Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00346 007701 18432170 na godz. na dobę w sumie
Rocambole 3 Klub Sług Serca. Część 1 - ebook/epub
Rocambole 3 Klub Sług Serca. Część 1 - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 244
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-38-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
274 strony, 18 kart tablicowych kolorowych , 3 ilustracje w odcieniach szarości.
Z czterema postaciami, znanymi z Tajemniczego spadku, spotykamy się ponownie cztery lata później. Andrei udało się zdobyć zaufanie Armanda fałszywą pokutą. Ten ostatni przekazuje mu kierowanie tajną policją, którą założył, aby pomóc nieszczęśliwym i walczyć z przestępczym stowarzyszeniem Klub Usłużnych Serc. Tymczasem Andrea, pod nazwiskiem Sir Williams, jest właśnie szefem tego stowarzyszenia, a Rocambole jego porucznikiem. Z pomocą kurtyzany Turkusy uparcie stara się odzyskać dziedzictwo, które stracił cztery lata wcześniej, niszcząc trzy niewinne pary. Jednak Baccarat, sprzymierzona z hrabią Stanislasem Artoffem, też będącym po stronie Dobra, wszystkiemu uważnie się przygląda…
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... Pierre Alexis de Ponson du Terrail Rocambole Klub Sług Serca część pierwsza Pierre Alexis de Ponson du Terrail Klub Sług Serca część pierwsza Pierre Alexis de Ponson du Terrail Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Wydawnictwo JAMAKASZ Ruda Śląska 2020 Siedemdziesiąta pierwsza publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Trzeci tom kolekcji „Rocambole” Tytuł oryginału francuskiego: Le Club des Valets-de-Cœur © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2020 21 ilustracji, w tym 18 kart tablicowych kolorowych: Louis-Charles Bombled, Paul Kauffmann, Désiré Quesnel (wg Wydawnictwo Jules Rouff, Paris 1894) Redaktor kolekcji: Andrzej Zydorczak Redakcja: Kinga Ochojska Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Wydanie I © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2020 ISBN 978-83-66268-19-7 (całość kolekcji) ISBN 978-83-66268-38-8 (część trzecia) Wydawnictwo JAMAKASZ www.jamakasz.pl e-mail: jamakasz2013@gmail.com tel.: 32 340 21 42, 531 094 758 Ruda Śląska 2020 Rozdział I Spotkanie U płynęły cztery lata. Pewnego dnia, około czwartej po południu, powóz pocztowy pędził pełnym kłusem drogą ku Nivernais1. Było to jesienią 184… roku, a dokładniej w końcu października. O tej porze roku nie ma nic piękniejszego niż środkowe rejony Fran- cji, a zwłaszcza ta część Nivernais, dotykająca departamentu Yonne2, stanowiąca część gminy Clamecy3. Rozległe pastwiska, tracąc swą letnią ciemną zieleń, przecho- dzą w delikatną żółtawą barwę, obwieszczającą bliskie przymrozki. Drzewa zaczynają ogałacać się z liści, a melancholiczne wyniosłe to- pole, obrzeżające kanał i rzekę Yonne, chylą się przy podmuchach pierwszych chłodnych północnych wiatrów. Tymczasem powietrze jest jeszcze ciepłe, niebo pozbawione chmur, jedynie rankami przejrzysta mgła pokrywa łąki i bagna, rozpraszając się przy pierwszych uderzeniach promieni słonecznych. Pod wieczór znowu powoli schodzi z pagórków i rozciąga się po jasnych dolinach, pozłacanych ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Powóz pocztowy, o którym mówimy, pokonywał właśnie w tym czasie najbardziej malownicze i najdziksze okolice tej pięknej krainy, dokładnie dolinę, w głębi której wiła się tysiącznymi skrętami rze- ka – dzieło Boga, dążąc do kanału – dzieła ludzi. Dolinę otaczały dwa łańcuchy wzgórz pokrytych rozległymi lasa- mi, sięgającymi aż do Morvan4. Tu i ówdzie pośród omszonych skał 1 Nivernais – kraina historyczna w środkowej Francji, ze stolicą w Nevers. 2 Yonne – francuski departament położony w regionie Burgundia-Franche- -Comté, utworzony 4 marca 1790 roku. 3 Clamecy – miejscowość i gmina we Francji, w regionie Burgundia-Franche- -Comté, w departamencie Nièvre. 4 Morvan – pasmo górskie we Francji w regionie Burgundii, znajdujące się na pograniczu czterech departamentów: Nièvre, Yonne, Côte-d’Or i Saône-et- -Loire na północny wschód Masywu Centralnego. i zielonych drzew, kąpiących w wodzie swoje najdalsze korzenie, wy- strzeliwała w górę dzwonnica należąca do wiejskiego kościółka pokry- tego dachem wykonanym z łupków, jakaś wioska, na której chatach strzechy zastępowały dachówki, czasami piękne ruiny feudalnych zamczysk, przypadkiem zachowanych po 1793 roku5, których ponura linia wciąż wskazywała na ich istnienie. Główny gościniec biegł błękitnawą wstęgą przy brzegu kanału, mijając domki dozorców śluz, mknąc u podnóża wiosek piętrzących się w połowie wyniosłości pośród bezładnie rosnących dębów i wi- norośli w pobliżu zieleniejących łąk. W pocztowym powozie, którego buda była ściągnięta do tyłu, mężczyzna i kobieta trzymali między sobą śliczne czteroletnie dzie- cię o blond włosach, niebieskich oczach, bez przerwy szczebioczące, wypytujące o coś to swego ojca, to swoją matkę, zachwycające się odgłosem dzwonków brzęczących u szyi czterech silnych perszero- nów6, stanowiących ten arystokratyczny zaprzęg. Ojciec dziecka był jeszcze młodym, wysokim mężczyzną, mogącym mieć trzydzieści siedem lub trzydzieści osiem lat, z czarnymi włosami i błękitnymi oczyma. Jego nieco surowa twarz wciąż była piękna i stawała się niemal młodzieńcza, gdy dziecko patrzyło na niego głębokim i uroczym spojrzeniem, pełnym naiwnej ciekawości i podziwu, który przyda- rza się jedynie w dziecięcym wieku. Matka mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Była nieco bladą blondynką, z uśmiechem na twarzy, w którym szczęście objawiało się przez melancholię. Była podobna do dziecka, tak jak rozwinięta róża podobna jest do nabrzmiewającego pączka kwiatu. 5 6 1793 rok – początek wojen wandejskich (1793-1796), powstania rojalistyczne- go w Wandei w zachodniej Francji przeciw rządom republikańskim w okre- sie rewolucji francuskiej (1789-1799), pod hasłami obrony religii i monarchii. Perszeron – francuska rasa zimnokrwistych koni, wyhodowanych w XVIII wieku w rejonie Perche (Normandia) z koni normandzkich i czystej krwi arabskiej; duży i ciężki koń; wys. w kłębie zwykle 160-172 cm, niekiedy znacznie ponad 170 cm; maść siwa lub kara; głowa szlachetna, nogi krótkie; rasa spokojna i zrównoważona, wytrzymała i wszechstronna, była użytko- wana jako konie robocze, wojskowe, zaprzęgowe. 8 ROCAMBOLE | Część trzecia Dziecko siedziało pomiędzy obojgiem rodziców: każde z nich trzymało je za rączkę, mając drugą rękę przesuniętą na plecy, gdzie te dwie ręce obejmowały się w czułym uścisku. Ta rękojmia ich miłości wydawała się przedłużać miodowy miesiąc, zwykle tak krótki, który jednak dla nich wydawał się nie mieć końca. Otóż tym mężczyzną i tą kobietą, których elegancki podróżny ubiór, dwaj lokaje siedzący w tyle powozu i wykwintny pocztowy zaprzęg wskazywały na wysoką pozycję społeczną, byli hrabia i hrabina de Kergaz, powracający z Włoch i udający się do swojej ziemskiej posiadłości w Magny-sur-Yonne7, gdzie postanowili spę- dzić późną jesień, a powrócić do Paryża dopiero w połowie grudnia. Hrabia Armand de Kergaz wyjechał z Paryża tydzień po zawar- ciu małżeństwa z panną de Balder. Zaczarowane chwile pierwszej miłości przeżyli nad Morzem Sy- cylijskim w ocienionej willi wynajętej przez hrabiego w Palermo8. Spędzili tam sześć miesięcy, całą zimę, tę porę ostrych mrozów i gołoledzi we Francji, a tam ciepłych promieni słońca i przyjemnych wiosennych wietrzyków. Następnie wrócili do Paryża, by zamieszkać w trochę zimnym i obszernym pałacu przy ulicy Culture-Sainte-Ca- therine. Tu jednak nagła zmiana powietrza, a może także jakieś przykre wspomnienia źle wpłynęły na stan zdrowia pani de Kergaz. Wątła młoda kobieta na tyle poważnie zachorowała, by zaniepo- koić lekarzy, którzy kazali jej bezzwłocznie wracać na Sycylię. Armand de Kergaz wyjechał zatem, zabrawszy ze sobą prawie już młodą matkę, ponieważ Jeanne była w siódmym czy ósmym miesiącu ciąży, na sycylijską ziemię, gdzie słońce jest tak uzdrawia- jące dla tych, którzy cierpią. Wkrótce można było dostrzec pomyślny wpływ tego błogosła- wionego klimatu. Jeanne szybko wracała do zdrowia, piękniejsza 7 Magny-sur-Yonne (obecnie Magny) – miejscowość i gmina we Francji, w regionie Burgundia-Franche-Comté, w departamencie Yonne. 8 Morze Sycylijskie (wł. Mar di Sicilia) – basen w środkowej części Morza Śródziemnego pomiędzy Sycylią a Afryką; oddziela wschodnią część Morza Śródziemnego od zachodniej; występują tu Cieśnina Sycylijska i Cieśni- na Maltańska; Palermo – miasto i gmina we Włoszech, w regionie Sycylia, w prowincji Palermo, leżące na północy Sycylii. 9 Klub Sług Serca i młodsza niż kiedykolwiek. Jej dziecię przyszło na świat w Palermo. Jego kołyskę ocieniały zielone gałęzie sykomory9, a cichy szmer jaśnie- jących w słońcu lazurowych fal był pierwszą piosenką, jaką usłyszało. Ponieważ to ciepłe, wonne powietrze tego pięknego kraju sprzyja- ło rozwijaniu się kochanego niemowlęcia, zostali w Palermo jeszcze przez trzy następne lata, choć hrabina już pod koniec pierwszego roku powróciła do zdrowia. Pewnego dnia zapukała jednak do ich drzwi tęsknota za domem, to dziwne i tak powszechne zło. Pośród sosen Italii, oleandrów10 i sykomor, siedząc na tarasie willi, wznoszącym się nad morzem niebieskim jak szafir, słuchając tej wiecznej, słodkiej dla uszu skargi fal uderzających w ozłocone piaskiem wybrzeże, młodzi małżonkowie, żyjący tak długo swoim szczęściem, przypomnieli sobie o Francji. Nie myśleli jednak bynaj- mniej o Paryżu, owym wielkim i współczesnym Babilonie11, gdzie tyle wycierpieli i gdzie się zakochali, lecz o tej poetyckiej i uroczej okolicy Nivernais, gdzie pan de Kergaz po swoim pierwszym po- wrocie z Włoch nabył wspaniały ziemski majątek, w którym spę- dził dwa tygodnie, zanim pojechali w ciepłe okolice na południu, by tam podleczyć zdrowie swej małżonki. Rozmyślali o tym pięknym zamku, ukrytym w zieleni starych dębów, otoczonym rozległym parkiem, przed którym rozkładały się zielone łąki, o owym zacienionym lesie, pełnym tajemniczych szmerów, pośród którego jesienią rozbrzmiewały dźwięczące fan- fary myśliwych z gór Morvan, i jak w tylu miejscach, gdzie byli razem, powróciło szczęście, gdy uśmiechało się do nich wszędzie w postaci różowego jasnowłosego cherubinka… Wyjechali. 9 Sykomora (ośla figa, Ficus sycomorus) – drzewo z rodzaju figowców, wy- sokie do 15 m; występuje głównie w Egipcie i Afryce Wschodniej; owoce w postaci drobnych orzeszków są ciężkostrawne; dostarcza dobrego drew- na na meble. 10 Oleander pospolity (Nerium oleander) – krzew lub niewielkie drzewo z rodziny toinowatych, pochodzące z obszaru śródziemnomorskiego i za- chodniej Azji; ma kwiaty różowe lub białe, obecnie także wiele odmian barwnych. 11 Babilon (biblijne Babel) – starożytne miasto w południowej Mezopotamii, z więżą Babel i wiszącymi ogrodami Semiramidy. 10 ROCAMBOLE | Część trzecia Przepłynęli statkiem do Neapolu, przemierzyli Italię na całej jej długości, szybko zwiedzili Rzym, Wenecję, Florencję, ruszyli ma- lowniczą drogą brzegiem klifów i wrócili do Francji, przez departa- ment Var, tę Italię w miniaturze. Dwa tygodnie później jechali traktem ku Nivernais, gdzie wła- śnie ich spotykamy, a o czwartej po południu mieli jakieś pięć lub sześć lig12 do zamku w Magny. – Jeanne, moja ukochana – zapytał Armand, patrząc z miłością na młodą kobietę, podczas gdy jego palce bawiły się jasnymi wło- sami małego Gontrana – powiedz mi, czy nie będziesz żałowała naszej willi w Palermo, naszej drogiej ziemi obiecanej, kiedy bę- dziesz przebywała w tym odosobnionym pustym zamku, do któ- rego jedziemy? – Och, nie! – odpowiedziała. – Wszędzie, gdzie jesteś, kiedy moja ręka spoczywa w twej dłoni, czyż to nie jest dla mnie ziemia obiecana? – Mój aniele – wyszeptał hrabia – uczyniłaś mnie tak szczęśli- wym, iż zdaje mi się, że Bóg udzielił mi części raju na ziemi. We Włoszech czy we Francji, żyć z tobą i przy tobie to więcej niż ziemia obiecana, to dla mnie niebo! Tu hrabia uścisnął drobną i białą dłoń żony i jednocześnie, jak gdy- by wiedzeni jedną myślą, oboje złożyli na czole dziecięcia pocałunek. – Jeżeli zechcesz, moja kochana duszyczko – kontynuował pan de Kergaz – spędzimy całą jesień w Magny, a do Paryża powrócimy do- piero w styczniu. – Ach, chcę tego – odpowiedziała Jeanne. – Ten brzydki Paryż jest taki czarny, taki smutny! Tyle bolesnych wspomnień przywodzi mi na myśl! Armand zadrżał. – Moja biedna Jeanne – powiedział – widzę, jak chmurzy ci się czoło, jak twój wzrok napełnia się niepokojem… I zgaduję… – Ależ nie – odparła – mylisz się… Mój ukochany Armandzie, czy w szczęściu można się czymś niepokoić? 12 Liga – francuska miara długości (lieue), po wprowadzeniu systemu me- trycznego uznana za równą 4 kilometrom, także angielska (land league), równa 3 milom (4828 metrom), pierwotnie odległość pokonywana pieszo przez godzinę. 11 Klub Sług Serca To mówiąc, posłała mu, swój najlepszy uśmiech, ten lekko roz- marzony, który zdawał się mówić: „spokój serca jest trochę melan- cholijny”. – Tak – mówił dalej hrabia – przypominam sobie, że w Palermo imię tego wyklętego człowieka często wymawiały twe usta… – Andrei…! – szepnęła Jeanne z nagłym wzburzeniem. – Tak, Andrei. Mówiłaś do mnie, że piekielny charakter tego czło- wieka nie pozostawi go w spokoju… że nasze szczęście będzie go ści- gać jak wyrzut sumienia. Mój Boże! Gdyby miał się tu pojawić… – Tak, rzeczywiście ci mówiłam, drogi Armandzie – szepnęła hra- bina – ale wtedy byłam szalona, ponieważ zapomniałem o tym, jaki jesteś szlachetny i silny i że przy tobie niczego nie muszę się obawiać. – Masz rację – odparł pan de Kergaz wzruszonym głosem. – Mam siłę cię bronić, mam siłę, ponieważ cię kocham, i jestem silny, bo Bóg jest ze mną i to on uczynił mnie twoim opiekunem. Jeanne spojrzała na męża wzrokiem pełnym ufności, wzrokiem kobiety mającej głęboką wiarę w ukochanego człowieka, w którym znajdowała oparcie dla siebie. – Dobrze wiem – mówił dalej Armand – że mój brat Andrea jest jednym z tych ludzi, na szczęście bardzo nielicznych, którzy uczynili z naszego społeczeństwa pole bitwy, na którym wywijają sztanda- rami zła. Wiem, że jego piekielny geniusz niczym nie da się zniechę- cić, wiem, że nienawiść, jaką mi zaprzysiągł, która była tak straszli- wa, jeszcze wzrośnie, podrażniona klęską, jakiej doznał w tej walce ze mną. Uspokój się jednak, drogie dziecko, nadejdzie chwila, kiedy szatan, znużony daremną walką, umknie i nie ukaże się więcej. Taka chwila nadeszła niewątpliwie dla Andrei, ponieważ zostawia nas w spokoju, na zawsze zaniechawszy ścigania nas swoją zemstą. Po chwili milczenia mówił dalej: – Nazajutrz po naszym ślubie, drogi aniele, posłałem przez Le- ona Rollanda dwieście tysięcy franków temu zwyrodniałemu bratu, zobowiązując go listem, aby natychmiast wyjechał z Francji i udał się do Ameryki, gdzie znajdzie zapomnienie, a może i żal za swoje winy… Czy Bóg wzruszył nareszcie tę buntowniczą i występną du- szę? Tego nie wiem, ale od czterech lat moja niestrudzona policja, jaką zorganizowałem w Paryżu, by czynić dobro, a którą oddałem 12 ROCAMBOLE | Część trzecia pod moją nieobecność w ręce naszego dobrego, wspaniałego Fer- nanda Rochera, ta policja ustaliła, że Andrea opuścił Francję i od tego czasu wcale się w niej nie pojawił. Być może umarł… – Armandzie, nie czyńmy takich bezbożnych przypuszczeń… – szepnęła Jeanne bolesnym tonem. Hrabia złożył pocałunek na czole swej żony. – Dlaczego jednak mamy się zasmucać tymi odległymi wspo- mnieniami, od których dzielą nas cztery lata niezmąconego szczę- ścia? Żyjmy w spokoju, moja droga, mając wzrok zwrócony na na- sze dziecko i kontynuujmy czynienie dobra, by ulżyć tym, którzy cierpią – rzekł, a w myślach dodał: „Karząc tych, którzy ściągnęli na swoją głowę wymiar surowej sprawiedliwości”. Pomimo oddalenia od Paryża o około pięćset lig, hrabia konty- nuował swoje wielkie dzieło naprawy społeczeństwa, przeznacza- jąc na to dwie trzecie swojej olbrzymiej fortuny, w czym pomagał mu Fernand Rocher. Później zobaczymy, jaką pomocnicę znaleźli hrabia i hrabina de Kergaz w osobie skruszonej Madeleine, niegdyś zwanej Baccarat, a obecnie będącej kimś więcej, niż tylko pokorną siostrą miłosierdzia. Podczas rozmowy prowadzonej przez pana de Kergaz i jego żonę powóz pocztowy toczył się pełnym kłusem, gdy nagle pocztylion zawołał głośno: „ Z drogi!”, co zwróciło uwagę młodych małżon- ków, którzy wychylili się z pojazdu i spojrzeli na drogę. Jakiś człowiek leżał nieruchomo w poprzek gościńca, dość wą- skiego w tym miejscu. – Z drogi…! – powtórzył pocztylion. Mężczyzna nie poruszył się wcale, mimo że pierwsze konie pra- wie go dosięgały. Wtedy pocztylion, by uniknąć nieszczęścia, gwał- townie zatrzymał zaprzęg. – Ten człowiek bez wątpienia jest pijany – stwierdził pan de Ker- gaz, a zwracając się do jednego z dwóch lokajów siedzących w tyle powozu, powiedział: – Germain, zsiądź i usuń tego biedaka, by nie stało mu się coś złego. Lokaj posłuchał polecenia, zszedł na ziemię i podszedł do rozcią- gniętego na drodze człowieka. 13 Klub Sług Serca Był on bez obuwia, okryty łachmanami, a wielka rozczochrana broda zakrywała mu połowę twarzy. Wydawał się nieprzytomny. – Biedny człowiek! Może padł z wycieńczenia… – wyszeptała hrabina, wzruszona aż do łez, a potem szybko wcisnęła mężowi w dłoń flakonik z trzeźwiącymi solami, który nosiła zawieszony na szyi, mówiąc jednocześnie do drugiego lokaja: – Prędko, François! Pospiesz się…! Otwórz kufer, gdzie znajdziesz butelkę malagi13 i tro- chę żywności. Armand, wyskoczywszy z powozu, podbiegł do nieprzytomnego żebraka. Był to młody człowiek, a na jego twarzy wychudzonej przez cier- pienie zachowały się ślady wielkiej piękności. Brodę i włosy miał ja- snoblond ze złocistym odcieniem, a jego bose nogi zbroczone krwią od cierni i opalone ręce posiadały wytworną delikatną formę. Hrabia uważnie przyjrzał się temu człowiekowi i z jego ust wy- rwał się okrzyk osłupienia. by powiedzieć, że to Andrea… – Mój Boże! – wyszeptał. – Jakie dziwne podobieństwo! Można Pani de Kergaz poszła w ślady męża. Wysiadła z pojazdu i jak on podeszła do biednego żebraka, i również, jak jej mąż, wydała okrzyk zdziwienia. – Faktycznie, można by powiedzieć, że to Andrea…! – powtórzyła. Było to jednak mało prawdopodobne, żeby baronet14 sir Williams, ów elegancki wicehrabia Andrea, tak nisko upadł, by potrzebował żebrać po drogach, bez obuwia, bez odzienia, prawie umierając z wy- cieńczenia. Jakkolwiek było, jeżeli to był on, to został poddany wszelkim su- rowym próbom i doświadczył niedostatków, jeśli można było sądzić 13 Malaga – słodkie, deserowe wino hiszpańskie z podsuszonych winogron szcze pów pedro ximénez i muscat de alexandria, o charakterystycznej gęstej konsystencji i słodkim aromacie przywołującym na myśl rodzynki oblane karmelem; kolor zależy od wieku, metody starzenia, poziomu cukru i pro- porcji użytych odmian winogron. 14 Baronet – najwyższy tytuł nadawany niższej szlachcie angielskiej, dziedziczo- ny przez najstarszego syna, wprowadzony w 1611 roku przez króla Jakuba I, od 1801 roku pełna nazwa to baronet Zjednoczonego Królestwa, upoważnia do posługiwania się tytułem „sir”. 14 ROCAMBOLE | Część trzecia po wymizerowanej i wychudłej twarzy, na której nędza wyryła swe piętno. A jednak były to jego rysy, jego postać, jego jasne blond włosy… Podczas gdy dwaj lokaje podnosili go z ziemi, Armand podsunął mu pod nos flakon z trzeźwiącymi solami. Żebrak przez długi czas nie otwierał oczu, wreszcie ciężko wes- tchnął i wybełkotał kilka ledwo zrozumiałych słów: – Było bardzo gorąco… czułem się strasznie głodny… nie wiem, co się stało… upadłem… Mówiąc tak, żebrak, na którego pan de Kergaz i jego żona cią- gle patrzyli z niespokojnym zaciekawieniem, powiódł wokół siebie błędnym wzrokiem… Nagle utkwił go w Armandzie i natychmiast okazał coś w ro- dzaju przestrachu; usiłował wyrwać swe dłonie z rąk trzymających go lokajów i chciał uciekać… Jego nogi opuchnięte od długiej drogi nie pozwoliły mu jednak na zrobienie choćby jednego kroku… – Andrea! – wykrzyknął Armand, w sercu którego obudziło się uczucie głębokiej litości. – Andrea, to ty…? – Andrea? – powtórzył żebrak złamanym głosem. – Co mówisz o jakimś Andrei…? On umarł… Ja go wcale nie znam… Jestem że- brak Jérôme… Ogarnęło go jakieś konwulsyjne dygotanie, szczękały mu zęby… Najwyższym wysiłkiem zebrał wszystkie siły, by się uwolnić i uciec. Te siły go jednak zawiodły; ponownie zemdlał i obsunął się na ziemię, jak gdyby umierając. – To jest mój brat! – zawołał hrabia, który na widok tego czło- wieka, przywiedzionego do ostatniej nędzy, zapomniał o wszyst- kich jego zbrodniach i pamiętał tylko o tym, że w swym łonie nosiła ich dwóch ta sama matka. – To jest twój brat, Armandzie! – powtórzyła pani de Kergaz, w której zbudziły się te same myśli i to samo współczucie. Na rozkaz hrabiego przeniesiono go do powozu. Armand zwró- cił się do pocztyliona: – Mamy do Magny nie więcej jak trzy ligi, zatem popędzaj konie, byśmy dotarli tam za trzy kwadranse. 15 Klub Sług Serca Powóz pomknął jak błyskawica i wkrótce wjechał w wielką lipo- wą aleję prowadzącą do zamku. Kilka minut później żebrak ponownie otworzył oczy dzięki starannej opiece. Znajdował się już nie na drodze, ale spoczywał w łóżku stojącym w eleganckiej sypialni. Państwo de Kergaz z niepokojem i obawą zajmowali się nim, słuchając poleceń sprowadzonego pospiesznie doktora. – To omdlenie – mówił lekarz – zostało wywołane długotrwa- łym brakiem pożywienia i strudzeniem długą pieszą wędrówką. Stopy są strasznie nabrzmiałe. Od wczoraj musiał pokonać co naj- mniej dwadzieścia lig. – Andrea – szepnął pan de Kergaz, pochylając się nad uchem żebraka – jesteś tu u mnie… u swego brata… u siebie. Andrea, gdyż faktycznie był to on, nadal patrzył błędnym, prze- straszonym wzrokiem. Można by powiedzieć, że sądził, iż śni się mu jakiś dziwny sen, i starał się odepchnąć tę wizję. – Bracie… – powtórzył pan de Kergaz, wzruszonym i łagodnym głosem – bracie, czy to na pewno ty? – Nie, nie – wybełkotał. – Jestem żebrakiem, bezdomnym włó- częgą… człowiekiem, którego ściga boska sprawiedliwość, a ze- wsząd oblegają wyrzuty sumienia… Jestem jednym z tych wielkich winowajców, skazujących się dobrowolnie na tułactwo po całym świecie z ciężarem swych nieprawości. Pan de Kergaz krzyknął z radości. – Ach, bracie – szepnął – więc wreszcie odczuwasz skruchę? Potem dał znak swej żonie, która wyszła, zabierając ze sobą doktora. Wtedy Armand, zostawszy sam u wezgłowia wicehrabiego An- drei, ujął czule jego rękę i powiedział: – Mieliśmy tę samą matkę i jeżeli jest prawdą, że skrucha za- władnęła twoim sercem… – Nasza matka! Byłem jej katem… – przerwał mu Andrea głu- chym głosem, a potem dodał z akcentem głębokiej pokory: – Bra- cie, skoro wypocznę, gdy moje obrzmiałe nogi pozwolą mi chodzić, pozwolisz mi stąd odejść, nieprawdaż…? Kawałek chleba, szklanka wody wystarczą…. Żebrak Jérôme nie potrzebuje nic więcej… 16 ROCAMBOLE | Część trzecia Skazałem się na wędrówkę po świecie, prosząc o miłosierdzie, nocując w stajniach i stodołach… często na poboczu drogi… wzruszenia. – W jaką straszną nędzę wpadłeś, biedny bracie! – W dobrowolną nędzę – odparł żebrak, pochylając głowę. – Pew- nego dnia nadeszła skrucha i postanowiłem odpokutować wszystkie moje występki… Nie roztrwoniłem tych dwustu tysięcy franków, jakie otrzymałem od ciebie, bracie. Zostały zdeponowane w jed- nym z banków w Nowym Jorku. Dochód przelewa się na fundusz hospicjów… Ja niczego nie potrzebuję… Skazałem się na wędrówkę po świecie, prosząc o miłosierdzie, nocując w stajniach i stodołach… często na poboczu drogi… Może z czasem Bóg, do którego modlę się dniem i nocą, ostatecznie mi wybaczy. – To już się stało! – odparł Armand. – Przebaczam ci, bracie, – Mój Boże…! – szepnął hrabia, którego szlachetne serce biło ze w imieniu Boga i mówię ci, że twoja pokuta jest wystarczająca… Pan de Kergaz uścisnął w ramionach Andreę i dodał: – Mój kochany bracie, czy chcesz żyć pod moim dachem, już nie jako włóczęga, nie jako winowajca, ale jako mój przyjaciel, równy mi jako syn jednej matki, syn marnotrawny powracający skruszo- ny, dla którego otwierają się wszystkie ramiona? Pozostań, bracie, razem z moją żoną i dzieckiem. Będziesz żył nadal w spokoju, po- nieważ ci wybaczono… 17 Klub Sług Serca Rozdział II Pokutnik O koło dwóch miesięcy po wydarzeniach, jakie opowiedzieliśmy, odnaj- dujemy hrabiego Armanda w Paryżu przy ulicy Culture-Sainte-Ca- therine, rozmawiającego z żoną w gabinecie służącym mu do pracy. Było to w pierwszych dniach stycznia, około dziesiątej rano. Szron pokrywający drzewa w ogrodzie, błyszczał tysiącami iskier przy bladych promieniach zimowego słońca. Było bardzo zimno, więc w kominku płonął wielki ogień. Hrabia siedział w dużym fotelu, ubrany w szlafrok, ze skrzyżowa- nymi nogami i trzymał w dłoni szczypce, którymi rozgarniał węgle, cały czas mówiąc. Madame de Kergaz, w swoim porannym negliżu, stała obok męża i rzucała na niego spokojne i melancholijne spojrze- nie, cały czas uważnie go słuchając. – Moja droga – mówił hrabia – byłem już bardzo szczęśliwy z po- wodu twojej miłości, ale moje szczęście jest całkowite, odkąd nasz drogi brat przez swoją pokutę został nam zwrócony. – Och, Bóg jest wielki i dobry, mój przyjacielu – odpowiedziała Jeanne – i tak dobrze dotknął swoją łaską tę bezbożną i buntowni- czą duszę, że uczynił z niej duszę świętego. – Biedny Andrea! – rzekł hrabia. – Jakie przykładne życie…! Jaka skrucha…! Moja ukochana Jeanne, muszę wyjawić ci poufne zwie- rzenie, a zobaczysz, jak on się zmienił. – Mój Boże! Co jeszcze chcesz powiedzieć? – zapytała z niepo- kojem Jeanne. – Jak wiesz, Andrea chciał tylko dzielić pozory naszego życia. Sie- dząc przy nas w salonie, mieszka w mansardzie na poddaszu pałacu, bez ognia, pod pretekstem przemożnego podporządkowania się swe- mu reżimowi. Ograniczył się do spożywania najprostszych potraw. Kieliszek wina nigdy nie dotyka jego ust. – Musisz też wiedzieć – przerwała Jeanne – że codziennie pości – To wszystko? – rzekł hrabia. – Jeszcze nie wiesz wszystkiego, aż do południa. droga przyjaciółko. – Wiem – ciągnęła pani de Kergaz – że trzeba było wszelkich twoich i moich nalegań, by go powstrzymać przed zamknięciem się od wstąpienia do klasztoru trapistów15. Wiem również, że co dzień równo ze świtem wychodzi z pałacu w ubogim odzieniu i udaje się na ulicę Vieux-Colombier do domu handlowego, gdzie pod skromnym nazwiskiem André Tissota zajmuje się przepisywaniem papierów od ósmej rano do szóstej wieczorem za skromną pensję tysiąca dwustu franków rocznie. On, który według własnego uznania mógł czerpać z naszej sakiewki, wolał sam pracować na swoje nędzne utrzymanie! – Dlatego zmusił mnie do przyjęcia od niego osiemdziesięciu franków miesięcznie za mieszkanie i żywność – rzekł hrabia. – Taka skrucha, taka pokuta, takie wzorowe życie – szepnęła z podziwem Jeanne – musiały zwrócić uwagę Boga, który niewąt- pliwie już dawno mu przebaczył. – Och, to jeszcze nic, moja droga – ciągnął dalej Armand – gdy- byś ty wiedziała…! – Mów…! Mów, Armandzie! – zawołała wzruszona Jeanne. – Chcę wszystko wiedzieć… ło jest jedną okropną raną… Ale jak… – Dowiedz się więc, że Andrea nosi włosiennicę16… Całe jego cia- – Ach, to straszne! – wykrzyknęła Jeanne. – Straszne, straszne! – Chcesz wiedzieć, w jaki sposób to odkryłem? – Tak – potwierdziła skinieniem głowy hrabina. – Dobrze! Wyobraź sobie, że tej nocy, długo pracowałem z Fer- nandem Rocherem i Leonem Rollandem. Była druga w nocy, gdy 15 Trapiści (właściwie Zakon Cystersów Ściślejszej Obserwancji) – zakon katolicki istniejący pod tą nazwą od 1903 roku, mający swoje początki z opactwa cysterskiego Notre-Dame de la Trappe w miejscowości Soligny- -la-Trappe we Francji (południowa Normandia). 16 Włosiennica – szorstka szata noszona dawniej na gołe ciało dla umartwie- nia, pokuty lub z powodu żałoby. 19 Klub Sług Serca odjechali. Przy obiedzie zauważyłem, że Andrea był bardzo blady i nawet sam przyznał mi się do tego, że jest cierpiący. Niepokoiłem się cały wieczór i nagle przyszła mi go głowy myśl, by pójść do niego i zobaczyć, jak się czuje. Jak wiesz, moja droga, Andrea nigdy nie pozwalał, aby służący do niego wchodzili. Sam sobie słał łóżko, zamiatał pokój, ale w gruncie rzeczy nigdy nie było potrzeby popra- wiać pościeli, bowiem nieszczęśnik spał na zlodowaciałej kamien- nej posadzce, bez żadnego nakrycia, jedynie w koszuli. – Mój Boże…! – zawołała Jeanne. – Przecież to styczeń, taka cięż- ka zima! – Wykończy się – westchnął hrabia. – Po schodach wszedłem ci- chuteńko. Dotarłszy do drzwi, ujrzałem w pokoju promień światła. Delikatnie zapukałem, ale nie odpowiedział. Ponieważ drzwi nie były zamknięte na klucz, wszedłem. Och, co za straszny widok…! Andrea leżał półnagi na podłodze, obok niego paliła się świeca, a przy niej leżał otwarty tom rozmyślań Świętego Augustyna. Nie- szczęśliwy, złamany znużeniem, zasnął, czytając. Wtedy dostrze- głem, że plecy i boki miał zbroczone krwią i okryte tym okropnym narzędziem tortur, nazywanym włosiennicą. Powinienem się tego domyślać, ponieważ często, gdy wykonał jakiś nagły ruch, na całej twarzy rozlewała się nagła bladość, znak ostrego cierpienia. – Armandzie – przerwała mu pani de Kergaz, wzruszona do łez – trzeba się postarać, by twój brat zaprzestał tych strasznych umartwień. Pomów o tym z proboszczem kościoła Saint-Laurent, którego obrał sobie za spowiednika. Hrabia pokręcił głową. – Względem siebie Andrea jest niewzruszony – szepnął – i oba- wiam się, by nie wpadł w obłęd z tej srogiej pokuty. Strasznie wychudł, jest blady jak ściana, pozbawia się nawet snu, dopóki znużenie nie zapanuje nad jego wolą. Ta ciężka dwunastogodzinna praca, jakiej się oddaje, coraz bardziej mu szkodzi. Andrea potrze- bowałby powietrza i jakiegoś czynnego życia zawodowego… Pro- ponowałem mu wyjazd… Odmówił, niestety…! Kto wie, może sam nas opuści. – Och, tak nie będzie! – zawołała żywo Jeanne. – Ten skruszony grzesznik musi żyć z nami… Czy chcesz, Armandzie, abym z nim 20 ROCAMBOLE | Część trzecia o tym pomówiła i postarała się przekonać go, że już boska sprawie- dliwość jest usatysfakcjonowana i że pokuta przewyższyła błąd? Och, zobaczysz mój kochany Armandzie, jak potrafię być wymow- na i przekonująca! Muszę go sobie zjednać. – Poczekaj – rzekł hrabia – wpadłem na pewien pomysł, na do- skonałą myśl, by wyrwać go z tego biurowego życia, jakie go zabija. – Naprawdę? – zapytała radośnie hrabina. – Zobaczysz, moja droga. Pan de Kergaz zamyślił się na chwilę, a potem mówił dalej: – Wiadomo ci, że podczas mojej nieobecności Fernand Rocher wraz z Leonem Rollandem, wspomagani przez siostrę Louise, jak najlepiej zastępowali mnie i ulżyli wielu nieszczęśliwym. Fernand i jego młoda żona, będąca jedną z patronek nowego kościoła Saint- Vincent à Paulo, zobowiązali się nieść pomoc owej tak zwanej po- złacanej nędzy, to jest rodzinom drobnych urzędników, których szczupła płaca nie wystarcza częstokroć na utrzymanie licznej ro- dziny. Rolland wraz z jego piękną i cnotliwą żoną zajmują się jed- nym z departamentów przedmieście Saint-Antoine, tej najbardziej zaludnionej i prawie najbiedniejszej dzielnicy Paryża. Leon zarządza dużą stolarnią, gdzie pod jego nadzorem pracuje dwustu robotni- ków. Cerise otworzyła pracownię damskich ubiorów, gdzie zatrud- nia osierocone młode dziewczęta, które mogłyby zejść na złą drogę, gdyby zostały pozostawione samym sobie. Wreszcie pani Charmet wybrała na swoje pobożne pole bitwy dzielnicę szaleństwa i zatra- cenia, gdzie kiedyś błyszczała pod pseudonimem Baccarat. – Wiem o tym, mój przyjacielu – stwierdziła hrabina. – Tak więc biedni i nieszczęśliwi nic nie stracili na mej nieobec- ności – mówił pan de Kergaz. – Była to jednak tylko część misji, jaką sobie zakreśliłem. Jeśli dzieło miłosierdzia podążało swoim trybem, dzieło sprawiedliwości pozostawało nietknięte. – Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała hrabina. – Posłuchaj, Jeanne – rzekł hrabia i kontynuował: – Pewnego wieczora, a raczej nocy, dobre dziesięć lat temu, dwaj mężczyźni spotkali się w budynku wznoszącym się na jed- nym z tych wzgórz panujących nad Paryżem. Ci dwaj mężczyźni wskazywali sobie palcami na wielkie miasto przykucnięte pod ich 21 Klub Sług Serca stopami i drżące z konwulsyjnego upojenia karnawałową nocą. Je- den z tych mężczyzn zawołał: „Oto rozległe pole walki dla takiego, który miałby dość złota, by wydać je na usługi zła. Widzisz to olbrzy- mie miasto? Dla człowieka mającego czas i pieniądze tam są kobiety do uwiedzenia, ludzie, których można sprzedać i kupić, łotrzykowie do zatrudnienia, mansardy zamieszkałe przez pracownice pracują- ce igłą, jakie za pomocą złota tak łatwo zmienić dla nich w okazałe i zbytkowne buduary. Oto wielka i piękna misja!”. Powiedziawszy to, zaśmiał się wstrętnym, szyderczym śmiechem. Można by powie- dzieć, że to sam szatan lub Don Juan17 zachwalający minione życie, gotowy zacząć je od nowa. Otóż tym człowiekiem, który mówił o tak bezbożnym działaniu, był Andrea, a drugim ja. Tak więc już wiesz, jaka wszczęła się walka pomiędzy złem a dobrem i w jaki sposób zło zostało zwyciężone. Andrea nie był jednak jedynym przedstawicie- lem tego poglądu i Paryż pozostał nowożytnym Babilonem, gdzie zbrodnia spotyka się z cnotą, gdzie hańba i występek kiełkują jak ziarna w urodzajnej ziemi… Ach, ilu jeszcze winowajców pozostaje do ukarania i ile ofiar do wyrwania z rąk ich katów! Pani de Kergaz słuchała zamyślona. – Odgaduję – rzekła – a przynajmniej zdaje mi się, co chcesz powiedzieć. Chcesz dać skruszonemu i cnotliwemu Andrei dział pokuty i tajemniczych kar? – Odgadłaś, droga przyjaciółko. Może ta niepospolita inteligen- cja, ta jego potężna wola, ta nieporównywalna do niczego odwaga, których używał do czynienia zła, zostaną także wykorzystane na drodze dobra? – Wierzę w to – odparła Jeanne. Rozmowa dwojga małżonków została przerwana dźwiękiem dzwonka przy pałacowej bramie, oznajmiając czyjeś przybycie. – Oto nadchodzi tygodniowe sprawozdanie moich agentów – rzekł Armand. – Ludzie, którzy pracują w mej służbie, są oddani i inteligentni, ale potrzebują przełożonego. 17 Don Juan – legendarna postać z hiszp. romanc ludowych, posłużył za wzór bohatera kilku hiszpańskim dramaturgom XVI i XVII w.; słynny uwodziciel; symbol buntu wobec zasad obowiązujących jednostkę w życiu społecznym; do literatury wątek Don Juana wprowadził Tirso de Molina. 22 ROCAMBOLE | Część trzecia We drzwiach gabinetu ukazał się lokaj, niosąc na tacy dość grubą kopertę, którą hrabia natychmiast rozpieczętował. Znajdowało się w niej siedem czy osiem kartek pokrytych drobnym pismem, ale bez podpisu. Pan de Kergaz zaczął czytać je po cichu: Tajni agenci pana hrabiego są obecnie na tropie pewnego tajemniczego i osobliwego stowarzyszenia, które od około dwóch miesięcy działa w Paryżu. – Coś takiego! – wyszeptał Armand i kontynuował lekturę pi- sma z najwyższą uwagą: To stowarzyszenie – pisał anonimowy korespondent – wydaje się posiadać rozgałęzienia w paryskim świecie. Jego siedziba, jego przywódcy, środki działania, wszystko to pozo- staje dla nas wciąż tajemnicą. Znane są nam jedynie rezultaty działania, i to tylko częściowo. Celem tego skupiska bandytów jest przywłaszczenie sobie wszelkimi możliwymi sposobami kompromitujących papierów naruszających spokój rodzin i przeprowadzenie przy pomocy tych dokumentów szantażu na ogromną skalę. Listy lekkomyślnie napisane przez zako- chaną żonę, co grozi, że dostaną się w ręce męża, fałszerstwa ksiąg handlowych, które czasem czynią młodzi utracjusze i które ukryta ręka może złożyć na biurku sędziego śledcze- go – nic im nie umyka. To stowarzyszenie, które przyjęło na- zwę Klub Sług Serca, wszędzie się wpycha, przybiera wszelkie formy i rozmaite postacie. Agenci pana hrabiego – kończył korespondent – pracują aktywnie, ale do tej pory stwierdzili tylko godne pożałowania wyniki, niczego nie odkrywając. Pan de Kergaz, bardzo zamyślony, podał list żonie. – Popatrz – powiedział – można by uwierzyć, że to interweniuje palec Boga. Szukaliśmy przed chwilą sposobu wykorzystania rzad- kich zdolności naszego drogiego Andrei i oto to przeczytałem. Podczas, gdy pani de Kergaz przeglądała notatki tajnej policji swego męża, hrabia zadzwonił na lokaja. 23 Klub Sług Serca – Przyślij mi tu Germaina – polecił. Germain był zaufanym służącym Armanda, jedynym, który wiedział o tajemniczym życiu Andrei. – Udasz się na ulicę Vieux-Colombier – polecił mu hrabia – i przywieziesz tu mego brata. wchodzącego Andreę. German odjechał, a godzinę później hrabia i jego żona zobaczyli Ci, którzy niegdyś znali tego eleganckiego wicehrabiego, czyli szyderczego Don Juana lub baroneta sir Williamsa, flegmatycznego i dystyngowanego dżentelmena, brata pana de Kergaz, syna hra- biego Felipone, teraz by go nie poznali. Andrea był wychudzony i blady. Jego ubiór z kroju przypomi- nał bezpretensjonalną odzież noszoną przez duchownych. Szedł ze spuszczonymi oczami, lekko pochylając głowę do przodu, a czasem jego chód zdradzał dręczące go wielkie cierpienie. Prawie nie odważył się spojrzeć na hrabinę, jakby w ciągu tych czterech lat, które upłynęły, wspomnienie jego nienawistnego za- chowania wobec niej i zniewag, które ośmielił się jej zadać, wznio- sły się przed nim jak widmo zemsty. Z tym samym wahaniem, pełnym pokory, podszedł do swego brata i uścisnął dłoń, którą podał mu pan de Kergaz. – Drogi bracie… – szepnął hrabia. – Czego ode mnie żądasz, Armandzie? – zapytał Andrea drżą- cym głosem. – Opuściłem biuro, by pospieszyć na twoje wezwanie. – Mój drogi Andreo – odparł Armand – wezwałem cię tutaj, po- nieważ potrzebuję cię… Oczy Andrei zapłonęły radością. – Och! – zawołał. – Mam oddać za ciebie życie…? Na wargach Armanda pojawił się uśmiech. – Nie – odparł. – Przede wszystkim trzeba żyć. – I żyć rozumnie, mój bracie – dodała Jeanne, ujmując dłonie Andrei i serdecznie je ściskając. Andrea zarumienił się i chciał usunąć ręce. – Nie… nie… – wyszeptał – nie jestem godny życzliwości, jaką pani mi okazuje… – Mój bracie… 24 ROCAMBOLE | Część trzecia – Pozostaw mnie, pani… biednego grzesznika – odrzekł z poko- rą – staram się przez swoją pokutę załagodzić gniew Boga. Jeanne podniosła wzrok ku niebu. „Ależ to święty człowiek” – pomyślała. – Bracie, ty wiesz, że wyznaczyłem sobie misję – odezwał się wówczas pan de Kergaz. – Och! – odparł Andrea. – Wzniosłe i święte zadanie, bracie… – Potrzebuję twojej pomocy, by nadal prowadzić me dzieło. Wicehrabia Andrea drgnął na te słowa. – Już od dawna chciałem cię poprosić o włącznie mnie do two- ich działań, Armandzie – rzekł – jeżeli byłbym godny czynić dobro. Niestety! Jakie byłoby to miłosierdzie, gdyby przeszło przez moje skalane ręce? – Bracie, nie chodzi o czynienie dobra w pospolitym znaczeniu tego słowa, ale o karanie lub zapobieganie złu – odparł pan de Ker- gaz i podał Andrei poufną notkę swej policji. Ten przeczytał ją z uwagą i wydawał się okazywać wielkie zdu- mienie. – Zatem, bracie – ciągnął hrabia – minął czas pokuty i skruchy. Musisz znowu stać się jak niegdyś człowiekiem silnym, inteligentnym, sprytnym, człowiekiem tak samo odważnym, by służyć szlachetnej sprawie, jakim byłeś, czyniąc zło, słowem godnym przeciwnikiem tego stowarzyszenia bandytów, które pragnę całkowicie zniszczyć. Andrea słuchał z uwagą i milczał. Nagle podniósł głowę, a w jego od dawna przygasłych oczach zamigotały błyskawice. – Zatem będę tym człowiekiem! – oświadczył. Pan de Kergaz wykrzyknął radośnie. – Będę tą ręką mściciela – mówił dalej wicehrabia – ścigającą bez wytchnienia tajemniczych wrogów społeczeństwa, tego stowa- rzyszenia, którego siedziby, statutu, przywódców i członków twoi agenci nie zdołali odkryć, ale ja ich wytropię… Mówiąc to, Andrea zmienił się do nie poznania. Ów człowiek, schylony pod ciężarem wyrzutów sumienia, ów korny pokutnik, wyprostował się w mgnieniu oka. Wzrok jego od- zyskał swój blask i pewność. Pani de Kergaz ujrzała nie bez pew- nej trwogi ukazującego się przed sobą baroneta sir Williamsa, tego 25 Klub Sług Serca dawnego zuchwalca, tego tak strasznego niegdyś Andreę, tak długo będącego bandytą. Trwoga Jeanne trwała jednak tylko tyle, ile mgnienie błyska- wicy. Baronet już nie istniał, zbrodniarz Andrea zniknął, pozostał tylko człowiek oddany w zupełności swojemu bratu, społeczeństwu i Bogu… bojownik o wielką sprawę ludzkości. W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła jakaś kobieta. Była ubrana na czarno, a głowę miała okrytą szarym kapturem szary- tek18, jako nowicjuszka, która jeszcze nie złożyła ślubowań. Podobnie jak wicehrabia była zaledwie cieniem dawnej siebie. Tylko jej piękno przetrwało katastrofę, jaka spotkała Baccarat, któ- ra odrodziła się jako siostra Louise, szlachetna kobieta doświad- czona przez miłość, szalona dziewczyna, która stała się skruszoną Magdaleną. Baccarat – wybaczcie, że zachowamy jej były przydomek – pozo- stała piękna pomimo dręczącego ją bólu i skruchy; piękna pomimo starań, jakie zdawała się ukrywać pod prostym ubiorem, tym cu- downym pięknem i figurą królowej, która niegdyś zawróciła w tylu młodych głowach i spowodowała tyle aktów rozpaczy. Ostatnia resztka pozostałej, a zasługującej na przebaczenie za- lotności powstrzymała ją od obcięcia tych bujnych jasnoblond wło- sów, które rozpuszczone, okrywały ją jak płaszczem aż po same pięty. Jak najstaranniej ukrywała je jednak pod białym czepkiem i kapturem. Była w całym zachowaniu tak pokorna i skromna, że nikt tego ostatniego przywiązania do zbytków świata nie mógłby jej wziąć za złe. Na widok wchodzącej, Jeanne podbiegła do niej i ujęła ją za ręce. – Dzień dobry, kochana siostro – powiedziała. Także Baccarat, anioł skruchy, zrobiła podobnie jak Andrea: wy- ciągnęła rękę z uścisku i wyjąkała: – Ach, pani, nie jestem godna całować rąbka pani sukni…! 18 Szarytki – (z fr. Filles de la Charité – siostry miłosierdzia) popularne okre- ślenie zakonnic ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Świętego Wincente- go à Paulo, żeńskiej kongregacji katolickiej, założonej we Francji w 1633 roku przez Świętego Wincentego à Paulo, zajmującej się pomocą chorym i potrzebującym. 26 ROCAMBOLE | Część trzecia Wtedy wstał pan de Kergaz, ujął ręce Andrei i Baccarat, a łącząc je razem, rzekł: – Byliście oboje upadłymi aniołami. Podniosło was uznanie win i skrucha. Połączcie wasze siły do wspólnej sprawy, gdyż jesteście godni walczyć pod tym samym sztandarem, wy, którzy zdradzili- ście zło i przeszliście na stronę dobra… Baccarat podniosła wówczas wzrok na sir Williamsa i poczuła chłód w swoim sercu. Jakiś tajemniczy głos krzyczał w niej: „Czy tego rodzaju potwory może kiedykolwiek wzruszyć szczery żal? Nie, nigdy!”. 27 Klub Sług Serca Chcesz przeczytać dalszą część? Zapraszamy do księgarni!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rocambole 3 Klub Sług Serca. Część 1
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: