie jesteśmy przyzwyczajeni do takie- go języka i metody. I właśnie dlatego warto po tę książkę sięgnąć. Ks. Mariusz Pohl Rabbuni, jak to dobrze, że tu jesteś. I w dodatku pytasz o to, czego naprawdę pragnę, abyś mi to uczynił? Jest tyle spraw. Jestem ślepym żebrakiem. Grzesznikiem, jakich mało. A jednak zatrzymałeś się na chwilę tu, przy tej mojej ciem- nej celi. I ja mam szczerze odpowiedzieć, czego najbardziej ze wszystkiego pragnę? Nie, czego potrzebuję, bo naprawdę niewiele potrzeba, aby żyć. Wystarcza mi na chleb, dzienną zupę i papierosy. Mam też dach nad głową. Nie muszę się martwić o to, gdzie spędzę następną noc. I dzień. I miesiąc. Więc czego najbardziej ze wszystkiego pragnę? Każdy ka- tolik... A przecież jestem nim, choć zgrzeszyłem strasznie i w grzechu nadal tkwię nieustannie jak w jakiejś okropnej czarnej mazi, która zalepia mi oczy, usta i uszy, tak, że nie widzę, nie słyszę (słucham Johna McLaughlina The Heart of Things) i nie mogę mówić... Tak więc każdy katolik po- prosiłby przecież o zbawienie duszy. Od lat pozostaję nie- my, głuchy i ślepy. A jednak przyszedłeś, dzisiaj, tuż przed świętami i pytasz, jakie jest moje najgłębsze pragnienie, które chcesz spełnić. Więc jako katolik powinienem popro- sić o zbawienie. Zbaw mnie. Choćby i wbrew mojej chorej woli. Zaraz, zaraz... czy to jednak nie jest czysty egoizm? Dodam więc zaraz: zbaw wszystkich. Wszystkich hurtem przyjmij do raju. I nikogo nie wykluczaj z tej ciżby. Nawet siedemnastokrotnego mordercy i gwałciciela z Brooklynu ani pana Jaskierni, któremu tak trudno mi dobrze życzyć. 9 Obaj mieli trudne dzieciństwo. Więc zbaw nas wszystkich, łącznie ze mną. Ha... I co Ty na to? Nie spodziewałeś się tak wygórowanego żądania? Myślałeś, że pragnę czegoś dla siebie? Że składam wniosek w jakiejś konkretnej, prywat- nej sprawie? Że niby o dobrą pracę poproszę albo o powrót żony i syna, czy też raczej mój powrót do nich? Nie. Spraw, Panie, aby wszyscy z nas zaznali szczęścia wiekuistego. By przejrzał każdy z nas tu na tym łez padole. Zabierz nas wszystkich ze sobą do tego Nieba, w którym ponoć panu- je wiekuiste szczęście. Tak, o to Cię proszę. Czy to zbyt wiele? Wszak Ty wszystko możesz. Dla Ciebie – Boga nie ma nic niemożliwego! Ale może to pytanie skierowane jest tylko do mnie grzesznego i dotyczy jedynie mnie? To znaczy, że pytasz o to, czego pragnę dla siebie? Co mnie masz uczynić? To znaczy, w jaki sposób mnie samego masz uczynić szczęśliwym? Jakie jest w końcu to moje pragnie- nie, a nie pragnienie ludzkości? Więc spraw, proszę, tylko tyle, bym wypełnił Twoją wolę względem mnie. Spodobało Ci się mieć mnie w depresji i niemocy, niech tak będzie. Nie znam Twoich wobec mnie zamiarów. Chcesz, abym został prezydentem? Niech zostanę. Ale zamiar ten mia- łeś wobec pana Kwaśniewskiego, a nie mnie, choć w po- lityce byłem dobry. Ja wiem, że jeśli zgrzeszyłem, to stało się tak dlatego, że takie miałeś plany. Wiem to od Mistrza Eckharta. Dzisiaj już to wiem. Spodobało Ci się, bym był bezużytecznym nędzarzem zdanym na łaskę innych? Niech i tak będzie (skryte wygodnictwo? O, Panie, jakże trudno być szczerym!). Nie ma pewności co do tego, czy nie masz w planach mojego samobójstwa. Przecież i Judasz był Ci potrzebny, choć jemu samemu lepiej było się nie rodzić. Jednak musiał zaistnieć w Twoim boskim planie. W planie Bożej miłości. A więc Jezusie, Synu, tak ulubionego przeze mnie, Dawida – psalmisty, ulituj się nade mną i pozwól mi 10 tylko wykonać moją robotę, którą mi wyznaczyłeś. Do koń- ca. Tylu ominąłeś, choć wołali głośniej ode mnie. Skąd to wyróżnienie? Dlaczego akurat ja? Raczej bez obłudy pro- szę za innymi, szczególnie za tymi, których swoim niecnym życiem skrzywdziłem. Jeśli jednak Twoje pytanie skiero- wane jest tylko do mnie i dotyczy mojej tylko duszy, to po- proszę o to, bym wiedział, co w tych okolicznościach Ty chcesz, abym czynił. Ale wyraźnie! Niech to będzie jakiś list albo sen, jak u św. Józefa. Niech zyskam pewność. To Ty masz wiedzieć, o co ja powinienem prosić, nie ja. Bo ja głupi jestem w tym wszystkim. Pewnie, że milion złotych rozwiązałby wiele problemów. Może nawet żona by mnie z powrotem zechciała? Proste. Daj mi milion złotych. Zro- bię z niego dobry użytek. Nie przepiję znowu wszystkiego Pod Minogą, jak przedtem. Jest jednak bardziej niż pewne, że żadnego miliona mi nie dasz. Choćbym zdzierał gardło w dzień i w nocy. Od forsy jest pan Kluczyk. Ja jestem do czegoś innego Ci potrzebny. Podszedłeś do mnie nędzarza, zatrzymałeś się i pytasz o to, czego od Ciebie pragnę? Ocalenia, choć nie mam na razie pojęcia, jak ono by mogło wyglądać. To dlatego tak bardzo nie lubię tego księżowskiego, zdewaluowanego sło- wa n a d z i e j a. To słowo dobre raczej jako nazwa dla ja- kiejś spółdzielni cukierniczej albo mieszkaniowej. Tak się zgrało. Także za sprawą kazno(bezna)dziejów. Bo słowo nadzieja domaga się d o p e ł n i e n i a. Człowiek nie potrafi mieć tylko abstrakcyjnej nadziei. Zawsze jest to u niego na- dzieja na c o ś, co widzimy oczyma własnej wyobraźni (na przykład jakąś zielonooką, piękną i niezmiernie inteligent- ną pannę, bo tak wizualizuję akurat teraz moją nadzieję- -muzę). Ale Twoje plany względem mnie są zupełnie inne. Nie chcę więc takiej fałszywej, swojej nadziei. Ty wiesz lepiej, co dla mnie w tej chwili jest dobre. Może to, bym 11 wcale nie przejrzał? Może lepiej jest według Ciebie, bym trwał tak w zaślepieniu i ciemnościach? Albo bym się za- bił? „Lepiej takiemu, by sobie kamień młyński uwiązał...” Jeśli moje dalsze istnienie jest powodem zgorszenia, to le- piej by było, bym nie istniał dalej. Choć mówią o Tobie, że jesteś dawcą i źródłem życia, nie śmierci. Psiakość, daj mi odczuć swą obecność, bliskość swoją. Pokaż się. Dlacze- go wiecznie się ukrywasz? Wstyd Ci? Co to za Zbawiciel, który musi się ukrywać? No, ale załóżmy hipotetycznie, że faktycznie podszedłeś do mnie. I już mam pewność, że to Ty. I że wyróżniasz mnie z tłumu nieszczęśników swoim pytaniem. Wszak drę się tu na tym komputerze w te interne- towe czeluści, w niebo- i piekłogłosy już tyle lat. „Co pra- gniesz, abym ci uczynił?”. Dobrze, zaryzykuję ostatecznie i postawię swoją wolę naprzeciw Twojej. Wiesz, jakie jest moje najskrytsze pragnienie? Bym znowu mógł pod jed- nym dachem zamieszkać z moją żoną i synem. No i co? Jeśli się nie spełni, znaczy tyle, że wcale Cię tu nie było, a ja uległem znowu jakiejś projekcji pod wpływem poboż- nego kazania księdza przyjaciela. Bóg cudów nie czyni. A nasza nędza jest wyłącznie konsekwencją naszych czy- nów. Naszej głupoty. W logice ludzkich dziejów wcale nie ma miejsca dla żadnego Boga (buddyzm). To dlatego tak mroźno na tej planecie. Cierp za własną głupotę. Wszak nie urodziłeś się ślepy. Sam się oślepiłeś. Oślepłeś od roz- pusty i pijaństwa. Postradałeś zmysły od picia i czytania. Jakże więc śmiesz cokolwiek wyrzucać Bogu? Że cię nie leczy? Nie ocala? Jest tylko prawo przyczyny i skutku. Jeśli już jakieś cuda się komukolwiek należą, to na przykład tej biednej, spowitej w żałobę pani Oli z poradni, która straci- ła w wypadku jedynego syna i pracę – tego samego dnia! Że nie wspomnę o Holocauście i gettach albo o gwałconych kobietach w Jugosławii. Wiesz, w gruncie rzeczy niczego 12 od Ciebie nie chcę, skoro zezwalasz na takie potworności. Idź sobie dalej z tym swoim cyrkowym cudotwórstwem. Sam wiesz, jaki udział w moim obłędzie miała lektura re- lacji z Holocaustu i towarzyszące jej samotne wędrówki po szarych łódzkich ulicach. Można się minionego zła tak bardzo przerazić. I można ze współczucia dla tamtego ży- dowskiego chłopca, którego esesman wrzucił do ulicznej studzienki... można od samej tej myśli zwariować. Jak to tak? Po co żeś stworzył to wszystko? Czy Ty potrafi sz się wczuć w strach tamtego chłopca? Odpowiadaj mi tu zaraz! A może potrafi sz sprawić, żeby tamto się nie było stało? Odkręcić to jakoś? Ale ten chłopiec tam b y ł. Wisiał nad tą studzienką, kurczowo trzymając się rączkami kratki kanali- zacyjnej. A później te ręce zmiażdżył swoimi butami ten es- esman. I to było n a p r a w d ę. I Twoja spektakularna męka na krzyżu blednie wobec tamtego zapomnianego przez wszystkich cichego wydarzenia. Takie miałeś plany wobec tamtego chłopca. I teraz tu stoisz i nie masz żadnych wyrzu- tów sumienia? Bóg ukryty ze wstydu przed człowiekiem... Co chcę, żebyś mi uczynił? Dlaczego akurat mnie? Mnie jest w sumie nieźle. Okropnie trudno odpowiedzieć na to pytanie. Mnie nędznemu. Moje bezproduktywne współczu- cie dla tamtego chłopca, które zapewne było tylko skrytym, maskowanym pożądaniem, jakby to podsumował ten okrut- nik Pascal. Czy naprawdę? Kiedy przeczytałem te wspo- mnienia Oli Wattowej, to nie mogłem już o niczym innym więcej myśleć, gdy dostrzegłem jakąś studzienkę kanaliza- cyjną w Łodzi. A dlaczego poznana przypadkiem dziewczy- na ni z tego, ni z owego oświadcza mi, że w poprzednim życiu byłem Żydem? Skąd to żydowskie zatrucie we mnie? A jednak. Można naprawdę współcierpieć – powiada Ro- zenzweig w swojej Gwieździe Zbawienia. I to jest odruch głęboko ludzki. Dlaczego MNIE chcesz cokolwiek czynić? 13 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze Druk i oprawa: TOTEM, Inowrocław
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Robinson
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: